OLBRZYM - Spis treści
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37

 

Rozdział 1

Anna nie otwierała oczu. Chciała znowu zasnąć. Zacisnęła mocniej powieki. Sen rozcieńczał ból i dawał wytchnienie. Tego pragnęła najbardziej - nicości i bezczucia. Chciała, by wrócił sen, ale zamiast snu powrócił ból. Na samym początku ból tylko z niej zadrwił i przebiegł po ciele jak palce pianisty, który sprawdza klawisze instrumentu przed koncertem. Rozgniecione wargi? Chwiejące się w dziąsłach zęby? Obite żebra? Krwiaki, oparzeliny, wyłamane palce, powykręcane stawy? Ból błądził po ciele, aż w końcu zatrzymał się tuż pod żołądkiem. Rwał, miażdżył, kłuł i gniótł. Podciągnęła kolana pod brodę. Na skórę wystąpił pot. Brudne szmaty i pożółkłe gazety, którymi odgradzała się od zatęchłego chłodu piwnicy przylepiły się do wychudłych pleców. Zacisnęła wargi. Wytrzyma. Będzie żyć. Jeszcze dzień. Jeszcze jeden dzień. Ona pomoże. Jej przyjaciółka pomoże. Razem im się uda.

Otworzyła oczy. Piekły. W ciemnościach niewiele mogła zobaczyć. Tylko wtedy, kiedy uchylał drzwi, do piwnicy wpadało blade światło. Mogła wtedy zobaczyć swój barłóg usypany z papierzysk i cuchnących szmat, ceglane ściany, po których ciurkały krople wody oraz nabijaną kamieniami, brudną, betonową podłogę. Musiała się jednak spieszyć, bo szybko zapalał przydrutowaną do ściany lampę naftową i zamykał drzwi. Światło dnia uważał za przyjemność, a na jedynego szafarza przyjemności wyznaczył siebie.

To był demon. Yokai. Był demonem, chociaż przedstawiał się ludzkim imieniem. Zdobył jej zaufanie i potem ją oszukał, tak jak robią to Yokai. Matka ostrzegała ją przed nimi. To nie był człowiek tylko demon. Demon. Matka miała rację. Yokai istnieją.

Krzesło ustawił w połowie odległości między drzwiami, a jej barłogiem. Obserwował ją stamtąd. Upajał się nią. Najczęściej milczał i tylko patrzył, a ona bała się poruszyć. Ile to już trwało? Nie pamiętała. Dawno temu przestała liczyć. Nie było dni, była tylko noc. Ile miała lat? Czternaście? Piętnaście? Szesnaście? Nie była pewna, ale to nie było ważne. Ważny był ból.

Ból nieco zelżał. Po kilku pierwszych, łapczywych minutach nasycił się i znowu mogła wziąć głębszy oddech. Żebra paliły, mięśnie zbiły się w twarde kłęby, dłonie i stopy wykrzywiały się bez udziału jej woli. Skóra swędziała i piekła jednocześnie. Oderwała kolana od podbródka i wyprostowała ciało. Góra szmat i śmieci rozstąpiła się i odsłoniła szczudlaste nogi, obciągnięte trupiobladą skórą. Zadrżała. Łachman, którym się owijała, od dawna nie chronił już przed zimnem.

Uniosła lewą dłoń i zacisnęła zęby, gdy łańcuch otarł się o owrzodzony nadgarstek. Na podłogę upadł gałgan ciągnąc za sobą nitkę krwi. Yokai znalazł ten łańcuch przy resztkach krowy rozszarpanej przez hordę psów. Wbił pal w betonową posadzkę piwnicy tuż przy ścianie, a dwumetrowy łańcuch zamknął na nadgarstku Anny kłódką. Chciał ją w ten sposób upokorzyć. Wcześniej mogła podejść do drzwi i przytknąć twarz do szpary, by poczuć na policzku powiew powietrza. Teraz zabrał jej i to. Zabrał jej już wszystko oprócz życia, ale wiedziała, że wkrótce sięgnie i po nie.

Podkurczyła nogi powoli, aby ze stóp nie zsunęły się foliowe torby. Wyciągnęła prawą dłoń i oparła ją o śliską ścianę. Chciała wstać, ale nogi nie były w stanie dźwignąć ciężaru ciała. Mięśnie i ścięgna drżały przez chwilę, ale opadła na podłogę. Głód wyssał z niej siły. Przytępił ból, ale i osłabił. Rany jątrzyły się i nie chciały się goić. Robactwo wciskało się przez cienką jak papier skórę, by ją żreć od środka. 

Jej uczucia wyblakły, straciły turgor i gniły na dnie duszy jak opadłe liście. Wszystkie oprócz nienawiści. Ta kwitła, rosła, pęczniała, nabrzmiewała. To ona sprawiała, że nie chciała umrzeć. Nie dbała już o ciało i życie. Gotowa była umrzeć, jeżeli tylko on umrze. Gotowa była cierpieć, by on doznał, chociaż części jej cierpienia. Nienawiść zawładnęła nią całkowicie i kazała trzymać się życia. Yokai stał się centrum jej istnienia.

Usłyszała kroki. To on. Odwróciła się twarzą do ściany i podciągnęła kolana pod brodę. Gwałtowne ruchy wywołały mdłości, ale nie wydała z siebie dźwięku. Zabrzęczał klucz, zgrzytnął zamek i jej oprawca, wszedł do środka. Jej życie składało się z Yokai. Z jego niskiego basu, tłumionego mięsistą dłonią chichotu, krępego korpusu, czarnych bezdennych dziur w miejscu oczu, krótkich, szpakowatych włosów. Z jego potu, krwi i spermy. Musiała go czuć, aby móc go nienawidzić. Musiała nienawidzić, by móc dalej żyć.

Strzeliła zapałka. Ostry zapach siarki. Wciągnęła łapczywie powietrze. Chwila rozkosznego zapomnienia. To zapałki ojca. Yokai je zabrał, tak jak buty. Usłyszała stukot wysokich, podkutych myśliwskich butów ojca, gdy zbliżał się do krzesła. Pamiętała jak ojciec siadywał wieczorem w fotelu i natłuszczał brązowe cholewki, a potem cierpliwie wkładał sznurowadła w metalowe szlufki. Yokai nie dbał o te buty. Skóra była popękana i ubłocona.

Usiadł na krześle. Głośno i powoli oddychał. Czuła na sobie jego wzrok. Obserwował ją w migoczącym świetle lampy naftowej. Nagle wstał. Nogi krzesła zazgrzytały o beton. Dwa szybkie kroki i ból. Kopnął z całej siły w brzuch. Oderwała się od podłogi i uderzyła głową w ścianę. Po ciele rozlała się fala mdłego gorąca.

- Gdzie jesteś przyjaciółko? - zapytała bezgłośnie poruszając spierzchniętymi wargami. - Pomożesz?

Z nosa pociekła jej krew. Powoli. Była gęsta, bo nie piła od dwóch dni.

Nadepnął na najmniejszy palec prawej dłoni. Lubił jak krzyczała. Ale to przecież nie jej palec. Boli, ale to nie jej ciało. Ona jest gdzie indziej.

- Nie, jeszcze nie - szepnęła. - Nie przychodź jeszcze kochana. Jeszcze wytrzymam. Przyjdziesz później.

Przeniósł stopę nieco dalej i teraz gniótł całą dłoń. Dłoń też nie była nią. Ona była głębiej niż dłoń. O wiele głębiej. On jej tam nie znajdzie.

Czy człowiek może stworzyć życie? Powołać do życia coś z niczego tak jak Bóg? Anna tego dokonała. Właśnie tu, leżąc we własnych odchodach, krwi i ślinie, tutaj w piwnicy, w ciemności, pośród robactwa i brudu. W leśniczówce, rodzinnym domu, pośrodku lasu, daleko od świata. Pożarła ją z głodu, połknęła, a ona stała się jej częścią. Pajęczyca. Na początku sama nie wierzyła, że ona istnieje. Szybko jednak przekonała się, że jej przyjaciółka, jej wybawczyni, jej towarzyszka jest tak prawdziwa jak sam ból. Jej przyjaciółka, towarzyszka i wybawczyni. Kochała ją. Kochała jak ojca i matkę. Może bardziej. Ojca i matki nie było już długo. Odeszli, zostawili ją, zawiedli. Zostawili samą, a Pajęczyca nigdy jej nie zostawi, nigdy jej nie zawiedzie i będzie z nią zawsze. Obiecała jej to.

Yokai odwrócił Annę na plecy i zdarł z niej szmatę, którą się przykrywała. Wyjął nóż. Patrzyła na jego kwadratową szczękę. Uśmiechał się. Oczy miał małe, głęboko wciśnięte w czaszkę. Teraz błyszczały.

Czy wiedział kiedy jej krzyk jest prawdziwym krzykiem? Czy wiedział kiedy udaje i pozwalał na to, bo był to rytuał, który powtarzali latami? Nóż przeciął ciało i krzyczała naprawdę.

- Ratuj, przyjaciółko ratuj.

Przyszła i ból zgasł. Zapadła ciemność. Przyjaciółka, towarzyszka i wybawczyni - Pajęczyca. Anna ją kochała. Bardziej niż matkę i ojca. Pajęczyca była prawdziwa i była dla niej zawsze.

*

 

Ojciec przestał kopać i wsparł się na szpadlu. Anna słuchała jak powietrze ze świstem opuszcza jego półotwarte usta. Płuca trzeszczały niemal tak samo jak jego skórzane, brązowe, myśliwskie buty. Był zmęczony, ale mimo tego gwizdnął cicho i uśmiechnął się. Przez chwilę oglądał dłonie odrywając je kolejno od trzonka narzędzia, a potem splunął na bok. Ona też spojrzała na jego dłonie. Wydawało się, że czerwona, miejscami sina skóra, pulsuje.

Popatrzyła w wykopany przez ojca dół. Czuła duszny zapach wnętrza ziemi, który co chwila przepędzany był podmuchami ciepłego, wiosennego wiatru. W glebie wiły się dżdżownice. Skórzane buty ojca były brudne od gliniastego piasku. Popatrzył przed siebie, a ona podążyła za jego wzrokiem. Zostało do przekopania kilkanaście metrów. Potem spojrzał w stronę pryzmy z równo pociętych pni drzew. Były tam, od kiedy pamiętała. Westchnął.

- Ale już tyle za tobą - odpowiedziała na jego westchnięcie. - Niedługo koniec.

Uśmiechnął się do niej i przechylił głowę najpierw na prawy bok, a potem na lewy by rozluźnić przykurczone mięśnie.

- Potem trzeba będzie osadzić pale, związać je, pochylić je trochę - powiedział.

- Tak, tak, ale to później. Teraz jest to, co teraz.

Popatrzył na nią jakoś inaczej niż zwykle.

- Masz to po matce - powiedział. Słowa były urywane, brakowało mu jeszcze tchu. - Centymetr po centymetrze. Byle do celu… - Spojrzał znowu gdzieś daleko. Może na czubki drzew za palisadą?

- To źle? - zapytała.

- To dobrze.

Anna zaczęła liczyć gotowe do obsadzenia kłody drzew. Ojciec każdej wiosny powiększał palisadę półokręgami tak by wydrzeć lasowi kolejne kilkanaście metrów ziemi na ogród. Budował na krótkim odcinku dodatkowe zewnętrzne ogrodzenie, a potem demontował niepotrzebne już  wewnętrzne. Nie chciał, by nawet przez chwilę, dom pozostawał bez osłony częstokołu. To byłoby zbyt ryzykowne.

- Jacy oni są ci chorzy ludzie? - zapytała.

- Mówiłem ci już… - westchnął. - Oni nie mówią, nie myślą, to już nie są ludzie, hormuria… - przerwał i zaraz poprawił się - choroba się nie cofa, ona tylko postępuje, nie można jej wyleczyć.

- I z żadnym nie można porozmawiać?

- Nie można.

- Nawet przez chwilę?

- Oni nie potrafią już rozmawiać. Są jak zwierzęta. Widziałaś przecież. Widziałaś jakie są zwierzęta.

Poczuła strach na wspomnienie hordy psów, które kilka miesięcy temu otoczyły leśniczówkę. Nie chciały odejść. Wyły i ujadały przez trzy dni. W końcu ojciec zabił je wszystkie długimi zaostrzonymi kijami. Zajęło to kolejne dwa dni.

- To nie zobaczymy już tutaj nikogo? Nigdy?

- Nie. Będziemy tu żyć we trójkę - ja, ty i mama. Do końca.

- Do końca czego, tato?

- Do końca świata.

Chciała zapytać kiedy skończy się świat, ale zrezygnowała. Ojciec nie chciał teraz rozmawiać. Znowu zaczął kopać. Patrzyła już tylko i nie odzywała się.

- Pora na obiad - powiedział, gdy skończył. - Dziękuję, że mi towarzyszyłaś Aneczko. Lżej mi jakoś było.

Wyciągnął ręce i skorzystała z okazji. Wskoczyła na niego, objęła mu szyję ramionami, a biodra nogami. Ojciec w jednej ręce trzymał szpadel, a drugą przytrzymywał ją, żeby nie spadła. Poszedł przez ogród kołysząc się na boki jak pingwin, a ona śmiała się głośno. Przez okno zobaczyła matkę w kuchni. Pomachała jej. Matka była czymś zajęta i nie zauważyła, że idą.

- W tym roku zasadzimy więcej truskawek prawda? – zapytała.

- Tak. Możemy trochę więcej. Będzie więcej ziemi. Myślę, że można kilka krzaków więcej.

Ucieszyła się. Owoców zawsze było tak mało. Dwie jabłonie, dwie grusze, jedna śliwa, krzaki malin i jeżyn na zewnątrz palisady. Ojciec mówił, że na wiśnie trzeba będzie poczekać jeszcze trzy lata. Nie mogła się doczekać aż spróbuje wiśni. Widziała je na obrazkach w książkach. Lśniące, czerwone, jędrne i pełne soku. Wiedziała, że będą kwaśne, nie takie jak truskawki, ale i tak się cieszyła.

Ojciec nie postawił jej przed schodkami jak zwykle, ale kazał jej wyciągnąć rękę i otworzyć drzwi. Musiała przez chwilę trzymać się go tylko jedną ręką za szyję. Udało się. Weszli do sieni.

- Tutaj musisz zleźć - powiedział odstawiając ją na podłogę. - Schodki do piwniczki są śliskie. Mogę się przewrócić.

Otrzepał dokładnie buty, a potem zszedł na dół. Poszła za nim. W piwnicy odstawił szpadel. Popatrzyła na ostatni słoik marmolady. Mama obiecała, że otworzą go na święta. Potem nie będzie już nic. Trzeba będzie czekać do lata na owoce.

- Chodź na obiad - ojciec już wspinał się z powrotem na górę.

Szybko wyszła. Nie lubiła piwnicy.

 

*

 

- Zimno – powiedział Yokai zaraz po tym jak zapalił lampę naftową.

Anna nie odwracała się. Nie miała siły. Nagle poczuła zapach. Mięso? Pieczone mięso? Zapach był tak intensywny, że zagłuszał jego słowa.

Mlaskał. Kwadratowa, mocna jak u konia szczęka miażdżyła coś twardego.

- Ale lato już idzie - powiedział. - Będzie ci tu cieplej. Na pewno cieplej.

Yokai udawał, że bezruch Anny jest mu obojętny, ale ona dobrze go znała. Wiedziała, że jest głodny, ale nie głodem żołądka. Yokai nie żywili się mięsem, tylko cierpieniem.

Krzesło stęknęło. Usiadł. Żuł i patrzył. Czuła na sobie jego spojrzenie. Zastanawiał się. Na pewno ważył przyjemności. Bić krócej i mocniej czy długo i lżej? A może coś innego? Co da więcej rozkoszy?

Wstał. Poczuła jak strąca butem szmaty z jej pleców. Strzeliły kolana, kucnął. Zimny metal dotknął skóry, ale nie drgnęła. Wodził czubkiem noża po jej bliznach. Lubił ten widok. Mówił o tym już tyle razy. Dla niego były równie piękne, co lodowe kwiaty na szybie. Dzieło natury. Słyszała jak ze świstem wciąga powietrze, a potem je powoli wypuszcza. Uspokoił się.

- Śmierdzisz - stwierdził i usiadł znowu na krześle. Usłyszała jak znowu odrywa włókniste mięso od kości i żuje. Ten zapach! Nie poruszyła się. Otworzyła oczy i utkwiła wzrok w ceglanej ścianie, z której ściekały krople wody. Starała się go nie słuchać, ale nie potrafiła. Dźwięki i tak wdzierały się do uszu. Nie umiała się na nie zamknąć.

- Był w mojej rodzinie człowiek - zaczął mówić mlaszcząc przy oblizywaniu kości - mój pradziad, który trafił po wojnie do sowieckich łagrów. Dostał dziesięć lat przy wyrębie lasu. Mordercza praca w kilkudziesięciu stopniowym mrozie, która wysysała życie zwykłego człowieka w kilka tygodni. On przetrwał całe dziesięć lat, pełen wyrok, a potem dostał domiar, kolejne dziesięć lat, ot tak, jak to było w sowieckim zwyczaju i te dziesięć lat też przepracował. Nie załamał się. I po dwudziestu latach go wypuścili. Nawet najbardziej zatwardziali błękitni uszanowali siłę woli i hart ducha tego człowieka. Bo nie o ciało tu chodziło. Ciało u każdego takie samo. Ważny jest duch i wola życia. I wyszedł na wolność i po trzech tygodniach zdechł w ciepłym łóżku po sutej kolacji zaledwie kilka kilometrów od zony. Pozornie bez żadnej przyczyny, ale ja wiem, dlaczego umarł. Wiesz dlaczego? Umarł, bo nie miał już po co żyć.

Anna słuchała, ale nie rozumiała. Nie mogła się skupić. Wiedziała, że nadejdzie ból. Wiedziała, że będzie boleć, ale nie przywoływała jeszcze Pajęczycy. Jeszcze nie. Jej też należy się odpoczynek. Jeszcze nie teraz. Wytrzyma bez niej.

- Ty jesteś taka jak ten mój pradziad, a ja jestem syberyjską tundrą i mrozem, i morderczą pracą, i urkami. Cieszę się, że taka jesteś i że na ciebie trafiłem. Ty jesteś unikatem, bo znosisz ból zamiast umrzeć. Nie ulegasz. Nie szukasz śmierci. Zabijałem dziesiątki takich, którzy ulegli. Zabijałem jak zwierzęta, wypruwałem im flaki z obojętnością, z jaką wiejskie baby odrąbują głowy kogutom. Ale ty jesteś inna, bo znosisz ból, którego nie sposób znieść. Ale ja wiem jak to robisz. O tak, znam twoją tajemnicę. Historia się powtarza. Ciągle się powtarza. Potwory wciąż rodzą się na nowo. Niby przyjaciel, ale to zdrajca - jego głos zamienił się nagle w szept. - Na początku korzystasz, a godzina zapłaty zbliża się nieubłaganie. Tik, tak, tik…

Anna drgnęła.

- Czy on wie? Jej przyjaciółka się przed nim zdradziła? Nie. To niemożliwe. Nie zrobiłaby tego.

- Ja też kiedyś musiałem go zaprosić – kontynuował szeptem. – Kiedyś mój ból był też nie do zniesienia. To jest jakieś prawo natury, a nie cud. Ale ta droga jest niebezpieczna. Wydaje się wybawieniem, ale prowadzi prościusieńko do piekła. Zmienia człowieka i nic na to nie poradzisz. Teraz tego nie wiesz i się nie dowiesz, bo umrzesz. Ciało to nie stal. Twój potwór nie zamieni go w stal. Kim on jest? Możesz mi chyba powiedzieć, co? Jak go nazywasz?

Anna milczała. Nie odwracała się.

- Potwór? - pomyślała. - Moja przyjaciółka nie jest potworem. Kocham ją i ona mnie kocha.

Oddychała płytko. Nie potrafiła powstrzymać dygotania. Była niemal naga, a powietrze piwnicy było takie zimne. Wiedziała, że za spokojnymi słowami Yokai kryje się gniew. Twierdził, że ją podziwia, ale tak naprawdę chciał władzy. Chciał pić strach z jej oczu, chciał, by błagała, chciał uczynić z niej wijący się mu u stóp ludzki ochłap.

- Już nie został nikt – mówił ciszej, ale słyszała coraz wyraźniej gniewne iskry. - Ludzi nie ma. Bóg oddał ziemię zwierzętom albo tym swoim nowym pupilom. Nowy naród wybrany. Wirus zabił i zmienił wszystkich. To potop dwudziestego pierwszego wieku. Może to właśnie sąd ostateczny? I dlatego ty musisz mi wystarczyć. Już wyglądasz jak trup, a nawet śmierdzisz jak trup. Worek skóry i grzechoczące kości. Żal patrzeć. Ale musisz mi wystarczyć. Niestety, ale musisz. W tej głuszy trudno o taką jak ty. To cud, że cię tu znalazłem. Bóg mnie kocha albo go już nie ma.

Anna znowu zamknęła oczy. Słyszała jak mężczyzna przez chwilę ogryza kość. Potem aluminiowe nogi krzesła zazgrzytały o podłogę. Usiadł?

Nagle ból rozbił jej myśli i zastąpił pulsującą czerwienią. Kopnięcie wycisnęło jej z płuc powietrze. Dusiła się. Ból rozszedł się jak fala, dotarł do głowy i do stóp, a potem wrócił do źródła. Zakaszlała. Usłyszała jak Yokai spluwa i chwilę potem poczuła ślinę na karku. Yokai nadepnął obcasem na jej dłoń, a potem powoli zwiększał nacisk. Milczała, chociaż ból był obezwładniający. Nagle poczuła uderzenie w tył głowy, ale to nie był but ani pięść. Otworzyła oczy i zobaczyła kość. Sterczały z niej jeszcze gdzieniegdzie włókna mięśni i ścięgna. To była kość dużego zwierzęcia. Ciężka, twarda kość.

Nagle mgła w jej głowie rozwiała się. Myśli stały się na nowo precyzyjne i chłodne. To ona. Przyjaciółka. Pajęczyca. To ona dostrzegła szansę. Pomogła Annie zrozumieć i Anna zrozumiała.

Odwróciła do Yokai wykrzywioną bólem twarz. Stał ciągle nad posłaniem dygocząc. Na czole pulsowała mu żyła w kształcie litery igrek. Z trudem nad sobą panował.

- Zabolało? - zapytał spokojniej, bo dostrzegł w jej oczach ból. Jej ból go uspokajał. Anna spuściła głowę i zaczęła pełznąć w jego kierunku. Strupy na ciele pękały, gdy skóra się napinała. Z ran sączyła się krew i ropa. Wbiła wzrok w but mężczyzny. To był cel. Wyciągnęła szyję by pocałować brązową skórę, ale but się odsunął. Nie unosząc głowy znad podłogi podpełzła drugi raz, a Yokai ponownie zabrał but zanim zdążyła sięgnąć do niego ustami.

- Prosisz? – zapytał i był już spokojny.

Spełzła z przesiąkniętych moczem i krwią szmat na wilgotną podłogę. Czuła, że na nią patrzy. Jego wzrok był zimny jak tchnienie trupa. Kłamał, gdy mówił, że brzydził się jej ciałem. To było jego dzieło! Patrzył z rozkoszą na ciemne, oblepione brudem włosy, na wykrzywioną bólem wychudłą twarz, na drżące usta, na opuchnięte oczy, na krosty, wrzody, krew i ropę. Czuła na sobie jego śliski, gadzi uśmiech.

- Na ładnych twarzach lepiej widać ból - przypomniała sobie słowa Yokai. - Dlatego twarz zostawiam na koniec.

Łańcuch napiął się i zacisnął na nadgarstku Anny. Lewa dłoń zdrętwiała i nie mogła jej przesunąć dalej, ale Yokai nadal odsuwał but. Wykręciła ciało i pełzła ku niemu. Nagle nadepnął na jej prawą dłoń. Chciała krzyknąć, ale zamiast wysokiego dziewczęcego głosu z gardła wydobył się ochrypły jęk.

- Boli cię? Boli? - dopytywał się niecierpliwie.

- Boliiiiiiiiii - krzyknęła ochryple. Wyciągnęła szyję i przywarła chciwie wargami do jego buta, tego, którym gniótł jej dłoń. Zaczął szybciej oddychać. Czuła jak Yokai wstrzymuje oddech, a potem wypuszcza powoli powietrze jakby jej pocałunek ugasił jakiś pożar.

- Daj mi kość - poprosiła na chwilę odrywając wargi od buta. Jej głos był bełkotliwy, bo krtań i usta odwykły od formułowania słów.

- Kość? - zdziwił się. Był jeszcze rozkojarzony, ale już odprężony. - Suka chce kość? - zapytał już łagodniej i zachichotał. Anna dygotała czekając na odpowiedź. Z trudem chwytała powietrze. Zamknęła oczy i dotknęła czołem czubka jego buta.

- Proszę… - szepnęła i znowu pocałowała but. Skóra miała gorzki smak.

Yokai nagle zabrał stopę. Uniosła głowę. Zobaczyła, że odchodzi, rozpina rozporek i oddaje mocz na kość, o którą prosiła. Wrócił na krzesło. Podparł brodę pięścią i patrzył.

Anna dopełzła do kości i zaczęła zdrapywać zębami cuchnące uryną drobiny mięsa. Lizała i nadgryzała ją jak pies. Dziąsła krwawiły, ból wyciskał powietrze z płuc, ale chciała, by Yokai się nasycił i wyszedł. Czasem, gdy dostawał to, czego chciał, wstawał z krzesła i po prostu wychodził. Jego usta były wtedy wykrzywione jakby zaraz miał wybuchnąć płaczem.

Tym razem był opanowany. Twarz była sztywna jak maska. Patrzył na nią długo, a potem zgasił płomień lampy i opuścił piwnicę. Zostawił ją w ciemności. Smród moczu zmieszał się z dymem dogasającego knota lampy naftowej.

Anna zacisnęła palce na kości i wpełzła na swoje legowisko. Owinęła szmatami stopy, a potem wcisnęła je do foliowych toreb. Zakopała się w gałganach. Długo jeszcze dygotała z zimna, ale w końcu rozgorzała się na tyle by zbadać zdobycz. Obmacywała ją dokładnie sztywnymi od chłodu palcami. Kość była twarda i gruba.

Zamknęła oczy i Pajęczyca ukazała jej śmierć Yokai. Siedział przed nią na krześle i patrzył. Nagle przednie nogi krzesła uniosły się w powietrze i mężczyzna balansował tylko na tylnych. Odchylił głowę i patrząc na sufit zaczął się śmiać. Teraz! Sięgnęła mu do gardła. Światło padało od strony drzwi, więc nie mógł jej zdradzić cień. Na palec wskazujący miała nasadzony kościany szpikulec. Na kciuku był drugi, ale krótszy. Oba wbiły się głęboko w szyję. Poczuła na dłoni jego ciepłą krew.

Otworzyła oczy. Musiała się spieszyć. Wiedziała, że Yokai wróci. Będzie chciał odebrać jej to, co przed chwilą dał. On zawsze odbierał. Musiała jak najszybciej ukryć kawałek kości na tyle mały, by go nie szukał i na tyle duży, by mógł posłużyć za broń. Podpełzła do najostrzejszego kamienia wystającego z posadzki. Znała je wszystkie i wiedziała, że ten ma najodpowiedniejszy kształt. Zacisnęła na kości lewą dłoń i uderzała tak, aby skruszyć okostną. Łańcuch brzęczał, więc powtykała szmaty między jego ogniwa. Musiała być cicho. On nasłuchiwał na górze. Pracowała jedynie kilka minut i przerwała. Zaczęło jej się kręcić w głowie. Po wielodniowej głodówce była bardzo słaba.

- Pomóż mi - poprosiła. - Nie mam już siły.

Pajęczyca pomogła. Pomogła jak zawsze.

Na samym początku myślała, że Pajęczyca to tylko fantazja, tylko umysłowy konstrukt pozwalający łagodzić ból. Potem pomyślała, że oszalała. Ale to już była przeszłość. Tak było kiedyś. Teraz wiedziała, że Pajęczyca jest równie prawdziwa, co ból. A ból był najprawdziwszą ze wszystkich prawdziwych rzeczy.

 

*

 

Pająki znajdowały drogę do piwnicy mimo zamkniętych drzwi. Wtedy były jeszcze szpary, przez które przeciskało się światło. Nie było jeszcze przybitej do framugi kapy zasłaniającej każdy promień słońca. Anna żyła w półmroku, a nie w ciemności.

Bała się pająków od zawsze. Gdy zauważyła pierwszego uniosła rękę, zamknęła oczy, i opuściła pięść, by go zgnieść. Myślała, że jest martwy, ale gdy podniosła rękę stwierdziła, że pająk nadal żyje. Próbował przesunąć na wpół zgnieciony odwłok czterema odnóżami, które były jeszcze sprawne. Pragnął żyć. Wszystko co żyje, chce żyć dalej. W pierwszej chwili chciała zgnieść to, co z niego pozostało, ale wstrzymała rękę. Zaczęła go obserwować. Walczył ze wszystkich sił, chociaż umierał. Walczył o kolejne sekundy życia, sekundy bólu, ale jednak życia. Obserwowała go kilka godzin, a potem zabiła. Nie miał już sił, by się poruszać. Żył jeszcze, ale nie miał już sił. Nie chciała, by męczył się dłużej.

Nie czekała długo na następnego pająka. Pojawił się po tygodniu. Uwił pajęczynę tuż obok drzwi, tam gdzie była największa szansa na zdobycz. Czekał, gdy trzeba było czekać i zabijał kiedy trzeba było zabijać. Miał twarde, bezwzględne ciało i jeden cel - przetrwać. Obserwowała go długo, patrzyła jak zabijał, zrzucał pancerz i rósł. On nie czuł bólu. Nie miał rozterek i słabości. Zabijał, by żyć.

Edukacja Anny była ograniczona do praktycznych rzeczy potrzebnych do przeżycia, więc przekonanie o braku odczuwania bólu przez pająka płynęło jedynie z obserwacji. Matka uczyła ją jak uprawiać ogród, jak rozpoznać rośliny jadalne oraz przygotowywania i przechowywania żywności. Ojciec uczył ją zakładania wnyków, poruszania się w lesie, posługiwania się bronią, mapą i kompasem. O pająkach wiedziała niewiele ponad to, że żaden nie jest w stanie jej skrzywdzić w jakikolwiek sposób.

Kiedyś ojciec opowiadał jej, że w niektórych plemionach w Ameryce Południowej zjadano ciała i mózgi martwych wojowników i szamanów, by przejąć ich mądrość, odwagę i siłę. Zapragnęła mieć pająka wewnątrz siebie. Zdjęła go z pajęczyny i ostrożnie włożyła do ust. Cofnął odnóża, nie poruszył się. Gdy w ustach zebrała się odpowiednia ilość śliny przełknęła owada.

- Czy to miało znaczenie? - zastanawiała się często. - Czy jakby nie połknęła tamtego pająka to nie byłoby Pajęczycy?

Pierwszy raz Pajęczyca pomogła Annie, gdy Yokai przypalał jej ciało rozgrzanym prętem. Ból nie kończył się w momencie, gdy odrywał rozżarzone żelazo od zwęglonej skóry. Trwał długie godziny po tym, gdy Yokai wyszedł i zostawił ją w ciemności. Ktoś zaczął ją gładzić po głowie. Tylko jednym palcem. Powolny, posuwisty, czuły dotyk. To nie była już jej ręka. Jej ciało, ale nie jej ręka. Pajęczyca zapraszała ją do snu. Pajęczyca. Wtedy pierwszy raz odgrodziła ją od bólu. Nic nigdy nie mówiła, ale przecież nie musiała mówić. Anna czuła, co ona chce powiedzieć. Czasem Pajęczyca używała jej ust by szeptać. Anna dowiedziała się w ten sposób, że ją również boli, i że nie może zabrać całego bólu. Obiecała, że weźmie cały, który będzie mogła znieść. Prawdziwa przyjaciółka, towarzyszka i wybawczyni.

 

*

 

Annie była teraz potrzebna wytrwałość i siła Pajęczycy. Mogły go zabić. Musi zaczynać. Zamknęła oczy i oddała jej dłoń. Skóra zaczęła mrowić. Ból zniknął. Nie mogła już jej powstrzymać. Czuła jak nienawiść nabrzmiewa, pęcznieje, dusi i miażdży inne uczucia, myśli i pragnienia. Nienawiść do Yokai była źródłem siły Pajęczycy.

Przemiana się dokonała i wszelki ból zniknął. Czy już spała? Myśli płynęły wolno, wymykały się jak skrawek mydła z mokrych dłoni. Gdy przywoływała Pajęczycę znikał ból, ale zmieniał się także świat. To było jak wkładanie grubych rękawic, jak spoglądanie przez lunetę, która pozwala widzieć wyraźnie mały fragment i zasłania wszystko inne. Poczuła senność, tak jak zawsze, gdy ją do siebie zapraszała, ale tym razem nie poddała się jej. Tym razem nie zasnęła. Pajęczyca ukazała rąbek wspomnienia. Wspomnienia były takie przyjemne. Sama nie potrafiła już do nich dotrzeć. To Pajęczyca wydobywała je z niedostępnych dla niej rejonów umysłu.

- Nie. Nie teraz. Kość – Anna chwyciła tę myśl kurczowo i to pomogło. Zacisnęła obie dłonie na śliskiej od tłuszczu i potu głowie kości. Dzięki Pajęczycy nie było już bólu. Uderzała o kamień bez ustanku aż okostna pękła. Na skórze poczuła jeszcze ciepły szpik. Odłamała i odrzuciła obie głowy kości. Potrzebny był tylko trzon. Pajęczyca wyślizgiwała się. Nie chciała już bólu. Pragnęła uciec, ale Anna jej nie pozwoliła.

- Jeszcze trochę - szepnęła. - Wytrzymaj jeszcze chwilę.

Wiedziała, że Yokai nie uwierzy, że pogryzła i połknęła niemal całą kość. Szukałby jej w piwnicy tak długo aż by znalazł. Była tego pewna. Musiała podzielić trzon - połowa dla niej, a reszta dla Yokai - tylko wtedy mogło się udać. Chwyciła trzon z obu stron i znowu uderzała nim o kamień, by przełamać go na pół. Kłykcie obtarła do krwi. Paznokieć środkowego palca prawej dłoni złamał się w połowie, gdy zahaczyła nim o kamień. Nie przerywała pracy. Pajęczyca zabierała ból. Wytrzymała. Jej przyjaciółka, jej kochana siostra, jej wybawczyni, jej towarzyszka cierpiała w milczeniu. Jeszcze tylko chwila. Kość pękła, a potem przełamała się niemal dokładnie w połowie.

Anna wstrzymała oddech. Na górze skrzypnęło stare drewno. Wstał z łóżka? Usłyszał? Jego sypialnia była nad piwnicą. Słyszała jego kroki na deskach podłogi. Zacisnęła zgrabiałe dłonie na kości i podczołgała się pod ścianę. Wszystkie myśli odpłynęły. Został tylko strach. Yokai szedł do niej zabrać jej wszystko? Było tak blisko. Pajęczyca odeszła oddając jej pulsującą bólem prawą dłoń. Anna włożyła w usta gałgan i zacisnęła na nim zęby, żeby nie wyć z bólu. Dygotała. Za chwilę wyrwie jej kość. Koniec. Koniec wszystkiego.

Ale drzwi nie zaskrzypiały. Kroki ucichły. Wyszedł do ogrodu. Może jeszcze dalej? Miała jeszcze czas. Jeszcze nie koniec.

Niepotrzebne kawałki kości zebrała na foliowej torebce ułożonej tuż za swoim barłogiem, a trzon, z którego chciała zrobić szpikulce zawinęła ostrożnie w szmatę i pomagając sobie zębami związała w tobołek. Odczołgała się od ściany i wyciągnęła stopę w stronę krzesła. Zahaczyła o aluminiową nogę i powoli przyciągnęła je do siebie. Wpełzła pod siedzisko i przymocowała tobołek do aluminiowej ramy. Łańcuch rozdarł skórę na nadgarstku. Z rany zaczęła sączyć się krew.  Przesunęła krzesło na swoje miejsce i wróciła pod ścianę. Zakopała się w szmaty. Przyciągnęła ręce do tułowia i podkurczyła nogi, ale nawet to nie przyniosło jej ulgi. Przeraźliwe zimno kąsało ciało. Zacisnęła powieki i przywołała szczęśliwe dni. Chciała śnić o przeszłości, schować się w niej przed bólem i mrokiem.  

 

*

 

Płynęła w powietrzu. Widziała dach leśniczówki, ich ogród, stertę pozieleniałego drewna, grusze, jabłonie, śliwę i obsypaną kwiatami wiśnię. Leśniczówkę otaczała palisada, którą ojciec każdej wiosny podwyższał i umacniał. Ta palisada zapewniała im bezpieczeństwo. To kilkumetrowe ogrodzenie chroniło przed światem. Obniżyła lot i wylądowała wśród krzaków ziemniaków. Nagie stopy dotknęły przyjemnie chłodnej ziemi. Na liściach dostrzegła pomarańczową larwę. Zdjęła ją i rozgniotła w dłoni. Usłyszała za plecami czyjś głos i odwróciła się. Matka stała oparta o trzonek motyki. Patrzyła w słońce. Pot spływał jej z czoła, płynął po policzkach i formował się w krople na brodzie. Anna patrzyła na napiętą twarz matki. Chciała być taką jak ona. Cieszyła się, kiedy ojciec mówił, że są do siebie tak podobne, że rozróżnia je tylko po wzroście. Czuła się wtedy piękna. Matka machnęła niecierpliwie ręką. Nie lubiła, gdy Anna deptała po ziemniaczanych redlinach. To od roślin zależało ich życie. Ogród był mały. Trzeba było wykorzystać każdy skrawek ziemi.

- Rośliny pozwalają nam żyć – mawiała matka. – Szanuj je.

Usłyszała stuknięcie i spojrzała w stronę palisady. Ojciec zamykał właśnie furtkę. Wrócił z lasu gdzie zastawiał wnyki. Musiał sprawdzać wnyki dwa razy dziennie, bo uwięzione zwierzęta zaciskały pętle tak mocno, że zaczynały krwawić. Mogły wtedy przyciągnąć wilki i dzikie psy.

Wysokie, brązowe buty ojca były zabłocone. Do pasa miał przytroczone ciało zająca. Zwisało jak pęk kluczy. Matka coś powiedziała. Anna słyszała wyraźnie jej słowa, ale nie rozumiała ich. W głosie matki wyczuła ulgę, ale i gniew. Wyprawy na zewnątrz były niebezpieczne nawet dla ojca. On znał las i wiedział jak zacierać ślady, ale jego szczęście musiało się w końcu skończyć. Matka to przeczuwała. Mówiła, że mięso jest im niepotrzebne, że przeżyją na tym, co urośnie w ogrodzie. Ojciec był jednak nieprzejednany. Powtarzał, że jest bardzo ostrożny i wie, że jego śmierć oznaczałaby, także ich śmierć. Przed zimą zawsze gromadzili zapasy smalcu i suszyli mięso na słońcu.

Anna ruszyła w kierunku ojca. Biegła wąskimi ścieżkami między ziemniakami i wpadła mu w ramiona. Poczuła od niego zapach igliwia. Otoczył ją ramionami i spojrzeli na siebie. Oczy ojca były żywsze, gdy wracał z lasu. Znikała bladość z twarzy, stawał się radosny i rześki. Anna czuła, że w tych wyprawach mięso nie było najważniejsze.

Nagle poczuła drapanie na brzuchu. Odsunęła się od ojca ze zdziwieniem. To zając uniósł głowę, uwolnił swoje łapy z drutu, wyskoczył zza pasa i zaczął skakać między grządkami marchwi. Anna zaczęła się śmiać. Zając również zachichotał piskliwie, a potem odbił się od ziemi tak wysoko, że przeskoczył częstokół i zniknął w lesie. Śmiał się ojciec i matka. Śmiała się Anna.

Potem oderwała się od ziemi z podobną lekkością, co zając i zaczęła się wznosić nad leśniczówką jakby ktoś napełnił ją helem. Zawsze chciała zobaczyć, co jest dalej, zawsze chciała dojrzeć więcej niż to, co widziała z najwyższej w ich ogrodzie jabłoni. A teraz mogła latać! Wznosiła się wyżej i wyżej. Leśniczówka pod nogami stawała się coraz mniejsza. Nagle jej ciało przeszedł dreszcz. Zobaczyła tłum. Leśniczówka była okrążona. Zbliżali się ze wszystkich stron. Oszaleli ludzie z wykrzywionymi twarzami trzymający w dłoniach pałki i noże. Setki, tysiące, dziesiątki tysięcy ciał. Krzyczała, by rodzice uciekali, ale była zbyt daleko. Machali do niej i uśmiechali się nieświadomi  nieuchronnej śmierci. Zamknęła oczy. Zrobiło się zimno. Była już bardzo wysoko nad ziemią i ciągle się wznosiła. Gdyby popatrzyła w dół to zobaczyłaby, co się z nimi stało. Nie chciała otwierać oczu. Dopóty będą żywi dopóki nie zobaczy ich martwych. Zacisnęła powieki jeszcze silniej, najsilniej jak tylko mogła.

 

*

 

W zamku szczęknął klucz. Była jeszcze otępiała, gdy przez uchylone drzwi wpadło słabe, dzienne światło. Ciało miała zdrętwiałe. Prawa dłoń zapiekła bólem, gdy nią poruszyła. Yokai rzucił przez próg gumowy wąż, a potem stary termofor. Przyrządy plasnęły o betonową podłogę nieopodal krzesła. Po chwili wtaszczył do pokoju wiadro ze zmieloną mieszanką ziemniaków, gotowanych skór, tłuszczu i podrobów.

Anna ocknęła się ze stuporu i spojrzała w kierunku krzesła. Teraz w mdłym świetle dnia dostrzegła, że tobołek, w którym ukryła kość był ciemniejszy od siedziska. Nie przylegał też dobrze do ramy. Mógł odpaść gdyby usiadł na krześle. Musiała odwrócić jego uwagę.

- Nie! – chciała krzyknąć, ale przez suche gardło wydobył się tylko suchotniczy kaszel. Zaczęła pełznąc w kierunku resztek kości leżących przy ścianie.

Yokai zareagował instynktownie. Musiał jej zabrać to, czego ona nie chciała oddać! W dwóch krokach dopadł barłogu i ją kopnął. Ból eksplodował tuż nad biodrem. Nadepnął na resztki kości. Anna leżała na podłodze ogłuszona.

- Połknęłaś to? - warknął pochylając się nad torbą, na której zebrała resztki kości. - Chcesz umrzeć? Nie rozumiesz, że zdechniesz wtedy, kiedy ja będę tego chciał! Ja decyduję. Ja!

Yokai zebrał resztki kości z folii. Uważał żeby nie zostawić ani jednego kawałka. Wyszedł z piwnicy nawet nie zamykając drzwi. Anna wiedziała, że ma tylko chwilę. Ruszyła na czworaka w kierunku krzesła. Łańcuch napiął się. Przyciągnęła krzesło wyciągając stopę i zębami oderwała tobołek. Rzuciła go na kupę identycznych, skołtunionych brudnych szmat. Odsunęła krzesło nogami, ale popchnęła je nieudolnie. Zatańczyło na nogach i przewróciło się na bok. Słyszała już stukot podkutych butów. Yokai schodził po schodach. Dopadła do wiadra z parującą ziemniaczaną breją i zanurzyła w nim głowę. Yokai wszedł do piwnicy.

- Nie… - powiedział, ale wyczuła w jego głosie zadowolenie.

Uniosła głowę. W rękach trzymał plastikowy sznur. Zapalił lampę naftową, podszedł do niej i kopniakiem odsunął ją od wiadra. Wypluła cuchnącą breję na podłogę.

- I widzisz? Ja się tym zajmę. Wiesz, że zrobię to lepiej.

Anna skuliła się na posłaniu i obserwowała Yokai. Mężczyzna najpierw wcisnął wąż w szyjkę termoforu, a potem zaczął wypełniać go mieszaniną z wiadra. Termofor służył do przepychania brei najpierw do węża, a potem do przełyku Anny.

- Koniec głodówki. Już nie będziesz głodna - powiedział. - Postanowiłem tak wczoraj. Zbyt szybko mdlejesz. To wszystko psuje. Teraz dam ci tyle jedzenia ile będziesz chciała. Dzisiaj ucztujemy.

Wyjął z tylnej kieszeni spodni sznur i podszedł do niej. Patrzyła na wiadro. Szarpnął ją za włosy i pociągnął w stronę krzesła. Anna szła na czworaka raniąc skórę o ostre kamienie.

- Łańcuch między nogi - warknął.

Wykonała polecenie, ale zbyt wolno. Uderzył ją pięścią w twarz nie puszczając włosów. Poczuła krew w ustach. Krzyczała, a on ciągnął ją dalej w stronę krzesła. Łańcuch napinał się coraz bardziej. Lewy, obwiązany łańcuchem nadgarstek uniósł się w górę. Barki dziewczyny zaczęły się boleśnie skręcać. Syknęła z bólu, ale Yokai ciągnął jeszcze mocniej.

- Dalej nie możesz? - zapytał z udawanym zdziwieniem. - No dobrze. Teraz do tej rączki dowiążemy prawą. Wtedy nie będziesz mi wierzgać jak będę karmił, prawda? Zjemy dużo. Dzisiaj zjemy dużo.

Przesunął krzesło i usiadł naprzeciwko Anny. Była pochylona w jego stronę. Gdyby nie łańcuch upadłaby na twarz. Łapczywie chwytała powietrze. Yokai był nieuważny wtedy, kiedy dostawał to, co chciał. Czuła ból, ale także spokój. Miała już wszystko. Nastał jej czas. Musi jeszcze trochę wytrzymać. Uda się.

 

Rozdział 2

 

Yokai wyszedł z piwnicy. W zamku szczęknął klucz. Przybita do framugi drzwi kapa zatrzeszczała, gdy naciągnął ją na łby gwoździ. Została sama w ciemności. Żołądek spuchł od mieszaniny brudnych, na wpół surowych zwierzęcych skór, ścięgien, tłuszczu i ugotowanych ziemniaków. Oddychała płytko i szybko. Czuła jak jelita pęcznieją. Bała się, że pękną i cuchnąca breja rozleje się w jej brzuchu.

- Nie teraz - pomyślała. - Nie teraz. Jesteśmy tak blisko.

Yokai wmuszał w nią jedzenie tak długo aż opróżnił wiadro. Po tygodniowej głodówce jej żołądek był twardy i suchy jak gruda żwiru. Każdą wyciśniętą z termofora porcję po kilku sekundach zwracała. Yokai czekał aż zwymiotuje, a potem znowu pchał jej gumowy wąż do gardła. Nic nie mówił. Wystarczyło mu, że patrzył. Dwa razy straciła przytomność. Cucił ją wtedy wodą i zaczynał od początku. Pogwizdywał i uśmiechał się. Patrzył na jej konwulsje dłużej niż zwykle, ale w końcu, tak jak za każdym razem, jego twarz zwiotczała jak przekłuty balon. Nasycił się. Odwrócił się i bez słowa wyszedł.

Słyszała jak wchodzi po kamiennych schodach do sieni. Wiadro zabrzęczało, kiedy uderzył nim o ścianę. Potem wrzucił je do wanny przez otwarte drzwi łazienki. Eksplozja blaszanego hałasu była tak głośna, że odruchowo skuliła się i napięła całe ciało. Żołądek skurczył się gwałtownie, zwymiotowała.

Przez lata nauczyła się słuchać. Każda deska w podłodze trzeszczała inaczej. Anna zawsze wiedziała gdzie jest Yokai. Podłoga w kuchni skrzypiała najgłośniej. Gdy przechodził do sypialni rodziców słyszała już nawet jego oddech. Tam deski strzelały sucho, jak siarka zapalającej się zapałki. Dźwięki odbijały się od nagich ścian, rezonowały. Nic tam nie zostało. Było tylko łóżko i kufer z ubraniami ojca. Wszystko inne, wszystko, co zostało po rodzicach, zniszczył lub spalił.

Pisnęły zawiasy drzwiczek do pieca - dodawał do ognia. Potem metaliczny szczęk fajerek - postawił tam coś ciężkiego. Po kilku minutach usłyszała cichy gwizd. Czajnik. Ciężkie kroki na deskach podłogi. Czy ma jeszcze herbatę matki? Sencha. Trzymała ją w blaszanej puszce, wysoko na półce. Kiedyś stały tam książki, ale spalił je wszystkie na jej oczach. Płakała wtedy. Czuła jakby zabijał w ten sposób matkę. Chociaż i tak wtedy już pewnie nie żyła.

Usłyszała śpiew wrzątku, gdy wpadł do porcelanowego kubka. Stęknęło krzesło. Cisza przerywana siorbnięciami. Pił.

Anna ostrożnie zebrała suche szmaty, a potem wpełzła pod nie, żeby się ogrzać. Podkuliła kolana. Musiała zebrać siły. Miały mało czasu.

 

*

 

List zajmował tylko jedną stronę. Był napisany w pośpiechu. Matka tłumaczyła, że ojciec zachorował i musieli w nocy odejść, szukać pomocy, ale zapewniała, że wrócą. Pisała, że ją kochają i żeby była dzielna, żeby wykorzystała wszystko, czego ją nauczyli. Kazała jej czekać. Czekać miesiące, a jak będzie trzeba, to nawet lata.

Po przeczytaniu listu Anna nie jadła i nie spała przez trzy dni. Siedziała w kuchni i patrzyła przez okno na furtę w palisadzie. Nigdy dotąd nie była sama. Zawsze była matka lub ojciec. Byli całym światem i całą ludzkością. Reszta istniała tylko na zdjęciach i w opowieściach. Byli tylko oni i teraz zniknęli.

Miała jedynie siedem lat, ale wiedziała, że matka kłamała. Nie było lekarstwa na hormurię. Hormuria oznaczała śmierć. Jeżeli ojciec zachorował to poszła mu towarzyszyć do ostatniego z hormurycznych szałów. Mogła tylko mieć nadzieję, że jej nie zarazi ani nie zabije. Matka mogła jeszcze wrócić. Ojciec na pewno nie.

Gdy pojawił się Yokai mijał sto sześćdziesiąty trzeci dzień. Wydrapywała kreski na ścianie w kuchni. Codziennie je liczyła. Gdy usłyszała, że ktoś szarpie furtę w palisadzie ukryła się w zbudowanej przez ojca kryjówce na poddaszu. Leżała tam bez ruchu próbując uspokoić oddech. Kurz wiercił w nosie.  Widziała sypialnię i duży fragment kuchni przez dziury między deskami. Yokai nie usłyszał jej. Był brudny, śmierdzący, obrośnięty zlepionymi łojem włosami. Zorientował się, że ktoś mieszka w leśniczówce dopiero, gdy położył rękę na jeszcze ciepłym piecu. Przez długą chwilę stał bez ruchu, a potem podniósł wysoko ręce nad głowę. Ruszał ustami jakby chciał coś powiedzieć, ale Anna nie usłyszała ani jednego słowa.

- Zdro… Zdrowy… - wycharczał jakby wypowiadał pierwsze słowo od lat. Obrócił się. - Zdrowy - powtórzył nieco głośniej. - Jestem sam!

Anna zrozumiała. Spodziewał się, że ktoś z ukrycia mierzy do niego z jakiejś broni. Bał się. Nie odpowiedziała. Obserwowała dalej.

Yokai nerwowo oblizał usta.

- Nie przyciągnąłem hordy. Tułam się od lat. Wiem jak żyć w lesie. Przydam się. Przydam się wam - opuścił powoli ręce. - Byłem nauczycielem. Mogę uczyć dzieci. Jestem silny, odporny na hormurię.

Anna pamiętała radość, jaką poczuła. Najpierw był strach, ale zaraz potem radość. Nie dlatego, że uwierzyła Yokai, ale dlatego, że jego istnienie dowodziło, że nie wszyscy umarli. A jak żyje on to może żyje i matka?

Nie mógł uwierzyć, że jest sama.  Przyjął od niej ubrania, umył się, zjadł, podziękował za wszystko. Gdy odwracał się do niej plecami mogła udawać, że to ojciec. Miał ten sam sweter, spodnie i buty. Poprosił o nocleg, a ona się zgodziła. Nie narzucał się, był przebiegły, może podejrzewał, że ma jakąś broń, pistolet, zatruty nóż? Powtarzał tylko, że chce odpocząć dobrze zjeść, a potem wyruszy dalej. I mówił. Mówił rzeczy, o których nigdy nie słyszała od ojca i matki.

- Ludzie zamienili się w potwory, albo umarli. Hormuria? Słyszałaś coś o tym? To zlepek słów hormony i furia. Dziennikarze uwielbiali takie połączenia. Naukowcy ten stan nazywali zespołem wirusowo-hormonalnie indukowanych agresywnych zachowań. Większość ludzi nie była w stanie tego zapamiętać. Lepsza była hormuria.

- I nie ma już ludzi?

- Większość wirus po prostu zabił, a resztę, tych którzy byli odpowiednio silni i sprawni, zamienił w bestie. Ludzi została tylko garstka. Jedni jakimś cudem nie zarazili się, ale żyją w ciągłym strachu przed wirusem. Istnieją też tacy, którzy są odporni. Garstka genetycznych odszczepieńców, którym jest nieco łatwiej, bo nie muszą się chociaż bać się zarażenia. Tak jak ja… - przerwał, bo objęła go i ścisnęła mocno. Ubrania pachniały jeszcze ojcem.

Nie chciała, by odchodził. Z nim było łatwiej. Czasami patrzył na nią tak jak ojciec. Dwa razy ubierał się w nocy jakby chciał odejść. Robił to naprawdę cicho. Nie udawał. Za każdym razem budziła się i powstrzymywała go łzami. On też płakał, ale nie wiedziała z jakiego powodu. Wtedy to były szczere łzy.

Kiedyś w piwnicy były same skarby. W schludnych workach i drucianych skrzynkach leżały ziemniaki, marchew, pietruszka, cebula i inne warzywa z ogrodu. Na wznoszącym się aż do sufitu regale stały przetwory w słoikach.

Kilka miesięcy, żyli razem jak ojciec i córka. Pokochała go szybko. Była wtedy dzieckiem. Była ufna. Dlaczego miała go nie kochać? Miała tylko jego. Na wiosnę zasadzili razem warzywa, wyszli nawet nad rzekę. Pozwolił jej zamoczyć nogi. Pokazała mu Dziwaka - drzewo, o krzywym pniu, które lubiła oglądać z ojcem.

I pewnego dnia, kiedy bawili się w jej pokoju drewnianymi figurkami powiedział pierwsze bolesne słowa. Teraz już nawet ich nie pamiętała. Przestraszyła się wtedy. To była jej wina. Musiała się poprawić. W jego oczach zobaczyła coś obcego, zimnego jak łuski martwej ryby znad rzeki.

Przestał opowiadać o tym, co było za palisadą, a jak już to robił, to mówił o chorobach, bólu, okrucieństwie i śmierci. Tego nie chciała słuchać. Często stawał nad jej łóżkiem w nocy. Udawała, że śpi. Raz tylko spojrzała na niego. Jego oczy były intensywne jak ogień.

Stał się centrum jej życia. Przestała się uśmiechać. Uważała na słowa, przepraszała, była uległa. Polecenia wykonywała starannie i tak jak sobie życzył. Odgadywała jego pragnienia. Chciała żeby był zadowolony, nie marszczył brwi, żeby ją kochał. Jednak za każdym razem, kiedy wydawało się jej, że wybaczył, że zapomniał, że będzie tak jak dawniej, wszystko wracało. Teraz już wiedziała, że Yokai zaczął zaspokajać głód. Nie potrafił już dłużej czekać. Im bardziej się nasycał, tym większy głód odczuwał następnego dnia.

 Okresy bez bólu były coraz krótsze, a zadawane cierpienie coraz bardziej dotkliwe. Ból stopniował z precyzją zegarmistrza. Budziła się i zasypiała z myślą o Yokai. Wypełniał całe jej życie. Na każde jego przychylne słowo reagowała pełnym ulgi płaczem, a każdy cios ranił jak pchnięcie nożem.

Pewnego dnia uderzył ją w twarz. Policzek parzył. Yokai wbił w nią zimne, rybie, nieruchome oczy i pił mieszaninę rozpaczy, podeptanej dumy, niedowierzania i bólu.  Usiadł potem na krześle wyczerpany, a Anna zaczęła obcałowywać jego dłoń i moczyć ją łzami.

Kochała go tak straceńczo, że przestał już potem dbać o jakiekolwiek pozory. Bił, kopał, pluł i dusił, a ona przepraszała, płakała i lgnęła do niego wierząc naiwnie, że kiedyś nastąpi kres i wróci to, co było. Sycił się i żarł jej cierpienie na zapas. Nie było to cierpienie prymitywne i zwierzęce, to było cierpienie wyższego rzędu, cierpienie wykraczające daleko poza ból zadawany ciału. Wiedział to i gdy bił zawsze patrzył jej w oczy. Właśnie tam widział najlepiej jątrzące się rany, szkarłat krwi i rozrywaną na strzępy duszę.

W końcu zrozumiała. Zrozumienie przyszło, gdy siedziała zgarbiona przy stole i jadła zupę z ziemniaków i fasoli. Zrobiła ją najlepiej jak umiała, ale on napluł do talerza i kazał jej samej zjeść cały garnek. Wmuszała w siebie czwartą porcję. On patrzył na nią beznamiętnie i czekał. Zwijał na pięści sznur zakończony kilkoma grubymi supłami. Nagle wyprostowała się i spojrzała mu w oczy. I dostrzegła w nich prawdę.

Nie było żadnego Piotra, nigdy nie było Piotra. Był tylko demon. Był Yokai. Jak w japońskich mitach, które czytywała jej matka. Z gardła wydobył jej się jęk. Zaczęła dygotać i szczękać zębami. Zrozumiała, że jest w pułapce i że już nic nigdy nie będzie takie jak dawniej. Wtedy narodziła się nowa Anna. Tej nie mógł patrzeć w oczy, bo zamykała je, kiedy on kazał je otwierać. Ta Anna milczała, kiedy chciał żeby mówiła. Śmiała się, kiedy miała krzyczeć z bólu. Ta była przebiegła. Niemal natychmiast spróbowała ucieczki. Zdołała wybiec z domu i gdyby nie przymarznięty skobel furtki wybiegłaby w las. Na nogach miała prymitywne walonki, a w kieszeni ojcowskiego płaszcza nóż. Ucieczka była przemyślana i niemal się udała. Tę Annę musiał wtrącić do lochu.

Często myślała o tym, by przegryźć żyły na nadgarstkach, rozbić głowę o ścianę, ale coś ją powstrzymywało. Nie chciała. Walczyła z pogardą dla swego ciała i życia. Gdy zapominał się i groził jej śmiercią, patrzyła na niego kpiąco. Milczała, ale on dobrze wiedział, co te oczy chcą mu przekazać.

- Nie zabijesz mnie – mówiły milczące usta przez wypełnione nienawiścią oczy. - To tobie zależy na moim życiu, nie mnie.

Walczyła latami, walczyła nieustępliwie, chociaż jej ciało słabło. Niedożywione i udręczone stało się kruche. Anna będąc niemal dorosłą kobietą wyglądała jak dziewczynka. Organizm przestał się rozwijać.

Czy wierzyła, że uratują ją rodzice? Nie. Nie łudziła się. Potem przyszła Pajęczyca. Dała jej nienawiść i siłę by żyć. Żyła. Ciągle żyła. Bez względu na wszystko. Ciągle żyła.

 

*

 

Następnego dnia ponownie wszedł do piwnicy. Postawił wiadro z mięsną breją, rzucił termofor na beton i zapalił lampę naftową. Leżała skulona, odwrócona twarzą do drzwi. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Podszedł bliżej. Resztki zwróconego przez Annę wczorajszego posiłku leżały w na wpół wyschniętych kałużach wokół legowiska. Była w nich krew.

Pochylił się nad wymiocinami. Sapnął, gdy dostrzegł kawałki ostrych kości, które w nich umieściła.

- Połóż się na plecy - rozkazał, a gdy nadal leżała skulona kopnął ją w udo, a potem siłą rozprostował na betonowej posadzce. Zerwał z niej szmaty i prześlizgnął się wzrokiem po kościach miednicy i obmacał zimnym palcami jej wklęśnięty brzuch. Chyba poczuł coś, co go ucieszyło, bo odetchnął z ulgą. Nie chciał żeby umierała. Nie w ten sposób.

- Chciałaś to skończyć, co? Nie, jeszcze nie teraz. Nie pozwoliłem.

Popatrzyła w jego rybie oczy. Pulsowały żądzą. Leżała bez ruchu, otępiała i obojętna. Nie zasłoniła brzucha. Rzucił na nią kilka szmat. Nadal patrzyła tępo w sufit. Odszedł w stronę drzwi, podniósł gumowy wąż i termofor.

- Możesz żreć z wiadra, kiedy chcesz - powiedział i podsunął je nogą bliżej barłogu. - Przyniosę ci porządny koc i wodę.

Zgasił lampę, zamknął drzwi i wszedł po schodach na górę. Usłyszała skrzypnięcie krzesła w kuchni. Rozniecił ogień w piecu i dorzucił drewna. Połknęła krew sączącą się z przegryzionej wargi i uśmiechnęła się. Miały czas. Chciał, by nabrała sił, by jej zadawać cierpienie, a ona potrzebowała sił, by go zabić.

 

 

Rozdział 3

 

Pogładziła opuszkami palców gładką powierzchnię kościanych szpikulców, a potem przysunęła je do twarzy. Były tak blisko, że omiatała je rzęsami, ale i tak gęsty mrok piwnicy nie pozwalał nic dostrzec. Przycisnęła ostrze szpikulca do ust. Czuła woń spalenizny i pieczonego mięsa. Zadrżała z zimna i podniecenia jednocześnie.

Ujęła w obie dłonie dłuższy, dziewięciocentymetrowy szpikulec. Zwężał się regularnie od nasady do czubka. Końcówka była ścięta na ukos jak igła od strzykawki. Przesunęła delikatnie palcem po krawędzi. Opuszka podskoczyła na zadrach, które miały zaczepić o żyły, rozerwać je i zwiększyć krwotok. Potem wsunęła środkowy i wskazujący palec do wydrążonej kości. Weszły aż do końca środkowych paliczków. Tym szpikulcem przebije tętnicę Yokai. Popłynie krew. Odetchnęła głęboko i nasadziła na kciuk drugi, krótszy szpikulec. Wszedł tylko dalszy paliczek. Szpikulec nie trzymał się na palcu wystarczająco mocno, ale nie martwiło jej to. Gdyby spadł, mogła zaczepić o tchawicę Yokai nawet gołym kciukiem.

Zadrżała wyobrażając sobie jego śmierć. Yokai odchyla się na krześle, a ona sięga do jego szyi. Widzi wytrzeszczone, łzawiące oczy. Szpikulce wchodzą głęboko w szyję. Po skórze jej dłoni cieknie ciepła krew. Yokai reaguje zbyt późno. Odpycha ją, a zadry na szpikulcu rozszarpują tętnicę. Wstaje i znowu upada. Jego cuchnący oddech jest coraz bardziej chrapliwy aż w końcu się urywa. Anna opiera szpikulec o dolną wargę, a potem zlizuje krew Yokai. Czuje słony smak.

Wizja jego śmierci syciła jak posiłek.

Z każdym dniem miała coraz więcej siły. Yokai chciał, by była silniejsza po to, by wytrzymała więcej bólu. Krew i fragmenty kości w wymiocinach przeraziły go. Przyniósł jej koc i postawił obok posłania wiadro z wodą. Nie bił. Zrezygnował z przymusowego karmienia. Czasem tylko szturchnął, szarpnął za włosy lub kopnął. Oszczędzał ją po to, by w odpowiednim czasie nasycić się bardziej.

Anna wiedziała, że to nie potrwa długo. Nigdy nie trwało długo. Udawała słabszą niż była, pluła krwią do miski i rozdrapywała strupy, ale rany i tak się goiły. Owrzodzenia kurczyły się i bladły. Mogła wstać i zrobić kilka kroków bez wspierania się o ścianę i była na tyle silna, by ćwiczyć ruchy, które miały otworzyć jej drogę do gardła Yokai.

Zaczynała leżąc na plecach z wysuniętą w stronę krzesła lewą ręką i napiętym łańcuchem. Czekała aż Yokai odchyli się na krześle zanosząc się śmiechem. Wtedy obracała się na brzuch podkurczając lewą nogę i zaczepiała stopę o wystający z podłogi kamień. Ten ruch wymagał więcej zręczności niż siły. Następnie odpychała się rękami od podłogi, wyrzucała prawą nogę w przód i lewe udo przez moment dźwigało ciężar całego ciała. Tu traciła zbyt wiele czasu. Nogi miała nadal słabe. Potem wykrok w stronę Yokai i cios w szyję. Chciała wepchnąć szpikulec na ukos w stronę pnia mózgu, a drugi wbić obok w taki sposób, by objąć dłonią całe gardło.

Nigdy nie udało jej się wykonać wszystkiego tak jak planowała. Była zbyt wolna i za głośna. Brakowało wszystkiego: siły, koordynacji, szybkości i precyzji. Nie można było dłużej czekać. Czuła, że Yokai nabrzmiewa żądzą. Mógł wytrzymać jeszcze tylko kilka dni.

 

*

 

Siedział na krześle w piwnicy. Lampa naftowa paliła się dając więcej gęstego dymu niż światła. Nie zamknął dokładnie drzwi i słabe podmuchy wiatru niepokoiły płomień. Czuła jego ekscytację. Usta drżały, policzki wybrzuszały się i cofały, gdy zaciskał i rozluźniał szczęki.

- I wtedy spojrzałem pod łóżko - tłumaczył starannie wymawiając każde słowo. - Schyliłem się po nóż, a dostrzegłem skarpetę. Nawet ją ci przyniosłem. Skarpeta twojego ojca. Dla ciebie na pamiątkę. - Wstał z krzesła i włożył zakurzony kawałek materiału w dłoń Anny. Potem znowu usiadł. Aluminiowe nogi zazgrzytały o betonową podłogę.

- A tam w tej skarpecie igła i nitka. Cóż za wspaniałe połączenie. Igła i nitka! Dla artysty igła i nitka starczy by wyczarować arcydzieło.

Anna jęknęła, bo Yokai chciał to usłyszeć: jęk przerażenia słabej, bezbronnej dziewczyny. Rybie oczy błysnęły.

- Tak - perorował z zapałem. - Nawet mam tę igłę i nitkę ze sobą. Popatrz na nią!

Anna spojrzała tak jak sobie życzył.

- Twoja matka była praktyczna. Przez ucho tej igły można przeciągnąć naprawdę grubą i wytrzymałą nić. I mam taką nić ze sobą! Popatrz. Czerwona i gruba - rozwinął nić ze szpuli, nawinął na palce i szarpnął demonstrując jej wytrzymałość. - A tobie z czerwonym do twarzy. Nie będę cię oszukiwał Anno. Skończyło się już - zaśmiał się nerwowo. – Skończyło się.

Anna drgnęła. Musiała czekać. Szpikulce były nasadzone na palce. Prawa dłoń ukryta w brudnych gałganach. Leżała na plecach z wysuniętą w jego stronę lewą ręką. Łańcuch napięty, wszystko było gotowe. Drżała od puchnącej w niej nienawiści. Serce waliło w piersi. Mdliło ją od napięcia.

Yokai patrzył na nią w milczeniu. Był podekscytowany niedalekim spełnieniem. Nabrzmiewał emocjami. Był w dobrym humorze, bo za chwilę miał się nasycić.

- Mam kilka pomysłów - powiedział z krzywym uśmiechem. – Mógłbym zszyć ci palce. Chciałabyś mieć błony między palcami? Każdego dnia wtykałbym tam coraz grubsze patyki, aż w końcu skóra by się rozciągnęła – zawiesił głos. Patrzył na nią chciwie.

Anna nie musiała udawać strachu. Bała się.

- A może coś innego panna życzy? - zapytał.

Pokręciła głową. Oddychała szybko. Podobało mu się to. Rybie oczy znowu błysnęły.

- Nie chcesz się wyróżniać? Bo mógłbym na przykład przyszyć ci łokieć do ucha albo zszyć ci przedramiona za plecami? Albo może przyszyć dłonie do łydek i będziesz wtedy wiecznym garbusem.

Yokai był coraz bardziej rozbawiony. Anna obserwowała go w napięciu. Uśmiechał się i bujał na krześle. Teraz?

Nagle wybuchnął śmiechem i klepnął się w udo.

- No dobra. Powiem ci, co zrobimy - zaczął poważnie. - Otóż, postanowiłem zająć się twoją twarzą. Wezmę igłę i przymocuję ci górną wargę do nosa. Wyobrażasz to sobie? Nawet nić pasuje, bo czerwona - zaśmiał się głośno. - Warga będzie schnąć i pękać, a ty będziesz wystawiać język by ją zwilżyć. Ale język masz za krótki. Ale może... Może... - przerywał krztusząc się od śmiechu. - Może jak tak będziesz ciągnąć i ciągnąć to ci się w końcu wydłuży jak psu. Pies przecież potrafi oblizać swój nos!

Yokai odchylił się na krześle, skierował twarz w kierunku stropu i zaczął się śmiać.

Na to czekała. Była naładowana energią jak ściśnięta sprężyna. Płynnie przewróciła się na brzuch, lewą stopą zaczepiła o kamień i dźwignęła się na nogi. Łańcuch brzęknął, kostka strzeliła, ale Yokai nie usłyszał. Opadła na niego z góry z wyciągniętą dłonią ze szpikulcem wycelowanym w gardło. Dosięgnie? Tak! Kość weszła w ciało niemal bez oporu. Na dłoni poczuła krew. Śmiech Yokai przeszedł w charkot. Twarz zbladła i wykrzywiła się potwornie.

Mężczyzna wyrzucił do przodu rękę. Poczuła na dłoni jego szorstkie palce. Chwycił mocno i uniemożliwił poprawne wbicie szpikulca na kciuku. Zaostrzona kość tylko drasnęła skórę. Nie starczyło jej sił by zamknąć chwyt na tchawicy. Nie zdołała także pchnąć krzesła wystarczająco silnie. Yokai nie stracił równowagi. Przeciwnie. Pochylił się do przodu, aluminium zazgrzytało o beton, cztery nogi krzesła stanęły stabilnie na podłodze. Do lewej ręki przytrzymującej dłoń Anny dołączyła prawa. Miażdżył jej nadgarstek. Wbił grube paznokcie w ścięgna przedramion. Dłoń Anny zdrętwiała. Krew z szyi Yokai płynęła obficie, ale czuła, że szpikulec jeszcze nie przebił tętnicy. Ściskał jej przedramię coraz mocniej. Straciła czucie w palcach.

- Za mało krwi - pomyślała. - Za mało krwi.

Zebrała wszystkie siły i próbowała wbić szpikulec głębiej, ale mocny uścisk mężczyzny uniemożliwił jej jakikolwiek ruch. Szpikulec wychodził powoli z rany. Nagle Yokai zasyczał z bólu. Zadra zaczepiła o coś. Zawahał się przez chwilę, ale nie przestawał wyciągać szpikulca. Cała jego koszula była przesiąknięta krwią. Parowała w zimnym powietrzu piwnicy jak zupa. W końcu wyszarpnął zakrwawioną kość i silnie odepchnął Annę. Przewróciła się i uderzyła głową o ścianę. Na chwilę wszystko zgasło. Gdy otworzyła oczy dostrzegła jak Yokai przyciska obie dłonie do szyi i wybiega z piwnicy nie zamykając nawet drzwi.

Zwinęła się w kłębek i znieruchomiała. Tętnica była nietknięta. Wiedziała, że to koniec. Yokai nie da jej drugiej szansy. Nie dostanie już drugiej szansy. To koniec.

 

*

 

Pajęczyca uciekła. Schowała się głęboko, chociaż błagała ją o pomoc. Dlaczego miała cierpieć, kiedy nie było już nadziei? Anna została sama. Na początku, to samotność bolała bardziej niż tortury Yokai. Kolejne dni i tygodnie topiła się w bólu. Wiedziała, że ból zniknie dopiero wtedy, gdy postanowi ją zabić. Yokai przychodził, gdy się budziła i odchodził, gdy traciła przytomność. Stopniował ból. Był mistrzem bólu, wirtuozem cierpienia. Nie dawał chwili wytchnienia. Wszystko tonęło w czerwieni. Wszystko kłuło i pulsowało. Kiedy przyjdzie śmierć? Kiedy to wszystko się skończy?  Chciała śmierci. Teraz, kiedy była sama, chciała by wszystko się skończyło.

 

*

 

Usłyszała hałas i ocknęła się. Próbowała otworzyć oczy, ale rzęsy były sklejone ropą.

- Nie. To nie Yokai. To przed domem - pomyślała.

Coś mocno uderzyło w drzwi do leśniczówki. Otworzyły się z hukiem. Kroki w sieni. Ktoś zbiegł po schodach, zerwał kapę i drzwi piwnicy zadrżały od mocnego kopnięcia.

Zdrapała ropę z rzęs i rozwarła powieki. Ciemność zmieniła się w półmrok. Usłyszała pomruk i świst. Kawałki cegieł zagrzechotały o schody. Ktoś znowu uderzył w drzwi piwnicy.  Dźwignęła się na kolana i poczuła mdłości. Zachwiała się i upadła.

Trzasnęło pękające drewno i drzwi uderzyły o ścianę. Piwnicę zalało księżycowe światło. Serce zaczęło walić jej w piersi. To nie Yokai. Wysoki mężczyzna w mundurze oparł się o ścianę tuż za drzwiami. Nie zauważył jej. Żołnierz oddychał ciężko jakby miał za sobą długi bieg. Trzymał coś w ręku. Broń wyglądała jak młotek, ale z jednej strony sterczał zakrzywiony kolec. Mężczyzna splunął na bok gęstą śliną.

Próbowała krzyknąć, ale nie mogła otworzyć ust. Nici napięły się wrzynając się w wargi. Po brodzie ciekła krew. Jęknęła najgłośniej jak umiała, ale jej głos zagłuszył niski, świszczący pomruk. Coś ścigało żołnierza. Podłoga zaczęła drżeć. Do piwnicy wdarła się fala gorącego powietrza.

Trzasnęło pękające drewno. Zaraz potem metaliczny zgrzyt. Żołnierz rozpłaszczył się na ścianie. Jego dłoń zacisnęła się na rękojeści dziwnej broni. Kolejny podmuch gorącego powietrza. Było tak gorące, że paliło w nosie i gardle.

Na schody upadły kawałki pokruszonych cegieł i poturlały się po kamiennych stopniach do piwnicy. W powietrze wzbił się kurz.

Zobaczyła czarny kształt unoszący się nad ziemią. Demon miał otwartą, bezzębną paszczę i beczkowate napuchłe cielsko. Rył bokami ściany. Tynk i kawałki cegieł spadały w dół. Anna cofnęła się. Wcisnęła się w kąt. Nie chciała tego widzieć. Bała się. Niskie buczenie mieszało jej myśli. Czarny potwór zbliżał się. Skuliła się i uniosła ręce, ale potwór zatrzymał się. Był zbyt duży by przecisnąć się przez drzwi. Wcisnął tylko do środka swój bezoki łeb.

Nagle żołnierz zamachnął się i wbił kolec broni głęboko w paszczę demona. Rozległ się gruchot jakby ktoś miażdżył obcasem pobite szkło. Żołnierz musiał chwycić trzonek oburącz i zaprzeć się nogą, aby wyszarpnąć broń. Na podłogę zaczęła kapać czarna krew. Piekielny pomruk wzmógł się. Wprawiał ściany i podłogę w drżenie. Mężczyzna uderzył drugi raz, trzeci i czwarty. Fragmenty czarnego ciała spadały na beton, ale potwór parł do przodu. Już połowa była w środku. Żołnierz uderzał dalej, a paszcza otwierała się coraz szerzej i odsłaniała czarne, oleiste wnętrzności. Kawałki ciała odpadały, po czarnym cielsku ciekła ślina i krew, ale demon i tak parł do przodu.

Nagle mężczyzna objął demona lewym ramieniem, a prawą ręką wbił kolec głęboko w paszczę. Naparł na koniec trzonka z całej siły. Anna usłyszała odgłos gniecionego szkła, od którego drętwiały zęby. Czarny potwór gwałtownie poderwał się do góry razem z wciąż obejmującym go żołnierzem. Lewe ramię mężczyzny utknęło między stropem a korpusem maszkary. Zawył z bólu. Wyrwał ramię i upadł na ziemię. Lewa ręka zwisała bezwładnie. Podniósł się szybko i bił w paszczę prawą, ciągle sprawną ręką, ale coraz wolniej i z mniejszą siłą. Cuchnąca, tłusta ciecz lała się na podłogę. Gorący pył piekł Annę w oczy. Zaczęły łzawić.

Żołnierz sięgnął po karabinek przymocowany do piersi. Wcisnął lufę w ociekające smrodliwym olejem bezzębne usta i nacisnął spust. Półmrok piwnicy rozerwało migotliwe światło. Broń wypluła grad pocisków. Na podłogę chlusnęła czarna krew. Buczenie osłabło. Potwór opadł na podłogę, ale powietrze nadal drżało lekko od jego oddechu. Żołnierz włożył karabinek między kolana i pospiesznie wymienił magazynek. Półmrok rozświetliła kolejna seria pocisków. Potwór opadł na beton i zapadła cisza. Słyszała tylko chrapliwy oddech mężczyzny i dzwonienie w uszach od huku strzałów. Powietrze było kwaśne i gęste od kurzu.

Żołnierz ruszył chwiejnie w stronę schodów. Chciała go przywołać, ale nie mogła otworzyć ust. Wstała i po chwili upadła. Zabrzęczał łańcuch. Mężczyzna usłyszał hałas, obrócił się i skierował na nią broń. Myślała, że strzeli, ale on zapalił tylko latarkę zamocowaną na swoim hełmie. Zmrużyła oczy.

- Jezu… - powiedział.

Zaczęła pełznąć w jego stronę. Skierował światło na sufit i zobaczyła jego wykrzywioną z obrzydzenia twarz. Może to było coś więcej niż obrzydzenie, bo ciągle tam stał bez ruchu. Wskazała na łańcuch. Skinął głową. Zrozumiał.

- Połóż go na podłodze to rozbiję - rozkazał wyciągając jeszcze tłustą od krwi demona broń.

Ułożyła łańcuch między kamieniami. Wskazała osłabione, przerdzewiałe ogniwo. Mężczyzna uderzył dwa razy. Stara stal pękła.

- Uciekaj stąd - powiedział. - Jak najdalej od tego budynku. Tych dronów będzie więcej - wskazał na nieruchomego potwora. - Za kilka minut tutaj będą.

- Dron… - powtórzyła w myśli. To słowo otrzeźwiło ją. - To tylko maszyna.

Żołnierz ruszył do drzwi nawet się na nią nie oglądając. Ona też zaczęła pełznąć w stronę wyjścia. Wtedy padł strzał. To była strzelba ojca.

Żołnierz skręcił ciało i posłał kilka pocisków w kierunku szczytu schodów. Światło latarki mignęło i oświetliło uciekającego do ogrodu Yokai. Zauważyła strugę świeżej krwi na białych ścianach sieni. Yokai był ranny.

Żołnierz chciał biec, ale nogi ugięły się pod nim. Upadł na kolana. Yokai też trafił. Wokół żołnierza szybko rozlewała się ciemna kałuża krwi.

Anna pełzła dalej. Ciało było za ciężkie. Nie da rady. Pajęczyca ją opuściła. Nawet teraz nie chciała wrócić. Była sama. Sama na zawsze. Bez przyjaciółki, bez towarzyszki, bez wybawczyni. Zwinęła się na podłodze tuż przed schodami. Musiała odpocząć. Słyszała jak żołnierz sapie, klnie i mruczy pod nosem.

- Pomogę ci - usłyszała jego szept. - Pomogę Ci. Słuchaj.

Podniosła głowę i spojrzała na żołnierza. Był już bez hełmu. Miał białe włosy, silnie zarysowaną szczękę, szczecinę na twarzy i ludzkie oczy. Nie takie jak Yokai.

Krew wypływała z niego szybko. Twarz była coraz bledsza. Nie miał już siły żeby wstać.

- Podejdź tu. Mogę Ci pomóc. Mam potrzebne rzeczy - mówił z wysiłkiem. - Sama nie dasz rady.

Obróciła się w jego stronę i patrzyła wyczekująco.

Skinął głową, rozpiął klamry na piersiach i ramionach. Plecak opadł na podłogę. Przeciągnął go przed siebie. Rozpiął suwak i wyjął kuliste, czarne urządzenie, które ułożył ostrożnie obok siebie. Potem wysypał resztę zawartości plecaka na podłogę.

- Grafelowy worek, suchy prowiant, mapa, kompas, manierka, apteczka – wyliczał nie spuszczając z niej oczu.

Zaczęła pełznąć w jego stronę. Woda. Tak chciało jej się pić.

 - Tabletki „A” na ból - pokazywał jakieś leki. - Płyn „W” na rany. „A” ból, „W” rany - spieszył się. Wyrzucał z siebie słowa tak szybko, że ledwo go rozumiała.

Podpełzła jeszcze bliżej. Próbował się uśmiechnąć. Jeszcze dwa kroki i była przy nim. Wyciągnęła rękę w stronę manierki. Woda. Ale nie, nie może pić. Dotknęła zszytych ust.

Żołnierz mówił coraz ciszej. Szybko tracił siły.

- Schowaj to wszystko do worka – szepnął. – Worek cię ocali, to dzięki niemu przeżyjesz – stęknął i ściągnął kurtkę. - Jesteś mała… mało ciepła…, dlatego cię nie znajdą.

Patrzyła na niego nic nie rozumiejąc.

Wyciągnął z kabury pistolet.

- Odbezpieczasz go tak. Mocno. Teraz zabezpieczam. Używaj tylko jak nie będzie już nadziei. Dron to śmierć, rozumiesz - wskazał na martwą maszynę cuchnącą kwasem. - Tego tutaj nie chroniło pole i nie mógł się obrócić. To dlatego… Ale inne? Wiszą tam na górze i czekają - powiedział i nabrał powietrza.

Wypowiadał słowa niewyraźnie jakby nawet na to brakowało mu sił. Potem sobie coś przypomniał, sięgnął do kieszeni na udzie i wyjął jakiś przedmiot. Zdjął osłonę odsłaniając ostrą końcówkę.

- Nie bój się… to ci pomoże… chodź bliżej… nie będzie boleć.

Podpełzła bliżej. Przytknął przedmiot do jej uda. Poczuła ukłucie, a potem szczypanie.

- Zaraz będziesz silniejsza - powiedział. - Zaraz zacznie działać. To buster, narkotyk.

Stęknął i sięgnął po kuliste urządzenie, które jako pierwsze wyjął z plecaka. Na dole paliło się dziesięć zielonych lampek. Po bokach zwisały trzy metaliczne cylindry.

- To głowochwyt, to twoje życie. Jak zobaczą, że go masz to wpuszczą cię do Olbrzyma. Nazywam się Paavo Kerinen, kapral Paavo Kerinen. Przyszedłem stamtąd. Tam jest wielu ludzi, tysiące…

 Uśmiechnął się. Opuścił głowę. Odetchnął.

Anna poczuła, że serce zaczyna jej mocniej bić. Zaczęła szybciej oddychać. Ból odpływał.

- W środku będzie moja głowa – znowu się uśmiechnął. – Nie bój się, tak trzeba.

Nacisnął coś. Głowochwyt szczęknął. Wcisnął głowę w urządzenie i zapiął zatrzaski pod szyją. Nie było widać już twarzy, tylko oczy przez wąską szybę. U podstawy głowochwytu zapaliło się dziesięć czerwonych lampek. Znikały w sekundowych odstępach.

Dziesięć.

- Włóż potrzebne rzeczy i głowochwyt do worka, a potem do rzeki - jego głos stał się tubalny jakby dochodził z głębokiej studni. - Wiesz gdzie rzeka?

Skinęła głową. Wyciągnęła kościstą dłoń wskazując na jego udo. Podążył za jej wzrokiem i napotkał pochwę z nożem. Wyjął go i schował do worka.

Siedem.

- Wejdź do worka… w płytkiej wodzie… zasuń zamek i czekaj całą noc i cały dzień… nie wcześniej… rozumiesz?

Nie poruszyła się, ale mówił dalej:

- Masz dziesięć dni… wszystko… na mapie… do Olbrzyma - złapał powietrze i przerwał na chwilę.

- Tam ci pomogą… musisz głowochwyt… to pomogą… niech go widzą…

Cztery.

-... nie bój się… dobrzy ludzie… idź… idź… idź… - mówił coś jeszcze, ale nie zrozumiała.

Jeden.

Pochylił się do przodu. Kontrolki zgasły. Urządzenie zgrzytnęło i oślepił ją czerwony błysk. Poczuła zapach palonych włosów. Na pierś żołnierza chlusnęła krew. Urządzenie syknęło, metalowe cylindry po bokach odpadły i uderzyły z brzękiem o podłogę. Zamknięta w głowochwycie głowa stoczyła się z karku na uda żołnierza. Korpus zachwiał się i upadł do tyłu, w kałużę krwi.

Anna patrzyła na nasiąkający krwią mundur. Krew ciągle wypływała z ciała Kerinena.

Położyła machinalnie dłoń na głowochwycie. Był zimny. Zadrżała. Było jej tak zimno. Podniosła kurtkę żołnierza i założyła ją. Była jeszcze ciepła od jego ciała. Mokra od potu, ale ciepła. Będzie jej ciepło. W końcu będzie ciepło. Ale nie. Już było ciepło. Żar rozlewał się po ciele od środka. Jej krew płonęła.

Popatrzyła na głowochwyt. Metalowe urządzenie pokryło się już cienką warstwą wody. Machinalnie wtoczyła go do worka i zasunęła suwak. Pociągnęła worek zapierając się nogami. Drgnął kilkanaście centymetrów. Przed oczami zrobiło jej się ciemno. Gardło spuchło. Nie mogła oddychać. Nie. Już było lepiej. Pociągnęła worek kolejny raz. Była już przy schodach. Udało się. Jeszcze raz. Jeszcze raz.

- Idź… idź.. Idź… - pulsowały jej w uszach słowa Kerinena.

Szła. Sił zawsze starczało na kolejny, ostatni już krok.

 

Rozdział 4

 

Szeregowy Gert Nawrocki patrzył na płomienie ogniska. Nie mógł oderwać od nich oczu. Rzadko mógł oglądać otwarty ogień. W Olbrzymie wszystko było cenne i wszystkiego używano tak długo aż zamieniało się w nicość. I dlatego nie było czego palić. Nie było nawet śmieci.

Patrzył jak drewno zamienia się w ciepło. Masa stawała się energią. W górę, aż pod sufit bunkra, wzbijała się kolumna czarnego dymu.

Pozostali żołnierze pogasili już latarki zamontowane na hełmach i rozsiedli się na przyciągniętych z zakamarków bunkra skrzyniach, beczkach i pudłach. Grzali dłonie przy płomieniu, popijali ciepłą herbatę i zagryzali ją sucharami. Mieli rozpięte mundury. Zrzucili plecaki. Karabinki oparli o skrzynki lub położyli między nogami. Nie byli już tak rozmowni jak na początku. To był już dziesiąty dzień. Każdego dnia pokonywali kilkadziesiąt kilometrów. Potem sen z dwoma zmieniającymi się co trzy godziny wartownikami. To było wyczerpujące nawet dla najbardziej wytrzymałych.

Tak daleko od Olbrzyma nie było już utrzymywanych przez zwiad melin, były tylko dzikie nory takie jak ta: nieodpowiednio zabezpieczone, bez żadnych zapasów i bez miejsc do spania. Był tu tylko oblepiony pleśnią beton, zardzewiałe żelastwo, nietoperze, szczury, kurz i zwierzęce odchody.

Nawrocki podniósł się z grafelowego worka. Worek izolował od zimnej podłogi i nie przepuszczał wody, ale chciał na czymś wygodnie usiąść, tak jak inni. Ruszył w stronę poprzewracanych regałów skleconych z pordzewiały kątowników i blachy. Przy każdym kroku miażdżył z chrzęstem nietoperze odchody. Czuł je w gardle i płucach. Podłoga bunkra była pokryta warstwą grubą na palec.

- Idź powoli Nawrocki - krzyknął ktoś od ogniska. - Ledwo co trochę to gówno opadło.

Nie odpowiedział, ale posłuchał i zwolnił. Po kilku minutach znalazł metalową skrzynkę, która w przeszłości służyła za pojemnik na amunicję. Podniósł ją, zaniósł na swoje miejsce przy ognisku i przykrył grafelowym workiem. Tak było o wiele wygodniej. Zaczął przysłuchiwać się rozmowie.

- To broń – powiedział wysoki chudzielec, Kapral Karl Dressler. - Idziemy po jakąś broń na drony. - Niemiec siedział opierając się o plecak i wodził palcem po czarnej kolbie karabinu wyborowego. - W końcu przecież musimy coś zrobić. Kryjemy się w ziemi i kopiemy tunele jak jakieś krety. Ciągle tunele. Głębiej i głębiej. I na co to pytam się? Na nic. Mam nadzieję, że wy Polaczki rzeczywiście macie w tym Modlinie coś ciekawego. Jakiś laser, działo plazmowe albo broń na mikrofale. U nas byśmy coś takiego znaleźli, ale tutaj? Powinniśmy iść w góry Harzu. Tam były jeszcze głębsze sztolnie niż w Sudetach. Na pewno ktoś tam jest. Chociaż z drugiej strony to Junker, by tutaj nas nie ciągnął jakby to nie było ważne – podrapał przedramię o szczecinę na policzku niewiele dłuższą od jego rudych włosów. Wyszczerzył wielkie jak u konia zęby.

Nawrocki nie lubił Dresslera. Pamiętał go jeszcze ze szkolenia strzeleckiego. Niemiec kpił z każdego i w każdej sytuacji. To prawda, że rozdzielał kpiny równomiernie i nie był pozbawiony autoironii, ale dla Gerta i tak był zbyt hałaśliwy i po prostacku odpychający. 

- Może to Ruskim zabrali i tutaj schowali?- zarechotał starszy szeregowy Hans Gunk, który tworzył z Dresslerem parę. Gunk słynął z tego, że nigdy nie zdejmował czarnej kominiarki, podobno nawet wtedy, gdy się mył. Był znacząco niższy od Dresslera i odzywał się wyłącznie po to, by popierać tezy swojego partnera.

- Nie - pokręcił głową Dressler. - Ruscy wszystko co zrobili ukradli od Niemców albo Amerykanów. A potem jak ukradli, to i tak nie umieli porządnie zrobić. Nie. Mówię wam: tylko od Niemców.

- Takie to wasze szwabskie myślenie - burknął plutonowy Michał Lewandowski, który dotąd milczał, ale Nawrocki widział jak puchł w nim gniew. Jego twarz i łysina zbrązowiały od słońca. Był masywny jak bawół.  Siedział na skrzynce zaraz obok Gunka.

- A idź sobie w te góry, do tego Harzu proszę bardzo - dodał i odsłonił pożółkłe od papierosów zęby. Odwrócił się w stronę Dresslera i trącił przy tym Gunka, a ten rozlał sobie na spodnie herbatę.

- Sheise - zaklął Niemiec i gwałtownie wstał.

- O przepraszam najmocniej - powiedział Lewandowski z udawanym zmartwieniem i zaczął grubym łapskiem strzepywać wrzątek z ud Gunka, który zgiął się z bólu i zaczął znowu kląć po niemiecku.

- Nie unoś się Polaczku - roześmiał się pojednawczo Dressler. - Ty to jesteś człowiek czasów, które dawno minęły i obrażasz się za rzeczy, które dawno minęły. Nie ma już Niemiec, nie ma Rosji, Polski, Ukrainy, Czech tej pieprzonej Francji i paru jeszcze innych także już nie ma. Nie ma już Fuhrera, Bóg świeć nad jego duszą, co ja mówię, wszystkich nie ma. Jest tylko Olbrzym. I ja się nigdzie z niego nie wybieram. No chyba, że na szperanie, by osłaniać twoją polską dupę. Olbrzym to teraz dla mnie ojczyzna. Taka sama jak i twoja.

Lewandowski zmierzył Dresslera wzrokiem. Nawrocki zauważył, że opalenizna na twarzy Polaka nieco pociemniała. Po chwili jednak rozluźnił szczękę.

- Może i masz rację szwabie – odpowiedział i splunął do ogniska. Potem wyjął z buta stopę w dziurawej skarpecie i zaczął ją suszyć w cieple ogniska. Na przemian kurczył i rozprostowywał palce. - I masz rację, że coś ważnego musi tutaj być. Inaczej by nie szedł Puzlak i nie posłaliby z nami tego Nowaka. Tacy jak Nowak boją się o swoją skórę i nie wychodzą z Kompleksu po byle co. No i przecież wszyscy oprócz Gelinka z Nawrockim jesteśmy z urbanów. Pięć kurwa najlepszych dwójek. Herra by nas nie dał Puzlakowi jakbyśmy mieli iść po byle gówno. To jakaś gruba sprawa ten Modlin jeszcze zobaczycie. I to co tu znajdziecie będzie polskie w stu procentach, Dressler. Idę o zakład - wskazał na Karla Dresslera palcem.

Nawrockiego nie obchodziło po co tu przyszli. Wybrał go Junker i to było najważniejsze. Nawet przez myśl mu nie przeszło, żeby odmówić, chociaż to, co robili było niebezpieczniejsze niż zaopatrzeniowki z mrówami na znanych trasach albo warta na placówkach. To był prawdziwy zwiad, robili to, do czego zostali sformowani - odkrywali nieznane. Nawrocki też został przeniesiony ze swojej drużyny, ale w przeciwieństwie do innych bez partnera Ivo Filesza. Zamiast niego przydzielono mu tego Czecha, milczka Gelinka. Na początku myślał, że milczek to jakieś czeskie imię. Wszyscy mówili o nim zawsze milczek Gelinek. Teraz już jednak wiedział, że to dlatego, że Czech mało mówił.

Nawrocki oblizał wargi. Już dawno chciał o to zapytać. Słyszał już kilka razy jak plutonowy Lewandowski mówił o Junkerze - Puzlak. Nie słyszał tego jeszcze w Olbrzymie, a przecież powinien. Zawsze nasłuchiwał uważnie, gdy ktoś o nim mówił.

- Dlaczego nazywasz Junkera Puzlakiem? - starał się zapytać swobodnie, ale pytanie wybrzmiało o całą tonację wyżej niż zazwyczaj. Stare żołdaki wyczuły jego zdenerwowanie i znalazły okazję, by sobie poużywać. Nawrocki zaklął w myślach. Mógł rozluźnić gardło i kark. Cokolwiek. A tak wystawił się na strzał. Ten wredny szwab Dressler już na niego łypnął i wyszczerzył te swoje końskie zębiska. Zaraz się zacznie łojenie.

Nawrocki mierzył ponad dwieście trzy centymetry i ważył sto sześć kilogramów i z reguły ludzie uważali na słowa w jego obecności, ale nie ci tutaj. Ci żołnierze krążyli wokół śmierci tak długo, że jej nabita kolcami morda nie robiła na nich wrażenia.

- Sierżant Heinz Junker to twój dowódca i tylko z tego powodu jesteś mu winien szacunek - zadudnił oficjalnie Dressler po nieznośnie długiej  ciszy. Nawrocki wyczuł w jego tonie pobłażliwość i kpinę. Brakowało jeszcze tego żeby nazwał go dzieciakiem.

Dressler wstał żeby dodać sobie powagi i patrzeć na Nawrockiego z góry. Jego zazwyczaj uśmiechnięta twarz ściągnęła się w poważnym grymasie nadając jej kanciasty wygląd. Gert znał tę minę ze szkolenia strzeleckiego. Dressler robił ją, kiedy miał kogoś zwymyślać.

- Ale to nie tylko twój dowódca – kontynuował Niemiec z rzadką u niego powagą - to najlepszy żołnierz, jakiego znam. Czasami trudno zrozumieć logikę jego rozkazów, ale trzy razy: raz, dwa, trzy - pokazał na długich, brudnych paluchach - uratował mi życie i odtąd wypełniam je wszystkie, co do jednusieńkiego, bez wahania. Nawet jakby mi kazał odciąć własnego fiuta i wsadzić go sobie w dupę, uznam to za najwłaściwsze i wykonam natychmiast, bo wolę mieć własnego fiuta we własnej dupie niż nie mieć, kurwa, łba.

- Amen - rozległ się chór potakujących, żołnierskich głosów. Tylko Gelinek milczał i patrzył w ogień.

- A jakby kazał odciąć ci mojego fiuta i sobie wsadzić w dupę? - zarechotał z boku Lewandowski, ale Dressler zignorował go, mimo że kilku innych też się głośno zaśmiało. Wyciągnął tylko w stronę Lewandowskiego kościstego palucha jakby obiecywał, że zajmie się nim później.

- Stare trepy zwą go czasem Puzlakiem, szeregowy Nawrocki - kontynuował nie spuszczając z Gerta wzroku - ale tylko między sobą. Nie chcemy, by to wyszło poza nas. Nie wygadaj się więc - ładnie cię proszę. I naprawdę nie radzę ci, szeregowy Nawrocki, by w jego obecności używać tego słowa. To nie będzie właściwe.

Zrobiło się cicho. Nawrocki rozluźnił mięśnie na karku. Miał ochotę rąbnąć pięścią w ten ryży, dresslerowy ryj, ale wiedział, że nie może. Wyciągnął rękę do ogniska, nalał sobie herbaty i zaczął ją siorbać parząc sobie usta.

- Kurwa - pomyślał. - Dlaczego wszyscy się na mnie ciągle gapią?

- Dobra Dressler - powiedział w końcu Lewandowski. – Daj mu już spokój. Jesteś szwabie niedojrzałym i niedobrym człowiekiem. Nawrocki jest w porządku. Ma jaja i dobrze sobie radzi, chociaż młodziak. No i przecież musi być, kurwa, dobry jak go Puzlak ze sobą zabrał. Powiedz mu Karl i nie bądź kutasem.

Nawrocki poczuł, że oczy innych spełzły z jego twarzy. Niektórzy uśmiechali się. Żart się nie udał, a on nie zrobił z siebie pośmiewiska. Nie aż takiego, na jakie liczyli.

- Heinz Junker stracił w walce prawą dłoń, całe lewe ramię i lewą nogę poniżej kolana - odpowiedział Dressler spluwając do ogniska. - Przyszyli mu je od innych ludzi, a raczej oczyszczonych degeneratów. To się nazywa transplantacja. Przypatrz się jego dłoniom następnym razem. Nawet po wielu latach wyglądają jak od dwóch różnych ludzi. Junker to teraz zlepek co najmniej czterech osób. Teraz już rozumiesz dlaczego Puzlak?

Nawrocki pokiwał głową, ale nadal nie rozumiał. To słowo musiało mieć coś wspólnego z transplantacjami Junkera i tyle mu wystarczyło. Gdy wróci sprawdzi je w słowniku w bibliotece ogólnej. Przeniósł wzrok na pożerane przez ogień wątłe kawałki drewna i znowu siorbnął herbaty. Poprawił karabinek na kolanach i zaczął rozmasowywać ramiona. Bolały.

Jego plecak stał obok i piętrzył się jak góra. Każdy z żołnierzy miał taki sam, ale plecaki tamtych zawierały jedynie grafelowy worek i racje żywnościowe. Niektórzy nieśli dodatkowe magazynki, granaty albo jakieś osobiste graty, dwóch miało jeszcze głowochwyty, ale tylko plecak Nawrockiego był wypchany ciężkim żelastwem używanym przez starszego kaprala Jana Gelinka i parę inżynierów Strania i Koconia. W zwiadzie żołnierze działali w parach, a nazwy par tworzono od pierwszych sylab nazwisk żołnierzy. Gelinek i Nawrocki stali się Geną. Pierwszy w nazwie był dowódcą pary.

Nawrocki spojrzał na milczka Gelinka. Był Czechem i specem od otwierania. Tyle wiedział. Niewysoki i szczupły. Leżał teraz wygodnie na plecaku, buty i skarpety miał zdjęte, a zgrubiałe stopy grzał w cieple ogniska. Leżał i milczał.

Gert poczuł strużki potu spływające po klatce piersiowej. Zdjął kurtkę. Wyczuł, że sztywne grafiksowe płytki przesunęły się w wewnętrznych kieszeniach, więc je poprawił. Gdy skończył, złożył kurtkę i położył na plecaku.

Przydzielono mu cztery płytki. Dwie płaskie na piersi i dwie w kołnierzu, chroniące szyję. Widać było, że Lewandowski i jego partner Wiktor Iwanowicz Denisov nosili wszystkie płytki i to pewnie w najcięższej wersji. Ich mundury były napęczniałe jak pierzyna wypchana świeżym, gęsim puchem.

Nawrocki zerknął w ich stronę. Denisov, były żołnierz wojsk powietrznodesantowych Federacji Rosyjskiej rozmawiał z Lwem Wojkovem. Mężczyźni opierali łokcie na kolanach i pochylali głowy w swoim kierunku w taki sposób, że niemal stykali się czołami. Karabinek Denisova z podczepionym granatnikiem był oparty o skrzynkę. Denisov ciągle trzymał na nim dłoń jakby bał się, że zniknie, jeżeli przestanie go dotykać. Mówił coś głośno po rosyjsku do Wojkova, a ten klepał go po ramieniu krztusząc się od chichotu. Nawrocki nie rozumiał ani słowa.

- A może byście nam wszystkim te żarciki opowiedzieli kurwa – warknął szeregowy Malarski, partner Wojkova i splunął na podłogę. Razem z Lwem tworzyli WoMę. WoMa podobnie silnie opancerzeni co LeDe, posługiwała się wersją karabinka o większym kalibrze.  Ukrainiec wstał i zaczął go przepraszać tłumacząc, że pewne rzeczy da się powiedzieć tylko po rosyjsku.

Gert stracił zainteresowanie rozmowami przy ognisku, które zeszły na kobiety i walki w wannie. Podobnie jak Gelinek wyciągnął się na swoim worku i postanowił się zdrzemnąć. Wyczyścił umysł z myśli i pozwolił, by głosy otaczających go mężczyzn niosły tyle znaczenia, co trzask palących się gałęzi. Kiedy już odpływał w nicość poczuł silne uderzenie w udo. Otworzył oczy i zobaczył wyszczerzone zęby Łukasza Strania, jednego z pary inżynierów, który z plutonowym Franciszkiem Koconiem tworzyli StraKo.

- Wyjmij mi wukaerkę - powiedział szarpiąc go za ramię. - Chcę pokazać Franiowi jak na hełmie przełączać się między kamerami. Junker jak przyjdzie będzie chciał wiedzieć. Na dole będzie tego potrzebował.

Nawrocki poczuł wściekłość. Zerwał się na nogi tak gwałtownie, że inżynier cofnął się przestraszony i wlazł z buciorami na worek Gelinka. Jan zaklął coś po czesku. Nawrocki opanował się, cofnął wyciągnięte w stronę Strania dłonie i chciał coś powiedzieć, ale usłyszał kroki i zamilkł. Z mroku wyłonił się sierżant Heinz Junker.

Heinz Junker był średniego wzrostu. Nie nosił grafiksowych płytek w mundurze i na tle pękatych żołnierzy zwiadu, wydawał się wątły. Na udzie, w skórzanej pochwie, zamiast pistoletu tkwił zakrzywiony nóż. Gert wiedział, że było to Kukri – nóż używany kiedyś przez Gurkhów na drugim końcu świata, o wiele dłuższy niż noże noszone przez innych w oddziale. Junker zdjął plecak i położył na nim karabin i kuszę. W jego ruchach był jakiś nieuchwytny wdzięk i precyzja tak jakby wszystkie te ruchy wcześniej przemyślał. Usiadł w milczeniu i wyciągnął dłonie do ogniska. Nawrocki wytężył wzrok. Dłonie były rzeczywiście różne. Inny kształt i grubość kości. Jak mógł tego wcześniej nie zauważyć?

Za sierżantem przydreptał niski człowiek o nerwowej twarzy. Był nieuzbrojony, chociaż w takim samym ciemnozielonym mundurze jak pozostali członkowie oddziału. Nazywał się Nowak, ale żołnierze szybko nadali mu przezwisko - Gaduła. Nowak już chciał usiąść obok Junkera, ale nagle zerwał się i podbiegł do kaprala Dresslera, który używał głowochwytu jako poduszki.

- Tak nie można - wyjąkał Gaduła wskazując na Niemca. - On leży nie tak jak trzeba.

- A jak mam leżeć? Są na to kurwa paragrafy? - warknął w odpowiedzi Dressler drapiąc się po rudym policzku. 

- Nie ty-ty… - Nowak zaczął się jąkać ze zdenerwowania. - Ty- tylko głowochwyt! Ma leżeć jak głowa, a nie na bo-boku. Azot źle się układa w zbiornikach i nanorurki, i sprężacze… - zaczął tłumaczyć, ale Dressler zerwał się z miejsca i doskoczył do Nowaka. Złapał Polaka za kołnierz i zaczął syczeć mu w twarz wyzwiska.

- Puść go kapralu - krzyknął Junker, ale Dressler nie puszczał.

Sierżant błyskawicznie podniósł się i ruszył w stronę Niemca. Jego twarz była spokojna. Kąciki cienkich warg nie unosiły się w górę, ani nie opadały w dół. Były poziomą linią, nad którą wisiał wielki, zakrzywiony jak orli dziób nos. Nawrocki zauważył, że w oczach Junkera nie było widać gniewu. Były jak szczotkowana stal, tak jakby sierżant przebywał gdzieś daleko, a w tym miejscu i tym ciele był tylko połowicznie.

Nim Junker dotknął ramienia Dresslera, ten rozluźnił dłonie, a Nowak natychmiast wyślizgnął się i schował za swoim protektorem. Junker podszedł do Dresslera tak blisko, że prawie wsadził swój wielki nochal w obrośnięte rudą szczeciną usta. Każdemu innemu Dressler ten nos by oblizał, ale nie Junkerowi.

- Dressler! - warknął Junker.  – Wiesz, że ze wszystkich przywar najbardziej nienawidzę głupoty i lenistwa. A ty zhańbiłeś się obiema.

Nieodłączny uśmieszek spełzł z twarzy kaprala Dresslera. Zrobił krok do tyłu.

- Teraz posłuchasz pana Nowaka uważnie - dodał Junker. - Posłuchasz go i zapamiętasz, co mówi. - Reszta też!

Szepty wokół ogniska ustały. Wszyscy wbili wzrok w Gadułę. Mężczyzna wyszedł zza Junkera, obciągnął kurtkę munduru i odchrząknął. Rozpoczął wykład wyraźnie roztrzęsiony, ale po kilku minutach urywane zdania znikły i z ust popłynął pasujący do jego postury sopran.

- Głowochwyt to bardzo skomplikowane urządzenie - tłumaczył czyniąc gest jakby chciał poprawić okulary. - Wręcz niezwykłe. Wymyślili go Chińczycy. Dla astronautów. Chiński podbój kosmosu musiał być sukcesem. Sukcesem za wszelką cenę. Jednak próbne loty załogowe, szczególnie lądowania kończyły się w zbyt dużym procencie poważnymi urazami astronautów. A ich misja załogowa na Księżyc musiała się udać. No i wymyślili rozwiązanie. Logiczne i w warunkach ich prawa ergonomiczne. Transplantolodzy od dawna byli w stanie przeszczepiać głowę człowieka. W krajach zachodu operacje były rzadkie, bo nie było ciał. Jeżeli ciało było nienaruszone lepiej było przecież przeszczepiać poszczególne narządy i pomóc wielu pacjentom niż przeszczepić całe ciało tylko jednemu. W Chinach nie było takich ograniczeń. Wybrano więźniów i ochotników tak, by każdy z astronautów na Ziemi miał przygotowane ciało dublera. Gdyby ktokolwiek z załogi doznał urazu podczas lądowania na Księżycu oficjalna instrukcja głosiła, by zastosować głowochwyt. I najprawdopodobniej przy lądowaniu na Księżycu doszło do katastrofy. Amerykańscy obserwatorzy, nawet amatorzy, raportowali o eksplozji. Ale codziennie szły transmisje na żywo o szczęśliwych astronautach podskakujących na powierzchni srebrnego globu, a chińskie władze zapewniały, że wszystko poszło zgodnie z planem. Po tym jak wylądowali na Ziemi prezydent przyjął ich na oficjalnej audiencji dwa tygodnie po przylocie. Triumfalne podróże po kraju rozpoczęli natomiast dopiero po trzech miesiącach. Wiecie chyba dlaczego? – Nawrocki zauważył, że Nowak zatracał się w swoim wykładzie z rozkoszą zapominając, że znajduje się w podziemnym bunkrze opuszczonym przez ludzie kilkadziesiąt lat temu w świecie gdzie nie ma już Chin, wahadłowców i problemów dawnych mocarstw. - Dlatego panowie, że niektórzy z nich przylecieli jako zamarznięte głowy i dopiero po dwóch tygodniach można ich było pokazać, a po trzech miesiącach byli w stanie chodzić i mówić w miarę normalnie. Potem technologię wykradli Rosjanie, od Rosjan Żydzi, a od Żydów Amerykanie. Do Polski też to się jakoś dostało jak widać. No i my w Olbrzymie zrobiliśmy z tego coś wspaniałego. Prace trwały jeszcze przed epidemią, ale przyspieszenia nabrały po. Było przecież wiele ciał. Ciała degeneratów da się oczyścić i magazynować. My, w przeciwieństwie do Chińczyków, stworzyliśmy wersję polową. Nasz może przechować głowę zdatną do transplantacji nawet dwanaście dni. Oczywiście tylko w naszym umiarkowanym klimacie. Stworzyliśmy izolację, aplikacje krioprotektantów hibernacyjnych, odprowadzanie krwi, baterię wodorową, nowe wtryski, grafiksowy szkielet… Znacznie uproszczono również stosowanie…

- Panie Nowak - przerwał mu Junker. - Do nas żołnierzy trzeba mówić prosto. Inaczej nie będzie z tego korzyści.

- Dobrze, dobrze. To ja już od razu przypomnę zasady przechowywania i użytkowania. Tylko, jeżeli  będziecie ich przestrzegać głowochwyt będzie w stanie przejść przez wszystkie fazy... Ale już, już. - Gaduła podbiegł do urządzenia, na którym wcześniej opierał głowę Dressler i postawił je na grafelowym worku.

- Zawsze trzeba go stawiać na otworze, w który wkładamy głowę - wytłumaczył. - Przenosić też należy w taki sposób. W plecakach przystosowanych do przenoszenia głowochwytów są specjalne paski, a urządzenie ma szlufki. Panowie. To ma znaczenie. Proszę zobaczyć. Tu, tu i tu - wskazywał palcem. -Tylko takie ułożenie gwarantuje, że płyny hibernacyjne będą rozłożone w prawidłowy sposób i głowochwyt będzie gotowy do natychmiastowego użytku. Jeżeli użyjemy głowochwytu z płynami przemieszczonymi to może to wpłynąć na proces hibernacji i w skrajnym przypadku doprowadzić do uszkodzenia mózgu i uniemożliwić przeszczep. Proszę również zwrócić uwagę na poziom baterii. Kropki u podstawy wskazują na stopień naładowania. Przy naciśnięcia tego guzika na górze - pokazał palcem - otrzymamy poziom naładowania baterii. Każda kropka to jedna doba. Gdy wszystkie lampki będą migać, to oznacza to brak możliwości używania urządzenia. Wracając jednak do…

- Wystarczy - przerwał Junker kładąc mu rękę na ramieniu. Popatrzył na Dresslera i szeregowego Strania, którzy nieśli w plecakach głowochwyty. - Macie stosować się do instrukcji pana Nowaka. Pogwałcenie tych reguł uznam za zignorowanie mojego rozkazu. Kapral Dressler za zaatakowanie pana Nowaka spędzi trzydzieści w karcerze. Za pół godziny odprawa.

 

*

 

Gert Nawrocki pierwszy raz spotkał Junkera, gdy miał trzynaście lat. Napotkał go przypadkowo w Kompleksie, w pomieszczeniu, w którym zaczynał się stary, pionowy szyb, który nazywali Gardłem Diabła. Był tak głęboki, że wrzucony do niego kamień nie zaznaczał kresu swojego lotu ani uderzeniem, ani pluśnięciem. Oczywiście możliwe było, że na dnie jest warstwa pochłaniającego dźwięk drobnego pyłu lub piasku, ale wtedy ani on, ani żaden z jego kolegów nie pomyśleli, że tak mogło być. Wtedy, dla Gerta ,szyb po prostu nie miał dna.

Gardło Diabła zamknięte było kagańcem ze stalowej kraty. Było na końcu ślepego korytarza, za obitymi blachą drzwiami. Rzadko ktoś tam zaglądał. Gert nauczył się jednak otwierać drzwi i zachodził tam od czasu do czasu. Tamtego dnia zebrał po drodze kilka kamieni. Drzwi były jednak otwarte, a krata na Gardle Diabła zdjęta. W pierwszej chwili chciał uciekać. Krążyły legendy, że krata tarasowała nie wejście, ale wyjście.

Stał przed studnią niezdecydowany, w kruchej równowadze między strachem, a ciekawością. Usłyszał coś. Rytmiczne westchnienia. Na początku ciche, a potem coraz głośniejsze. Nie był w stanie oderwać wzroku od wejścia do szybu przekonany, że zobaczy zaraz stworzenie z piekieł, ale z otworu wyłonił się półnagi mężczyzna. Ciało pokrywał mu brunatny pył, a spływający pot wypłukał na twarzy i torsie białą pajęczynę. Na plecach wisiała butla tlenowa, do uda przymocowany był długi nóż. Ustnik dyndał przywiązany do szyi rzemieniem. Gert zapamiętał wielki nos i stalowe oczy. Mężczyzna popatrzył na chłopca z pozbawionym rozbawienia uśmiechem, gdy zamykał kratę na nowo blokując wejście do Gardła Diabła.

- Około osiemdziesiąt metrów - odpowiedział na nieme pytanie wyrysowane na twarzy Nawrockiego. - Naturalna szczelina. Żadnych odgałęzień. Na dnie kilkaset ciał. Robotnicy przymusowi sprzed stu lat. To cmentarz synu. Do każdego, którego tam wrzucisz, dołącz od dzisiaj modlitwę - wskazał na kamienie, które Gert nadal trzymał w zaciśniętej kurczowo dłoni.

Mężczyzna wyszedł, a Gert stał długo samotnie przy Gardle Diabła. Heinz Junker rzucił na niego urok. Urok, który utrzymał się przez lata. Wysoko postawiony w hierarchii Olbrzyma ojciec Gerta, Hans Nawrocki, okazał się pomocny w ustaleniu, kim był ten człowiek.

Heinz Junker był żołnierzem zwiadu, dowódcą drużyny miejskiej, jedynej w strukturach zwiadu. Urodzony w Berlinie. Rodzina inteligencka. Po ukończeniu szkoły średniej o profilu biologiczno-chemicznym podpisał kontrakt z Bundeswehrą. Trzy misje zagraniczne na Kaukazie. Misja rozjemcza na Łotwie. Awansowany na sierżanta i dowódcę drużyny wozu bojowego tuż przed manewrami NATO na przesmyku suwalskim. Po wybuchu epidemii skierowany do Lublina, by opanować zamieszki. Gdy struktura dowodzenia się załamała odjechał z załogą w kierunku Niemiec. W czasie przejazdu zginęło pięciu z ośmioosobowej załogi pojazdu. Reszta została znaleziona przez patrole Olbrzyma. Tylko tyle było w aktach.

Trzy lata po spotkaniu z Junkerem Nawrocki wstąpił do zwiadu. Miało na to wpływ wiele czynników, ale urok, który rzucił na niego Junker wtedy przy gardle diabła jeszcze nie ustąpił i nie zanosiło się, by ustąpił kiedykolwiek.

 

*

 

Heinz Junker wyciągnął z kieszeni na piersi mapę i rozłożył ją na podłodze usuwając uprzednio butem nietoperze odchody. Gert wbił wzrok w wyrysowany na laminowanym papierze plan kilkunastu budynków.   

- Droga powinna być czysta, żadnych degeneratów i psowatych. Jutro przeprawimy się przez rzekę mostem kolejowym, a następnie wzdłuż Wisły dojdziemy do cytadeli – wskazał nożem opisywaną trasę. - Tam DreGu zajmie pozycję na wieży czerwonej. To tutaj. Reszta zostanie za murami aż z wieży dadzą nam sygnał, że możemy ruszać. Zapewnią nam osłonę przy wejściu i wyjściu z budynku. Co nie jest jasne kapralu?

- Wszystko jasne sierżancie - odparł Dressler.

- Po sygnale od DreGu idziemy do budynku między wieżą ciśnień, a grupą garaży tutaj. To nowy budynek, trzy piętra z cegły. Pan Nowak twierdzi, że w podziemiach znajdował się ośrodek badawczy. Jeżeli nie wyjdziemy po czterech godzinach - spojrzał na Dresslera i Gunka - to schodzicie po nas tak głęboko jak się da. Będziemy zostawiać ślady markerami na ścianach. Spróbujecie nas złapać na radio. Będziemy na tyle głęboko, że drony tego nie wychwycą. Jeżeli się nie odezwiemy to wracajcie bez nas.

- Jasna sprawa - mruknął Dressler. - Nikt inny się nie odezwał.

- Dobrze. W środku robimy bezeta, to co zawsze. Zbieramy informacje. Z komputerów, laptopów, tabletów bierzemy dyski i karty pamięci. Wszystkie znalezione smartfony i softskriny zabieramy. Zabieramy również dokumentację papierową, którą wskaże pan Nowak. Jeżeli będzie czas to sfotografujemy papier jeszcze w środku. Filmujemy z hełmów stanowiska pracy, przeszukujemy szuflady, by znaleźć loginy i hasła. Zabieramy karty dostępu. Na polecenie pana Nowaka zabieramy lub filmujemy cokolwiek wskaże. Jakieś pytania?

Cisza.

Junker prześlizgnął się wzrokiem po twarzach żołnierzy.

- Wiadomo co tam jest sierżancie? - zapytał Dressler.

Nawrocki oblizał suche wargi. Był pewien, że Junker nie odpowie na to pytanie.

- Tak - skinął głową Junker. - Nazywają to opancerzonym wzmacniaczem egzobiogenicznym. To ma nam pozwolić na podjęcie walki z dronami.

- Wiedziałem, kurwa - syknął Dressler, a potem międlił w ustach jakieś niemieckie przekleństwa.

- Trzeba jednak zaznaczyć, że nie wiemy na jakim etapie były prace - odezwał się Nowak podnosząc palec. - Może się okazać, że jeszcze na zupełnie początkowym. W przeszłości pracowałem nad pancerzem egzobiogenicznym. Co prawda nie w tym obiekcie. Jest to wspaniały unijny projekt, który wtedy nie był nawet priorytetem, ale teraz może się okazać kluczowy dla walki z Apokaliptianami. Kluczowe jest to, że ze względu na swoją konstrukcję i napęd będzie niewidoczny dla wroga. Jak doskonale wiecie czujniki Apokaliptian są w stanie zlokalizować, sygnał radiowy, nawet minimalne pole elektromagnetyczne, spaliny silników, a nawet gazy prochowe broni palnej lub odgłos wystrzału… tak do końca nie wiemy, po czym identyfikują one naszych żołnierzy i sprzęt, ale fakt jest taki, że robią to efektywnie. A jak zlokalizują to sami wiecie, co się dzieje… - głos Nowaka przeszedł w pisk, bo Dressler zaszedł go od tyłu i ścisnął kościstą łapą pośladek. Nowak zamilkł, a Dressler pocałował go wtedy w usta. 

Nawrocki uniósł brwi. Przez chwilę sądził, że to, co się stało było jakimś przywidzeniem.

- Wnoszę o dziesięć dni karceru za tego całusa! - Dressler strzelił obcasami prężąc się i salutując przed Junkerem. - Tak mnie ucieszył tym gadaniem o pancerzu, sierżant mnie zna, wiele mi nie trzeba…

Żołnierze patrzyli na Dresslera ze zmarszczonymi brwiami jakby zastanawiali się czy na pewno wszystko z nim jest w porządku  i czy nie stanowi zagrożenia. Nowak ocierał nerwowo wargi wierzchem dłoni.

- Wniosek przyjmuję - odparł Junker. - Razem czterdzieści.

Nawrocki dostrzegł, że kąciki cienkich ust Junkera uniosły się lekko w górę.

 

Rozdział 5

 

Świtało. Nawrocki opierał się plecami o ceglany mur otaczający modlińską cytadelę. Patrzył jak kłęby mgły ześlizgiwały się ze skarpy, przeciskały się między drzewami i spływały na oddalone zaledwie o kilkadziesiąt metrów lustro rzeki. Wciągnął ustami powietrze. Orzeźwiało jak łyk zimnej wody. Każdy oddech sprawiał mu przyjemność, jeżeli tylko pamiętał, by zwrócić na niego uwagę. Naprzemiennie zaciskał i rozluźniał dłonie. Niecierpliwił się. Skupił się na oddechu. Wciągał powietrze przez nos, wypuszczał ustami i patrzył na unoszące się w górę kłęby pary.

Czekał słuchając ciszy. Podczas służby w zwiadzie nauczył się, że prawdziwym zajęciem żołnierza jest czekanie. Cała reszta to tylko przerwa między kolejnymi, długimi okresami czekania.

Spojrzał w lewo. Kapral Gelinek przytupywał i rozcierał zgrabiałe dłonie. Broń dyndała mu przy tym na piersi. Na pobladłych z zimna ustach błąkało mu się coś na kształt złośliwego uśmieszku. Za Gelinkiem stali Wojkov i Malarski. Ich całkowity bezruch i zwaliste ciała dziwnie kontrastowały z ruchliwością drobnego Czecha. Po drugiej stronie bramy czekała reszta drużyny. LeDe kołysali się ledwo dostrzegalnie w przód i w tył. Przypominali koty, które podchodząc ofiarę drżą lekko jakby nie mogły się doczekać chwili, gdy pochwycą ją w pazury. Za nimi stali inżynierowie Strań i Kocoń.

Nawrocki przeniósł wzrok na Junkera. Ten opierał się o drzewo kilka kroków od nich i patrzył przez lunetę na szczyt wyrastającej z muru czerwonej wieży. Czekał na sygnał od Dresslera. Obok Junkera kręcił się Nowak. Ciągle oglądał się za siebie jak wystraszone dziecko. Ludziom żyjącym od lat pod ziemią trudno przyzwyczaić się do otwartej przestrzeni. Junker oderwał w końcu okular lunety od oka, złożył ją i przymocował do pasa. Potem wskazał dłonią na bramę.

Kolejność była ustalona. Najpierw ruszyli LeDe podzwaniając rynsztunkiem. Zawsze szli pierwsi. Potem GeNa. Nawrocki odczekał kilka sekund i pobiegł za Gelinkiem. Trawa, splątane krzewy i karłowate drzewa wyrastały spomiędzy szerokich betonowych płyt na dziedzińcu cytadeli. Nawrocki szybko dostrzegł budynek, który był ich celem. Był taki, jakim opisał go Junker: brunatny, trzypiętrowy i z płaskim dachem.

LeDe pokonali piętnaście metrów i uklękli unosząc broń. Gelinek i Nawrocki wyprzedzili ich i zatrzymali się kilkanaście metrów dalej. Nawrocki po prawej, a Gelinek po lewej. Obserwowali teren z kolbami karabinów przyciśniętymi do policzków. Wiatr kołysał trawami i drzewami. Na dziedziniec opadały liście. Ten sposób poruszania ćwiczyli setki razy i Gert nie musiał angażować umysłu, by robić to dobrze, co nie znaczy, że to było łatwe. Trzeba było wiedzieć gdzie się zatrzymać, ile czekać, gdzie patrzeć, jak szybko biec, by poruszać się płynnie i bezpiecznie.

Gdy byli już bardzo blisko Nawrocki zauważył, że budynek spuchł jak rozkładający się trup. Rośliny, grzyby i pleśń wcisnęły się w szczeliny na elewacji. Nieliczne ocalałe szyby pokrywał lepki pył. Do dwuskrzydłowych, głównych drzwi prowadziły szerokie schody o grubych metalowych poręczach. Pierwsi dopadli ich Wojkov i Malarski. Gert usłyszał z wnętrza budynku odgłos miażdżonego butami szkła. Potem przebiegli StraKo i LeDe. Nawrocki chciał przepuścić wszystkich i wejść ostatni, bo miał dobrą i wygodną pozycję za rozpadającym się ceglanym murkiem, ale nabiegający z Nowakiem Junker rozkazał im biec przodem.

Nawrocki poczuł suchość w gardle i przyspieszone bicie serca. To był strach. Ktoś mu kiedyś powiedział, że strach jest dobry. Gdy żołnierz przestaje czuć strach to powinien zrezygnować z żołnierki. Brak strachu wróżył szybką i głupią śmierć.

Wewnątrz budynku panował półmrok. Śmierdziało pleśnią. WoMa stali przy klatce schodowej obok windy. LeDe oparli karabinki o framugi okien i obserwowali teren na zewnątrz. Gelinek nie czekał na rozkazy. Wiedział co robić. Wpiął karabinek w uchwyt piersiowy i poszedł w stronę szybu windy zlokalizowanego naprzeciwko wejścia. Nawrocki poszedł za nim.

- Łom - szepnął ochryple Czech, gdy skończył oględziny stalowych drzwi od windy. To było jego pierwsze słowo tego dnia.

- Co za kurwa wirtuoz Houdini - mruknął Lewandowski nie odwracając do nich głowy. - Łomem to i ja potrafię.

Nawrocki ściągnął plecak, odnalazł w nim łom i podał Gelinkowi. Ten wsunął narzędzie w szparę między skrzydłami drzwi, a potem odsunął się robiąc Nawrockiemu miejsce. Gert naparł całym ciałem na metalowy trzonek. Zgrzyt rozsuwających się drzwi rozerwał ciszę.  Gelinek wsunął głowę do szybu i oświetlił jego wnętrze latarką. Nawrocki spakował łom do plecaka.

- To szyb ogólny - rozległ się drżący szept Nowaka. - Laboratorium miało na pewno osobną windę w piwnicy. Teraz sobie przypominam. To było głęboko pod ziemią. Musimy iść tam - wskazał na metalowe drzwi. - Schodami.

Junker skinął głową. WoMa i LeDe pobiegli pierwsi. Nawrocki ruszył za Gelinkiem.

Tupot żołnierskich butów, wśród nagich, betonowych ścian klatki schodowej wydawał się Nawrockiemu ogłuszający. W połowie pierwszego biegu schodów, zgodnie z rozkazem Junkera, włączył radio i latarkę na hełmie. Kocoń zakaszlał. Wirujący w powietrzu pył drapał w gardło.

Zbiegli na sam dół. Gert oddychał z wysiłkiem. Śmierdziało padliną i zgnilizną. Światła latarek wyławiały z ciemności połamane krzesła, stosy brudnych segregatorów i metalowych szaf. Po obu stronach korytarza napotykali otwarte lub wyważone drzwi obite cienką blachą.

- Bronili się - mruknął Lewandowski wkładając lufę karabinu w otwór po kuli wybity w ścianie. - Robili barykady, ale to nie powstrzymało dege. To na podłodze, to tu, to na pewno krew.

Nawrocki oświetlił miejsce, o którym mówił Polak. Na zielonej wykładzinie zobaczył ciemne plamy, a na ścianach brązowe kropki i zacieki.

- Ale gdzie ciała? - szepnął. - Dege nie zabierają ciał. Nigdy.

- Szukajcie windy - rozkazał Junker przez radio.

- Może być ukryta - dodał Nowak. - Może wyglądać jak szafa, albo schowek na szczotki.

Nawrocki szedł powoli. Wszystkie mijane pokoje wyglądały podobnie: poprzewracane meble, stosy przegniłych kartonów, papierzysk i pobite szkło. Korytarz zakręcał dwukrotnie w prawo, aż zakończył się stalowymi drzwiami. Te były zamknięte. Na poobijanej blasze wymalowana była czerwoną farbą liczba jedenaście.

Junker spojrzał na Gelinka, a ten zdjął rękawice, obejrzał dokładnie drzwi, opukał, pozaglądał we wszystkie szpary i w końcu wskazał na wystające zawiasy.

- Ciąć - powiedział drugie słowo tego dnia.

Nawrocki kucnął, zdjął plecak i wyciągnął dwie, stalowe butle - jedną z tlenem, drugą z acetylenem. Gelinek podłączył palnik i rozpoczął przecinanie zawiasów. Praca szła wolno. Zawiasy były grube i wykonane z trudnotopliwego stopu. Twarz Gelinka poczerwieniała. Nawrocki poczuł jak po plecach zaczęły mu ściekać krople potu.

Migotliwe światło palnika ożywiało brunatne ślady na ścianach i suficie. Wydobywało czerwień z dawno zaschniętej krwi. Żołnierze zerkali na siebie nerwowo.

Palnik syczał ponad pięć minut zanim zawiasy puściły. Ważące ponad sto kilogramów drzwi uderzyły o posadzkę i przewróciły się z łoskotem. Ze ścian posypał się tynk. Gdy kurz opadł zobaczyli małe pomieszczenie. Cztery metry kwadratowe. Kilka strumieni światła latarek polizało gołe ściany i stalowe drzwi windy.

- To tutaj - powiedział Nowak drżącym głosem. - To na pewno tutaj.

Weszli do środka. Nawrocki użył łomu by rozsunąć skrzydła windy. Potem skierował światło latarki w dół, do szybu. Skupił promień tak, by dosięgnął dna.

- Jakieś dziesięć metrów - zameldował. - Na dole kabina. Klapa na dachu zamknięta.

Junker wydał rozkazy. Strań zrzucił liny do szybu. Zamontował wałki do zjazdu tak, żeby nie uszkodziła ich ostra krawędź progu. Sprawdził mocowania i wstał robiąc miejsce Wojkovowi i Malarskiemu. Ci wpięli liny w przyrządy zjazdowe.

- Nie wychodźcie daleko poza kabinę - rozkazał Junker, gdy mężczyźni byli już wychyleni nad szybem. - Macie być blisko. Włączyć kamery.

Sięgnęli do kasków, by uruchomić sprzęt i zniknęli w ciemności. Nawrocki usłyszał cichnący bzyk lin przeciskających się przez przyrządy zjazdowe i niemal jednoczesne uderzenie dwóch par butów o dach kabiny. Potem brzęk metalowej klapy i cisza.

Gert sięgnął do hełmu i w zamyśleniu przełączył dźwignię obok prawej skroni. W uszach usłyszał szum. Ten tryb pozwalał mówić do dowódcy pary i drużyny jednocześnie. Szybko z powrotem przełączył tylko na odbiór. Przez kolejne kilka minut wpatrywał się w mrok szybu ocierając pot z czoła.

- Na dole czysto – usłyszał w słuchawkach głos Wojkova. - Nikt tu nie był od lat.

- StraKo, GeNa, Nowak - Junker odwrócił wzrok od windy i ustalił kolejność zjazdu. – LeDe zostajecie tutaj.

Strań i Kocoń zjeżdżali wolniej niż WoMa. Minęła minuta zanim zwolnili liny. Gdy Nawrocki mocował przyrząd zjazdowy dostrzegł, że Lewandowski i Denisov zbudowali już z poprzewracanych mebli barykadę. Przykucnęli opierając karabinki na kolanach. Spojrzał na Gelinka. Czech był gotowy do zjazdu. Zsunęli się w mrok. Gert wyhamowywał co dwa metry i musiał kilka razy odbić się nogami od ściany szybu zanim jego stopy dotknęły metalowego dachu windy. Zdjął plecak i przecisnął się przez klapę do wnętrza kabiny. W powietrzu na dole nie czuł już zgnilizny. W świetle latarki wirował drobny pył. Osiadał w gardle zostawiając gorzki smak. Buty Gelinka uderzyły o dach. Podał Nawrockiemu plecak, a potem sam przecisnął się do środka.

 Pobiegli kilkumetrowym korytarzem, który kończył się kwadratową wartownią. Na środku stało masywne biurko. Kapral Strań rozkręcał stojącą pod blatem jednostkę centralną komputera wymieniając uwagi z Koconiem. WoMa pilnowali dwuskrzydłowych, stalowych drzwi za biurkiem. W pomieszczeniu były jeszcze jedne drzwi, teraz otwarte i prowadzące do małego pomieszczenia z dwoma łóżkami. Nawrocki w milczeniu cofnął się pod ścianę i usiadł, by odpocząć. Po kilku minutach wszedł Junker, a za nim Nowak.

- Wszystko czyste - zameldował Wojkov. - Po prawej sypialnia dla wartowników. Prycze, szafki, miejsce na broń. Drzwi za wartownią otwarte, dalej korytarz. Na razie bez ciał, bez śladów walki.

Junker skinął głową i powiedział:

- WoMa idziecie przodem. Znacie zasady. Suwak w parach na pokojach. W razie wątpliwości wezwać pana Nowaka na dwójce. W większych pomieszczeniach zatrzymujecie się i czekacie na rozkazy.

-Tak jest.

Nawrocki z Gelinkiem pobiegli przedostatni. Za nimi był tylko Junker i Nowak. Korytarz za wartownią zakręcał gwałtownie w prawo. Po kilku metrach skręcał znowu w lewo. Po bokach w regularnych odstępach pojawiały się drzwi, gęsto jak w tanim hotelu. Zielona wykładzina tłumiła kroki. Ściany były pomalowane olejną farbą, która w świetle latarek wydawała się śliska jak rybia łuska. Nawrocki poczuł dreszcze. Temperatura była tu znacznie niższa niż na górze.

WoMa wbiegli do pierwszego, a StraKo do drugiego pokoju. Nawrockiemu i Gelinkowi przypadł trzeci. W pomieszczeniu stał tapczan, biurko z poukładanymi w kuwetach papierami i zakurzony laptop. Naprzeciwko drzwi do łazienki była jeszcze szafa wnękowa z drzwiami przesuwnymi.

Gelinek ruszył bez słowa do biurka. Nawrocki otworzył szafę i wyrzucił na podłogę kilka koszul i spodni. Przeszukał kieszenie, ale były tam tylko rozpadające się w palcach chusteczki higieniczne i papierki po cukierkach. W klaustrofobicznej łazience wyposażonej w kabinę prysznicową, ustęp i małą umywalkę również nie było nic godnego uwagi. Wychodząc wydrapali nożem krzyż na ścianie obok klamki.

Potem przeszukali z Gelinkiem jeszcze sześć podobnych pokoi. Miały takie samo wyposażenie i rozkład jak pierwszy. Różniły się tylko ilością zdjęć przyklejonych do tablicy korkowej nad biurkiem. Najczęściej wisiały tam fotografie kobiet. Niekiedy z małymi dziećmi. Czasami trafiały się też półnagie modelki. Jedna wyjątkowo spodobała się Gelinkowi. Zdjął ją ze ściany, zwinął plakat w rulon i schował do plecaka.

- Elena Kwitova - mruknął mijając Nawrockiego, który uniósł jedną brew pytająco.

- Dwa słowa wytłumaczenia - pomyślał Nawrocki. - Gelinek musi być tą Kwitovą wyjątkowo zakłopotany.

Z pokoi wynosili głównie dyski z laptopów i karty pamięci. Nie było urządzeń przenośnych, smartfonów ani softskrinów. Musiały być tutaj zakazane.

W miejscu, gdzie korytarz skręcał o sto osiemdziesiąt stopni, była stołówka na czterdzieści osób, kuchnia i pokój socjalny. Przeszukali je wspólnie z resztą drużyny, ale nie znaleźli tam nic wartościowego poza kilkoma kartami dostępu w szufladach. W ciemnościach przecinanych strumieniami światła z latarek unosił się tylko pył. Było go więcej niż w korytarzu.

Za stołówką na nowo rozwinął się rząd identycznych pokoi dla personelu. W pokojach mała łazienka, biurko, łóżko i szafa. Znaleźli trochę papierów. Plecak Nawrockiego robił się coraz cięższy. Już nie było mu zimno. Strużki potu spływały po plecach. Gelinek guzdrał się z rozkręcaniem komputerów. Do dwuskrzydłowych, stalowych drzwi na końcu korytarza dotarli ostatni.  

Pomieszczenie było mniejsze od wartowni za windami. Nawrocki z ulgą zdjął plecak i postawił pod ścianą. WoMa stali przy drzwiach prowadzących na klatkę schodową. Nowak klęczał na podłodze i przerzucał teczki z dokumentami. Junker świecił na górę papierów zamontowaną na karabinku latarką.

- To wszystko śmieci – gderał Nowak. – To ogólnodostępny materiał. Część to wydruki z sieci. Mamy to wszystko w Olbrzymie. To nie ma sensu. Szkoda czasu. Tu nie może być nic wartościowego, po prostu nie może. Do kwater nie pozwalali nic wynieść z poziomu roboczego. To podstawowa zasada. Można to wszystko zostawić. Szkoda miejsca. Nie ma tu nic ciekawego i nie będzie. Nie, nie… Tu pewnie panowały tu takie same procedury jak w Olbrzymie. To znaczy nie teraz, ale przed epidemią, kiedy to był jeszcze kompleks badawczy. Nawet kartki nie pozwolą zabrać z poziomu laboratorium, a co dopiero raporty. Nie to strata czasu. Na wartowni sprawdzają tak dokładnie, że wyniesienie czegokolwiek jest po prostu niemożliwe. Niżej. Tam coś znajdziemy. Tak, tam na pewno, a na to - trącił butem górę papierów - nie ma co tracić czasu.

Junker skinął głową.

- Dobra. Jeszcze tylko sterownia - powiedział i skierował strumień światła z latarki na zielone drzwi, na których widniał znak ostrzegający przed urządzeniem elektrycznym. Poszukał wzrokiem Gelinka.

Czech westchnął, podszedł do drzwi i kucnął przypatrując się otworowi na klucz. Nie przerywając oględzin, wyjął z kieszeni na piersi futerał z brązowej skóry i rozwinął go na podłodze. Wybrał dwa narzędzia i wsunął je w zamek. Mruczał coś przy tym niezrozumiale i mrużył oczy. Nawrocki obserwował jego drobne ręce i zmarszczone brwi. Twarz pracującego mężczyzny rozluźniła się dopiero, gdy zamek otworzył się ze zgrzytem. Gelinek wstał z klęczek i odsunął się od drzwi z kwaśną miną tak jakby zwykłe naciśnięcie klamki uważał za czynność, która splami jego honor. Spojrzał na Nawrockiego.

Gert wzruszył ramionami i wyciągnął rękę.

-Tragarz i odźwierny - pomyślał. - Po to przecież mnie tu wzięli.

Spojrzał przez ramię i dostrzegł jak Kocoń i Strań podnoszą karabinki. Odsunęli się od siebie, tak by po otwarciu drzwi móc razić pociskami jak największą powierzchnię pomieszczenia.

Nawrocki nacisnął klamkę i mocno pchnął drzwi. Pył z podłogi zawirował. Światła latarek splątały się, przebiły ciemność i wyłuskały kilka leżących obok siebie ludzkich trucheł. Żółta skóra na twarzach przylegała do kości. Czarne dziury ziały w miejscu ust i oczu. Włosy leżały rozrzucone na podłodze. Podmuch po gwałtownym otwarciu drzwi przesunął je pod ściany. Już tylko pojedyncze kępki tkwiły wciąż w brązowej, zaschniętej skórze. Światła latarek ślizgały się po stalowych szafach oraz urządzeniach piętrzących się wzdłuż ścian.

- To agregat prądotwórczy i rozdzielnia elektryczna - mruknął Łukasz Strań opuszczając broń. - O tam - poświecił na duży blaszany prostopadłościan pomalowany czerwoną farbą zamocowany na grubej stalowej ramie. Pewnie pod nami jest zbiornik z paliwem. Znam tą maszynę. Kurestwo nie do zdarcia.

- StraKo, sprawdźcie czy możecie włączyć tu oświetlenie - rozkazał Junker. - GeNa przeszukajcie ciała.

Nawrocki przyglądał się jak inżynierowie zrzucili z agregatu krzesła, stare kable oraz skrzynki narzędziowe. Podniósł się kurz. Kocoń kichnął donośnie i wytarł smarki w rękaw munduru. Pochylił się nad aparaturą. Gert poczuł uderzenie w plecy i odwrócił się. To Gelinek dźgnął go lufą karabinka. Czech wskazał na ciała.

- A proszę można powiedzieć? - zapytał Nawrocki. - Jedno kurwa słowo. Takie trudne?

Gelinek wzruszył ramionami. Znowu wskazał na ciała. Nawrocki westchnął. Musiał wykonać rozkaz. Para w zwiadzie była jak jeden organizm. Jak ktoś był dowódcą to do niego należały wszystkie decyzje. Nie mógł nie posłuchać.

Przekroczył próg i klęknął obok ciał. Przypominały bardziej kukły niż ludzi. Policzył trupy. Dziesięć. Zaczął obmacywać nogawki w miejscach gdzie spodziewał się kieszeni. Pod rozpadającym się w palcach materiałem wyczuwał twarde kości.

- Widziałem już takie rzeczy - powiedział Strań kucając obok. - Umarli z głodu. Bez tłuszczu i mięśni skóra przy rozkładzie nie pęka. Gazów jest mało. A z resztą może tutaj wcale nie było gazów? Jest sucho… - wciągnął powietrze w płuca i wysunął język jak wąż. - Skóra jest dociśnięta do czaszek i kości, bo miała czas się skurczyć, gdy głodowali. Wyschła zanim zdążyły zeżreć ją robaki. Zresztą. Skąd tu robaki?

 

*

 

W pomieszczeniu eksplodował triumfalny okrzyk kaprala Strania. Nawrocki zadarł głowę i popatrzył na sufit. Lampy jarzeniowe zapalały się jedna po drugiej. Migotały jakby nie mogły się zdecydować czy palić się dalej czy zgasnąć.

- Na dole czysto – zameldował Wojkov. Nadawał do wszystkich na otwartym kanale. – Mniejsze to niż na górze. Są tu trzy duże laboratoria, sale, takie szpitalne i pięć takich jakby cel albo akwariów. Oprócz tego kilka pokojów. Wyglądają jak gabinety. W jednym trup. Ten poziom to ślepa uliczka. Żadnych wind i schodów. Gdyby nie ten, kurwa, pył to wygląda to tak, jakby jutro mieli to przyjść do roboty.

Ruszyli na rozkaz Junkera. Schodzili w szybkim tempie. Gert patrzył na plecy prowadzącego Gelinka próbując utrzymać równowagę z ciężkim plecakiem. Naliczył sto sześćdziesiąt stopni. Oszacował, że schody sprowadziły ich na dół dwadzieścia metrów. W wartowni czekali Wojkov i Malarski obaj oparci o blat biurka ustawionego naprzeciw wyjścia z klatki schodowej i windy. Jednostka centralna komputera leżała rozkręcona na pokrytej pyłem podłodze.

- Najpierw laboratoria - powiedział Junker, gdy tylko wszedł do wartowni. - Idziemy razem.

Ukrainiec poprowadził ich bez słowa przez szeroki korytarz i po kilkunastu metrach otworzył duże dwuskrzydłowe drzwi z bulajami zamontowanymi na wysokości twarzy. Z zielonej wykładziny przeszli na białe płytki. Z sufitu dźgało ostre, białe światło potęgujące wrażenie chłodu. Nawrocki miał wrażenie, że na wszystkich mikroskopach, podgrzewaczach, kolbach, wkraplaczach, komputerach, całym tym laboratoryjnym oprzyrządowaniu szkli się cieniutka warstwa szronu. Zatrzymał się pod ścianą tuż za drzwiami. Potrącił plecakiem kontener z setkami silikonowych rękawiczek. Sąsiednie kontenery zadzwoniły cicho pipetami, bagietkami, cylindrami pomiarowymi, probówkami i szkiełkami. Dwie kolby stoczyły się po stole i rozbiły się z brzękiem o podłogę.

- Uważaj z tym plecakiem - warknął Nowak, który zdążył już zapuścić się między rzędy laboratoryjnych stołów. Odwrócił się w stronę Nawrockiego i zacisnął drobną dłoń w pięść jakby chciał mu nią pogrozić. Po chwili rozluźnił palce, opuścił wzrok i dotknął skroni. - Przepraszam. To przez to, że… - pokręcił głową. - Chodzi o to byś bioreaktora nie strącił. Nie mamy takich. Te kilka kolb to głupota. Ale te bioreaktory tutaj. To jest ważne - wskazał na urządzenia, a Kocoń i Strań natychmiast zajęli się ich demontażem.

- Tylko bez zbiornika głównego i całego szkła po bokach - tłumaczył Nowak. - To sobie dorobimy. To tylko szkło. Ale z tych komputerów na stołach trzeba wziąć wszystko. To tu, to laboratorium do hodowli tkanek mięśniowych i może jakiś innych jeszcze. To co tu robili może być ważne.

- GeNa komputery - rozkazał Junker, który również wszedł między stoły. – Coś jeszcze? - zapytał Nowaka.

- Nie, w Olbrzymie mamy dobrą aparaturę do inżynierii tkankowej. Ze sprzętu tylko te bioreaktory, rusztowania grafenowe i matryce. Wszystko wskażę. Trzeba przeszukać te szafy z tyłu i szuflady stołów. Najważniejsze rzeczy zawsze drukuje się na papierze. Najważniejsze są procedury i raporty miesięczne. Dzienne sprawozdania można pominąć, bo i tak będą powtórzone w miesięcznych. Przekartkujcie je tylko, by mieć to na kamerze.

Nawrocki zdjął plecak i zostawił pod ścianą. Wyjął z bocznej kieszeni grafelowy worek i wszedł między stoły. Rozkręcał po kolei każdy z komputerów, a Gelinek wyjmował dyski. Opróżniali też szuflady i rzucali teczki, segregatory i pojedyncze kartki na środek pomieszczenia gdzie Nowak selekcjonował materiał. WoMa na polecenia Junkera zajęli się szafami.

- A to? -  zapytał Wojkov wskazując na niskie aluminiowe drzwi.

- To chłodnia - odparł Nowak unosząc głowę znad papierów. - Są tam pojemniki i zbiorniki chłodzone suchym lodem lub azotem. Do Olbrzyma tego nie wniesiemy ze względów bezpieczeństwa. Zresztą to za ciężkie jest.

Nawrocki wyjął szuflady z szafki i wysypał ich zawartość na podłogę. Wśród teczek z dokumentami natrafił na pudełko na płytę DVD. Na okładce znalazł napis: KM 01.12.2041. Coś kazało mu je otworzyć. Było puste. Popatrzył na komputer na stole, wyjął nóż i czubkiem podważył kieszeń napędu optycznego. Potem wyszarpnął tackę. Na podłogę spadła płyta.

- Sprawdzajcie wszystkie napędy optyczne w komputerach – usłyszał nagle w słuchawkach głos Junkera. - Tam mogą być stare nośniki danych.

Nawrocki odwrócił się i zobaczył, że sierżant stoi dwa kroki od niego i patrzy na leżącą na podłodze płytę.

 

*

 

- Co to, do kurwy nędzy, jest? - szepnął Wojkov zbliżając twarz do matowej szyby. Usta Ukraińca były wykrzywione z odrazy.

Nawrocki podszedł do celi o przezroczystych ścianach. Mieli takie w Olbrzymie w pomieszczeniach kwarantanny. Gaduła tłumaczył, że to monitoria, które służyły do obserwowania skutków eksperymentów z egzobioszkieletem. W trzech poprzednich natrafili jedynie na stare szmaty i kawałki grafiksu, ale w tym czwartym był martwy człowiek. Coś co przypominało człowieka. Nagie, brązowe zdeformowane ciało leżało skurczone na betonie. Z czaszki sterczały rzadkie włosy. Trup miał twarz odwróconą w stronę podłogi. Z kości wystawały śruby zakończone kulistymi zaczepami, pomiędzy którymi wisiały skórzaste cięgna.

- Na biodrach z tyłu ma przetwornik krwi i pojemnik na wsad węglowodanowy - szepnął Nowak. - Przylgnął twarzą do grubej szyby monitorium. Miał błyszczące oczy i przyspieszony oddech. - Tego nam brakowało. To nam nie wychodziło. Mamy procedury tkankowe, procedury łączenia układów i nauczania mięśniowego. To, co najważniejsze mam na papierze, a na dyskach pewnie jest jeszcze więcej. I teraz jeszcze ten obiekt. Ten obiekt przeszedł wszystkie procedury. Widziałem na ostatnim raporcie miesięcznym. To KM. Żył z egzomięśniami zasilanymi zewnętrznym wsadem glukozowym. Żył o wiele dłużej niż inni, ale potem i tak umarł jak wszyscy tutaj. Ten obiekt jest ważny. Trzeba to otworzyć - puknął palcem w szybę.

- Obiekt… - powtórzył w myślach Nawrocki i splunął. Miał ochotę uderzyć Nowaka w ten terkoczący bez przerwy ryj.

- Sprzęt - rozkazał Gelinek. Gert klęknął i odwrócił się do niego plecami, by dać mu dostęp do plecaka. Usłyszał bzyknięcie zamka błyskawicznego. Coś ciężkiego stuknęło o podłogę. Nawrocki odwrócił się i zobaczył jak Jan Gelinek składa piłę i nasadza na nią tarczę. W powietrzu rozszedł się nieprzyjemny smród palonych włosów, gdy Czech zaczął nacinać przezroczyste tworzywo monitorium.

Nawrocki zsunął plecak z ramion i oparł go o szybę. Chwila odpoczynku. Plecak zrobił się nieznośnie ciężki. Uniósł dłoń i zaczął rozmasowywać zesztywniałe mięśnie karku. Patrzył tępo w sufit. Nie podobało mu się to miejsce.

Trzymana pewnie przez Gelinka piła przesuwała się powoli. Przezroczyste tworzywo topiło się. Czech przerywał co jaki czas i chłodził ostrze wodą. Gdy skończył, uderzył czubkiem buta w wycięty prostokąt, który wpadł do środka monitorium. Przez otwór buchnęło smrodliwe powietrze.

- Do środka panie Nowak - rozkazał Junker. Gaduła oparł trzęsące się dłonie o krawędź otworu. Nawrocki poczuł nieco złośliwej satysfakcji. Rozkaz Junkera to była dziwna sprawa. Człowiek nawet nie pomyśli, by mu się sprzeciwić. Na twarzy Nowaka wszystko krzyczało, a jednak wpełzł karnie do ciasnego monitorium. Podszedł na kolanach do ciała i dotknął przetwornika krwi. Pociągnął, by go odczepić, ale trup przesunął się tylko kilka centymetrów. Skóra, ścięgna i mięśnie wyschły jak rzemienie.

- Będzie trzeba go pociąć - powiedział zdławionym głosem Nowak i uczynił ruch jakby chciał opuścić monitorium, ale Junker odpiął guzik na udzie i wyjął z pochwy długi, zakrzywiony nóż. Podał go Nowakowi przez otwór.

- Ostry, uważaj z nim - ostrzegł. - Odetnij tylko nogi, korpus i głowa zmieszczą się w plecaku w całości.

Nawrocki usłyszał w słuchawkach kilka trzasków, a później odezwał się spokojny głos plutonowego Lewandowskiego:

- Idą dege. Węszą powoli, ale są coraz bliżej. Co najmniej kilkunastu. Będziemy...O kur… - Dalsze słowa Lewandowskiego utonęły w krótkich kaszlnięciach karabinków i potępieńczym ryku dege.

Junker zareagował natychmiast.

- LeDe, wycofajcie się na minus dwa - nadawał na kanale ogólnym tak, aby wszyscy słyszeli. - Robimy barykadę na minus dwa. Szybem na minus jeden, do końca korytarza, schody na minus dwa, potwierdź.

W słuchawkach Nawrockiego dzwoniła cisza. Z góry dochodziło jedynie słabe echo eksplozji i terkot broni maszynowej. Nowak zamarł z nożem Junkera nad skręconym brązowoskórym ciałem. Pozostali żołnierze zakładali pospiesznie plecaki. Serce Nawrockiego biło tak szybko, że zaczęło mu się kręcić w głowie.

- Barykada w pierwszym labie, biegiem - rozkazał Junker.

Nawrocki klęknął, zarzucił plecak na ramiona i zachwiał się pod jego ciężarem. Wziął kilka głębokich wdechów. Musiał się uspokoić. Inni ruszyli już w stronę laboratorium.

Zanim wybiegł na korytarz odwrócił się i popatrzył jeszcze na Junkera, który wcisnął się do monitorium. Zmieściła się głowa i prawy bark. Wyrwał pobladłemu Nowakowi nóż, chwycił wyschnięte ciało za kostkę i przyciągnął je do otworu. Nawrocki odwrócił wzrok i pobiegł wygiętym jak łuk tunelem do pierwszego laboratorium tkankowego gdzie mieli robić barykadę.

Barykady z wąskim gardłem były najskuteczniejszą taktyką na degeneratów. Dege byli bezmyślni i na tym wszystko się opierało. W szale hormurii biegli na śmierć jak naładowane narkotykami afrykańscy dzieci-żołnierze.

- Potwierdzam - wychrypiał przez słuchawki Lewandowski. Jego głos był zagłuszany przez wrzask degeneratów. Ciężko dyszał. - Szyb, klatka, barykada... Na minus dwa. Jesteśmy na minus jeden.

Przy konstrukcji barykady należało przestrzegać tylko trzech zasad. Po pierwsze: utworzyć wąskie gardło, które można obłożyć ogniem z wielu kierunków. Druga: zbudować kilka stanowisk ogniowych po okręgu tak, aby atakujący dege rozkładali się równomiernie. Trzecia: między stanowiskami ogniowymi, a gardłem umieścić przeszkody, by uniemożliwić dege szybkie poruszanie, ale jednocześnie nie zmniejszać skuteczności ostrzału.

Słuchawki zaskrzeczały i eksplodowały wrzaskiem. Nawrocki nic nie zrozumiał. Po chwili znowu głos Lewandowskiego:

- Zabili Denisova. Nie żyje. O kurwa... Strzelają! Mają łuki! To wtórniaki.

Nawrocki dobiegł do laboratorium. Jedno ze skrzydeł drzwi było już zablokowane bolcem wpuszczonym w podłogę. W środku żołnierze rzucali na środek pokoju krzesła, wywracali stoły i skrzynie. Szklane kolby, pojemniki i sprzęt laboratoryjny rozbijały się o podłogę. Stanowiska ogniowe były już zbudowane. Pięć stołów obróconych blatami w stronę wejścia. Na krzesłach za stołami ułożyli magazynki i granaty.

Podbiegł do Gelinka. Rzucił plecak pod ścianę. Na krześle, pod ręką, położył cztery magazynki ochlapane u podstawy czerwoną farbą. Żołnierze nazywali te naboje amudege. Pocisk był utwardzony, znacząco cięższy od standardowego i nie koziołkował w celu. Nawrocki wypiął karabinek, wymienił magazynek i zaczął pomagać przesuwać niepotrzebne stoły i sprzęt. Zewsząd dochodził brzęk tłuczonego szkła i trzask rozbijanych mebli.

- Na pierwszym poziomie… Biegną za mną… - słowa Lewandowskiego mieszały się z terkotem karabinka i wrzaskami goniących go napastników. - Na schodach!

Do laboratorium wbiegł Nowak. Malarski chwycił go za ramię i wciągnął za blat stołu WoMy. Junker kucnął w korytarzu przed laboratorium i przycisnął kolbę karabinka do policzka. Czekał tam na Lewandowskiego. Wrzaski degeneratów wzmagały się. Nawrocki spojrzał na Junkera. Sierżant przywołał go gestem dłoni.

Gert przeskoczył stół, przebił się przez zwały śmieci na podłodze i stanął za plecami dowódcy. Uniósł broń celując w drzwi na końcu korytarza. 

- Strzelaj tylko na czysto - rozkazał Junker.

 Stalowe drzwi odskoczyły. Wbiegł Lewandowski. Kilka metrów za nim trzech degeneratów. Byli młodzi i zwinni. Poznaczona bliznami skóra otaczała silne jak rzemienie mięśnie. W rękach trzymali długie noże i siekiery. Gert nigdy takich nie widział. Słyszał plotki, że są degeneraci, którzy myślą, ale dotąd nie bardzo w nie wierzył.

Junker ruszył nieznacznie lufą karabinu na lewo. Lewandowski zrozumiał. Dał nagle krok w bok, rozpłaszczył się na ścianie i odsłonił degeneratów. Karabin Junkera kaszlnął dwa razy. Pierwszy z goniących dege padł na podłogę. Kula wybiła mu dziurę w głowie wielkości pięści, przez którą natychmiast chlusnęła krew. Drugi degenerat został trafiony w ramię, potknął się o ciało towarzysza, przewrócił się i wypuścił siekierę. Trzeci przeskoczył zwinnie nad oboma i z wrzaskiem przyspieszył.

Przez stalowe drzwi od wartowni wlał się tłum degeneratów. Biegli przewracając się wzajemnie. Wrzeszczeli odsłaniając w grymasie wściekłości pożółkłe zęby. Nawrocki nacisnął spust równocześnie z Junkerem, Precyzyjny pocisk sierżanta powalił trzeciego młodego degenerata, a długa seria Gerta spowolniła nacierającą hordę.

Lewandowski wbiegł do laboratorium. Zaraz za nim Junker i Nawrocki. Ledwie Gert schował się za stołem i do laboratorium wlała się fala degeneratów. Karabinki rzygnęły ogniem. Kamienne ściany zamieniały każdy wystrzał w eksplozję. Głowę Nawrockiego wypełnił pisk. Martwe, podziurawione ciała degeneratów padały na ziemię. Żywi pchali zabitych i rannych, ślizgali się na ich krwi, potykali się o ich ciała, a potem również padali od kul, ale za nimi byli następni, następni i następni. Nawrocki zmienił magazynek i przeszedł na krótkie serie.

Degeneraci kierowali się głównie na stanowisko WoMy. Byli coraz bliżej. Nagle bolec blokujący jedno ze skrzydeł drzwi laboratorium puścił. Wąskie gardło poszerzyło się dwukrotnie.

- Zbyt wielu - pomyślał Nawrocki.

Ponad głowami szturmującego tłumu przeleciały dwa granaty. Jeden odbił się od drzwi i wpadł na korytarz, a drugi zniknął pośród skłębionej ciżby wyjących ciał. Eksplodowały jednocześnie. Wybuch zrobił wyrwę w potoku degeneratów dając trochę więcej czasu na zabicie tych, którzy byli już w laboratorium.

Nagle dege przestali wbiegać do środka. Stali w korytarzu, ale nie atakowali. Powietrze trzęsło się od ochrypłych wrzasków, łomotu siekier, noży i pałek. Część wbiegła do sąsiedniego laboratorium. Słychać było brzęk bitego szkła i łomot przewracanych stołów.

Nawrocki patrzył otępiały na upiorny, ociekający krwią kopiec ludzkich ciał. Wielu z degeneratów jeszcze żyło i próbowało wyczołgać się spod trupów. Inni tylko wrzeszczeli z bólu. Żołnierze dobijali rannych pojedynczymi strzałami. Strumyki krwi płynęły we wszystkich kierunkach. Jasna natleniona krew wypychana z przerwanych tętnic mieszała się z ciemną, leniwie sączącą się z żył. Łączyły się w fale i meandrowały między porozrzucanymi na podłodze kontenerami, plastikowymi pojemnikami i kawałkami rozbitego szkła. Niektóre niosły ciemne, wciąż rosnące skrzepy krwi. Do nozdrzy Nawrockiego dotarł duszący fetor z rozerwanych kulami jelit. 

Wrzaski i tumult za ścianą potężniały, a jeden z głosów wznosił się nad pozostałe. Był niski i dźwięczny. Charczał rytmicznie jakby przemawiał do chorągwi przed ostatecznym natarciem. To był wtórniak.

Nawrocki oblizał wargi. Tak nie zdarzało się nigdy. Dege zawsze atakowali do ostatniego. Nie zatrzymywali się. Dlaczego teraz było inaczej?

Nagle ochrypły głos umilkł, a tłum ruszył. Był gęstszy i jeszcze bardziej rozjuszony niż za pierwszym razem. Fala ciał wlała się do laboratorium, ale kule nie były w stanie ich zatrzymać. Tylko kilkunastu pierwszych wbiegło bez osłony i zostało rozerwanych pociskami. Upadli na śliskie, pokryte galaretowatą krwią płytki podłogi. Następni nieśli przed sobą zaimprowizowane tarcze z mebli, monitorów, pudeł i komputerów z sąsiedniego laboratorium. Byli młodzi i sprawniejsi. Potykali się o ciała i ślizgali w kałużach krwi, ale wielu z nich dotarło do stanowisk ogniowych. Na Nawrockiego biegło dwóch niosąc przed sobą stół. Dwie serie Gelinka przebiły blat i zabiły atakujących, ale za nimi biegło czterech następnych. Zręcznie przeskoczyli martwych towarzyszy i rzucili się z siekierami na Nawrockiego wywracając kontenery i tłukąc laboratoryjny sprzęt.

Nagle zapadła ciemność. Gert przez ułamek sekundy myślał, że umarł. Chwilę potem ciemność przerwały błyski wystrzałów, pojawiły się snopy światła z latarek na hełmach.

- Generator - pomyślał. - Padł generator.

Źrenice Nawrockiego rozszerzyły się ułamek sekundy za późno, by uniknąć ciosu. Ostrze siekiery uderzyło w hełm, straciło impet i ześlizgnęło się na bark. Dege naparł na niego, przewrócił i przygniótł do śliskiej od krwi podłogi. Nawrocki cofnął karabin i rozszarpał mu brzuch krótką serią. Eksplodowały kolejne granaty. Gert zrzucił z siebie cuchnące ciało. Wyszarpnął z kabury pistolet i zastrzelił kolejnego napastnika. Wstał. Na piersi Gelinka siedział degenerat blokując mu ręce. Drugi unosił szpadel do ciosu. Nawrocki wpakował obu z bliska po kuli w kark i wyciągnął Czecha spod zwiotczałych ciał.

 - Na ziemię – dobiegł go ochrypły wrzask Junkera. - Rzucił się na podłogę. Huk eksplozji był jak kopnięcie w potylicę. Na plecy spadły fragmenty szkła, drewna i poskręcane skrawki metalu. Podniósł głowę zdezorientowany. Przed oczami miał oderwaną tuż za nadgarstkiem, bladą ludzką dłoń. Snopy światła z latarek omiatały ściany, z których ześlizgiwały się fragmenty skóry i strzępy mięsa. Fetor rozerwanych i parujących jelit degeneratów przyprawiał o mdłości. Nawrocki podniósł się chwiejnie na nogi. Gelinek opierał się obok o stół. Jego mundur był czerwony od krwi.

Nawrocki załadował ostatni magazynek i spojrzał w stronę drzwi. Żołnierze powyłazili ze stanowisk ogniowych i dobijali ogłuszonych degeneratów wijących się bezradnie wśród ludzkich strzępów. Strań wiązał opatrunek na ramieniu Koconia. Z rany na obojczyku pulsowała krew wypychana przez słabnące serce. Inżynier pocił się, stękał z bólu i ledwo trzymał się na nogach. Lewandowski rzucił kolejny granat. Odbił się od ściany i poleciał na korytarz. Gdy eksplodował Gerta zakłuły wszystkie zęby.

- Na korytarz - krzyknął Junker. - Wychodzimy stąd.

WoMa pobiegli pierwsi miażdżąc buciorami zmielone na miazgę ludzkie wnętrzności. Strań ciągnął rannego Koconia w stronę wyjścia. Gelinek kuśtykał, Nowak brnął przez ciała sztywny jak robot, ale wszyscy byli żywi. W uszy kłuła nienaturalna cisza przerywana jedynie pojedynczymi strzałami. WoMa i Lewandowski dobijali na korytarzu resztki z hordy atakujących degeneratów. 

- Ogień w drugim laboratorium - usłyszał w słuchawkach spokojny głos Junkera. - Na korytarz biegiem.

Na korytarzu Gert poczuł wyraźnie dym przebijający się przed mdlący odór rozerwanych żołądków i jelit. WoMa klęczeli wodząc promieniami latarek po stalowych drzwiach klatki schodowej. Junker i Lewandowski zabezpieczali tyły.

Nawrocki wrócił do laboratorium i pomógł Koconiowi przebrnąć przez plątaninę zakrwawionych ciał. Ranny ledwo powłóczył nogami. Gdy tylko znaleźli się znowu w korytarzu, usłyszeli zimny głos Junkera.

- Wyjmij głowochwyt.

- Nie, nie, nie… - wycharczał Kocoń, który nagle oprzytomniał. W oczach miał zwierzęcy strach. Nawrocki wypuścił go z rąk i mężczyzna osunął się na ziemię. - Ja sam… dojdę... Nie…

Wszyscy wiedzieli, że nie dojdzie.

Strań wygrzebał z plecaka głowochwyt, a Junker przyklęknął, odłożył karabin i pochylił się nad Koconiem. Ich hełmy stuknęły o siebie. Spocone twarze niemal się zetknęły.

Nawrocki nie usłyszał, co Junker powiedział, ale Kocoń gwałtownie kręcił głową i szlochał. Junker wziął podany przez Strania głowochwyt. Sprawdził kontrolki urządzenia i nasadził na głowę rannego.

Przez stalowe drzwi wartowni na korytarz wybiegło trzech degeneratów, których WoMa położyli krótkimi seriami. Po podłodze korytarza zaczął pełznąć ciemny, duszący dym.

- Pochyl tułów - krzyknął Junker, ale Kocoń go nie usłyszał, albo nie chciał słyszeć. Kolejni napastnicy wbiegali przez stalowe drzwi. Junker nacisnął guzik. Lampki głowochwytu gasły w sekundowych odstępach. Oddech Koconia przyspieszył, a wąska szybka głowochwytu zaparowała. Gdy ostatnia kontrolka przestała się palić ciało inżyniera znieruchomiało. Sierżant podał głowochwyt z uwięzioną w środku głową Straniowi. Serce jeszcze przez kilkanaście sekund wybijało z nieruchomego ciała Koconia coraz mniejsze fale ciemniejącej krwi.

- Weź jego plecak Nowak – polecił Junker podnosząc się z klęczek. Rzucił kilka dodatkowych rozkazów, ale już nie na kanale otwartym.

Nawrocki pomógł Nowakowi zarzucić na ramiona plecak Koconia. Gaduła łkał cicho. Smarki płynęły mu po ustach i brodzie. Gert dojrzał kątem oka jak Malarski wrzucił granat za uchylone, stalowe drzwi, a Wojkov wbiegł do środka ułamek sekundy po tym jak po eksplozji buchnął na korytarz kłąb białego pyłu. Gert zapiął Nowakowi pas biodrowy i pchnął go w stronę wartowni. Lewandowski kaszlał i klął. Czarny dym sięgał już kolan.

- Na schodach czysto – usłyszeli meldunek Wojkova. – Można na górę.

Gdy Nawrocki wszedł do wartowni wybuchł kolejny granat i z sufitu posypał się biały pył.  Wbiegli na schody. WoMa parła do góry wspierana ogniem z karabinków Lewandowskiego i Junkera. Nawrocki piął się w górę tuż za lamentującym Nowakiem. Po dziesięciu metrach schodów uda paliły tak mocno, że musiał zwolnić. W plecaku było grubo ponad pięćdziesiąt kilogramów i czuł, że z każdym kolejnym schodkiem przybywało kolejne pół. Gdy doszedł na poziom minus jeden był cały mokry od potu.

W wartowni Junker rozkazał wymienić magazynki. W nienaturalnej ciszy słychać było tylko szczęk przeładowywanej broni.

- Idziemy powoli i blisko - rozkazał. - Mogą robić zasadzki. Jest tu dużo wtórniaków.

Ruszyli zgodnie z wyznaczoną przez Junkera kolejnością. Najpierw WoMa, potem Lewandowski z Junkerem, Nowak i Strań a na końcu Nawrocki z Gelinkiem.

Czech rozkazał iść tyłem. Dostosowywali tempo do reszty drużyny. Gelinek pilnował prawej strony korytarza, a Nawrocki lewej. Strumienie światła z latarek krzyżowały się w ciemnościach. Nawrocki nie odsuwał kolby karabinka od policzka. Wyczuwał jak podłoga drży od eksplozji na niższym poziomie. Co chwilę w twarz uderzały podmuchy gorącego powietrza.

Ciało Denisova leżało tuż za stołówką. Twarz Rosjanina była zmiażdżona dziesiątkami uderzeń. Na zakrwawionej szyi leżała oderwana od reszty czaszki dolna szczęka. Zapadniętą klatkę piersiową wypełniały pogruchotane kości, wnętrzności i strzępy munduru.

Szli dalej w milczeniu. Nawrocki słyszał jedynie szum własnej krwi i przyspieszone oddechy innych żołnierzy. Mijały kolejne minuty. Od szybu windy dzieliło ich jedynie kilkanaście metrów. Wtedy z przodu eksplodowało kilka serii karabinowych, na które odpowiedziało potępieńcze wycie. Stłumił chęć odwrócenia się i nadal przerzucał snop światła od drzwi do drzwi po swojej stronie korytarza. Na zieloną wykładzinę zaczął wpełzać jęzor czarnego dymu. Pożar ich doganiał. Od przodu ciągle dochodziły odgłosy walki, ale teraz głównie w zwarciu. Głuche uderzenia, pojedyncze strzały aż w końcu wszystko ucichło. Stanęli. Strumienie światła ciągle skakały od drzwi do drzwi i krzyżowały się na korytarzu.

Padł rozkaz i ruszyli dalej. Minęli kilkanaście trupów. Nawrocki szedł ostrożnie, ale mimo tego kilka razy się potknął. Ciała leżały zbyt gęsto. Degeneraci byli rozerwani kulami, ale dwóch miało na szyjach głębokie rany, które wypełniała czarna krew. To Junker i jego kukri. 

Minął oparte o ścianę ciało Malarskiego. Twarz mężczyzny była rozpołowiona siekierą. Z rany biegnącej od środka czoła po podbródek nadal sączyła się krew. Widok martwych, nieruchomych oczu Rafała Malarskiego wytrącił Nawrockiego z równowagi. Nagle poczuł, że bez względu na to, co zrobi i tak czeka go śmierć. Zaczęło brakować mu powietrza.

Dotarli do wartowni, a potem do kabiny windy.

- Trzeba iść na górę – powiedział Lewandowski patrząc na pełznący po podłodze dym.

- Cofnąć się na korytarz – rozkazał Junker. 

Wycofali się. Junker zdjął plecak i oparł karabin o ścianę. Kucnął, by rozsznurować buty.

- Będę się wspinał. Na górze jest ich już niewielu, ale pewnie drugie pokolenie. Gdy będę dwa metry pod wejściem wstrzelisz tam granat odłamkowy Lewandowski. Zamocuję dla was linę.

- Sierżancie Junker? - Lewandowski przytknął palec do ust i wskazał na sufit.

Z góry dochodziły odgłosy strzałów. Krótkie serie z karabinków mieszały się z wyciem degeneratów. Wybuchł granat. Usłyszeli jeszcze kilka pojedynczych strzałów aż w końcu wszystko ucichło.

- Przyszło DreGu – Lewandowski westchnął ciężko i splunął na bok z odrazą. – Ratunek… Ryża morda będzie się tym, kurwa, chwalić miesiącami.

 

Rozdział 6

 

Ból pulsował, rwał i rozdzierał ciało. Chciała znaleźć się w nicości, odcięta od zmysłów, by tam być i nie być jednocześnie. Tylko Pajęczyca mogła ją tam zabrać, ale Pajęczyca odeszła.  Anna została sama. Nie było już przyjaciółki, towarzyszki, wybawczyni.

Próbowała przełknąć ślinę, ale język był wyschnięty i sztywny. Gardło spuchło, oddychała z trudem. Powietrze pachniało wilgocią, chłodem i lasem.

- Otworzył drzwi?

Odchrząknęła ropną wydzielinę, która zalegała w spuchniętym gardle, połknęła ją a potem otworzyła oczy. Zobaczyła półmrok a nie ciemność. Nad głową, na wyciągnięcie ręki gładki, mocny materiał.

- Otworzył drzwi?

Jej dłoń opadła w dół, ale zamiast kamiennej posadzki napotkała coś miękkiego i zimnego.

Kakofonia wspomnień eksplodowała w jej głowie: żołnierz, ból, maszyna, nadzieja, strzały, krew, śmierć, worek i rzeka. Uciekła od niego. Jest sama. Powinna czuć radość i ulgę, ale w piersi pulsował tylko strach. Czekała już tylko na śmierć, a teraz musiała znowu żyć i walczyć. Wiedziała, że Yokai żyje. Wiedziała, że jej szuka. Na pewno jej szuka. Ale teraz nie jest bezbronna. Jest słaba, ale zdoła nacisnąć spust. Tyle wystarczy żeby go zabić.

Namacała pistolet. Przyciągnęła broń i położyła obok głowy. Pamiętała instrukcje Kerinena i przesunęła bezpiecznik. Wystarczyło nacisnąć spust.

Bosymi stopami odsunęła zimny jak bryła lodu głowochwyt. Podciągnęła zziębnięte nogi tak, aby znalazły się w całości pod grubą żołnierską kurtką. Czekała aż łydki i stopy wypełni ciepła krew.

- „A” na ból, „W” na rany – przypomniała sobie głos Kerinena. Przetoczyła się na brzuch i uklękła. Chłodna i gładka tkanina, z której wykonano worek dotknęła karku.

- „A” na ból, „A” na ból, „A” na ból - powtarzała i rozłożyła szeroko ręce by odnaleźć plastikową apteczkę. Manierka, nóż, coś miękkiego… Uniosła to do twarzy i powąchała. Jedzenie.

Jej ręce błądziły dalej. Coś płaskiego, prostokątnego. Tak. Apteczka. Zaczęła nią potrząsać, naciskała, zgniatała, rozrywała, ale pudełko nie otwierało się. Nie umiała go otworzyć. Sięgnęła po nóż i wsunęła ostrze w szparę między zawiasami apteczki. Coś pękło. Zawartość pudełka wysypała się na czarny materiał grafelowego worka: bandaż, nożyczki, plastry, skalpel, strzykawka, plastikowa tuba… Co jest na niej napisane? Przecież umiała czytać... Zmrużyła oczy. Litery były takie małe.

- W… U… L… - zaczęła literować. - Nie, nie to, „W” na rany - włożyła tubkę do lewej, piersiowej kieszeni kurtki.

Odrzucała na bok kolejne przedmioty kołysząc się w przód i w tył. Gdy ukojenie było blisko, ból nasilił się i nie pozwalał skupić myśli. Tabletka, lusterko, igły, blister - palce przestały cokolwiek czuć, dłonie trzęsły się, nie miała nad nimi kontroli. Blister? Zaczęła obracać go w dłoniach szukając nazwy. Nie. Nie to. „A” na ból. Musiała znaleźć. Palce szukały dalej. To już widziała, to też… Nie ma?

W końcu znalazła. Zajrzała do środka plastikowego pojemnika. Tabletek było dużo. Wysypała kilka na dłoń, ale wszystkie przeleciały jej przez palce jak woda. Z wysiłkiem odnalazła jedną na dnie worka i zbliżyła ją do ust, ale nie mogła ich otworzyć. Były zaszyte i zalepione twardą skorupą krwi i ropy.

Klęczała przez chwilę w rozpaczy, ale szybko znalazła rozwiązanie. Wsunęła tabletkę w dziurkę od nosa a drugą dziurkę zasłoniła palcem. Odchyliła głowę i wciągnęła mocno powietrze. Czuła jak tabletka dotknęła gardła, i przykleiła się do gęstej wydzieliny płynącej z zatok. Powoli popłynęła w dół.  Anna zwinęła się w kłębek i czekała. Ruchy perystaltyczne przełyku boleśnie przepychały tabletkę do żołądka. Ból był najintensywniejszy właśnie wtedy, kiedy czekała na ulgę. Poczuła mdłości, senność, ale ból powoli znikał. Była zmęczona. Tak strasznie zmęczona.

- Masz dziesięć dni, dziesięć dni, dziesięć dni - huczały jej w uszach słowa Kerinena powtarzane usypiającym, słabnącym echem. Mówił jak człowiek, który każde rozstrzygnięcie losu przyjmuje bez sprzeciwu.

Leżała jeszcze przez chwilę bez ruchu, a potem uniosła się na łokciu i przysunęła twarz do ściany worka. Był już dzień. Grafelowy materiał nadawał wszystkiemu na zewnątrz odcienie szarości. Wokół gęsta od rzęsy woda. Splątane korzenie drzew na brzegu rzeki. Nurt niósł gałęzie, które zaczepiały o na wpół zanurzony na płyciźnie worek.

-Ile spałam? Tylko jedną noc?

Przewróciła się powoli na brzuch i przesunęła przed siebie wszystkie rzeczy z wyjątkiem głowochwytu, który odsunęła stopami najdalej jak mogła. Musiała jeszcze odpocząć. Miała dziewięć dni.

Było jej dobrze. Nie było bólu. Leżała. Sekundy bez bólu, minuty bez bólu. Nie było bólu. Nie było Yokai. Znów zasnęła.

 

*

 

Obudził ją głód. Wzięła do ręki jedną z czarnych foliowych torebek. W środku było coś sypkiego. Przytknęła torebkę do ust. Pachniało jedzeniem. Słodko. Owocami. Żołądek ścisnął się boleśnie.

Odsunęła wszystkie przedmioty oprócz bandaży, opatrunków, skalpela i okrągłego lusterka. Z kieszeni kurtki wyjęła maść na W, maść na rany.

Bała się spojrzeć w lusterko. Kiedyś lubiła swoją twarz, ale teraz bała się. Zwlekała. Matka mawiała, że pragnienia i myśli ryją na twarzy ślady. Bała się zobaczyć, co zostawiła nienawiść. Anna i Pajęczyca żyły tylko po to żeby go zabić. Tylko to pozwalało znieść ból.

Gdy zobaczył swoje odbicie rozpłakała się. Yokai nie kłamał. Była potworem. Rozpoznała jedynie oczy. Tylko one wydawały się znajome. Poniżej rozciągała się spuchnięta, ziemisto-żółta maska przecięta szeroką blizną biegnącą od skroni przez podbródek aż do szyi. Blizny, krosty, siniaki. Nos krzywy, źle zrośnięty po wielokrotnych złamaniach. Górna warga była wywinięta i połączona ze skrzydełkami nosa sinobrązową pręgą. Dolna warga była ciasno zszyta ze śluzówką górnej. Między szwami z czerwonej nici puchły fioletowe bąble.

Ścisnęła plastikową tubkę i na zwitek bandaży wypłynął cienki walec żółtawej maści. Wtarła ją w usta. Poczuła mrowienie, jakby przyłożyła tam kostkę lodu. Maść pachniała tłuszczem. Zbliżyła lusterko do twarzy. Dotknęła paznokciem dolnej wargi i zdrapała zaschniętą skorupę.  Odsłoniła szew, a potem rozdarła folię, by wyjąć skalpel.

Przecięła wszystkie nici. Popłynęła świeża krew. Rozchyliła usta. Nici w kilku miejscach wyszły z ciała gładko, ale w innych zrosły się z wargami. Skóra na twarzy napięła się jakby miała zaraz pęknąć, ale Anna kontynuowała ruch. Otworzyła usta najszerzej jak tylko mogła. Krew spłynęła po brodzie, a potem po szyi. Wyszarpnęła ręką nici i przyłożyła do warg bandaż. Czuła mrowienie i odległe echa obezwładniającego bólu, który stępiła maść i tabletka przeciwbólowa. Ze strachu, że niedługo znowu zacznie boleć, połknęła następną.

Odwróciła się na plecy i leżała kilkanaście minut zmieniając opatrunki, gdy przesiąkły już krwią. Była wyczerpana. Kiedy rany zasklepiły się, posmarowała wargi grubą warstwą maści i nakleiła szerokie plastry.

- Za dużo tabletek - pomyślała zanim znowu zapadła w chorobliwy w sen.

 

*

 

Otworzyła oczy. Ciemność. Wargi pulsowały żarem. Napuchły i kłuły przy każdym ruchu. Namacała kieszeń kurtki, wyjęła tabletki przeciwbólowe i położyła jedną na języku. Proszek z trudem przecisnął się przez gardło. Zacisnęła zęby i odczekała kilka minut zanim ciepło rozeszło się po ciele.

Uniosła się na łokciach i przytknęła twarz do worka. Na zewnątrz była już noc. Namacała manierkę i rozsunęła zamek błyskawiczny. Przez szparę napłynęło zimne powietrze. Zaczerpnęła manierką wody z rzeki i przytknęła metalowe naczynie do ust. Woda smakowała mułem. Piła wolno spluwając drobinami piasku, liśćmi i źdźbłami trawy. Gdy opróżniła naczynie, zamknęła worek i leżała długo w bezruchu. Czekała aż woda nasączy jej ciało. Potem sięgnęła do kieszeni i wyjęła jeden z foliowych woreczków z racjami żywnościowymi. Rozcięła go nożem i włożyła do ust garść płatków zbożowych z kawałkami suszonych owoców. Płatki napęczniały od śliny. Anna cierpliwie obracała pulpę językiem. Poczuła słodycz suszonych owoców, ale powstrzymywała się od połknięcia tak długo, jak tylko mogła. Wiedziała, że żołądek nie przyjmie wiele. Odczekała kilka minut, a potem zjadła dwie kolejne garście, wypiła trochę wody i zasnęła.

 

*

 

Worek był ciężki. Wlokła go wychylona w przód balansując ciężarem ciała tak, żeby nie upaść. Wolno posuwała się naprzód. Tabletki uwolniły ją od bólu, ale odebrały wiele sił. Odpoczywała często i długo. Siadała w cieniu drzew, uzgadniała z kompasem kierunek marszu, owijała na nowo stopy wciąż rozplątującymi się, zakrwawionymi bandażami i szła dalej.

Nie myślała. Wiedziała, że najłatwiej nie myśleć. Gdy ciało opadało z sił – dawała mu odpocząć, gdy chciało jeść - karmiła je, gdy chciało pić - poiła. Odnajdywała drzewo w oddali i wlokła się w jego kierunku stawiając ostrożnie nogę za nogą. Myśli krążyły bez celu. Trzeba było iść, ciągle iść i nie myśleć.

Czuła ciągle jego ciepły, cuchnący oddech jakby szedł tuż za nią. Yokai nie umierają. Maszyny nie mogą ich zabić. Yokai unoszą się nad ziemią jak duchy. To one niosą śmierć.

Wieczorem zaczął padać deszcz, jej pierwszy deszcz od lat. Ocucił ją. Schowała w worku kurtkę i zdjęte ze stóp bandaże, a potem stała długo pozwalając chłodnej wodzie spływać po włosach, twarzy i ciele. Wyjęła torebki foliowe po suchym prowiancie i ułożyła w płytkiej niecce na ziemi tak, by mogła się tam zebrać woda. Przyklękła i piła łapczywie zanurzając usta w kałuży. Woda smakowała liśćmi i ziemią.

Ochłodziło się. Z oddali dochodziły pomruki burzy. Napełniła manierkę i wpełzła do worka. Podkuliła nogi. Zziębnięte i opuchnięte po całodziennym marszu stopy ogrzewały się powoli. Słuchała jak krople deszczu uderzają o liście. Jakimś sposobem świeże powietrze przeciskało się przez gładkie sploty śliskiego materiału i w środku nie było duszno.

Nagle szum deszczu przeciął ludzki krzyk. Niedaleko. Poznała go. To był Yokai. W pierwszym odruchu chciała uciekać, ale potem rozluźniła mięśnie. To był okrzyk rozpaczy, nie triumfu.

Namacała pistolet. Położyła palec na spuście. Jak ją tu znajdzie to umrą razem. Czekała i słyszała tylko deszcz i burzę. Deszcz padał coraz gęściej. Wielkie krople strącały z drzew liście i uschnięte gałęzie. Wiatr łamał konary i stare drzewa. Nie usłyszała go więcej. Yokai zgubił trop. Nie usłyszała go więcej, chociaż nasłuchiwała całą noc. Może burza zagłuszyła jego krzyki?

Deszcz padał jeszcze o świcie. Zjadła wszystkie racje żywnościowe. Rozdarła foliowe opakowania, wsypała je do manierki i czekała by rozmiękły. Potem połykała je żując ostrożnie. Zostały jej tylko trzonowe zęby, a i te chwiały się niebezpiecznie w krwawiących dziąsłach. To był ostatni łatwy posiłek. Zmieniła opatrunek na ustach. Potem wzięła kolejną tabletkę przeciwbólową, wypiła całą wodę i rozpięła zamek błyskawiczny. Trzeba było iść. Zostało siedem dni.

 

*

 

Na mapie wieś zaznaczona była kropką. Leżała nad rzeką, więc wszystko, co trzeba było zrobić to zboczyć kilka kilometrów z trasy i trzymać się brzegu. Anna nie jadła cały dzień. Pomyślała, że mogła tam znaleźć żywność i schronienie.

Dachy niskich, niemal identycznych budynków porastał mech, a w zakamarkach popękanych dachówek gnieździły się ptaki. Rośliny oplatały ściany, czepiały się parapetów i wciskały się w okna. Szła wzdłuż płotów z odłażącą płatami farbą i zaglądała do przydomowych ogródków. Za drucianymi, zardzewiałymi ogrodzeniami falowała skłócona ciżba drzew i krzewów.

Ciepły wiatr przyniósł słodki zapach. Dotknęła klamki jednej z furtek. Zgrzytnęły zawiasy. Przestraszone hałasem ptaki poderwały się do lotu.

Anna przecisnęła się między kolczastymi krzewami  i stanęła przed królującą w ogrodzie jabłonią. Nad spadami bzyczały owady. Podniosła jedno z jasnożółtych jabłek i przytknęła do nosa. Usiadła na trawie, wyjęła nóż i pocięła owoc na drobne kawałki. Zaczęła jeść miażdżąc miąższ jabłek lewą stroną szczęki. Tylko tam zęby były wystarczająco silne i zdrowe. Słodki sok spływał jej po brodzie. Strupy na ustach popękały, ale nie zważała na ból. Głód był ważniejszy.

Wrzuciła kilkanaście owoców do worka i spojrzała na stary, jednopiętrowy budynek.  Szary tynk i niemal płaski dach odróżniały go od innych. Weszła do środka przez uchylone drewniane drzwi. Pod nogami chrzęścił piach i suche liście. Wszędzie powiewały pajęczyny oblepione kłębami kurzu i wyschniętymi ciałami owadów.

Stanęła w sieni i nasłuchiwała przez kilka minut. Słyszała jedynie skrzypienie starych desek i szum wiatru. Szybko znalazła łóżko. Ściągnęła z niego zakurzoną kapę. W powietrze wzbiło się robactwo odsłaniając podziurawiony materac. Otworzyła szafę i spomiędzy rozpadających się bawełnianych i wełnianych ubrań wyjęła ortalionową kurtkę i foliowy pokrowiec na garnitur. Wrzuciła to wszystko do worka i weszła na piętro. Poczuła się senna. Odnalazła niewielki pokój z łóżkiem i wepchnęła w szparę pod drzwiami kilka znalezionych w biurku ołówków i długopisów. Teraz nie można było ich otworzyć od zewnątrz. Łóżko śmierdziało pleśnią, więc położyła się na podłodze. Przykryła się ortalionową kurtką i zasnęła.

Wieczorem znowu wypełniła żołądek owocami. Oprócz jabłek znalazła kilka krzaków malin. Później przeszukała szafy, kufry i regały we wszystkich pokojach, oprócz jednego na piętrze, który był zamknięty na klucz. Znalazła kilka par butów i kilkanaście sztuk poliestrowej odzieży. Wybrała dla siebie miękkie i wygodne obuwie sportowe, getry, bieliznę i podkoszulek z krótkim rękawem. Żołnierską kurtkę postanowiła zatrzymać. Mogła się przydać później.

Przyniosła wodę z beczek wkopanych w ziemię pod rynnami i nalała do wanny w łazience. Deszczówka nagrzała się w słońcu i była niemal ciepła. Rozebrała się. Skóra lepiła się od brudu, była czerwona, szorstka i owrzodzona. Z ran ciekła limfa i ropa. Stanęła naga przed dużym łazienkowym lustrem.

- To tylko moje ciało, to nie ja – szepnęła i rozpłakała się.

Pokryta siniakami i zbliznowaceniami skóra piekła, gdy szorowała ją wyschniętym kawałkiem mydła. Obcięła włosy przy samej skórze. Założyła nowe opatrunki i wciągnęła na siebie znalezione ubrania. Były za duże, ale dawały ciepło.

W sadzie przed domem znalazła fragment zerwanego przez wiatr dachu. Blacha nagrzała się od słońca jak kaflowy piec. Zebrała kilkadziesiąt jabłek, pokroiła je w bardzo cienkie plastry i rozłożyła na metalu. Matka zawsze suszyła w ten sposób owoce. Nic nie mogło się zmarnować. Wróciła pod jabłoń, zjadła kilka owoców, a potem weszła na piętro. Zamknęła się w pokoju, połknęła kolejną tabletkę przeciwbólową i po zablokowaniu drzwi znowu zasnęła na podłodze.

 

*

 

Rano czuła się lepiej, ale ból był nadal nie do zniesienia. Wzięła kolejną tabletkę, potem rozsypała je na podłodze i policzyła. Zostało jedenaście. Brała trzy dziennie. Nie starczy do końca.

Zebrała wysuszone plastry jabłek i wrzuciła do foliowej torebki. Spakowała kilkanaście owoców i trzy plastikowe butelki z wygotowaną na piecu wodą.

Po śniadaniu złożonego z jabłek i malin wróciła pod zamknięty pokój na piętrze. Przyniosła ze sobą młotek, który znalazła w kuchni na dole. Zamek pękł po kilkudziesięciu uderzeniach. Popchnęła drzwi.

Wyschnięte ciało w garniturze siedziało na fotelu przy biurku. Bezwłosa głowa, z odłażącą od czaszki poczerniałą skórą była odchylona do tyłu odsłaniając pomarszczoną szyję. Na podłodze leżał pistolet, a na biurku  papier i oprawione w ramkę zdjęcie. W pierwszym odruchu chciała wyjść, ale wiedziała, że byłoby to nierozważne. Za biurkiem była szafa, w której mogła znaleźć konserwy. Ojciec mówił, że konserwy można jeść nawet po stu latach. Podeszła do szafy ostrożnie. Stały tam jednak tylko książki i poukładane w segregatorach dokumenty. Nic, co by jej mogło pomóc.

Spojrzała na blat biurka. Leżała na nim gazeta przyciśnięta ciężkim pistoletem. Okno było otwarte i wiatr rozrzucał wściekle strony. Wróciła do drzwi i nagle zatrzymała się. Poczuła zdenerwowanie jakby coś przeoczyła. Zawróciła do biurka i uważniej przyjrzała się gazetom. Litery powoli układały się w słowa a potem w zdania.

- OLBRZYM: MON otrzymało kolejne osiem miliardów złotych na rozbudowę - przeczytała powoli nagłówek i poczuła jak serce skurczyło się gwałtownie w piersi.

- Olbrzym - pomyślała. Tam idę. Olbrzym.

Na zdjęciu pod nagłówkiem stał siwy mężczyzna w mundurze na tle dziewięciometrowych, stalowych wrót. Podniosła gazetę, strzepnęła z niej kurz i wyszła z pokoju.

 

*

 

- Panie generale, proszę w kilku słowach powiedzieć, po co nam ten Olbrzym.

- To ośrodek badawczo-szkoleniowy i miejsce stacjonowania dla siedmiu samodzielnych batalionów Wojska Polskiego. Potrzebny nam jest z tego samego powodu, co wojsko. Wie pani. Na wszelki wypadek. Jakby stało się najgorsze.

- Wojna?

- Tak. Wojna i inne wydarzenia, które wymagają interwencji.

- A skąd taka nazwa?

- To nazwa nadana przez media. Pani redaktor na pewno lepiej to wytłumaczyć. Dla nas to kolejna JW. Ma swój numer porządkowy. Tylko lokalizacja jest szczególna.

- Proszę panie generale, niech pan odpowie, skąd ta nazwa.

- Podczas drugiej wojny światowej Niemcy rozpoczęli w tej samej lokalizacji budowę kompleksu podziemnych pomieszczeń i korytarzy. Prace nie zostały zakończone. Nazwali cały kompleks Riese. Po polsku znaczy to Olbrzym. Przecież pani to wie.

- Po co nam taki kompleks teraz Polsce? Mamy 2032 rok tworzy się Armia UE, Rosja stanowczo oświadczyła, że akceptuje przebieg wszystkich granic w Europie.

- Akceptuje do momentu, kiedy znowu je zmieni.

- Pan myśli, że będzie wojna?

- Wojsko istnieje na wypadek wojny.

- A dlaczego wydawać tyle pieniędzy na drążenie tuneli? Osiem miliardów złotych. Nie lepiej wydać ich na rozwój nauki?

- To nie jest pytanie do mnie Pani redaktor.

- Pan się denerwuje?

- Nie.

- A dlaczego w tym miejscu? Czy to prawda, że to z powodu bliskości Niemiec i Czech? Każdy atak jądrowy w tym miejscu byłby niemal jednoczesnym zaatakowaniem Niemiec. Na to liczycie?

- Nie ma głowicy, która mogłaby zniszczyć kompleks. Teren jest rozległy i bardzo głęboko pod ziemią. Wydrążony w litej skale. Nie został wybrany z powodu bliskości Niemiec. Został wybrany z powodu niskiej gęstości zaludnienia i dobrych warunków geologicznych do budowy takich umocnień.

- Miejscowi mówią, że jeszcze podczas poprzedniej rozbudowy dokopano się do ukrytych korytarzy i hal, które Niemcy starali się ukryć po wojnie.

- Natknięto się na kilka korytarzy to prawda.

- I co tam było?

- Głównie woda Pani redaktor. Żadnych skarbów nie znaleziono.

- A wunderwaffe? Dlaczego pan się śmieje?

- Myślałem, że rozmawiamy poważnie.

- Dobrze. Na co wojsko wyda osiem miliardów złotych? To bardzo dużo pieniędzy.

- Ministerstwo uznało, że obiekt powinien zostać powiększony i unowocześniony.

- Wykupicie kolejne ziemie?

- Nie. Obecne grunty są wystarczające. Powstaną kondygnacje położone głębiej, a także instalacje zwiększające samowystarczalność kompleksu. Będziemy mogli także bardzo długo funkcjonować bez pomocy z zewnątrz.

- Jak długo?

- Bardzo długo.

- To będzie podziemne miasto, prawda?

- To nie będzie miasto tylko bardzo mocny punkt obrony, na którym każdy agresor połamie sobie zęby. Posłuży również za magazyn zaawansowanej i drogiej broni. W zbyt wielu wojnach to, co mamy najlepsze niszczono nam w pierwszych godzinach konfliktu.

- Czy będzie tam jeszcze więcej wojska? Będą tam również wojska pancerne?

- Będzie możliwość skoszarowania większej ilości żołnierzy, ale nie będzie nowych rodzajów wojsk. Będą wojska powietrzno-desantowe, przeciwlotnicze, batalion rakietowy, wojska specjalne, saperzy i logistycy. Nie jest również planowane zwiększenie załogi.

- To już ostateczna kwota? Państwo wydało już pięćdziesiąt dwa miliardy złotych. Nie będzie kolejnych pieniędzy Olbrzyma?

- Nie ja o tym decyduję pani redaktor. I te 52 miliardy to przesada. Pani liczy wszystko, żołd skoszarowanych tu żołnierzy i koszty magazynowania sprzętu. To nieuczciwe. Jakby nie było Olbrzyma to koszty też musiałyby być poniesione.

-To ile?

- Około trzydziestu.

- To i tak dużo.

- Zgadza się.

- Panie generale, smutno mi trochę, gdy pomyślę ile można byłoby zrobić za te pieniądze pożytecznych rzeczy.

- Pani redaktor, mam nadzieję, że ten pani smutek będzie trwał do końca życia i zostanie odziedziczony przez nasze dzieci i wnuki.

 

*

 

Anna wstawała o świcie i szła aż do zmroku. Musiała często odpoczywać. Mdlała z wyczerpania. W nocy kładła się w worku, ale ból nie pozwalał jej zasnąć.

Tabletki skończyły się. Ból spowolnił ją jeszcze bardziej. Każdy krok opłacała coraz większym wysiłkiem. Noga za nogą. Krok za krokiem. Worek zaczepiał o kolczaste gałęzie, nogi zapadały się w wilgotną ziemię. Upał potęgował pragnienie.

Wyznaczała krótkie odcinki. Całą wolę skupiała na tym, by za stopą stawiać kolejną stopę. Od drzewa do drzewa. Krok za krokiem. Pot wżerał się w rany, opatrunki odklejały się, ale nie traciła sił i czasu by je poprawiać. Pajęczyca nie przychodziła. Nie chciała pomóc.

Siódmej nocy przez przypadek namacała w jednej z kieszeni w kurtce cztery kwadratowe tabletki owinięte w folią. Nie wahała się długo i włożyła jedną do ust. Tabletka zaczęła działać bardzo szybko. Zniknęło wyczerpanie, pragnienie głód i ból.  Poczuła się silna. Szła bez wysiłku. Jej myśli oderwały się od ziemi. Twarze rodziców, które przez lata zamazały się w pamięci wróciły do niej, a wspomnienia ożyły. Widziała każdą zmarszczkę wokół oczu ojca, znamię na policzku tuż nad dołkiem w policzku, gdy się uśmiechał, czuła zapach matki i miękkość jej ust, gdy całowała ją w czoło - wszystko to wróciło jakby działo się wczoraj. Nie, to działo się teraz. Wspomnienia stały się rzeczywistością. Była we wszystkich tamtych dniach jednocześnie. Przeżywała znowu te wszystkie chwile naraz.

To był sen? Yokai, ból, Pajęczyca?

Nie było już zmęczenia, lasu i Yokai.  Znowu była w ogrodzie pomiędzy drzewami i równymi grządkami warzyw, znowu była z ojcem, który uczył ją jak poruszać się w lesie. Słuchała piosenek i historii matki. Czuła zapachy gotowanych przez nią posiłków i obserwowała jak na kuchenną podłogę lecą kolejno ciemnobrązowe strużyny. Ojciec trzymał nóż pewnie. Kawałek wiśniowego drewna obracał się w jego silnych dłoniach i nabierał coraz wyraźniejszego kształtu.

- Co to będzie, co to będzie? - zapytała klaszcząc w dłonie. Otaczał ich zapach drewna i żywicy. Czuła ciepło, była bezpieczna. Nie było zimna, nie było głodu, nie było bólu.

- Zobaczysz - odpowiedział. Jego głos otulił ją, odepchnął wszystko inne na bok, została tylko paląca ciekawość, radość i zniecierpliwienie. Z nadmiaru emocji zaczęła podskakiwać. Deski podłogi uginały się pod jej ciężarem i trzeszczały.

- Nie tak prędko. - Śmiał się ojciec. - Nie tak prędko.

Nagle poczuła zmęczenie. Musiała położyć się na łóżku. Zrobiło się zimno. Przykryła się kołdrą, ale i tak szczękała zębami. Patrzyła na ojca, który nadal strugał kawałek wiśniowego drewna. Przetarła oczy. Ojciec był coraz dalej. Chciało jej się pić. Oblizała usta i poczuła słony smak. Poprosiła ojca o wodę, ale ten siedział pochylony nad drewnem. Jego twarz była nachmurzona. Rysy rozmyły się. Usiadła na łóżku i opuściła  bose nogi na podłogę. 

- Zimno mi tatusiu - powiedziała.

Ojciec nie reagował. Stanęła i poszła do kuchni. Syknęła z bólu. Musiała nadepnąć na coś ostrego na podłodze. Uniosła stopę. Była sina, ale nie ciekła z niej krew. Kolejny krok i znów ból. Tym razem nie stopa, ale dłoń. Krzyknęła. Ból rozlewał się po całym ciele, przyćmił pragnienie i głód. Spojrzała na ojca. Pobiegła, by go objąć, ale potknęła się i upadła. Poczuła zapach ziemi. Zaczęła się krztusić. Miała ją w ustach i nosie. Dusiła się. Otworzyła usta i wypchnęła językiem czarne grudy ziemi. Spadały z pacnięciem na podłogę.

- Tato - zawołała, ale to nie był jej głos. To był bełkot kogoś, kogo nie znała.

Nagle ręce i nogi stały się ciężkie. Nie miała sił by wstać. Podłoga zamieniła się w bagno. Pociemniało jej przed oczami. Dopełzła do ojca i objęła go za kolana.  Był twardy i oślizły jak wilgotny mur. Nie odezwał się i nie objął jej. Na podłogę nie padały już strużyny, ale brązowe, przeżarte chorobą liście. Podniosła na niego oczy. Na twarzy zobaczyła uśmiech. To był Yokai. Zaczęła krzyczeć. Chciała go zabić. Yokai nie przestawał się uśmiechać, gdy wbijała mu palce w oczodoły. Poczuła mdłości i zwymiotowała.

Kiedy podniosła wzrok nie było już Yokai. Klęczała na suchych gałęziach przed pniem sosny. Pozadzierane paznokcie u rąk pulsowały bólem. Krew kapała na fałdy zdartego mchu.  

Świtało. Noc minęła. Razem ze świadomością gdzie się znajduje wrócił ból. Była spragniona i głodna.

- Tabletki? - Włożyła ręce do kieszeni. Pusto. Przeszukała wszystkie kieszenie kurtki. Foliowej torebki nigdzie nie było.

Uniosła się chwiejnie  na nogach. Zaledwie kilka kroków stąd wzięła pierwszą. Musiały gdzieś tutaj być, musiały. Przeczesywała mech obolałymi palcami. Odnalazła worek. Namacała w nim manierkę i chciwie wypiła mętną wodę. Policzyła jabłka, które jej zostały. Cztery. W głowie pulsował tępy ból. Narkotyk wycieńczył ją bardziej niż całonocny marsz. Wiedziała, że nie odzyska sił na tyle szybko by dotrzeć do Olbrzyma. Zostały dwa dni.

Jedyną szansą były tabletki. Tabletki dadzą jej kilkanaście godzin na dotarcie do Olbrzyma. Musi tylko iść. Ciągle iść. Skoncentrować się i iść. Na pewno. Uda jej się. Uda.

Jej ręka napotkała coś śliskiego. Foliowy worek. Policzyła kwadratowe tabletki. Były tam. Trzy. Miała jeszcze kilkanaście godzin bez bólu. Włożyła jedną do ust. Czuła ja przeciska się z trudem przez przełyk. Nie miała już wody. Zamknęła oczy. Ból zniknął.

Najtrudniejsze były pierwsze godziny. Szła powoli nie pozwalając myślom oderwać się od wytyczonej trasy. Słyszała jedynie szum krwi i własny oddech. Jedną nogę stawiała przed drugą, drugą stawiała przed pierwszą. W umyśle tylko żelazne myśli. Szła pochylona w przód jakby zaraz miała się przewrócić, ale nogi ciągle podpierały upadające ciało. Nie mogła już zwolnić, ani przyspieszyć. Nie mogła się zatrzymać. Nie mogła podnieść głowy, rozluźnić chwytu na worku, wyprostować zgarbionych pleców. Mogła już tylko iść.

Gdy tabletka przedstawiały działać kładła się do worka i spała. O świcie brała następną.

Zostały dwie.

Została jedna.

Gdy i ta ostatnia przestała działać szła dalej. Pojawił się ból, ale musiała iść dalej. Jeszcze jeden krok. Szła. Jeden ruch za drugim. Jeden za drugim. Czas zatrzymał się. Jedna noga za drugą. Jedna za drugą. Oddech i wydech. Już blisko. Nie może spać. Nie może odpoczywać. Krok za krokiem.

Nie zobaczyła ich przed sobą ani nie usłyszała. Powstała tylko następna wyspa na archipelagu bólu.  Spojrzała na czarny połyskliwy, nienaturalnie prosty patyk, który pojawił się jej w brzuchu.  Upadła na kolana. Krew. Zacisnęła dłoń na patyku ze zdziwieniem.  Uniosła wzrok. Żołnierze. Tacy sami jak tamten. Jak Kerinen. Szli w jej kierunku. Na początku obojętnie i nie spiesząc się. Potem zauważyli jej kurtkę i worek. Zaczęli biec. Oczy Anny zamknęły się. Upadła. Nie było już kroków, zostały tylko oddechy.

Mówili coś. Wyczuwała gniew. Krzyczeli. Rozwarto jej dłoń i zabrano worek. Wysypano jego zawartość na trawę. Znowu zaczęli krzyczeć. Gniew. Strach. Nie rozumiała zdań. Potem przestała rozumieć słowa. Zamknęła oczy.

 

Rozdział 7

 

Anna leżała na plecach. O niczym nie myślała. Patrzyła w bezruchu na niski strop, który gniótł i zabierał powietrze. Na pofałdowanej skale nad jej głową zbierały się powoli krople wody. Wisiały tak długo, że wydawało się, że nigdy nie spadną.

Prycza była przykręcona śrubami do skały. Trzeszczała, gdy Anna wstawała, by odebrać miskę z jedzeniem i kubek z wodą. Nie było bólu i to jej wystarczało. Czasami ogarniał ją strach. Krzyczała wtedy głośno i tak długo, aż traciła wszystkie siły. Potem zapadała w sen i budziła się, by znowu patrzeć na bladą plamę światła na suficie. Sen nie różnił się od jawy. Był jałowy i bez smaku. W jej głowie nie było myśli i uczuć. Czuła jedynie głód i zimno.

Usłyszała kroki. Przełknęła ślinę. Idą. Znowu ją zwloką z łóżka i tam zaprowadzą. Zacisnęła dłonie na kocu. Pod nimi była naga. Na początku zmieniali jej ubrania, myli ją, ale potem przestali. Idą. Zabiorą ją i wyszorują szczotką między nogami i na pośladkach. Będzie krzyczeć gryźć i drapać, ale złapią ją za ręce i nogi. Będą lać na nią wodę w milczeniu. Złapią ją i położą na zimnej skale. Będzie sztywna. Zaciśnie zęby. Yokai zadawał większy ból, o wiele większy. Niektórzy będą chcieli być sami, a inni będą chcieli, by ich oglądać. Ona będzie czekać aż wszystko się skończy. Ale nie. Nie idą. Słyszała tylko kroki jednego z nich. Idzie z jedzeniem.  

Drzwi uchyliły się. Przeniosła powoli wzrok na mężczyznę. Miał na sobie przezroczysty workowaty kombinezon. Mówił coś, potem krzyczał zatykając ręką nos. Nie słuchała go. Położył blaszany talerz pełen parującej kaszy zaraz za progiem. Drzwi zamknęły się.

Anna odchyliła koc i zwlekła się z pryczy. Czuła, że coś zimnego i wilgotnego odkleja się od jej pośladków i spada na podłogę. Nie mogła pozwolić, by kasza wystygła. Potrzebowała ciepła. Mięśnie całego ciała były sztywne jak drewno. Nogi ugięły się pod nią i upadła na kolana. Doczołgała się powoli do drzwi. Chwyciła stojącą w gęstej kaszy łyżkę i zaczęła jeść.

Usłyszała głosy. Na początku nic nie rozumiała i nie starała się rozumieć. Nie znała tych głosów. W słowach parzyła złość i mroziła nienawiść. Rozmawiali o niej. Przestała żuć kaszę. Wysiliła umysł, by zrozumieć co mówią.

- Musi ją zbadać lekarz - ochrypły głos był spokojny, ale była w nim groźba.

- Nie ma potrzeby wzywać lekarza, sierżancie Junker - odpowiedział lekceważąco przytłumiony bas tak jakby jego właściciel miał czymś zasłonięte usta. – Pan zapewne nie wie, ale degeneratów w okresie kwarantanny się nie leczy. Wątpię też, by jakiś lekarz chciał tu zejść. Boją się wirusa - ten przytłumiony głos był nawykły do posłuszeństwa.

- Przyjdzie tu lekarz zwiadu – kontynuował ktoś ochryple. - Proszę o wydanie rozkazów zgodnych z jego zaleceniami. Ona zostanie przeniesiona do szpitala w Kompleksie.

Anna przylgnęła policzkiem do blaszanych drzwi. Chłód i wilgoć przeniknęły stopy i zaczął trawić je ogień.

- Nie ma takiej możliwości sierżancie - przytłumiony głos zadrżał ze złości. - Dziewczyna zostaje tutaj. Jest na obserwacji. Może nastąpić atak hormurii. Nie można ryzykować. Zresztą gdzie pana kombinezon? I tych żołnierzy? Będę musiał skierować wszystkich na dekontaminację, a potem kwarantannę.

- Ona jest wolna od wirusa. Zostały wykonane testy krwi - zapewnił ochrypły głos. Zaszeleścił papier i nastała chwila ciszy.

- Pozostałe cele są puste - kontynuował ochrypły głos. - Od dwóch lat nie przebywali tu degeneraci. Dekontaminacja i kwarantanna są zbędne. Pan o tym wie kapitanie.

- To wbrew procedurom - warknął kapitan. - Ja nie będę narażał wszystkich dla waszego kaprysu. Wy, zwiad, za bardzo…

- Dressler! - krzyknął sierżant.

Anna usłyszała stłumiony okrzyk i odgłos upadającego na posadzkę miękkiego przedmiotu.

- W takim razie pan kapitan też potrzebuje kwarantanny - zadudnił nowy nosowy głos.

- Jak śmiesz! - Bas kapitana drżał z wściekłości.  – To atak na oficera! Zapłacicie mi za to! Ja tego tak nie zostawię…

- Kapitanie - przerwał mu znowu ochrypły głos. - Kapral Dressler zostanie ukarany przeze mnie. To mój żołnierz.

Zapadła cisza.

- Dziewczyna będzie przeniesiona do szpitala zwiadu - kontynuował ochrypły głos. -. Wiem, co tu się dzieje. Wiem, dlaczego wartownik został zwolniony na dwie godziny. Wiem również, że pan był poinformowany, że dziewczyna jest wolna od wirusa.

- To jest...

- Kapitanie! - głos Junkera stał się głośniejszy i zagłuszył tłumaczenia mężczyzny. – Dzisiaj rano otrzymałem meldunek ze skrzydła naukowego. Głowochwyt, który przyniosła ta dziewczyna nie uległ uszkodzeniom i kapral Kerinen został zakwalifikowany do przeszczepu. Jako żołnierz zwiadu otrzyma męskie ciało klasy pierwszej. Jest to człowiek honoru, przede wszystkim honoru i on spłaca długi. A nie może być dla niego ważniejszego długu niż dług wobec tej dziewczyny – ochrypły głos przerwał na chwilę.

Anna usłyszała rozgniatany butami skalny miał i odgłos, jakby ktoś rozpinał metalowy zatrzask. 

- Powiem panu, co się teraz stanie. Kapral Dressler i plutonowy Lewandowski staną przed drzwiami prowadzącymi do tej celi. Najdalej za godzinę przyjdzie lekarz i spełni pan wszystkie jego zalecenia, a kapral Dressler otrzyma karę karceru za znieważenie oficera.

- Nie pozwolę na to. To nawet nie…

- Godząc się na moje propozycje - Junker przerwał mu bezceremonialnie - zachowasz pan twarz przed swoimi ludźmi. To najlepsze. Powatarzam, co się stanie: za godzinę pan stwierdzisz za naszym lekarzem, że kwarantanna jest niepotrzebna, a stan dziewczyny wymaga pilnej hospitalizacji. Wypiszesz pan wniosek o przyjęcie do szpitala w skrzydle wojskowym. Wniosek zostanie rozpatrzony pozytywnie, dziewczyna zostanie przeniesiona i sprawa zostanie zamknięta.

- A jeżeli się nie zgodzę? - bas kapitana zadrżał od gniewu.

- Wtedy pana zabiję.

Zapadła cisza. Słychać było jedynie chrapliwe oddechy mężczyzn i skrzypienie skóry wojskowych butów.

Ciało Anny nagle eksplodowało bólem. Zimno zamieniło się w płomień, który zaczął palić. Zaczęła krzyczeć. Krzyczała głośno i zapomniała o wszystkim. Był tylko ból. Zamknęła oczy. Wszędzie pulsowała purpura. 

 

*

 

Leżała na łóżku. Gdy poruszała się słyszała szelest pościeli. W powietrzu unosił się ostry zapach, taki sam jaki czuła, gdy matka smarowała jej otarte kolano czy skaleczenie. Czy była w domu? Czy zaraz obudzi się? Czy usłyszy krzątaninę w kuchni, a potem ich głos?

Ktoś wszedł do pokoju. Nie zapalił światła. Kroki dwóch osób. Zamknęła oczy. Zacisnęła szczęki.

Stali przy jej łóżku. Usłyszała słowa, ale nie zrozumiała ich. Dochodziły zniekształcone jakby była zamknięta w szklanej kuli. Co mówią? Skupiła się żeby zrozumieć.

- ... rzadko. To wykracza poza zwykłą pobusterową intoksykację, za dużo w zbyt krótkim czasie, to niebezpieczne substancje - ten głos był miękki. Pamiętała go. Mówił do niej już wiele razy.

- Ona nas słyszy, doktorze? - zapytał ochrypły głos.

- Może tak, może nie. Nie reaguje na nic.

- I co teraz?

- Trzeba ją stąd zabrać sierżancie. Nie musi już tu leżeć. Fizycznie odzyskała siły. Przytyła, usunęliśmy pasożyty, uzupełniliśmy niedobory, wyleczyliśmy choroby, jest mocniejsza.

- Wygląda jak szkielet.

- Tak. Jeszcze długo będzie tak wyglądać, to kwestia atrofii mięśniowej.

- Dlaczego chce Pan ją umieścić w modułach, doktorze?

- Może w modułach coś się stanie. Potrzebny jest bodziec, ale nie wiemy jaki. Katatonia to tajemnica. To dziwne, bo wpadła w nią tutaj po jednym z tych długich ataków szału. Łatwo takie coś pomylić z atakiem hormurycznym. Ona się czegoś boi. To bardzo silny strach. Pierwszy raz z takim czymś się spotkałem. Oczywiście po przedawkowaniu bustera zdarzały się halucynacje, ale mijały szybko po detoksykacji. Tutaj jednak… - lekarz westchnął. - Wie Pan. Te dawki były dla niej zbyt duże. To cud, że ją to nie zabiło.

- Kiedy to minie?

- Może za pięć minut, a może nie zniknie nigdy. Rokowania są trudne. Ta niby-kwarantanna tylko to pogorszyła. No, ale to młody organizm. Potrafi walczyć o swoje.

- Trzeba coś zmienić?

- Im większa liczba bodźców tym lepiej. Różnych bodźców. Jest szansa, że któryś coś zmieni.

- Coś jej jeszcze dolega?

-Tak. Dziewczyna wydaje się bardzo wrażliwa na chłód i zimno. Odczuwa wtedy ból. Nic nie mówi, ale poci się, zaciska zęby, drży, a w krwi pełno kortyzolu. Miałem to sprawdzić. Jest taka choroba układu nerwowego… Wyleciało mi z głowy…

- Nie, nie ma potrzeby. Nazwa nic mi nie da.

- Potem panu wyślę na skrzynkę.

- Dobrze.

Nastała cisza, ale mężczyźni nie odchodzili.

- Mam dla niej miejsce - powiedział sierżant. - Ale chcę by miała opiekę tam na górze.

- Nikt nie chce chodzić do modułów, sierżancie.

- Będziecie mieli zawsze dwóch żołnierzy. Nic wam się nie stanie.

- Jej nie trzeba już lekarzy. Potrzeba tylko obsługi pielęgniarskiej. Ktoś musi ją poić, karmić, myć, zmieniać ubrania, zmieniać podkład. To nie są przyjemne sprawy.

- Lekarz też musi tam być. Doktorze, ona musi dostać wszystko, czego potrzebuje. To kwestia honorowa, żołnierska, pójdziemy po to na zewnątrz jak będzie trzeba.

- Teraz trzeba jej bodźców i czasu. Jak ma pan miejsce to niech pan ją da do modułów.

 

*

 

Światło raziło w oczy nawet przez zamknięte powieki. Usłyszała kilka słów. To demony. Takie jak Yokai. Początkowo były spokojne, później stały się gniewne. Był tam nowy głos. Nie słyszała go wcześniej. Nie poruszyła się. Nie rozumiała zdań. Pojedyncze słowa były znajome, ale całość nie miała sensu. Dlaczego ją dręczą? Dlaczego przychodzą i ją dręczą? Wiedziała, że w końcu obudzi się ból. Ból będzie nabrzmiewał, aż stanie się nie do zniesienia. Tak musiało być. Niech to się w końcu stanie. Niech umrze.

Głos był coraz silniejszy i bardziej natarczywy. Szybko pojawiła się w nim złość, a po chwili gniew. Poczuła szturchnięcie w ramię. Krzyknęła ze strachu. Krzyczała z całych sił. Nabierała w płuca kolejne hausty powietrza i krzyczała bez przerwy.

Na nadgarstkach zacisnęły się szorstkie palce. Ktoś zerwał z niej koc. Krzyczała dalej. Zaczęła kaszleć, krztusić się, poczuła mdłości. Cały czas zaciskała powieki. Nie otworzy. Nie spojrzy na niego. Nie będzie widział jej strachu. Bała się, bała, tak się bała. To nie był jego głos, ale to był on. Yokai wrócił.

Kolejne szarpnięcie. Do pierwszej pary dłoni dołączyła druga. Silne palce zacisnęły się na łydkach. Wyła jak chwycone w potrzask zwierzę. Wzywała Pajęczycę, ale ona nie przychodziła. Gdzie jej przyjaciółka? Gdzie towarzyszka i wybawczyni? Anna nie chciała być sama. Ciepło rozlało się po udach. Poczuła wilgoć pod pośladkami. Obce dłonie puściły. Uderzyły w nią kolejne słowa pełne odrazy i obrzydzenia. Wokół rozszedł się zapach odchodów i moczu.

Yokai mówił dwoma głosami, by ją zmylić. Mówił jak mężczyzna i kobieta. Brzydził się jej. Dłonie znowu zacisnęły się na nadgarstkach i kostkach. Szarpnięcie. Potem drugie. Chwyciła jego rękę w dłonie, uniosła ją do ust, wyciągnęła szyję i zacisnęła mocno zęby. Szorstkie palce puściły. Poczuła krew w ustach. Yokai wrzeszczał z bólu. Poczuła jak między szczęki wcisnął drewnianą pałkę. Dlaczego nie uderzył? Zaczęła się dławić i wymiotować. Kwaśna treść żołądka chlusnęła przez nos i gardło. Rozluźniła szczęki. Ktoś wyrwał rękę spomiędzy jej zębów.

Szarpnięcie. Potem kolejne. Ściągnął ją z łóżka. Skąd łóżko? Uderzyła o podłogę. W pasie ścisnął ją skórzanym pasem. Ktoś krzyczał. Chciała uciekać. Chwyciła za ramę łóżka, ale jej nogi uniosły się w górę. Wtuliła głowę w ramiona. Trzymała się ze wszystkich sił, ale jej dłonie zaczęły się otwierać. Puściła. Znowu zaczęła krzyczeć. Po policzkach spływały łzy. Uniosła się w górę.

- Nie bij - chciała krzyczeć, ale z jej ust wydobył się tylko niezrozumiały bełkot.

Na szyi poczuła mieszaninę ciepłych wymiocin i śliny. Podwinęła kolana, ale na głowę nie spadły razy. Niósł ją krótko, jedynie kilka minut. W pomieszczeniu było ciepło i wilgotno.

To nie Yokai. Yokai nigdy nie wynosił jej z piwnicy. Gdzie była?

Głosy demonów ucichły. Pojawił się nowy głos. Znała go. Słyszała go wcześniej wiele razy. To były słowa z przeszłości. Nie było w nich ani złości, ani gniewu, ani obojętności. To były słowa jej ojca i matki. To były słowa ojca i matki. Jedno ze słów powtarzało się. Długie słowo. Ciągle to samo słowo. Poczuła dłonie na głowie. Tylko na głowie. Delikatny dotyk. Mimo to zadrżała i krzyknęła, a dłoń się cofnęła. Przestała krzyczeć. Pragnęła tej dłoni. Dłoń wróciła. Poznała tę dłoń. Strach odchodził. Zaciśnięte szczęki zaczęły się rozluźniać. Znowu to słowo. Długie i dobre słowo. Jej ciało ktoś przykrył kocem. Było jej ciepło.

- Jesteś bezpieczna -  powiedział głos.

- Bezpieczna - obracała to słowo w myślach na wszystkie strony, ale było dla niej bez znaczenia. Smakowało jak tektura. Głos ciągle je powtarzał. Spokojnie i kojąco. Nie czuła w nim zniecierpliwienia i gniewu. To był głos matki. To był głos ojca. Słyszała go wcześniej wiele razy. Słyszała go dziesiątki razy, może setki razy, znała go. To nie był ojciec ani matka. Już wiedziała, że nie. Co mówił? Skupiła się na słowach. Badała je jak dziecko przedmioty o nieznanym przeznaczeniu. Bezpieczna? Słowa wyślizgiwały się jej, ale nie ustąpiła. Bezpieczna. Nagle objęła to słowo rozumem. Rozumiała już wszystkie inne słowa, chociaż wcześniej o nich zapomniała.

- Uspokój się. Jesteś bezpieczna - dłoń gładziła ją po głowie i po twarzy. 

Otworzyła oczy. Leżała w ciemnym pomieszczeniu oświetlanym wiszącą pod sufitem świetlówką. W powietrzu unosiła się para. Kiedy uniosła powieki mężczyzna nie patrzył na nią. Miał siwą brodę gładko przylegającą do twarzy.  Cienką skórę, na pozbawionej włosów czaszce pokrywały gęstą siecią ciemnofioletowe żyły. Szyja starca była żylasta i silna jakby skręcona ciasno z brązowych kabli. 

Nie zamknęła oczu, gdy napotkała jego wzrok. W jego oczach było to samo, co w jego głosie. Znała go od dawna.

 

Rozdział 8

 

Mijały dni, a Pajęczyca nie wracała. Annę przerażała samotność, ale czuła też ulgę. Była sama po tylu latach. Pajęczyca należała do tamtego świata i zniknęła wraz z nadzieją, że zabiją Yokai. Anna była jej wdzięczna. Pajęczyca zabrała tyle bólu. Nie przetrwałaby bez niej. Nikt by tego nie przetrwał. Nawet sam Bóg by nie przetrwał.

Anna była raz na mszy w sali socjalnej. Ksiądz mówił tam o cierpieniu jednego człowieka, który był Synem Boga. Człowiek ten głodował czterdzieści dni na pustyni, a potem był chłostany, bity, aby na końcu umrzeć na drewnianym krzyżu. Tylko parę dni bólu i chociaż był Synem Boga prosił Ojca, by nie musiał umierać. Prosił Ojca tak jak Anna prosiła Pajęczycę tylko, że Pajęczyca słuchała, a Bóg nie posłuchał. Pajęczyca zabierała ból. Czy nie była więc lepsza od samego Boga?

W nocy rozmyślała o niej godzinami, czuła się winna, ale to przecież nie Anna ją porzuciła. To Pajęczyca zostawiła ją samą z gniewem Yokai. Męczące myśli wciąż wracały. Często rano wstawała tak wycieńczona, że nie była w stanie dowlec się do łaźni. Nie chciało jej się jeść. Czuła od siebie kwaśny odór. Czasami nawet Antoni marszczył nos, gdy do niego przychodziła i kazał jej jeść. Szła do stołówki i mechanicznie przeżuwała kaszę. Nawet gdyby była to kasza z prawdziwych roślin, a nie zmielone larwy owadów i tak nie czułaby jej smaku. Każda łyżka była przełykana wyłącznie po to by zadowolić Antoniego. Wyczułby, że nic nie zjadła. Nie było sensu go oszukiwać.

Antoni powiedział jej, że nigdy nie było Pajęczycy, Pajęczyca to była ona. Mówił, że czasami tak się dzieje, gdy ludzie nie mogą znieść cierpienia. To Anna stworzyła ją by przeżyć, a teraz, gdy nie była już potrzebna Pajęczyca zniknęła. Każdy dzień potwierdzał słowa Antoniego. Dni mijały a Pajęczyca nie dawała znaku życia. Anna zaczęła przyzwyczajać się do myśli, że jej nie ma. Z czasem wszystko obojętnieje.

Pomogła jej praca. Zaczęła pracować jako tunelowa. Praca polegała na ładowaniu drobnych kawałków skały na taczki. Po ośmiogodzinnej zmianie była tak zmęczona, że nie miała siły myśleć. Kładła się spać i wstawała rano ze zesztywniałymi mięśniami i ustami pełnymi skalnego pyłu. Tak było dobrze. Dni mijały i to, co było w leśniczówce zdawało się tak odległe, że czasami miała wątpliwości czy to naprawdę się stało. Były jednak dowody. Wystarczyło, by spojrzała na blizny i oparzeliny, by poruszyła językiem w ustach i napotykała ostre kikuty ułamanych zębów. Nie. Yokai istniał. To, co było - to było, ale już koniec, już nie wróci.

Dali jej wnękę. Tam żyła. Przestrzeń niewiele większa niż ta w leśniczówce gdzie spędziła tak wiele lat, ale tu nie było łańcucha. Nie było ciepło, ale cieplej niż tam w piwnicy. Była ubrana, miała się czym przykryć, nie cierpiała z głodu ani pragnienia i mogła zawsze porozmawiać z Antonim. To jej wystarczy. Nic, nigdy nie musi się już zmieniać.

 

*

 

Wytarła rękawem czoło. Drobny pył kleił się do skóry zamieniając pot w czarny, lepki olej. Światło lamp ledwo rozpraszało mrok tunelu. Na pokruszonych wybuchem skalnych ścianach przesuwały się cienie kilkunastu robotników. Tylko wybuchy kaszlu burzyły monotonny stukot spadających na skałę młotów i zgrzyt rzucanych do taczek kamieni.

Wróciła do pracy. Mięśnie miarowo kurczyły się i rozkurczały. Kamienie z grzechotem wypełniały taczkę. Było gorąco. Inni mogli rozpiąć kombinezon lub chociaż podwinąć rękawy i odsłonić przedramiona opasane strunami grubych ścięgien, ale nie ona. Zobaczyliby, że ma za chude ręce na robotnika. Zobaczyliby blizny. Z tego zawsze były tylko kłopoty.

Wszyscy byli żylaści, szczupli, zahartowani w ciężkiej pracy - nawet ci starsi. Pracowali niemal w całkowitym milczeniu. Nie znali się. Brygady zawsze tworzyli tu z ludzi, którzy się nie znali. Dostawali numer zlecenia i szli tam gdzie im kazano. Brygadziści na pewno lubili ten system. Mniej czasu i sił marnotrawiono na rozmowy i dyscyplinowanie robotników.

Mijała ósma godzina pracy. Anna słaniała się na nogach. Pracowała tak już kilka miesięcy i zawsze wytrzymywała do końca, ale dzisiaj było ciężej niż zwykle. Czuła, że miała gorączkę. Działo się z nią coś dziwnego. Inni też coraz częściej opierali się na trzonkach młotów i szpadli. Oczekiwali na syrenę oznaczającej koniec zmiany.

Anna lubiła zapach gnejsowego pyłu pomieszanego z wonią chemikaliów używanych do wysadzenia skały. Wolała go od codziennego zaduchu modułów mieszkalnych.

Kilku z młodszych mężczyzn rzuciło w jej kierunku szybkie spojrzenia. Zbyt obszerny kombinezon roboczy maskował jej dziewczęcą budowę, a maska na twarzy przesłaniała delikatne rysy. Z powodu wesz zgolono jej w szpitalu włosy i nie zdążyły jeszcze odrosnąć. Chciała, by brali ją za niskiego mężczyznę tym bardziej, że nie odstawała od nich w pracy, ale zawsze znalazł się ktoś, kto się domyślił. Może kobiecy pot śmierdział inaczej niż męski?

Z głębi korytarza trzy razy zawyła syrena. Anna zamarła w połowie ruchu. Inni odłożyli narzędzia i sięgnęli po czapki. Ściągnęli maski przeciwpyłowe odsłaniając bladą skórę wokół ust i nosa. Kontrast z brudną skórą reszty twarzy sprawiał, że wyglądali bardziej jak goryle niż ludzie. Chude, mizerne goryle ustawiły się w kolejce do brygadzisty, by odebrać zapłatę za pracę - kartki z dwudziestosześciocyfrowym kodem.

Anna podeszła do brygadzisty ostatnia. Chciała uniknąć rozmów w kolejce. Ludzie zaczynali się jej przyglądać, gdy nie odpowiadała. A ona nigdy nie odpowiadała. Nie lubiła rozmów i wzroku obcych.

Robotnicy zaczęli wymieniać uwagi o nowym zapaśniku, który wygrywał walkę za walką w Wannie i wymieniali adresy najlepszych bimbrowników w modułach. Śmiali się i umawiali w salach socjalnych. Nie ona. Ona milczała. Ciągle się bała.

Zwlekała ze zdjęciem maski. Blizny na twarzy przyciągały zbyt wiele ciekawskich spojrzeń. Zrobiła to dopiero, gdy brygadzista zgasił lampy oświetlające tunel. Odebrała kod i powlekła się za grupą robotników opuszczających chodnik. Budowali tu kolejny moduł pracowniczy. Miał powiększyć moduł chemiczny niemal dwukrotnie. Anny nie obchodziło jednak co buduje i komu to posłuży. Pracowała, bo wysiłek spowalniał myśli. Antoni często powtarzał, że wysiłek jest dobry dla ciała i dla duszy. Wierzyła mu. Antoni to był mądry człowiek.

Nikt się na nią nie oglądał. Tunel tonął w mroku. Zewsząd dochodziły odgłosy pracy innych ekip. Słabe lampy stały jedynie na skrzyżowaniach korytarzy, więc musiała iść ostrożnie, by się nie potknąć i nie przewrócić.

Nagle skała zadrżała, i wszelkie dźwięki zdmuchnął potężny wybuch. Chmura pyłu buchnęła z bocznego korytarza i uderzyła w brygadę robotników idących kilkanaście metrów przed nią. Do niej dotarł jedynie ciepły, duszący podmuch.

- Sprawdzaj skurwysynie czy kto nie idzie! Kurwy głupie!

 Z obu stron wykrzykiwano wyzwiska. Dwóch krewkich rozdrabniaczy rzuciło się w boczny tunel, ale wkrótce wrócili zadowoliwszy się rzuceniem kilku kamieni.

Anna czekała aż robotnicy przed nią znowu ruszą. Nie chciała się do nich zbliżyć. Nie chciała, by ją zauważyli i sobie o niej przypomnieli. Z tego nigdy nie wynikało nic dobrego.

Ciało szybko stygło i wkrótce poczuła, że zaczyna szczękać zębami. Wyjęła z kieszeni czapkę i naciągnęła ją na głowę. Temperatura w modułach wynosiła czternaście stopni Celsjusza, a jej kombinezon nie dawał wystarczającej ochrony przed zimnem. Oblizała usta. Były słone od potu.

Czapkę kupiła za sto punktów. Była ciepła i okrywała nie tylko uszy, ale także część twarzy. Sto punktów to było bardzo dużo. Ponad dwa miesiące pracy, ale czapka była tego warta. To był jej skarb.

Robotnicy ciągle stali i krzyczeli. W końcu jednak zaczęli iść w stronę przesmyka prowadzącego do modułu, który każdy tu nazywał Maszynownią. Szła za nimi wolno patrząc tępo w posadzkę.

Moduły pracownicze i mieszkalne zawsze budowano według tego samego schematu - na podobieństwo szachownicy. Mieszkańcy nazywali moduły kwadratami, łatami lub pogardliwie - boksami. Każdy moduł miał bok o długości około pięciuset metrów. Tą przestrzeń przecinało najczęściej dwadzieścia prostopadłych do siebie korytarzy. Kwadraty między korytarzami nazywano segmentami lub segmami. W centralnych czterech segmach, tam gdzie spotykały się najważniejsze i najszersze korytarze krzyżowe znajdowały się posterunek porządkowych, biuro systemowego, sala socjalna, łaźnie publiczne, noclegownia, szalety i kuchnia. Każdy moduł otoczony był również wąskim i nieoświetlonym korytarzem obwodowym. Resztę przestrzeni przeznaczano na wnęki mieszkalne, hale produkcyjne lub inne pomieszczenia funkcyjne. Układ korytarzy zawsze jednak pozostawał taki sam. Nie sposób było się zgubić.

Między modułami znajdowały się wąskie kilkunastometrowe korytarze, które nazywano przesmykami. Przesmyki były przecięte dwoma stalowymi grodziami, między którymi znajdowała się wartownia. Tylko tędy można było przejść między jednym modułem a drugim. Każdy moduł mieszkalny miał od jednego do czterech przesmyków, które łączyły go z resztą.

Po kilku minutach marszu Anna dotarła do przesmyka. Na wartowni, Dwóch porządkowych w brudnych, niebieskich mundurach nawet na nią nie spojrzało. Byli zajęci rozmową. Moduł, z którego wychodziła nie miał wentylacji i nie łączył się jeszcze z żadnym innym, więc nie byli uważni. Przepuścili ją bez słowa.

Powietrze za grodzią było cieplejsze, ale śmierdziało stęchlizną. Poszła na wprost korytarzem krzyżowym. Zawieszone pod sufitem lampy były dla niej zbyt jasne. Przyspieszyła kroku. Chciała się rozgrzać i szybciej dotrzeć do modułu, w którym mieszkała. Szła z prawej strony, między wąskimi torami wpuszczonymi w skałę. Tylko w korytarzach krzyżowych kładziono tory. Posadzka była tutaj gładsza niż w bocznych tunelach i przez to łatwo było się poślizgnąć.

Ludzie szli tędy z zaciśniętymi ustami i spuszczonymi głowami, niektórzy szli ramię w ramię, ale częściej osobno. Ich rozmowy bardziej podobne były do wymiany ognia w okopach niż swobodnej konwersacji. Krótkie serie słów spotykały się z ripostą pojedynczego wyrzuconego jednym oddechem zdania.

W powietrzu czuć było coraz bardziej kotletami białkowymi i kiszonką. Anna zbliżała się do przecięcia dwóch korytarzy krzyżowych, które w każdym module nazywano po prostu krzyżem. Odnalazła odpowiednie drzwi i zapukała do biura systemowego.

- Wejść!

Nacisnęła klamkę i rozklekotane obite blachą drewniane drzwi ustąpiły. Z pokoju buchnął smród męskiego potu i alkoholu. Bez słowa podeszła do biurka i położyła na blacie blaszkę identyfikacyjną i kartkę z kodem, którą dostała od brygadzisty.

- Z odcinka czternastego? - zapytał grubas omiatając ją mętnym wzrokiem, a ona skinęła głową.

Spojrzała na niego z ciekawością. Gruby człowiek to była rzadkość w modułach. Podobno księża byli grubi, ale Anna widziała tylko jednego i tamten nie był gruby. To był jej pierwszy grubas w życiu.

- Inni byli tu wcześniej - powiedział mężczyzna. - Trzeba razem w grupie. Tak muszę jeszcze raz komputer uruchamiać.

Nacisnął guzik stacji roboczej. Stęknął przy tym tak jakby unosił stukilowy głaz. Wentylator zaczął pracować ze zgrzytem. Komputer zapiszczał trzy razy. Systemowy spojrzał ponownie na jej identyfikator i oblizał grube wargi.

- Anna - mruknął i otaksował ją chciwym spojrzeniem.

Luźny drelich roboczy czynił jej ciało bezkształtnym, pozbawionym krągłości, których szukał mężczyzna. Dopiero na końcu spojrzał na jej twarz. Skrzywił się na widok blizn na ustach i skrzydełkach nosa oraz szerokiej, opasającej szyję jak szal, czerwonej szramy. Anna uśmiechnęła się odsłaniając bezzębne dziąsła. To zawsze chłodziło nawet najgorętsze głowy.

Oddał jej identyfikator marszcząc czoło. Widziała jak jego mięsiste wargi powtarzają jej numer identyfikacyjny. I tak chciał go zapamiętać.

Grubas wystukał na klawiaturze numer, a potem przepisał kod wykonanych robót. Skinął głową i pokazał stan konta. Miała 72 punkty. Wszystko się zgadzało. Skinęła głową, a grubas oddał jej świstek papieru. Schowała go do kieszeni. Nawet taki kawałek był w modułach coś wart.

Wyszła z pomieszczenia czując na ciele wzrok mężczyzny. W systemowym była głównie żądza, zwykła ludzka żądza, i żądzę była w stanie zrozumieć.

Ruszyła korytarzem krzyżowym zmierzając do granicy z kolejnym modułem. Ludzie rozmawiali i śmiali się głośno. Z sali socjalnej wytoczyło się kilku pijanych mężczyzn. Śpiewali. Spuściła głowę i przyspieszyła kroku.

Chciała dotrzeć do swojej wnęki jak najszybciej. Tam leżała ta książka. Drużyna pierścienia jest w Rivendell i będzie szła dalej. Drużyna czeka na nią by ruszyć dalej, a ona ma jeszcze do nich pięć kilometrów.

Minęła krzyż i otwarte na oścież dwuskrzydłowe drzwi do jadalni. Ze środka płynął zapach kotletów białkowych. Było tam głośno. Przełknęła ślinę. Czuła głód. Nie zatrzymała się jednak ani nawet nie zwolniła. Miała prawo tam jeść, pokazałaby identyfikator i otrzymałaby posiłek tak jak w dowolnej stołówce w każdym module - takie było prawo. Każdy miał prawo do jedzenia bez względu na to czy posiadał punkty czy nie.  W Olbrzymie nikt nie chodził głodny. Anna nie weszła na stołówkę z innego powodu. Po pierwsze, było tam zbyt wielu ludzi. Nie lubiła obcych. Zjadała posiłki tylko w swoim module o porach, w których stołówka była niemal pusta. Siadała w najdalszym kącie, zacienionym i dusznym, i tam połykała przysługującą jej porcję białka, skrobi i pastę uzupełniającą witaminy oraz mikroelementy. Po drugie, drużyna pierścienia czekała na nią w Rivendell.

W jej module nikt nie chciał mieszkać. Był to jedyny moduł w całym Olbrzymie, w którym ponad połowa wnęk mieszkalnych była pusta. Wnęki mieszkalne w segmentach przylegających do przesmyka prowadzącego do modułu biogazowni i w tych otaczających kadzie i misy ściekowe były puste od lat. Moduł nazywano Ściekownią lub Grzybnią chociaż na grodziach widniała po prostu liczba czternaście. Pierwsza nazwa pochodziła od funkcji jaką spełniał. To tam zwożono zawartość latryn ze wszystkich czterdziestu modułów. Wózki ze zbiornikami jeździły niemal bez przerwy. Odchody wylewano do kadzi i przygotowywano substrat dla biogazowni. Do Ściekowni przewożono również odpady po odgazowaniu i robiono z nich nawóz pod uprawy w farmach. Smród był wszechobecny. W niektórych segmach był tak intensywny, że przebywanie w nich dłużej niż kilka godzin wywoływało bóle głowy i nudności. Druga nazwa modułu – Grzybnia pochodziła od tego, że duże obszary skały w tym module pokrywał czarny, twardy i lśniący metalicznie grzyb. Rozrastał się z każdym rokiem. W niektórych tunelach zakrywał ścianę przez kilkadziesiąt metrów. Ludzie bali się tamtędy chodzić. Wielu sądziło, że grzyb wywołuje raka, gruźlicę i inne choroby. Niektórzy mówili, że rozpylali go Pokale.

Na kolejnym przesmyku wartownicy byli bardziej drobiazgowi. Obejrzeli identyfikator i przeszukali kombinezon. Nic nie znaleźli i przepuścili dalej. Od Grzybni dzieliły ją jeszcze cztery moduły. Gdyby poszła prosto korytarzem krzyżowym miałaby do pokonania około dwóch kilometrów. Zaraz za przesmykiem skręciła jednak w prawo, w nieoświetlony korytarz obwodowy. Droga prowadząca korytarzami obwodowymi była dwukrotnie dłuższa. Musiała też iść o wiele wolniej, ale za to niemal nikt tędy nie chodził. Anna bardziej obawiała się ludzi niż ciemności.

Obwodowiec był wąski, gdy rozłożyła ręce mogła dotknąć obydwu ścian. Panowała w nim niemal całkowita ciemność bądź półmrok w miejscach, w których przecinał się z innymi, oświetlonymi korytarzami wewnętrznymi. Co kilka kroków stopy napotykały dziury i wielkie kawałki obtłuczonej skały. Nie przewracała się tylko dlatego, że szła wolno i wiedziała, czego się spodziewać.

Nagle zatrzymała się. Pamiętała to miejsce. Musiała uważać. Rozłożyła ręce opierając dłonie na ścianach. Na skórze poczuła chłód i wilgoć. Ruszyła ostrożnie do przodu. Posadzka nagle wygładziła się jak tafla lodu. Była pewna, że gdyby ją oświetlić, lśniłaby jak chromowana blacha. W każdym module gdzieś w korytarzu obwodowym natrafiła na przynajmniej jeden taki fragment. Nie wiedziała, do czego służy do momentu, gdy zobaczyła jak grupa obdartych chłopców ślizga się na wygładzonej podłodze, na wypiętych nagich brzuchach. Moczyli ją wodą, żeby się nie pokaleczyć. Tym razem skała była sucha i nie musiała się obawiać, że się przewróci. Przeszła przez długą na dziesięć metrów ślizgawkę, a potem włożyła zziębnięte dłonie do kieszeni kombinezonu.

Za każdym razem, kiedy mijała jeden z korytarzy wewnętrznych dochodzących do obwodowca, przyglądała się uważnie ścianom. Tam gdzie tylko mdłe światło pozwalało cokolwiek odczytać od samej podłogi, aż do sufitu ściany pokryte były rysunkami i napisami. Papier był niedostępny i dla dzieci, i dla dorosłych, więc wszystko wyskrobywano gwoździem w skale. Do wysokości pasa była strefa najmłodszych. Nie można tam było znaleźć ani jednej litery. Tam kłębili się żołnierze, degeneraci, zwierzęta, samoloty, czołgi, śmigłowce, drzewa i samochody. Nieco wyżej, między rysunkami pojawiały się napisy a na wysokości wzroku dominowały już całkowicie. Ciągnęły się aż do stropu.

Wśród bazgrołów na ścianie powtarzał się okrąg o średnicy ludzkiego oka. Ryto go zawsze głęboko, o wiele głębiej niż wszystko inne. Okrąg był idealnie regularny jakby nie wyskrobywano go gwoździem, ale jakimś przyrządem. Zawsze pojawiał się przy okazji, nigdy w centrum. Na rysunkach był okiem, głową, piłką, kołem samochodu. W napisach zastępował kropkę nad “i” lub literę “o”. Anna nie wiedziała, co oznacza okrąg, ale była pewna, że to miało coś znaczyć. Postanowiła, że przy najbliższej okazji spyta o to Antoniego.

Przeszła dwie kolejne segmy nie zatrzymując się. W wielu miejscach musiała zwalniać, ale nauczyła się już chodzić w ciemności. W ciemności czuła się bezpieczniej niż w świetle.

W połowie trzeciej segmy usłyszała hałas. Chłopięce głosy. Zatrzymała się. Wolała poczekać. Kilkadziesiąt metrów za nią był boczny korytarz. Zawsze mogła się cofnąć i w nim schować. Chłopcy byli dwadzieścia metrów przed nią.

- Może sobie pójdą? - pomyślała.

Oparła dłoń o ścianę. Wszelkie hałasy ucichły.

- Poszli sobie?

Oddychała płytko i nasłuchiwała. Cisza. Tylko kapiąca gdzieś woda i odległe echa. Ruszyła wolno do przodu. Powoli. Po każdym kroku przystawała i znowu nasłuchiwała.

Usłyszała hałas. Dochodził z bocznego korytarza. Ktoś biegł. Kilka osób. Bas dorosłego mężczyzny dudnił między ścianami. Ciężkie kroki. Światło mocnej latarki oświetliło ścianę tunelu kilka metrów przed nią.

- Jestem za blisko - przemknęło jej przez głowę, ale nie miała czasu by się cofnąć.

Chudy, obdarty chłopiec wyskoczył z bocznego korytarza wprost na nią. Za nim biegł sapiący porządkowy z uniesioną gumową pałką. Chłopak był zaledwie trzy metry od Anny, gdy potknął się i upadł. Wrzasnął z bólu i chwycił się za kostkę. Leżał trzy metry od niej, ale jej nie zauważył. A może nie chciał zauważyć? Anna dostrzegła, że jego twarz nie była wykrzywiona bólem. Zamiast tego błąkał się na niej złośliwy uśmieszek. Odwrócił się w stronę porządkowego. Snop światła latarki wyłowił leżącego chłopca z mroku.

- Nie! - krzyknął piskliwie.

Porządkowy, z przyklejonym do twarzy sadystycznym grymasem wzniósł pałkę do ciosu. Anna cofnęła się o krok. To jej nie dotyczyło.

- Zaraz dostaniesz łomot ty pierdolony bandziaku, gnoju ty…

Od sufitu oderwało się kilka cieni. Jeden z nich uderzył porządkowego w plecy. Mężczyzna upadł. Pozostałe cienie wylądowały wokół leżącego mężczyzny. To była pułapka. Porządkowy po silnym uderzeniu w kark był zamroczony i zdezorientowany. Chłopcy wyrwali mu pałkę. Najwyższy uderzył dwa razy w głowę. Porządkowy upadł na ziemię. Wrzeszczał i klął, ale krótko. Popłynęła krew. Kopalni go tak długo aż znieruchomiał.

Zaczęli go rozbierać. Zdjęli buty, pas, spodnie, marynarkę, zabrali wszystko, nawet bieliznę. W Olbrzymie wszystko miało wartość. Porządkowy i tak dostanie nowy mundur. Mu to nie zaszkodzi. Wiedział co mu grozi, gdy podejmował się tej pracy.

Anna patrzyła bez słowa na zwinne ruchy młodych złodziei. Antoni opowiadał jej o nich. O bandach krążących po modułach.

- Najlepiej się nie wtrącać - powtarzał. - Trzeba nie widzieć tego. Kradną, ale im też się coś należy. O nich nikt tu nie dba, nie mają nawet wnęki by spać. Jak im nie dają nic, to sami sobie biorą. Nie wiń ich za to. Tak tu po prostu jest.

Minęła minuta i chłopcy zniknęli. Porządkowy leżał nagi na kamiennej podłodze. Nagle drgnął i zaczął jęczeć. Anna minęła go ostrożnie i zniknęła w bezpiecznym mroku korytarza obwodowego.

 

 *

 

Zamknęła za sobą drzwi łaźni. Krzesło przy rozklekotanym stoliku z wydętym od wilgoci blacie było puste. Antoniego nie był przy piecu, ani zbiorniku na wodę. Przez chwilę patrzyła tępo na ściany ciasnego pomieszczenia. Niemal w całości porastał je śliski, połyskliwy grzyb.

Usłyszała szuranie stop na kamiennych stopniach. Ktoś wychodził na górę. Antoni uśmiechnął się do niej. Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Niósł w prawym ręku blaszane wiadro pełne mętnej wody. Podszedł do kadzi i wylał do niej zawartość wiadra. Mięśnie rąk, grzbietu i karku napinały się sekwencyjnie, wyraźnie widoczne pod cienką poszarzałą koszulą. Patrzył chwilę na wodę w kadzi. Jej poziom opadał w miarę jak zaczęła się przesączać przez piasek żwir i węgiel.

- Tylko dodam trochę, by woda się nagrzała. Chcesz się wykąpać? – zapytał otwierając drzwiczki pieca. Ze środka buchnęło gorące powietrze i trochę dymu.

Anna zbliżyła się do otwartego ognia.  Mężczyzna włożył do środka kilka szczap drewna i zamknął piec.

- Tak, ale za chwilę. Nie ma pośpiechu - powiedziała.

- Nie byłaś wczoraj. Stało się coś?

- Byłam zmęczona.

- Dobry sen jest ważny – powiedział i usiadł na krześle. - Praca powinna cię wzmacniać, a nie osłabiać. A będzie wzmacniać tylko wtedy, kiedy będziesz odpowiednio długo wypoczywać. Odpoczynek jest tutaj najważniejszy. Odpoczynek.

- Jestem już silna.

- Wiem, wiem… - mruknął.

Anna podeszła do drewnianego stolika, przy którym usiadł Antoni.

- Był ktoś nowy? – zapytała patrząc na blat, na którym starzec starannie zapisywał długie kolumny liczb.

- Ostatnio przychodzi więcej osób – odpowiedział. – Ale z tego trzeba się tylko cieszyć. Wody starczy, starczy dla wszystkich i może dzięki temu nie zlikwidują łaźni. Jak przychodzą na wymianę wody mówią, że to bez sensu. Straszą mnie. Mówią, że coraz mniej ludzi korzysta.

- A kto nowy przyszedł?

- Z biogazowni było dwóch. Technicy. Oni mają inne kombinezony. Szare. Pytałem dlaczego przyszli i mówili, że blisko mają. Ale zawsze mieli tu blisko więc nie wydaje mi się, że to był prawdziwy powód.

- Jakby mieli zlikwidować to dawno by zlikwidowali.

- Nie, nie – zaprzeczył Antoni. Termin był już wyznaczony. Jakbyś ty się nie pojawiła to musiałbym się obyć bez tych kilku punktów, które daje mi ta praca. A to ważne żeby coś mieć. Wtedy człowiek czuje się bezpieczniej. Ale wiesz co było dla mnie najważniejsze? – zadarł głowę i wskazał na podłużną świetlówkę wiszącą pod sufitem. Dawała białe, nieprzyjemne światło. - Tutaj pali się cały czas.

Anna skinęła głową. To było ważne. Dla niej też. Znała już ograniczenia życia w modułach. Wnęki mieszkalne nie były oświetlone. Można było kupić prąd za punkty, ale kosztował tyle, że taki zakup był rozrzutnością. Światło paliło się w korytarzach, ale tylko na tyle, by móc się poruszać. Lampy było wystarczająco jasne w sali socjalnej, stołówce i łaźni. W pierwszych dwóch niemal nigdy nie można było być samemu, ale w łaźni już tak. A szczególnie w module czternastym. Nikt tu nie chciał się kąpać, chociaż Antoni utrzymywał kilka wanien i kabin całkowicie wolnych od grzyba.

Patrzyła na pomarszczone i żylaste dłonie starca. W modułach znała tylko jego. Nikogo innego nie potrzebowała. Tylko on. Nie chciała innych. Wiedziała, że żołnierze rozmawiali z Antonim. Zaraz gdy odzyskała przytomność przychodzili często. Później powiedziała, że chce o wszystkim zapomnieć i dali jej spokój. Chyba zrozumieli. Ona chciała tylko Antoniego.

- To, co się stało to była najlepsza rzecz, jaka mi się przydarzyła w całym moim życiu – powtarzał Antoni za każdym razem, kiedy go pytała o dzień, kiedy się wybudziła. - Wtedy, gdy się do mnie odezwałaś, po tylu długich tygodniach.

Za każdym razem, kiedy o tym mówił miał łzy w oczach. I nie wstydził się ich.

- Oni mówili, że to bez sensu. Przez kilka miesięcy przyprowadzali cię do łaźni, by cię umyć. Ja tu jestem łaziebnym. Nie należy do moich obowiązków mycie kogokolwiek, ale przy mnie byłaś spokojniejsza. To oni byli lekarzami. To oni powinni wiedzieć jak ciebie wyleczyć, ale przy mnie nie krzyczałaś. Kazali mi ciebie myć. Chcieli mi nawet płacić, ale ja nic od nich nie wziąłem. Przy mnie byłaś inna. Uspakajałaś się. Mówiłem do ciebie. Oczywiście zdarzało się, że atakowałaś mnie, ale robiłaś to rzadko, a potem wcale. Aż tu pewnego dnia, po kilku tygodniach po prostu ocknęłaś się. Nie wiem. Nie wiem jak i dlaczego to się stało. Może stałoby się to beze mnie, ale pragnę wierzyć, że to także dzięki mnie.

Anna opowiedziała mu o Yokai, chociaż o nic nie pytał. Opowiedziała o swoich cierpieniach wiele razy i za każdym razem kiedy kończyła było jej lżej. 

Przy nim czuła się swobodnie. Dużo razem czytali. Antoni mówił, że to jedyny sposób by zyskała wiedzę o tym, jacy są ludzie.

- Ja cię wiele nie nauczę - powiedział Antoni. No chyba, że angielskiego, ale tego już nikt nie potrzebuje. To teraz taka łacina, wymarły język. Angielski tak, ale życia cię nie nauczę. Swoje przeżyłem, ale nauczyciel ze mnie marny, za dużo błędów i grzechów, ale wiesz co? - stuknął palcem w grubą książkę na blacie. - To tutaj cię nauczy.

- Książka? - zapytała.

- Nie książka, nie. Nie książka tylko mądra opowieść. Tam żyją ludzie, tam tworzą się i upadają cywilizacje, tam jest wszystko. Dobra książka to jak wyciąg z życia. Tylko trzeba znać te dobre.

Anna zaczęła czytać książki. W bibliotece szybko jednak zabrakło tych dobrych, tych, które Antoni uznawał za wartościowe. Coraz trudniej było je dostać aż w końcu się skończyły. Wtedy się wzięła za te gorsze i poczuła, że są lepsze. Anna zrozumiała, że nie chodziło jej o życie, o doświadczenia ani o prawdę. Nie chciała się uczyć. Chodziło jej o proste, protezy życia, którymi mogła wypełnić godziny, dni, tygodnie i miesiące. Nowe światy, nowi ludzie, trudności, które można pokonać, zagadki, które znajdują rozwiązanie. Jedna książka to nawet dwa dni zapomnienia, gdy czytała wolno. Ale i tych gorszych książek też wkrótce zabrakło. Czytała je po dwa, trzy a niektóre nawet ponad dziesięć razy, bo to pozwalało przerwać życie w zimnym lochu kilkaset metrów pod ziemią i rozpocząć drugie w innym świecie.

Biblioteki w modułach mieściły się na w biurach systemowych. Książki można było wypożyczyć tylko po wpłaceniu kaucji liczącej pięćset punktów, co było równe wynagrodzeniu robotnika pracującego ponad dwa miesiące po osiem godzin dziennie. Anna nie miała tylu punktów. W dodatku, jeżeli ktoś nie zwrócił książki nie mógł wypożyczać przez następne trzy lata. Antoni znał biblioteki we wszystkich modułach. Było ich dwadzieścia trzy. Wypożyczał książki dla Anny. Często czytali jedną książkę we dwoje w łaźni siedząc obok rozpalonego pieca na szczapach drewna. Czytała wolniej i musiał na nią czekać, ale nigdy nie narzekał.

Czasami Antoni prosił Annę, by przerwali czytanie. Tłumaczył, że bolały go oczy. Prosił wtedy, by opowiadała o drzewach. Prosił, by była w swoich opisach jak najdokładniejsza jak tylko mogła, a ona narzekała, że brakuje jej słów.

- To dobrze – mówił. – Tak powinno być. Słowa rozleniwiają. Jak trzeba wielu słów, by opisać szczegóły to dobrze. Gorzej jak w jednym słowie zamyka się bardzo skomplikowane i złożone rzeczy. To je złe. Ja chcę, żebyś opisywała co widziałaś, a nie to, co tam było. To, co powiesz uruchomi moje wspomnienia, poczuję zapach, wszystko na chwilę do mnie wróci. To wielka przyjemność. Kiedyś zrozumiesz.

 

*

 

- Drżysz - słowa Antoniego wyrwały ją z zamyślenia. Starzec wyjął jej z rąk książkę, podszedł do pieca i odkręcił dwa kurki pozwalając gorącej i zimnej wodzie wypełnić blaszane wiadra. W górę buchnęły kłęby pary. – Dlaczego nic nie mówiłaś? Czujesz już stopy?

- Tak. Niedługo się zacznie – powiedziała. - Ale król…

- Później, później, schodź na dół szybko. Nalewam do dziesiątki jak zawsze – powiedział machając ręką, żeby się spieszyła.

Czterdzieści rur, po dwadzieścia dla łaźni męskiej i damskiej prowadziły do kabin prysznicowych bądź żeliwnych wanien.  Anna zawsze wybierała wannę we wnęce z numerem dziesięć. Gdy schodziła po schodach dostrzegła, że starzec ustawia wiadra pod kurkami i nalewa wodę. Stopy już ją paliły, jakby rozpuszczały się w żrącym kwasie.

Rozpięła kombinezon, a potem odwinęła szmaty z łydek i stóp. Szmaty łatwiej było kupić niż kompletne ubrania i nie trzeba było się martwić o rozmiar. Rozwiesiła wszystko na nagrzanych od gorącej wody rurach. Buty zdjęła tuż przed wanną tak, by stopy nie dotknęły zimnego kamienia. Wnęki kąpielowe nie miały zasłonek. Jeżeli kiedykolwiek tu były, to ukradziono je dawno temu i wykorzystano do czegoś bardziej pożytecznego niż zasłanianie nagiego kobiecego ciała przed wzrokiem innej kobiety.

Oparła dłoń o pokrytą grzybem ścianę. Uginał się lekko pod naciskiem palców. Ustawiła temperaturę manewrując pokrętłami regulującymi przepływ zimnej i gorącej wody. Zimna - dwa obroty, a gorąca - jeden i pół. Zwolniła blokadę i do wanny chlusnęła woda. W powietrze wzbiła się para. Obezwładniający, palący ból dotarł już do połowy ud. Przerzuciła nogi nad krawędzią wanny i usiadła w środku. Woda była gorąca i ból rozpuścił się w niej jak kostka lodu na nagrzanym od słońca asfalcie. Palenie zamieniło się w szczypanie, potem w mrowienie, aż w końcu znikło zupełnie. Antoni mówił, że to się nazywa allodynia. Jej mózg traktował chłód jak ból. Nawet ci wojskowi lekarze z dołu nie wiedzieli jak to leczyć. A może im nie zależało?

Wypuściła z płuc powietrze, rozluźniła mięśnie, rozprostowała nogi. Woda płynęła dalej. Przykryła brzuch, potem piersi i ramiona. Odchyliła głowę do tyłu i zanurzyła się tak, by nad powierzchnią wody zostały jedynie oczy, usta i nos. Leżała tak długo ciesząc się otaczającym ją ciepłem. Potem usiadła i namydliła ciało. Gdy spłukiwała mydliny dostrzegła, że do łaźni weszła kobieta. Nigdy wcześniej jej nie widziała. Kobieta szła sprężystym krokiem z wysoko podniesioną głową. Miała na sobie szary kombinezon technika. Nie, to nie była kobieta, to była dziewczyna. Niewiele starsza od Anny. Każdy jej ruch wypełniony był energią i siłą.

Anna zamknęła oczy smakując nieważkość ciała. Nie chciała, żeby tamta ją dostrzegła. Kiedy otworzyła znowu oczy dziewczyna stała w kabinie prysznicowej. Po ciele nieznajomej spływała lodowata woda. Drżała lekko. Skóra na jej ramionach zrobiła się czerwona. Krótkie rude włosy przykleiły się do czaszki.

Anna patrzyła zdumiona na krągłe pośladki, sterczące piersi i mocne ramiona. Mięśnie opasujące ciało nieznajomej dawały jej nieco męski wygląd. I ta twarz: pucułowate, piegowate policzki, blade, lśniące, pełne usta i przenikliwe, zielone oczy.

 Gdy Anna patrzyła na piękno tamtego ciała zapragnęła ukryć swoje. Odruchowo zasłoniła ramionami piersi i sterczące żebra. Nie chciała, by zielonooka piękność patrzyła na blizny przecinające skórę na nogach, plecach i brzuchu. Na policzkach Anny pojawiły się łzy. Zupełnie niespodziewanie. Czy to dlatego, że zobaczyła to piękne ciało? Drgnęła jakaś struna w jej duszy, której nikt nie miał okazji jeszcze trącić. Zamknęła oczy na długo, a kiedy je znowu otworzyła dziewczyny już nie było. Po ścianach kabiny, którą zajmowała spływały jeszcze krople wody, a na podłodze widać było ślady mokrych stóp prowadzących do wieszaka. Anna poczuła żal jakby przed chwilą utraciła coś bardzo cennego.

 

*

 

Anna włożyła klucz do zamka i przekręciła go. Drzwi ustąpiły ze zgrzytem. Jej wnęka mieściła się w siódmym segmencie. Była za blisko korytarza krzyżowego, by nie było czuć odoru ekskrementów. Zamknęła za sobą drzwi i stała przez chwilę w środku bez ruchu. Musiała poczekać aż wzrok przyzwyczai się do ciemności. Światło wpadało jedynie z korytarza przez szczelinę ciągnącą się pod sufitem przez całą długość czterometrowej ściany. Pokój miał głębokość dwóch metrów, co dawało około ośmiu metrów kwadratowych. W środku był stół, metalowa prycza i trzy wieszaki wbite w skałę obok łóżka. Pochyłe, zaokrąglone ściany otulał lśniący, czarny grzyb. Wydzielał kwaśno-pikantny zapach, którego już niemal nie czuła.

Zdjęła kombinezon i powiesiła go na krześle. Przeszedł ją dreszcz. Na skórze ramion osiadł wilgotny chłód. Usiadła na brzegu trzeszczącego łóżka, zsunęła buty, owinęła stopy w świeże szmaty i wcisnęła szybko nogi pod koc. Był wilgotny i zimny. Musiała kupić jeszcze jeden. Na to zbierała teraz punkty. Jeszcze miesiąc i będzie go mogła zamówić.

Gdy rozgrzała się zaczęła myśleć o kobiecie, którą spotkała w łaźni. Nigdy wcześniej jej nie widziała. Grzybnię zamieszkiwali tylko starsi mężczyźni pracujący przy przygotowaniu substratu do biogazowni. Ta dziewczyna nie mieszkała w jej module. Była technikiem, może inżynierem. Pewnie pracowała w biogazowni.

Wspominała twarz rudowłosej. Chciała się znaleźć blisko niej, czuć zapach jej ciała, dotykać sprężystej skóry i słuchać jej słów. Była zmęczona, ale sen nie przychodził.

Gdy w końcu zasnęła, pierwszy raz od wielu tygodni, jej sen nie dotyczył Yokai. Topiła się w zimnym gęstym błocie i wyciągała w górę ręce, by się czegoś chwycić. Nogi nie znajdowały oparcia i zapadała się coraz głębiej. Przejmujący chłód parzył każdy zakamarek ciała. Broda dotknęła błota, w ustach czuła grudy piasku. Wyciągała szyję w górę. W ciemności wyczuła ruch. Wiedziała, że ktoś tam jest. Nie widziała twarzy, nie słyszała głosu, ale wiedziała, że ona tam jest.

Bagno wciągało ją coraz głębiej. Wstrzymała oddech, ale nie mogła długo wytrzymać. Otworzyła usta, by zaczerpnąć powietrza i zachłysnęła się cuchnącym błotem. Ciałem wstrząsnęły skurcze. Machała rękami i nogami na oślep. Zamknęła oczy. Pomyślała, że umrze i wtedy na jej wyciągniętej ręce zacisnęły się czyjeś palce i silne szarpnięcie pociągnęło ją w górę. Anna wiedziała kto jej pomaga.  To była ona - dziewczyna z łaźni.

Rozdział 9

 

Dorota Jemajher szła szybko korytarzem krzyżowym dwudziestego czwartego modułu. Pod kombinezonem wystające części wyrzynarki wbijały się w skórę. Dlaczego to chciała zrobić? Nie umiała odpowiedzieć. To było głupie. Wierceniem powinny się zajmować bandziaki, im nic nie groziło, nawet jeżeli zostałyby złapane. Tylko, że bandziaki nigdy nie dawały się złapać porządkowym. Tak dobrze znały korytarze, że mogły biec nawet w ciemności. Porządkowi nie mieli żadnych szans. Ci bardziej doświadczeni nawet nie próbowali ich gonić. A jednak zamiast zapłacić bandziakom, szła teraz sama korytarzem krzyżowym.

Nie denerwowała się. W tym była dobra. Gdy niebezpieczeństwo było blisko, zawsze umiała trzeźwo myśleć. To odziedziczyła po ojcu.

- Ojciec? Co powiedziałby na to ojciec? - pomyślała. - Powiedziałby, że to głupota.

Tak to była głupota, ale mimo tego szła dalej. Była już na krzyżu - najważniejszym skrzyżowaniu w tym module. Widziała drzwi posterunku porządkowych. Tutaj zawsze kręcili się ludzie bez względu na porę dnia. Co ona sobie myślała? Że nikogo tutaj nie będzie? Tutaj zawsze ktoś się kręcił. Może bandziakom by się udało, ale jej na pewno nie. Ktoś na pewno by ją zapamiętał, a potem doniósł. W modułach nie ma zbyt wielu kobiet o rudych włosach. Nie, to idiotyzm. Otrzeźwiała. Skręciła w boczny korytarz. Potem jeszcze raz w bok. Nie było nikogo. Założyła czapkę. Schowała pod nią włosy.

Rozejrzała się. Korytarz był pusty. Rozpięła kombinezon i wyjęła wyrzynarkę. Szybko docisnęła maszynę do ściany i ją uruchomiła. Silnik zawarczał głośno, ale zanim echo wróciło z końca korytarza wyrzynarka była z powrotem pod kombinezonem, a Dorota sprężystym krokiem szła w stronę korytarza obwodowego. W ścianie zostawiła niewielki ślad, nienaturalnie perfekcyjny okrąg pośród poszarpanej, wilgotnej skały. Słońce. Tutaj w modułach wszyscy chcieli zobaczyć Słońce.

 

*

 

Dorota położyła się na łóżku. Była zmęczona. Patrzyła na gładki i pomalowany na biało sufit. To było wyjątkowe w modułach, ale wnęka ta należała do wyjątkowego człowieka. Łóżko ojca stało pod drzwiami. Było puste od trzech lat i powinna je była sprzedać, ale nie mogła. Powiedzieli, że to był wylew. Nie wierzyła im, chociaż udawała, że wierzy. To on ją tego nauczył.

- Nigdy nie przyznawaj, że wiesz więcej, jeżeli sądzą, że wiesz mniej.

Tak robiła. Wiedziała jednak, że go zabili. Ojciec zbyt otwarcie mówił o wyjściu z modułów. Wielu wysoko postawionym ludziom to nie odpowiadało. Zbyt wielu modułowców słuchało ojca, ale gdy umarł wszystko nagle ucichło. Przez rok myślała, że to o co walczył, umarło razem z nim. Wtedy się do niej odezwali. Miała dziewiętnaście lat.

Ucieszyła się, że myśl ojca przetrwała, że byli modułowcy, którzy chcieli wyprowadzić ludzi znowu na słońce. To był cel jakiego potrzebowała. Celem nie mogło być tylko przetrwanie. To było za mało.

Usłyszała szelest. W szparze pod drzwiami dostrzegła trzy kamienie. Starcy chcieli się z nią zobaczyć. To musiało być coś ważnego. 

 

*

 

Stała w całkowitej ciemności. Wiedziała, że była gdzieś w module chemicznym, ale tak długo ją prowadzono, że po tych wszystkich zakrętach, nie mogłaby być tego pewna. Powietrze wydawało się jej tutaj chłodniejsze, świeższe, niemal przyjemne.

Rozmawiała z trzema mężczyznami. Mówiła na nich Starcy. Wszystkie głosy były dojrzałe i władcze. To ostatnie denerwowało ją. Władza zawsze działała jej na nerwy.

- To nie ma sensu - powiedziała kręcąc głową. - Ona rozmawia tylko z łaziebnym Antonim Karolewem. Innych unika.

- Wiesz coś o nim? O tym Karolewie?

- Niewiele. To samotnik. Znany jest z tego, że dużo czyta i za długo żyje. Powinien umrzeć ze dwadzieścia lat temu.

- Ile ma lat? - zapytał inny głos. Ten był najgorszy. Napastliwy. Czuła się jak na przesłuchaniu.

- Siedemdziesiąt sześć. Z jego papierów tak wynika...

- I jest łaziebnym?

- Tak, ale wygląda na młodszego. Może to jakaś pomyłka w papierach. Zresztą tam w łaźni to naciągana praca. Tak naprawdę łaźnia w module czternastym miała być zlikwidowana. Nikt z niej nie korzysta. Nawet szambiarze wolą się kąpać w innych modułach. Nikt nie lubi grzyba.

- Grzyba?

- Tak. Grzyba. Moduł 14. Grzybnia. Modułów nie znacie? Trzeba czasem ruszyć te stare kości, panowie, czasem się może rozejrzeć po modułach? - przerwała na chwilę, żeby dać im czas na odpowiedź, ale żaden ze Starców się nie odezwał. - W tym module grzyba można napotkać wszędzie, ale w łaźni zarasta całe ściany tak, że już  nie widać skały. Przed Jastrzębską przychodził ktoś raz dziennie. Teraz chodzi niemal tylko ona. Za to często.

- Junker tam się pojawia?

- Nie, ale wysyła kogoś na rozmowy z Antonim. Najczęściej wysokiego kaprala o nazwisku Dressler.

- Pewnie się spotyka z nią w innym miejscu gdy zabierają ją do szpitala.

- Kto? Junker? – prychnęła. - Wykluczone. Mam człowieka w Łączniku. Ta wasza zboczona teoria to jakiś idiotyzm. Widziałam tę dziewczynę w łaźni jak się myła. Całe jej ciało jest w bliznach, nie ma włosów, jest wychudzona, to nie jest jego kochanka.

- Coś jednak ją łączy z Junkerem. Może on jej to robi. Może dlatego to taka tajemnica.

- Nie. To stare blizny. Nie ma nowych. Ludzie, ta dziewczyna nie ma z przodu zębów. Rozmawiałam z kobietą, która pracowała przy niej jeszcze dwa miesiące temu. Wtedy Jastrzębska pojawiła się w modułach. Róża, kobieta z którą rozmawiałam, codziennie przychodziłaby ją umyć i karmić. Ta dziewczyna srała pod siebie, taplała się we własnym gównie  i szczynach. Przez pierwsze dni musieli jej rozwierać szczęki, by nie umarła z odwodnienia. Cała była pokłuta od igieł. Wcześniej leżała w szpitalu. W niektóre dni rzucała się po swojej wnęce mieszkalnej jak oszalała. Drapała, gryzła lekarzy i zrywała z siebie ubrania.

- Dlaczego?

- Uzależniła się od czegoś co biorą ze zwiadu.

- Narkotyk?

- Nie wiem co to jest. Żołnierze mówią o tym flip albo buster. Dają im to jak wychodzą na zewnątrz.

- I to od tego?

- Róża podsłuchała rozmowę lekarzy. Oni tak mówili.

- Jaka Róża?

- No jaka kurwa Róża, jaka Róża!? - chciała krzyknąć, ale zatrzymała tylko powietrze w płucach i odpowiedziała spokojnie:

- Ta co do niej przychodziła.

- Przychodzili do niej lekarze?

- Tak. Ze szpitala zwiadu. Dwa razy w tygodniu. To nie jest jego kochanka. To coś innego.

- W takim razie co?

- Nie wiem. Ale to dziwne. Mieszka sama we wnęce. Nikt z zewnątrz nie dostaje własnej wnęki. Nawet rodziny często mieszkają we wspólniaku.

- W Grzybni nikt nie chce mieszkać. To nie takie dziwne.

- Tak, ale ma wnękę dość daleko od misy ściekowej. Blisko przesmyka do modułu piętnastego. Tam już tak nie śmierdzi. Wielu by chciało taką wnękę.

- To co go z nią łączy?

- Na pewno nie to, co myślicie. Nie jest jego kochanką.

Umilkli na chwilę. Szeptali coś między sobą. Czekała. Pomyślała, że Starcy byli zbyt ostrożni. Nie lubili ryzyka. Tacy ludzie nie dokonują wielkich rzeczy.

- I co ona robi? - odezwali się w końcu.

- Pracuje przy budowie nowego modułu, jako tunelowa. Pracuje ciężko. Jest słabsza, ale się nie oszczędza. Nigdy żaden majster nie odebrał jej karnie punktów. Nawet największe szuje, tacy, co na każdej zmianie muszą kogoś przydeptać. Ta dziewczyna żyje jak w transie: idzie do tunelu, je, myje się i śpi. Często przesiaduje w łaźni. Czytają tam z tym łaziebnym książki. Mają wystarczająco dużo światła. To całe jej życie.

- A obłapiacze? Nie zaczepiają jej? 

- Ktoś tam coś próbował, ale nawet nie zdążyli jej dotknąć. Nikt nie zginął, ale kości się łamały. Popłynęło sporo krwi. Zrozumieli, że się nie opłaca.

- Zwiad?

- Albo zwiad, albo wynajęli kogoś na miejscu. Nie dowiedziałam się tego. To było jakiś czas temu.

- Junkerowi na niej zależy. Może sobie ją szykuje?

- Kurwa mówiłam już, że nic z tych rzeczy! - krzyknęła, ale szybko się uspokoiła. - Przepraszam. Po prostu wiem to na pewno.

Znowu zaczęli szeptać. Naradzali się.

- Dobrze. Ufamy twojej ocenie. Znasz się na tym lepiej… Ale to i tak najlepsza szansa na kontakt z Junkerem jaką kiedykolwiek mieliśmy. Zwiad jest ważny. Junker jest ważny. A ona zaprowadzi nas do Junkera.

- Macie przecież innych w zwiadzie.

- Nie. To szeregowi. Podoficerowie. Zwykli żołnierze. Nie wpłyną na nic. Po prostu nie będą strzelać, ale to nie wystarczy. Musimy mieć wsparcie wyżej.

- Ale Junker to też tylko sierżant...

- Sierżant, ale to ważny człowiek. To legenda. Stopnie nie są tu takie ważne.  Dowiedz się co ją łączy z Junkerem. Może to będzie pomocne. Wtedy zdecydujemy, co robić. To jest teraz najważniejsze. Rzuć wszystko. Jastrzębska jest najważniejsza.

- Wystraszę ją.

- Może i wystraszysz, ale i tak nie mamy nikogo lepszego. Nikt nie zwerbował tak wielu jak ty. Umiesz to robić.

- Muszę coś dla niej mieć. Nie mogę tak do niej pójść i zapytać. To się nie uda. Muszę mieć coś, czego ona chce.

- No to się dowiedz, czego chce. Jesteś w tym tutaj najlepsza.

 

*

 

Dorota Jemajher weszła do stołówki energicznym krokiem. Śmierdziało tu spalenizną, kieszonką i zwykłym grzybniowym grzybem, który nadawał powietrzu pikantny smak.

Stołówka w Grzybni była niemal pusta. W drugim rzędzie blaszanych stołów jadł tylko jeden z szambiarzy. Kończył obiad. Anna siedziała wciśnięta w ciemny kąt. Jadła samotnie. Gdyby Dorota nie wiedziała, że Anna tu jest, mogłaby jej nie zauważyć. Podeszła do kontuaru. Gruba kucharka dmuchnęła w kosmyk tłustych włosów nad czołem. Wydawała się zirytowana.

- Co dzisiaj w menu? - zapytała Dorota i uśmiechnęła się. Myślała gorączkowo jak tu dosiąść się do Jastrzębskiej żeby jej nie wystarczyć.

Kucharka prychnęła i nałożyła kotleta na pogięty, blaszany talerz.

- Się nie podoba, to nie trzeba tutaj… - gderała. Porcja ziemniaków wylądowała obok kotleta. - Są inne restauracje, a tam może jest to menu może. - Dołożyła talerz zupy i kubek z letnim, brązowym płynem udającym kawę.

- Dziękuję, mniam, to właśnie moje ulubione - Dorota mrugnęła do kucharki i nim tamta zdążyła odpowiedzieć obróciła się z tacą w stronę stolików i ruszyła przed siebie.

- Patrzcie jaka mądra… - dobiegło ją jeszcze od strony kuchni zanim weszła między stoły.

 Anna nadal siedziała w kącie pochylona nad talerzem. Dorota przywołała na twarz pogodny uśmiech i zaczęła iść w jej kierunku. Szambiarz odsunął ze zgrzytem krzesło obok siebie, poklepał siedzisko i cmoknął do Doroty. Jemajher zignorowała go. Miała ochotę kopnąć go w ryj, ale powstrzymała się. Nie szła wprost na Annę. Udawała, że jej nie widzi. Przenosiła wzrok z blatu na blat jakby wybierała najodpowiedniejszy. Nagle potknęła się o jedno z krzeseł. Z tacy spadła miska i z brzękiem uderzyła o podłogę. Zupa rozlała się i zalała nogawkę kombinezonu. Od strony kuchni dobiegł radosny rechot kucharki.

- Chyba wyszło przekonywująco - pomyślała Dorota podnosząc miskę z podłogi. Popatrzyła w stronę kąta Anny i uchwyciła jej wzrok. Uśmiechnęła się udając zaskoczenie. Otrzepała kombinezon z ziemniaków, pozbierała sztućce z wybetonowanej podłogi i ruszyła w stronę Jastrzębskiej przeciskając się między krzesłami i stolikami.

Anna przestała jeść i zatrzymała wzrok na swoim talerzu. Dłoń, którą trzymała widelec, zawisła w powietrzu. Od widelca oderwał się  kawałek czarnego kotleta i upadł w ziemniaki.

- Można się dosiąść? - Jemajher była zadowolona, że Anna nie wstała jeszcze od stolika. Tego obawiała się najbardziej, bo Jastrzębska wyglądała jakby chciała uciec: miała napiętą twarz, drżące usta, obracające się szybko gałki oczne.

- Tak - odpowiedziała cicho Anna i zaczęła znowu grzebać widelcem w talerzu. Wkładała do ust bardzo małe porcje.

Zazgrzytało odsuwane krzesło. O blaszany blat stuknęła blaszana taca Doroty. Usiadła, oparła łokcie o blat i zerknęła w stronę Jastrzębskiej. Anna pracowicie żuła kotleta.

- Nie lubię sama jeść - wyznała Jemajher.

Anna pokiwała głową, ale nic nie odpowiedziała.

Dorota zaczęła jeść. Kotlet chrzęścił w zębach jak piasek. Przypatrywała się Annie ukradkiem. Włosy odrosły i blizna na skroni nie była już widoczna. Twarz była jednak nadal blada i sucha. Zauważyła, że Anna starała się zasłaniać wargami braki w uzębieniu.

- Jeśli chcesz to mogę ci powiedzieć, z czego je robią - powiedziała Dorota i wskazała nożem na rozkrojonego kotleta. Nabiła na widelec ćwiartkę i uniosła w powietrze.  Rozszedł się intensywny zapach tłuszczu i spalenizny. Otrzymała wyjątkowo przypalonego, z czarną skórą i tłustym, szarym wnętrzem.

Anna skinęła głową. To było żywe, energiczne skinięcie tak jakby naprawdę była tym zainteresowana.

- Ha! To świetnie - ucieszyła się Dorota. - To chrząszcze, larwy i muchówki. Masz tu na talerzu ziemniaki i kiszonkę, ale białko jest z owadów. Dla modułowców nie ma innego białka zwierzęcego. Gniotą prażoną i zmieloną owadzią pulpę i kleją ją tłuszczem roślinnym. Tak powstaje kotlet. Nazywają to kotletami białkowymi, chociaż powinni nazywać to kotletami z owadziny.

- A skąd owady? - zapytała Jastrzębska. Uśmiechnęła się lekko nie rozchylając ust. Nie chciała pokazać, że nie ma przednich zębów.

- Zrzuta. Słyszałaś o zrzucie?

Anna pokręciła przecząco głową.

- Nie? To już druga, którą wydrążyli w modułach. Poprzednią zlikwidowali i zamienili na szyb wentylacyjny, kiedy wycięli wokół wszystkie drzewa. Wszystkie rozumiesz, nawet krzaki. Zrobili tam pustynię. Ale po kolei. Zrzuta to upraszczając nieco, w większości pionowy szyb łączący moduły z powierzchnią. Ma średnicę sześciu metrów, a licząc wszystkie etapy długość około dwustu pięćdziesięciu. To nieco głębiej niż moduły. Chcieli po prostu na dole mieć wyższą temperaturę niż nasze czternaście stopni. Widzisz jak to jest, robaki mają cieplej niż my… Trochę to śmieszne. Słyszałam, że dwieście lat temu chłopi trzymali w zimę świnie i krowy w izbach, żeby miały cieplej i szybciej rosły – roześmiała się. – Tak, to zabawne jak to wszystko zatoczyło koło. Teraz my to raby - przerwała i trysnęła śmiechem.

Anna zmarszczyła brwi. Wydawała się skupiona jak pilny uczeń w szkole.

- Ale do rzeczy. Przez zrzutę pozyskuje się pożywkę dla owadów. Wygląda to tak, że raz w miesiącu, a obecnie rzadziej, z powodu coraz większej produkcji farm, na powierzchnię wychodzą mrówy. Najpierw ścinają drzewa i tną je na mniejsze, około pięciometrowe kawałki. Potem wbijają w nie haki, a silniki umieszczone pięćdziesiąt metrów pod ziemią zwijają linę na szpulę i ściągają te drzewa i spada to szybem na dół, siuuuuuu plask, łubudu. Ściągają też stare, przegniłe pnie. Teraz to mniej istotne, ale na początku były bardzo ważne. Był tam już gotowy ekosystem wszystkich organizmów saproksylicznych, czyli różnych robaków, chrząszczy, larw i much, które jedzą korę, drewno, igły, liście i próchno i swoje odchody i siebie nawzajem, a także grzyby, które rosną na tym wszystkim, wszystko to żre się, rodzi i umiera w wiecznym bzyczeniu, chrzęstach i trzaskach - przerwała i spojrzała na Annę. Jastrzębska patrzyła przed siebie ze zmarszczonymi brwiami i wykrzywioną twarzą. Zmarła wpół ruchu żując kotleta.

- Mam przestać o tym mówić? - zapytała Jemajher. - Coś nie tak?

- Nie. Tylko… - Anna poruszyła ostrożnie szczęką, sięgnęła do ust, wyjęła z nich czarny kamyk i położyła na talerzu. - Natrafiłam na to i… Ja mogę gryźć tylko lewą stroną. Tylko tam… - Wydawała się nieco zakłopotana. Westchnęła. - Tylko tam mam zęby trzonowe, u góry i na dole…

- Aaa - powiedziała Dorota i w ułamek sekundy zaczęła z siebie drwić w myślach: Doskonale rozegrane. Dziewucha mówi, że nie ma zębów, a ty na to “aaa”. Empatia pierwsza klasa.

- Mów dalej - zachęciła Anna. - To bardzo ciekawe o tych robakach. Nie wiedziałam tego.

-  No i jak już ściągną te drzewa... - Dorota rozpoczęła powoli i niepewnie uważnie szukając fałszu na twarzy Anny. Nie znalazła. Wkrótce otrząsnęła się i mówiła z dawnym zapałem:

-... to rozdzielają na dwie komory. W jednej jest sucho, a w drugiej mokro. Każda z komór jest dla różnych gatunków robaków. Każdego miesiąca karmią te robale około trzystoma drzewami i cała ta materia zostaje zużyta całkowicie. Byłam kiedyś w środku suchej komory. Trzeba było ubierać kombinezon i przejść przez kordon urządzeń dezynfekujących. W środku jest ciemno. Czasami wpuszczają trochę światła o odpowiednim widmie, żeby to wszystko się jakoś rozwijało. Chodzi się po specjalnych pomostach zawieszonych nad komorą. Demontują je na czas zrzucania materiału. Gdy spojrzałam w dół myślałam, że zwymiotuję. To wszystko wije się tam w dole, lata, trzeszczy, pełza i żre się nawzajem. Ughh - zadrżała z obrzydzenia.

Przerwała na chwilę. Anna już znowu jadła wkładając widelcem małe porcje do ust.

-I pewnie zapytasz jak to wyłapują, żeby potem kotlety ulepić - kontynuowała. - Ano samo się łapie. Latające łapią lampami. Leci to do światła, rażą prądem i wpada to w rury. Na chrząszcze i larwy robią specjalne, odlane z plastiku misy z feromonami. Same wpełzają i wpadają do rur, które zasysają je do pieca do prażenia.  To działa sprawnie. Technologia dopracowana przez lata. Cała ta masa owadów zamienia drewno w nicość z doskonałą sprawnością. Część zabierają na nawóz, by powiększyć powierzchnię farm, a część zostawiają by jak najszybciej eksplodowała populacja tego wszystkiego i żywiła się następną zrzutą…. – Dorota przerwała, oderwała wzrok od talerza i zerknęła na Annę.

Jastrzębska pokiwała powoli głową i jadła dalej w milczeniu.

Dorota też zaczęła jeść. Kawałki kotleta przechodziły przez gardło jak kulki gruboziarnistego papieru ściernego.

- Ciekawe - pomyślała. - Napierdalam pięć minut jak katarynka, a ta nic.

- Da się jeść – usłyszała nagle głos Anny. Jastrzębska patrzyła na Dorotę z uśmiechem starając się nie odsłonić ubytków w uzębieniu.

- No, da się da, ja nawet lubię - odpowiedziała z pełnymi ustami i nagle się roześmiała. Towarzyszyły temu parsknięcia, mlaskanie a na końcu kaszel.

- Jestem Dorota - wyciągnęła rękę. - Dorota Jemajher. Technik. Niedługo inżynier.  Uderzyła się trzy razy pięścią w klatkę piersiową. - Coś nie w tą rurkę wpadło… - stęknęła.

- Anna Jastrzębska. Tunelowa, do końca pewnie, tunelowa.

Dorota wyczuła na dłoniach Anny odciski.

- Jesteś tu nowa prawda?

- Tak, nowa.

- No dobra, ja żyję tu całe życie i wiesz, tutaj bardzo trudno o dziewczynę, mówię poważnie, takich młodych dziewczyn, jak ty i ja, tu po prostu nie ma. Nie ma, rozumiesz? Może to dlatego tak nieco zdziczałam, wciąż tylko z tymi facetami i facetami, a to gruboskórne wszystko, tam elegancko mówić się nie da, bo patrzy tylko taki bez zrozumienia z gębą otwartą i nic tylko musisz westchnąć, wywrócić oczami i tłumaczyć mu tak… rozumiesz, brzydko. Tak to tutaj jest, więc wybacz, że ja czasem jestem taka wiesz, taka… niedelikatna.

Anna pokiwała powoli głową i uśmiechnęła się niepokażozębnym uśmiechem.

Dorota czekała, że Anna coś powie, ale mijały sekundy i kolejne sekundy, i następne sekundy, i żadne słowo z ust Anny nie padło.

- Trzeba by jeszcze pogadać, wiesz? - powiedziała żeby przerwać milczenie. Nie wiedziała czy ta Jastrzębska nie wie co powiedzieć czy może z niej kpi. - Wiesz mam zmianę niedługo, robota czeka, wpadłam, bo mnie jakoś głód przyszpilił, ale cieszę się wiesz, bo długo nie rozmawiałam z dziewczyną. Wiesz, my dziewczyny hehe - roześmiała się, zacisnęła pięść i lekko uderzyła Annę w ramię - musimy trzymać się razem.

Jastrzębska złapała się za ramię i spojrzała na nią zaskoczona.

- Ja tak tylko… - Jemajher pogłaskała ramię, które przed chwilą uderzyła. - Widzisz!? Widzisz co ze mną zrobili? To te chłopy. Ciągle się walą pięściami, a ja tak dawno nie rozmawiałam z dziewczyną taką jak ty... Kiedy to ostatnio było? Hmm... Niech się zastanowię... Nigdy. Tak to było nigdy, a więc dawno temu. Chyba w jakimś poprzednim wcieleniu. No to może jak skończę zmianę, co? Pogadamy wtedy?

-Tak. Ja tu jem codziennie o tej porze.

- Wiem - pomyślała Dorota.  

- Super! To do jutra - powiedziała Dorota..

Wstała energicznie. Talerze zadrżały, kubek z kawą przewrócił się na tacę i zalał resztki przypalonego kotleta.

 

*

 

Dorota przetarła wierzchem dłoni mokre od potu czoło. Zacisnęła mocno powieki, by piekące oczy mogły chwilę odpocząć. Pociągnęła przez ustnik haust mieszanki tlenowej i poczuła gorzki smak na języku. Rękawice i kombinezon utrudniały pracę. Guma była gruba i sztywna. Zniecierpliwiona ściągnęła prawą rękawicę, by szybciej wymontować przepalony układ. Całe pomieszczenie ociekało ludzkimi fekaliami, ale prawdopodobieństwo zachorowania nie było duże. Zaryzykowała po to, by szybciej skończyć pracę i wyjść ze zbiornika. Szarpała ze złością płytkę, ale zardzewiały zatrzask nie chciał puścić.

- Kończysz już z tym? - krzyknął z góry główny inżynier. Wystawił brodatą głowę przez małe drzwi u szczytu metalowej drabinki. W ręku trzymał urządzenie diagnostyczne. - Wyłaź stamtąd szybciej, bo prześmierdniesz. Do końca życia będziesz cuchnęła jak kupa – zarechotał.

- Jeszcze tylko jeden i zamykam - odkrzyknęła. - Będzie działać. Potem muszą to jeszcze doczyścić.

Włożyła gumową końcówkę do ust i pociągnęła następny haust powietrza. Szarpnęła jeszcze raz i płytka wyskoczyła z trzaskiem. Wstawiła zamiennik z przewieszonej przez ramię torby, zatrzasnęła blaszane drzwiczki, chwyciła drabinkę i weszła na górę.

- Idź już do domu – powiedział do niej brodacz, gdy wpełzła do korytarza.

Zdjęła z twarzy aparat tlenowy. Tu można było już bezpiecznie oddychać.

- Przebierz się i umyj. I tak za długo siedzisz. Będziesz śmierdzieć przez tydzień. A młoda jesteś, męża musisz szukać. Resztę zrobimy bez ciebie.

- Teraz to już niewiele wam zostało.

- Ja bym brał nawet taką śmierdzącą - odezwał się drobny chłopak majstrujący przy pękniętej rurze. Zredukował ogień palnika i podniósł maskę spawalniczą odsłaniając czarną od smaru twarz.

Dorota nie odpowiedziała, ale uśmiechnęła się. Poszła dalej wąskim, słabo oświetlonym korytarzem. Grube rury biegły po podłodze i zagłębiały się w ścianie doprowadzając ścieki z mis z modułu piętnastego do pieczary fermentacyjnej. Gdy dotarła do umywalni zsunęła z pleców uprząż z butlą tlenową. Ostrożnie położyła sprzęt na podłodze. Potem spłukała bród z gumowego ubioru i przebrała się w swój szary kombinezon.

Przez całą drogę do swojej wnęki mieszkalnej rozmyślała o Annie. Spotkały się już kilka razy, ale wszystko było na odwrót - to Dorota, a nie Jastrzębska mówiła. Nie taki był plan. To nie Dorota miała mówić. To miał być werbunek. Mówić miała Anna, ale ona mówiła niewiele. Słuchała tylko dotykając blizny rozpoczynającej się pod lewym uchem. Sunęła opuszką palca wskazującego po bladoróżowym zgrubieniu aż do prawego obojczyka. Czasami patrzyła na swoje dłonie jakby była zdziwiona, że one tam są. Te momenty nie trwały długo, ale Dorota odczuwała wtedy strach. Nie bała się o siebie, ale o Annę. Coraz częściej myślała o niej jak o kimś bliskim. Czy stała się siostrą, której nigdy nie miała? Było w niej jednak coś dziwnego, nawet przerażającego. Czasem patrzyła jak drapieżnik, jakby planowała ją rozszarpać i pożreć. Mimo tego, Dorota polubiła ją jak nikogo w modułach. Wstydziła się powodu, dla którego zaczepiła ją wtedy na stołówce. Kilka razy próbowała jej o tym powiedzieć, ale bała się jej reakcji. Zależało jej żeby to wszystko dobrze rozumiała.

Nie obchodził ją już Junker i Starcy, niech całują się w dupę. Muszą poradzić sobie inaczej. Znajdą sposób. Ona chciała mieć przyjaciółkę. To było jej marzeniem od zawsze.

Anna powiedziała jej o tym jak dotarła o Olbrzyma. Opowiedziała o dronie i żołnierzu, którego głowę niosła przez dziesięć dni. To była najbardziej nieprawdopodobna historia, jaką Jemajher słyszała w życiu, ale ani przez chwilę nie wątpiła, że to prawda. Wszystko stało się jasne. Żołnierz, którego uratowała Jastrzębska musiał być z plutonu Junkera. Albo Junker go znał. No i zwiad spłacił dług za jednego ze swoich.

Dorota pchnęła drzwi wnęki mieszkalnej. Po śmierci ojca mieszkała sama. Podłoga była gładka, a ściany trzymały pion. Skała była pomalowana białą farbą, co zmniejszało półmrok panujący wewnątrz. Pod ścianami stały dwa regały z półkami wypełnionymi książkami. To była kolekcja jej ojca, który niemal przez całe życie pracował w Olbrzymie jeszcze długo przed epidemią. Same techniczne opasłe tomy pełne tabel i wykresów. Porządkowi zostawili te książki, ale zabrali niemal wszystko inne. Wynieśli laptop, w którym dokonywał obliczeń, płyty z danymi, odręczne zapisane notatki, zdjęcia, ubrania, a nawet przybory do pisania. Pominęli tylko jeden skrawek czarnego lejącego się przez palce materiału o powierzchni kilkunastu centymetrów kwadratowych. Silnie uderzony, twardniał na kilka minut, a potem znów rozlewał się jakby wewnątrz była woda. Oprócz tego kawałka po ojcu nie zostało niemal nic. Tylko małe zdjęcie. Jedno z takich, które składało się w urzędzie dla uzyskania paszportu. Był na nim młody. Gdy robiono to zdjęcie istniał jeszcze stary świat. 

Rozsunęła zamek błyskawiczny, zrzuciła kombinezon i powiesiła na wieszaku. Była w samej bieliźnie i ciężkich skórzanych butach. Chłodne powietrze wywołało gęsią skórkę na ramionach. Zadrżała. Zrobiła kilka przysiadów, żeby się rozgrzać. Rozruszała nadgarstki, podskoczyła lekko i chwyciła wiszący na łańcuchu drążek. Gdy przestała się bujać, zrobiła pięć powolnych i kontrolowanych podciągnięć nachwytem, następnie obróciła dłonie i podciągała się podchwytem tak długo, aż zawisła w powietrzu nie mogąc już unieść się wyżej. Wierzgnęła nogami, wykonała ostatnie powtórzenie i zeskoczyła na ziemię. Miała przyspieszony oddech. Poczuła jak mięśnie ramion i barków puchną. Wykonała pięć serii tego samego ćwiczenia, a potem położyła się na łóżku i przykryła się kocem. Uśmiechnęła się. Ostatnio wieczorem coraz częściej się uśmiechała.

 

Rozdział 10

 

- Rzadziej przychodzisz ostatnio do łaźni…

Anna oderwała wzrok od książki i spojrzała na Antoniego zaskoczona. Czytała długo, więc minęło kilka chwil zanim twarz mężczyzny stała się ostra. Siedziała kilka metrów od niego, na szczapach drewna obok pieca.

- Tak - odparła. - Dorota dała mi skarpety pod kombinezon. Są ciepłe i kąpiele nie są już tak potrzebne, no i pokazuje mi tutaj różne rzeczy, tłumaczy jak tu jest.

- To dobrze, dobrze… Ja żyję trochę na uboczu i ode mnie byś się tego wszystkiego nie dowiedziała. A to dobra dziewczyna, to widać - westchnął. - Tylko proszę Aniu, nie daj się wciągnąć w żadną awanturę.

- Nie, nie. Nie martw się. Wszystko będzie dobrze.

- No i nie przychodzisz czytać. Kiedyś byłaś co drugi dzień, a teraz może raz na tydzień.

- Tak. To przez dzieciaki. Ciągle chcą żebym im opowiadała. Ciągle to samo, ciągle im mało...

- Bandziaki? - ucieszył się Antoni. - Przychodzą do ciebie do wnęki?

- Tak. Banda Kreski. Znasz ją?

- No pewnie. W Grzybni każdy ją zna. Tutaj banda Kreski to instytucja. Lepiej z nią dobrze żyć. Inne bandziaki nie wchodzą na jej teren. Nawet porządkowi udają, że jej nie ma. Nauczyli się, że wojna z Kreską się nie opłaca - Antoni zaśmiał się jakby przypomniał sobie coś zabawnego. - No, no… A co Kreskę i jej bandziaki tak interesuje?

Anna wzruszyła ramionami.

- Wszystko. Każą opowiadać, co jest na zewnątrz. Las, drzewa, słońce, deszcz. Ciągle mają pytania. Opowiadam im jak szłam do Olbrzyma.

- Tak… - Antoni pokiwał głową. - Dzieci lubią historie o tym, co jest nad ziemią. Przychodzą, bo ciągle masz w głowie te wszystkie soczyste szczegóły. Mrówy nie potrafią tak opowiadać. Nie zauważają tego, co interesuje dzieci. Dla mrów najważniejsze są fanty - westchnął. - Wiesz, że do mnie też kiedyś przychodziły dzieci, nie bandziaki Kreski, ale inne. Ale potem, z biegiem czasu, moje wspomnienia zwietrzały, wyblakły… Wiesz one to wyczuwają – pokiwał smutno głową. - No i przestały przychodzić.

- Mogę je tu przyprowadzić. Tu w łaźni jest cieplej. Na pewno się zgodzą.

Antoni uśmiechnął się.

- To, by sprawiło mi dużą przyjemność. I twoje opowiadanie i te dzieciaki - podwójna korzyść.

- Ona dowodzi tą bandą prawda? – zapytała Anna. - Dziewczynka, ta Kreska. Najstarszy z tych chłopców ma chyba jedenaście a lat, a słuchają dziewięciolatki. To dziwne.

- Tak. To chyba jedyna dziewczynka w modułach, która ma swoją bandę. Ma charyzmę. Urodzony przywódca. Inne grupy to sami chłopcy. Dziewczynki rzadko się do nich przyłączają. Zresztą, mało tu u nas w modułach dziewczynek, przecież widzisz.

- Dorota mi mówiła, że zabierają je na dół, do Kompleksu.

- Matki je oddają, oni je zabierają. Tak… - odpowiedział Antoni. - Tak to się odbywa: matki oddają, a oni zabierają.

Drzwi łaźni otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna. Razem z nim do środka wdarł się smród fekaliów. Na drelichu widać było ciemne plamy.

- Był wypadek. Poślizgnąłem się - wytłumaczył mężczyzna. Miał co najmniej sześćdziesiąt lat. Był przygarbiony i zarośnięty. - Trzeba teraz wyprać.

 Antoni odłożył książkę i odebrał podany przez mężczyznę identyfikator. Zapisał numer.

- Szóstka albo jedenastka - powiedział. - Proszę zejść. Zaraz naleję wody. Proponuję szóstkę. Dobra temperatura do prania i do kąpieli. - Wyciągnął rękę z kawałkiem mydła.

- No to ta szóstka niech będzie - powiedział mężczyzna,  odebrał mydło, skinął głową i zaczął schodzić w dół.

Anna odprowadziła go wzrokiem, a Antoni odkręcił zawory. Zbiornik zabulgotał. Woda spłynęła w dół. Antoni zajął miejsce przy stole i podniósł w milczeniu książkę. Nie rozmawiali, gdy na dole ktoś był.

Opuściła wzrok na kolana. Na czarnej, obłożonej w folię okładce widniał tytuł: “Witamy w Olbrzymie: Twoje prawa i obowiązki.” Dostała tę broszurę zaraz jak dali jej wnękę, ale rzuciła ją w kąt i o niej zapomniała. Dorota jednak nalegała, by Anna ją przeczytała. Powiedziała, że prawdę najlepiej widać przez kłamstwa.

Anna przeczytała już siedem z dziewięciu rozdziałów. Mówiły o systemie punktowym, religii, szkolnictwie, opiece zdrowotnej, wojsku, porządkowych i sądownictwie oraz szczególnej roli kobiet i dzieci. Na koniec zostawiła pierwszy i ostatni rozdział, które wydały jej się najmniej interesujące. Pierwszy miał tytuł: „Wojna i historia Olbrzyma”, a ostatni: „Gdzie zmierzamy?”.

Otworzyła na nowo książkę, odnalazła miejsce, w którym przerwała lekturę i zaczęła czytać na nowo:

“Jesteśmy w stanie wojny. Nie spadają bomby, nie ma linii frontu, ale wojna trwa nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat. Teraz to wiemy, chociaż na początku nie było to dla nas jasne. Po pierwszej fali epidemii wysunięto wzajemne oskarżenia i wiele narodów zareagowało agresywnie. Nastąpiło kilkadziesiąt eksplozji jądrowych na całym świecie w tym dwie na terenie północno-wschodniej Polski. Wojny nie trwały jednak długo. Szybko dostrzeżono, że epidemia nie oszczędza nikogo i atakuje na każdym kontynencie i w każdym kraju. W trzech falach, na przestrzeni stu siedemdziesięciu dni z powodu wirusa straciło życie lub uległo nieodwracalnej degeneracji około siedmiu miliardów ludzi. Przetrwali głównie ci, którzy charakteryzowali się naturalną odpornością lub żyli w słabo zaludnionych rejonach i w małych skupiskach ludzkich.

Teraz wiemy, że to był atak. Z nieznanych powodów obca cywilizacja zaatakowała ludzi na Ziemi. Zaatakowano w sposób najbardziej ergonomiczny z możliwych. Stworzony przez nich wirus infekuje wszelkie formy zwierzęcego życia, ale aktywuje się jedynie u ludzi. Wszystkie zwierzęta poczynając od myszy, a kończąc na słoniach zarażają kropelkowo, przez kał, mocz i płyny ustrojowe, ale są jedynie nosicielami. Wirus jest obecny wszędzie.

Wirus daje objawy po około osiemdziesięciu dniach od zarażenia. Następują ataki hormurii – czyli niepohamowanej agresji trwającego aż do utraty przytomności w wyniku krańcowego wyczerpania organizmu. W zależności od stanu zdrowia chorego ataki trwają od kilku godzin do kilku dni. Powtarzają się ze słabnącym nasileniem aż hormony uczynią z człowieka istotę niezdolną do uczuć wyższych, agresywną i kierowaną instynktem jak zwierzę. Ataki hormurii są jednak tak silne, że często zabijają. Szacuje się, że prawdopodobieństwo śmierci przed zakończeniem procesu degeneracji wynosi u mężczyzn w wieku biologicznym nieprzekraczającym trzydziestu lat około trzydzieści procent. To samo prawdopodobieństwo u kobiet wynosi czterdzieści procent. Śmiertelność w starszych grupach wiekowych zwiększa się o mniej więcej dwadzieścia procent na każde dziesięć lat wieku biologicznego. Ataku wirusa nie przeżywają ludzie liczący ponad siedemdziesiąt lat bez względu na płeć.

Obecnie jest na ziemi od miliarda do trzech miliardów degeneratów, którzy poprzez liczebność i agresywną terytorialność stanowią dla człowieka duże zagrożenie. Trudno określić ich dokładną liczbę. Wielu z nich umarło z powodu ataków hormurii, wielu padło ofiarą zwierząt zanim zorganizowali się w grupy zdolne się bronić i zdobywać pożywienie, wielu umarło z powodu chorób, zimna i z głodu. Inni przeżyli i zaczęli się rozmnażać.

Natychmiast po trzeciej fali zachorowań dotarły pierwsze meldunki o dronach Apokaliptian atakujących niezainfekowanych ludzi. Dopiero wtedy stało się jasne, że wirus został wytworzony przez obcą cywilizację. Piszemy o tych maszynach drony, gdyż żołnierzom zwiadu udało się kilka zniszczyć i nie napotkano w nich żadnych elementów organicznych. Maszyny są wyposażone w pole siłowe oraz broń energetyczną. Działają dwadzieścia cztery godziny na dobę i poruszają się w powietrzu z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę. Są całkowicie odporne na pociski broni ręcznej. W kilka dni rozbiły niemal wszystkie oddziały wojsk Olbrzyma wypełniających misje ratunkowe, a także wszystkie oddziały Wojska Polskiego oraz armii sojuszniczych, z jakimi mieliśmy łączność. Zniszczyły kilkadziesiąt śmigłowców i ciężarówek wysłanych z Olbrzyma w poszukiwaniu zapasów strategicznych i ocalałych ludzi. Straciliśmy również łączność radiową z innymi punktami oporu w Polsce, Europie i na świecie. Cisza radiowa trwa do dzisiaj.

Teraz wiemy, że drony są wyposażone w niezwykle czułe wskaźniki wykrywające urządzenia elektryczne, silniki na paliwa stałe i płynne, fale dźwiękowe powstające przy użyciu broni palnej oraz fale radiowe. Mamy nadzieję, że niektóre punkty oporu również posiadają tę wiedzę i dlatego zaprzestały nadawania. My jesteśmy głęboko pod ziemią i to chroni nas przed atakiem.

Drony Apokaliptian patrolują nieustannie całe terytorium Europy Środkowo-Wschodniej. Wiemy to z powodu szybkości ich reakcji. Jeden z dronów zjawia się najwyżej po upływie dwóch minut po zidentyfikowaniu bodźca wskazującego na obecność ludzi. Następne przybywają po kilkunastu minutach i pozostają na miejscu aż do zlikwidowania źródła sygnału lub dokładnego zbadania obszaru kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. Już z nimi nie walczymy. Nie jesteśmy w stanie prowadzić z nimi walki. Po ogromnych stratach w pierwszych dniach inwazji unikamy konfrontacji z dronami Apokaliptian. Naszym priorytetem jest przetrwanie i zapewnienie warunków do odbudowania populacji. Wybudowaliśmy kilkadziesiąt modułów mieszkalnych dla imigrantów oraz zapewniamy dwustu tysiącom ludzi warunki do życia i pracy. W Olbrzymie jest woda, żywność i energia elektryczna, co jest wynikiem lat pracy i pomysłowości naszych inżynierów. Wzmocniliśmy potencjał obronny Kompleksu oraz opracowaliśmy system wewnętrznych śluz dekontaminacyjnych, które ochronią nas przed skutkami pojawienia się wirusa wewnątrz Kompleksu. Nasi naukowcy cały czas dokonują odkryć, które pomogą nam nie tylko przetrwać, ale także stawić czoło intruzom, którzy opanowali Ziemię. Warunki życia nie dorównują tym, jakie ludzie pamiętają z czasów sprzed inwazji pod żadnym względem, ale stale się polepszają i będą się polepszać aż do momentu, kiedy wszyscy będziemy mogli bezpiecznie opuścić Olbrzyma.

Po epidemii i inwazji Apokaliptian świat się zmienił. Miejsce pól uprawnych zajął rzadki las lub gęste od krzewów i traw łąki. Miasta popadły w ruinę. Budynki rozsypują się. Wybuchają pożary. Korzenie rozsadzają beton i asfalt, maszyny rdzewieją i zamieniają się w stertę złomu. Miasta zamieszkują głównie degeneraci zorganizowani w bandy liczące od kilkudziesięciu do kilkuset osobników. Są silnie terytorialni, ale nie walczą ze sobą nawzajem. Poza terenem zurbanizowanym najniebezpieczniejsze są grupy zdziczałych psów, które coraz częściej wypierane są przez wilki.

Rada Olbrzyma przyjęła konserwatywną strategię na najbliższe lata. Wszystko wskazuje na to, że wróg nie zna lokalizacji Olbrzyma lub lekceważy nasz potencjał. To jest dla nas korzystne. Pozwala nam zebrać siły i środki do walki. Dążymy do wzrostu populacji, prowadzimy intensywne prace naukowe i inżynieryjne, by uderzyć na Apokaliptian w dogodnym dla nas czasie oraz zwiększać komfort życia ludności. Prosimy o zaufanie i cierpliwość. Wiemy jak nas ocalić."

Anna oderwała wzrok od broszury. Mężczyzna wchodził po schodach na górę w czystym, ale mokrym gdzieniegdzie kombinezonie. Skinął głową i wyszedł.

- Tu piszą, że kiedyś wyjdziemy z Olbrzyma - powiedziała.

- Niektórzy kiedyś pewnie wyjdą, ale ja na pewno nie… - Antoni uśmiechnął się cierpko. - Ale ty może wyjdziesz. Może ci się uda.

- A widziałeś tego drona? Niektórzy mówią, że one nie istnieją, że drony to wymysł i kłamstwo żeby tutaj nas trzymać.

- Ty przecież widziałaś - powiedział cicho Antoni.

Anna pokręciła powoli głową.

- Teraz już nie jestem pewna czy widziałam. To jest jak sen. Czasami myślę, że to, co było kiedyś, to tylko zły sen.

- Niektórzy myślą, że to, co teraz to tylko zły sen.

- A czego im brakuje? - zdziwiła się Anna. - Mają jedzenie, picie, ciepło, mieszkanie, mogą się umyć, rozmawiać z innymi, mogą mieć rodzinę, nikt ich nie krzywdzi, nie boją się, czego im jeszcze trzeba?

- Teraz tak myślisz - powiedział Antoni szarpiąc brodę w zamyśleniu. - Jak pożyjesz tu trochę dłużej, to zrozumiesz. Ludziom powszednieje wszystko, wystarczy że odpowiednio długo to mają, wtedy myślą, że nie mogą tego utracić i chcą czegoś innego, a potem jeszcze innego i jeszcze innego.

- A jak mają już wszystko?

- Jak mają wszystko to im się już nie chce żyć. Widziałem to wiele razy na tamtym świecie. Spełnienie wszystkich marzeń jest bardzo, bardzo niebezpieczne.

 

*

 

- Sześć tysięcy punktów? Tyle chcą? Ile ty będziesz na to harować? – Dorota spojrzała na Annę z niedowierzaniem.

- Dwa lata około, jeśli na nic nie wydam – Jastrzębska była nadal podekscytowana. Zobaczyła odtwarzacz w spisie dopiero przed godziną. Ktoś zostawił katalog w sali socjalnej otwarty właśnie na stronie z elektroniką. Miała odwrócić na stronę z tekstyliami, ale w opisie zobaczyła słowo “książka”. Zatrzymała rękę w połowie ruchu i rozprostowała ofoliowaną, ale i tak poplamioną stronę. Opis był następujący: “Odtwarzacz plików mp3, mp4, m4b, wav. Odtwarza pliki muzyczne i książki (audiobooki) w formacie m4b. 12 Tb pamięci. Nagrane 17 książek głównie A. Zajdel i Lem. 99% pamięci wolne. Czas odtwarzania: 30 godzin. “

- Jest tam siedemnaście książek - dodała - tak piszą w opisie, siedemnaście książek w takim małym czymś….

- To mało, dziewczyno - stwierdziła Dorota. - Widać, że masz o tym niewielkie pojęcie. Takie coś może mieścić setki jak nie tysiące książek i dziesiątki tysięcy piosenek. Widziałam mrówy, które miały takie urządzenie. One to czasem przynoszą z góry w ramach fantów. To popularne, mniej niż smartfony, ale prawie tak samo.

- I oni też mieli książki?

- Nie, oni najczęściej przynoszą je puste i nowe z magazynu na zewnątrz. Tak to nazywamy - magazyn. Kiedyś było takie miejsce gdzie ludzie mogli kupić za pieniądze wszystko. Miliony rzeczy. Klikali w komputerze i rzeczy przylatywały do ich domów. Ale takich wypełnionych nie znajdziesz w magazynie. Wypełnienie mieli wyłącznie z internetu.

- Internetu? - powoli powtórzyła Anna.

- Taaa… - Dorota machnęła ręką. - Nie wiem dlaczego, ale tak było. Wypełnienie, czyli to, co możesz na taki odtwarzacz nagrać, było tam i tyle, w tym internecie. Tylko tam. No i teraz jest problem. Po co komu odtwarzacz jak nie ma czego odtwarzać? Nie ma tego w magazynie i trzeba szukać w mieście urządzeń, na których jest coś nagrane, ale w mieście degeneraci i nikt nie chce tam chodzić. Zresztą nawet jak znajdziesz taki z wypełnieniem w mieście, to raczej nie będzie działać. Minęło wiele lat i bateria często jest do niczego. Ale z dysków czasem potrafią wyciągnąć dane. Są tacy ludzie. No bo o dane tu chodzi, o to wypełnienie. Dziwne, że ten odtwarzacz w spisie coś ma nagrane. Chociaż z drugiej strony, kto by chciał pusty za tyle punktów? Myślę, że ktoś z modułowców to sprzedał. On dostał dwie stówy, a oni to teraz cyk, za sześć tysięcy. Mógł to na czarnym rynku opylić, ale pewnie nie chciał… Nie, to niemożliwe, kto nie chce punktów? No tak, to był ktoś z białych. Tak, pewnie to był biały, a może biały jakiś umarł, nie miał kto dziedziczyć i dali to na katalog razem z całym jego majątkiem. Tak, to możliwe. Tak pewnie było… - Dorota pokiwała wolno głową. Wyglądała na dumną ze swojej teorii.

- Czyli jak dam sześć tysięcy to będę mogła słuchać?

- Nie. To nie ma głośników. Potrzebujesz jeszcze słuchawek, chociaż o nie łatwiej, bo wszyscy ich potrzebują no i jeszcze musisz to ładować prądem, więc potrzebujesz ładowarki. Za jedno ładowanie liczą sobie pięćdziesiąt. Sześć tysięcy nie starczy.

- To ile to będzie?

- No oficjalnie to pewnie z tysiąc plus potem ładowania.

- To prawie trzy lata… - Anna westchnęła i usiadła na pryczy. Nagle opuściły ją wszystkie siły.

- Ta. Prędzej płuca wyplujesz w tunelach, albo znowu podwyższą ceny. Zaopatrzenie coraz dalej… bla, bla, bla… coraz więcej dege… coraz trudniej znaleźć… bla, bla, bla - zawsze znajdą wytłumaczenie, żeby podnieść ceny. Jako tunelowa to ty se możesz gonić to swoje małe marzenie kilka lat.

- Niech i tak będzie - Anna wzruszyła ramionami. - To będzie mój cel. Ty nie rozumiesz: nie trzeba światła, leżysz we wnęce pod kocem i ktoś czyta książkę. Naciskasz guzik i czyta. I może czytać wiele razy. I jesteś w innym świecie. Znikasz i pojawiasz się tam.

- No tak - Dorota wywróciła oczami. - W innym świecie, może i tak, ale to tylko siedemnaście książek i siedemnaście światów. Może niektóre nawet gorsze od naszego. Będziesz nimi rzygać.

Anna wzruszyła ramionami.

- Nie spodziewam się tam siedemnastu światów. Mam nadzieję na trzy, w najlepszym razie pięć. Reszta to będą tylko wyrazy, które będą tworzyć zdania, które z kolei będą układały się w jakąś historię. Ale te pięć wystarczy.

- No to świetnie - pokiwała głową Dorota - ale jest jeszcze jeden problem.

- Co? – Anna poczuła nagle strach. Tak jakby ktoś zacisnął jej palce na gardle.

- Co, co! Ktoś może po prostu wykupić odtwarzacz przed tobą - powiedziała Dorota. - Kupi, skasuje książki i nagra Disco Polo. Tara lala lala kochana - zanuciła. - Blondi wskocz do mojej Hondi… I koniec. Światy znikną na zawsze. Zresztą tego odtwarzacza może już nie być w katalogu. Te papierowe katalogi odświeżają co kilka miesięcy, musisz się upewnić u systemowego, że nadal tam jest.

Anna westchnęła i przygryzła wargę.

- Ale, ale. Nie martw się dziewczyno - Dorota chwyciła ją za ramię i potrząsnęła mocno. - Przecież mamy tutaj czarny rynek. Czarniuśki. A na czarnym rynku i trochę taniej, i trochę więcej towaru. Odtwarzacze zawsze są. Ludziom głównie chodzi o muzykę i filmy, szczególnie młodym. Mrówy ciągle przyłażą z nowym sprzętem. Odtwarzacze są małe i lekkie, więc znoszą tego całkiem sporo. Co prawda dużo się niszczy, bo chcą oszczędzić na ładowaniu, a wiesz te skoki napięcia to nie przypadek. Ale inna sprawa to te twoje książki. Te audiobooki. Tego nikt tu jakoś nie chce. No, ale mamy takiego ciemnego typa, co się tym zajmuje. Nazywa się Rusek. To boss wszelkiej elektroniki. Obok bossa Przyjemniaczka, dyrektora szpitala i tego, co kontroluje walki w Wannie to najpotężniejszy człowiek w modułach. Święta trójca: sex, elektronika i dragi. Ci ludzie płacą komu trzeba i nikt ich nie rusza. Moim zdaniem biali wiedzą i przymykają oko. Rusek nagrywa ludziom na odtwarzacze co chcą i jeszcze to szyfruje jakoś, że potem nawet jak ktoś ma komputer to nie przegra tego na inną. Ma typ monopol, ale i tak można u niego nabyć towar, którego nie ma w katalogu i do tego taniej. I można doładować. Zebrał sobie dużą bazę muzyki i filmów - to akurat wiem na pewno. Każdy jak ma jakiś wkład to idzie do niego, bo jak Rusek tego nie ma, albo ma w gorszej jakości to płaci i płaci uczciwie. To krwiopijca, ale wie, że mrówy za to ryzykują życie. To jak rzut monetą. Orzeł - życie. Reszka - śmierć.

- To lepiej od niego? - zapytała Anna.

- No, na pewno taniej, ale czy lepiej to nie wiem. On może nie mieć audiobooków. To towar mało chodliwy i niebezpieczny. Tu nie wszystkie książki są dozwolone przecież wiesz. Niby nie istnieje żadna księga ksiąg zakazanych, ale niektóre tytuły znikały przez lata z bibliotek i teraz zostało to, co zostało. Na początku pozwalali na więcej. Nie bali się tak jak teraz. A teraz… Teraz jest inaczej.

- Kogo się boją? - zapytała Anna.

- No nas się boją, a kogo? Modułowców się boją. Boją się, że ich zostawimy. Swoich Białych też się boją niektórych, pewnie ...

- Jak to? To ktoś chce stąd wyjść? A nie jest odwrotnie? Że ludzie chcą tutaj być. –zapytała Anna i w odpowiedzi poczuła od Doroty jakiś rodzaj gniewu i niesmaku. Spojrzała jej w oczy. Jemajher nie była jednak zła na nią. Była zła na wszystko w sposób nieokreślony.

- Tak. Niektórzy chcą tu być, ale są i tacy, którzy chcą na zewnątrz. A oni wyjść nie pozwalają. A jak czegoś nie pozwalają to ludzie zastanawiają się, dlaczego.

- Może nie pozwalają po to, by tam nie umarli?

- Ta. I dlatego pozwalają umrzeć tutaj? Tutaj nie żyje się długo i już na pewno nie tak, jak powinno się żyć. Ale to temat na później - wzruszyła ramionami. - Teraz trzeba się skupić na tym, czego chcesz. Na tych twoich nowych światach.

 

Rozdział 11

 

Anna odłożyła płaski, ostry kamień na stół i usiadła na łóżku. Otarła pot z czoła. Grzyb trzymał się skały jak smoła. Trudno było go zeskrobać. Zaczęła rozcierać czerwoną pręgę na prawym śródręczu. W powietrzu unosił się gęsty, pikantny pył, bo nacinany owocnik tryskał sporami jak nadepnięta purchawka.

Na podłodze leżały czarne strużyny. Pomyślała, że przed położeniem się do łóżka będzie musiała wynieść je na obwodowiec albo zostawić w którejś z niezamieszkałych wnęk.

Do niedawna grzyb jej nie przeszkadzał, ale teraz to się zmieniło. Może dlatego, że widziała wnękę Doroty? Tam wszystko było czyste i równe – książki, ubrania, sufit, ściany i podłoga. Ściany były nawet wybielone. Wnęka nie była większa od tej Anny, ale tamtą można było nazwać domem. Czy właśnie o to chodziło? Czy chciała mieć znowu dom?

- Młotek - zamarzyła przenosząc wzrok znowu na ścianę. - Zwykły młotek, by wystarczył. Byłoby lżej. Młotek, dłuto i czas.

Uśmiechnęła się. Praca była ciężka, ale szła do przodu. Szara skała wyglądała lepiej niż grzyb. Tylko ten młotek. Młotka nie było nawet w katalogu.

- A czy więźniom kiedyś też dawali dłuto i młotek, gdy o nie poprosili? - odpowiedziała Dorota, gdy Anna o to zapytała.

Nawet gdyby Anna mogła go kupić i tak by tego nie zrobiła. Cena młotka, jak i ceny wszystkiego w katalogu, były bardzo wysokie, a ona potrzebowała punktów na swoje „małe marzenie”. Tak nazywała to Dorota – „małe marzenie”. Według niej to była celowa polityka Białych: chcieli, by ludzie gonili za ''małymi marzeniami'', nie myśleli o rzeczach naprawdę ważnych i dlatego wszystko w modułach poza jedzeniem było tak potwornie drogie.

Anna zebrała 1040 punktów. Policzyła, że za jeden punkt musiała przenieść ponad tonę skały. Miała coraz więcej z każdym tygodniem, ale to wciąż było za mało. Dorota była u Ruska i dowiedziała się, że odtwarzacze plików kosztują u niego od dwóch do trzech tysięcy w zależności od pojemności i baterii. Słuchawki po trzysta. Naładowanie za 50. Sam sprzęt kosztował więc minimum 2350 punktów, a Anna nie miała nawet połowy. Ale były też dobre wiadomości. Rusek posiadał niewiarygodnie długą listę audiobooków. Niewyczerpalne źródło nowych światów - ponad sto tysięcy tytułów. Większość była czytana automatem, ale i tak lista była zaskakująco długa. Gdy Jemajher zapytała skąd ma tak wiele nagrań Rusek się uśmiechnął.

- Po co ci to wiedzieć? Może sam lubię? - mruknął.

Dorota wzruszyła ramionami, ale i tak jej potem powiedział, że większość miał bezpośrednio z serwerów Bookigla. Jemajher nie wiedziała, co to Bookigl, ale nie chciała go pytać. Po co jej to było? Zresztą nie lubiła tego typa i jego wścibskiego synalka.

Anna spojrzała na ścianę wnęki. Była oskrobana dopiero w połowie. Plan na dzisiaj nie został wykonany. Chwyciła kamień ze stołu, ale po chwili opuściła rękę. Była zmęczona po całodziennej pracy. Nie była w stanie nawet myśleć. Jej umysł często przylepiał się do jakiejś myśli i obracał ją bezproduktywnie jak zepsuta maszyna. Opadła na pryczę.

Czy była głupia? Coraz częściej się nad tym zastanawiała. Czasami nie rozumiała słów, które mówiła Jemajher i potem musiała iść do biblioteki, by znaleźć ich znaczenie w encyklopediach lub słownikach. Wstydziła się zapytać.

Dorota opowiadała najczęściej o Olbrzymie i modułach, ale często zbaczała na tematy związane z historią i naukami technicznymi. Anna nigdy nie zatrzymywała jej nawet pytaniem. Czasami więcej rozumiała poprzez język ciała niż poprzez słowa, ale i tak lubiła słuchać Jemajher.

Z odrętwienia wytrąciło ją pukanie do drzwi. Tylko jedna osoba tak pukała. Anna poderwała się z łóżka, odciągnęła skobel i otworzyła rozklekotane, drewniane drzwi. Dorota wskoczyła do środka jakby podłoga na korytarzu paliła w stopy. Uścisnęły się, a potem Jemajher zasłoniła nos rękawem i zaczęła kaszleć.

- Boże, otwórz te drzwi dziewczyno, bo ci się płuca zagrzybią. Gęsto tu jak w saunie.

- Sauna - powtórzyła Anna w myślach. Kolejne słowo do sprawdzenia w słowniku. Potem pchnęła drzwi i zostawiła je otwarte na oścież.

- Uuu, porządki jakieś - stwierdziła Jemajher zdrapując paznokciem strzępek grzybni ze ściany. - Cały chcesz zerwać? Trzeba było powiedzieć, bym ci pomogła. Dobra, jutro przychodzę i może uda mi się wynieść jakieś narzędzia z roboty. Ty to skrobałaś bidulo tym dziadostwem? - Wskazała na kamień na stole.

Anna wzruszyła ramionami.

- Jak jakiś kurwa jaskiniowiec pięćdziesiąt tysięcy lat temu, co? - Dorota podniosła na chwilę kamień ze stołu. - Dziewczyno. Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Mamy noże, dłuta, no takie cuda - powiedziała. - Ale czekaj, tutaj to by najlepiej się sprawdziła taka druciana szczota… Taka wiesz… Taka mrrrhhh! - mruknęła i zacisnęła pięść.

Anna parsknęła śmiechem. Po chwili dołączyła do niej Dorota, która zrozumiała komiczny potencjał swoich słów. Śmiały się razem. Potem Jemajher pchnęła Annę na łóżko. Ta usiadła zaskoczona, ale zaraz chciała wstać. Jemajher powstrzymała ją ruchem dłoni.

- Siedź i słuchaj. Nie po to przyszłam, by o drucianych szczotach gadać. Mam nocną zmianę, więc nie mogę długo u ciebie siedzieć. Właśnie odebrałam to od krawcowej i nie mogłam się doczekać, żeby ci dać. Potem powiem ci gdzie mieszka, bo szyje tanio i dobrze. Tamtaradam! - Dorota wyciągnęła z rękawa okrągły kawałek sztywnego materiału i uroczyście złożyła go na kolanach Anny.

- Co to? - Anna uniosła starannie obszyte kółko do oczu. Na brązowym tle czarną nicią wyszyty był ptak z czerwonymi ślepiami.

- To kruk, umówmy się - powiedziała Dorota nachylając się nad Anną. Mówiłaś, że nie lubisz krzykliwych łat, więc ta jest naprawdę w takim „jestem-ale-mnie-nie-ma" stylu. Elegancka. To naprawdę dobry kawałek łaty. Nadaje się na prawe ramię. Chciałam żebyś już ją miała. Zastanów się przez noc gdzie chcesz ją nosić. Jak przyjdę ze zmiany to ją przyszyjemy. U mnie, dobra?

- No dobra, ale dlaczego? – zapytała Anna.

- Tutaj wszyscy młodzi noszą łaty, nie zauważyłaś? Jak nie masz łaty to jest wtedy dziwne, a ty przecież nie chcesz się wyróżniać co?

- No nie - powiedziała Anna miętoląc czerwonookiego kruka w dłoni.

- A poza tym, to nagroda za pierwsze podciągnięcie. To jest naprawdę coś. Pierwszy poziom siły - Dorota uniosła brwi i zatrzymała je. - Ale pamiętaj o treningach. Whooooa! Noś z dumą - Dorota zaprezentowała zaciśniętą pięść, wyskoczyła na korytarz i trzasnęła drzwiami.

 

*

 

- Około stu pięćdziesięciu tysięcy - odpowiedziała Jemajher. Była trochę zdyszana, bo szły szybkim krokiem już ponad pół godziny. – Plus, minus pięćdziesiąt tysięcy.

-Tak dużo? - Anna pokręciła głową z niedowierzaniem.

- Na dole w Kompleksie to dokładnie nie wiem, niektórzy mówią, że jest ich tysiąc, inni że tyle co nas, ale ja myślę, że tak teraz z dziesięć tysięcy. Tak. Ich jest dużo.

Szły jednym z bocznych korytarzy modułów. Był oświetlony i wygodniejszy niż obwodowy, ale mniej uczęszczany. Były daleko od Grzybni, w module dwudziestym siódmym i zmierzały w stronę dwudziestego ósmego.

- Wiem na pewno, że na krótko przed epidemią w Kompleksie pracowało jakieś tysiąc naukowców i inżynierów - kontynuowała Dorota. - To oficjalne liczby, więc trzeba je podwoić lub potroić. W końcu to była baza wojskowa, więc raczej jest tutaj wszystkiego więcej niż mówiło się oficjalnie - ludzi, sprzętu, no wszystkiego. Do tego dwa tysiące żołnierzy i mamy pięć tysięcy. Olbrzym to była słynna sprawa swego czasu. Wielu jednak przybyło, wielu zginęło. Myślę jednak, że takie są obecnie liczby. I ta grupa naukowców, inżynierów, techników i wojskowych rządzi. My nazywamy ich Białymi, a oni nas nazywają Czernią. Tak to wygląda.

- Czernią... - powtórzyła Anna na głos i dodała je do listy słów, które musiała sprawdzić w słowniku.

- Dokładnie - pokiwała głową Jemajher. – To słowo dobrze oddaje naszą rolę tutaj.

Minęło je dwóch mężczyzn. Anna nie potrafiła zrozumieć ani słowa z ich rozmowy. W tym module nie rozumiała nikogo z przechodniów. Na początku myślała, że mówią niewyraźnie lub slangiem, ale w końcu uznała, że to musi być jakiś inny język. Zdziwiło ją to, bo ludzie nie wyglądali jakoś inaczej. Nagle odbiła w bok, by przepuścić trzech porządkowych idących szybkim krokiem, ale i tak jeden potrącił ją tak mocno, że niemal upadła.

- Nie schodź im z drogi następnym razem - powiedziała Dorota oglądając się wrogo za mężczyznami i spluwając pod nogi. - I tak mają tu ludzi za nic! - krzyknęła za nimi, ale żaden się nie odwrócił, więc znowu spojrzała na Annę. - Pomiatają nami, bo dano im trochę władzy, piździelce. Dobra, teraz ty idź przy ścianie. Ja będę szła środkiem. Pokaże ci jak tu się chodzi.

Zamieniły się miejscami. Anna miała teraz po prawej pokrytą lepkim brudem skalną ścianę. Przez długą chwilę szły w milczeniu. Dorota miała zaciśnięte usta jakby myślała o czymś nieprzyjemnym.

- Tutaj mówią w jakimś innym języku - zauważyła Anna, gdy minęła ich kolejna grupa rozmawiających mężczyzn. Zapytała głównie po to, by Dorota się rozchmurzyła. Udało się. Oczy Doroty rozbłysły.

- Tak. To niemiecki. Te dwa moduły blisko Browaru wszyscy nazywają Fatherland. Na początku Niemcy byli rozproszeni tu i tam, ale różnymi sposobami udało im się tu zebrać w kupę. Nie stwarzają jednak Białym problemów i są lojalni, więc nikt im nie robi tu trudności. Nie chcą na zewnątrz, chociaż nie mają tutaj wiele lepiej od reszty. Po prostu Niemcy nie sprzeciwiają się władzy. Tak mi mówił często ojciec - Niemcy nie sprzeciwiają się władzy. Alex Hauer, ten który ci pożyczył kombinezon, to jeden z nielicznych, którzy myślą podobnie jak my i chce się stąd wydostać.

Anna spojrzała na szary kombinezon technika, w który była ubrana. Za duży, ale to było normą w modułach. Nikt nie szył kombinezonów na miarę i nie każdy chciał wydawać punkty na przeróbki. Oprócz kombinezonu Hauer oddał jej również swój blaszany identyfikator. Dorota uznała, że to wystarczy, by dostać się do Huty. Najważniejszy był identyfikator. Był bez zdjęcia, a słowo „Alex” było imieniem zarówno męskim i damskim.

- Biali nie chcą żeby tam w Hucie kręcili się zwykli modułowcy - tłumaczyła. - Kontrola jest w miarę dokładna. Tylko pracownicy. To nie chodzi tylko o Hutę. Obok jest przecież kombinat chemiczny, warsztaty szwalnicze i wiele mniejszych zakładów, a do tego wszystkiego prowadzi tylko przesmyk browarny. Myślę, że niedługo te moduły odetną od reszty jak tylko zostaną ukończone hale nowego kombinatu chemicznego. Zbudują kolejny Łącznik i wywalą do innych modułów tych, którzy tam jeszcze mieszkają. Już teraz jest tam większy posterunek porządkowych niż w każdym innym module mieszkalnym. Kilka razy większy. Za dużo zainwestowali w te maszyny, by to zostawić na pastwę Czerni jak zrobi się gorąco.

Skręciły w korytarz krzyżowy. Anna czuła się niepewnie w intensywnym, niebieskawym świetle. Skóra dziwnie swędziała. Mięśnie napinały się przygotowując ciało do ucieczki.

Znów musiały się zatrzymać. Środkiem korytarza, po wciśniętych w skale szynach, toczył się ze zgrzytem pękaty wózek. Jeden z mężczyzn ciągnął go za dyszel, a drugi pchał. Obaj mieli czerwone twarze. Co chwilę zatrzymywali się, kaszleli ciężko i spluwali na ziemię. W modułach nazywano te wózki krowami. Anna widziała je często. To takie wózki dowoziły substrat z latryn do biogazowni, a potem nawóz z biogazowni na farmy.

Przylgnęły plecami do wilgotnej ściany żeby przepuścić szambiarzy. Anna wyczuła, że ściana jest nienaturalnie gładka. Wózek minął je powoli zostawiając za sobą smród fekaliów. Kiedy przejechał odwróciła się i przyjrzała się dokładnie skale. Była gładka jak lustro, ale widać było na niej litery. We wgłębienia wcisnął się tłusty brud zasłaniając całe zadania, więc niewiele mogła odczytać.

- To mojżeszówki - Jemajher pochyliła się na chwilę nad uchem Anny. - Dziwne. Nie sądziłam, że jeszcze gdzieś są. Rozbijanie ich było swego czasu główną zabawą bandziaków. Nieźle. Popatrz. Tutaj można jeszcze odczytać całe zdania. O na przykład to! – wskazała palcem. - "Służba w oddziałach pomocniczych wynagradzana jest trzykrotnością stawki robotniczej... Bla, bla, bla ... również dodatkiem kwarantaryjnym... Bla, bla, bla ... Posiada możliwość przeniesienia ładunku o kubaturze..." Kto tak pisze?! - krzyknęła. - Jakby wcześniej dwa lata Tołstoja czytał albo jakieś inne średniowiecze. Kto z tych biednych chłopaków to zrozumiał? Brakuje tylko “albowiem” i “zaprawdę powiadam” i takiego tam podobnego gówna - Dorota wodziła palcem po umazanej oleistym brudem ścianie. Mamrotała przy tym pod nosem i parskała krótkimi kichnięciami śmiechu.

- Co to jest mojżeszówka ? - zapytała Anna. Zdecydowała się wyjątkowo zerwać ze zwyczajem nie zadawania pytań. Wydawało się, że to sprawa “specyficzna dla modułów” i o to nie wstydziła się pytać.

Dorota oderwała wzrok od brudnych liter i spojrzała na Annę. - No tak, to sprawa specyficzna dla modułów – powiedziała. - Słuchaj, na początku, zanim zainstalowali szczekaczki komunikacja między modułami, a Kompleksem odbywała się poprzez papiery przyczepiane na ścianach. Modułowcy nazywali je plakatami. Ale plakaty były zdzierane, bo można nimi było wyłożyć buty, napisać coś lub narysować, no wiesz modułowcy znajdowali dla tego papieru lepsze zastosowanie i nie pozwalali mu tak bezsensownie wisieć na skale. Niektórzy dotąd nie przyzwyczaili się do mycia wiesz tego... w szalecie - Dorota wskazała palcem swój tyłek. - Tylko rozmazują to wszystko papierem, ugh - Jemajher wykrzywiła usta i wystawiła język jakby miała zaraz zwymiotować. - A tak przy okazji wiesz, że jak Europejczycy zobaczyli papier toaletowy u Chińczyków to nie zauważyli, że on służył do osuszania umytego już tyłka, a nie rozcierania gówna po skórze. I przywlekli ze sobą ten barbarzyński zwyczaj tutaj. No, ale dobra. Wystarczy tej historii. Zresztą nie wiem czy to prawda, czy może chińska propaganda, kto ich tam wie. Nigdy się nie dowiemy chyba... Ale o mojżeszówce przecież mówiłam, tak... – machnęła ręką przy swojej twarzy jakby odpędzała dokuczliwą muchę. – Powiem ci wszystko, ale chodźmy, bo nie ma czasu - Dorota pociągnęła Annę za rękę. Poszły dalej korytarzem krzyżowym.

- Plakaty zlikwidowano, bo znikały w chwili, gdy spuścili je z oczu porządkowi. Tamci na górze papieru mieli dużo, sami go produkowali, ale nie chcieli, by tutaj znikał. Papier jest niebezpieczny, wiesz, nawet zadrukowany. Na takim papierze też można przecież pisać. Więc potem wymyślili, że będą szlifować ściany i laserem wypalać ogłoszenia. Wyobrażasz to sobie? Ludziom butów odmawiali, butów rozumiesz, mięsa wtedy w porcji wcale nie było, a sami laserem wypalali tu ściany. No i robili to do momentu instalacji krzykaczek. Odtąd wszystko ogłaszają krzykaczkami - wskazała ręką na głośnik zawieszony na ich głowami. Szły znowu przez chwilę w milczeniu. - No a wiesz mojżeszówka to od Mojżesza, takiego Żyda, co mu Bóg niby dał dziesięć zasad dla Żydów wypalonych w kamieniu. Nie wiem czy ty z Biblią zapoznana. Tam o nim piszą.

- Nie, nie czytałam - potwierdziła Anna. - A o co chodziło z tym dodatkiem kwarantanijnym? Tam na mojżeszówce ktoś napisał…

- Tak, tak… To miało zachęcić chłopaków do podpisania kontraktu na mrówę. To takie dodatkowe punkty za to, że musieli siedzieć w odosobnieniu kilka dni po przyjściu. Teraz ciągle to słychać przez krzykaczki tylko teraz mówią o punktach, niepowtarzalnej okazji i kilogramie na własność. Teraz punkty się nie liczą. Teraz to głównie ten kilogram. Zawsze potrzebują mrów.

- Mrówy wszystko tu przynoszą, tak?

- Tak.  Biali nazywają to teraz personelem pomocniczym czy może transportowym personelem pomocniczym, no jakoś tak – Dorota przerwała na chwilę, po czym potrząsnęła głową – nie, nie przed miesiącem nazwali to oddziałami wsparcia. Tak żeby dumniej brzmiało, ale to są po prostu tragarze, rozumiesz, tragarze. Te chłopaki podpisują trzyletni kontrakt, który zmusza ich do podjęcia jednej misji zaopatrzeniowej w miesiącu. W praktyce wychodzą każdego miesiąca, czyli razem trzydzieści sześć razy. Cały kontrakt przeżywa połowa mrów - reszta umiera lub zostaje zarażona, co można zrównać ze śmiercią. Z reguły przeżywają ci, co zostali ranni i dzięki temu udało im się wywinąć od kilku misji.

- Aż połowa umiera?

- Tak no i wiesz co? Chętnych nigdy nie brakuje. Wiesz, to w większości młodziaki, szesnaście, siedemnaście, osiemnaście lat. Dają im broń, uczą trochę strzelać i chłopaki myślą, że poradzą sobie na powierzchni. Każdy myśli, że akurat jemu się poszczęści. No i od niedawna puszczają ich z żołnierzem zwiadu i to nieco zwiększyło ich szanse.

Anna pokiwała głową.

- Ale ja tam tym chłopakom się nie dziwię - ciągnęła Dorota - chcą zobaczyć trochę świata, poczuć jak to jest tam na powierzchni, ale wiesz co ich naprawdę kręci?

Anna pokręciła przecząco głową. Zauważyła, że Dorocie zaiskrzyły oczy. Przyspieszyła kroku do tego stopnia, że Anna ledwo za nią nadążała.

- Sakwa ich kręci. Mówiłam ci już sakwa, kilogram, fanty.

- Sakwa?

- Tak, sakwa, to takie stare słowo. Sakwy dostaje każda mrówa. To taki worek. Co do niego wejdzie mrówa może przynieść z misji dla siebie. Wszystko co wejdzie, ale nie więcej niż kilogram. Oczywiście musi też przynieść odpowiednią ilość ładunku w zależności od wzrostu i wagi, ale minimum 40 kilogramów. Mają jednak prawo do wypełnienia sakwy.

-Wszystko mogą zabrać? - zapytała Anna.

- Niby nie ma fantów zakazanych, ale wszyscy wiedzą, co zabrać można, a czego nie można. Z doświadczenia wiedzą. Nikt tego nie mówi, to się okazuje podczas przeszukań na komisji. Nie muszą się tłumaczyć. Broni nie można, narkotyków - nie, dysków z danymi - nie, no bo nigdy nie wiadomo co na nich jest. Zabierają też wszystkie ubrania. Niby dlatego, że w ubraniach mogą być insekty, ale tak naprawdę dlatego, że mamy być tacy sami. Nikt tu nie może sobie paradować w dżinsach i skórzanych kurtkach. Czerń ma być czernią i tyle. Nikt nie ma się wyróżniać poza kolorem kombinezonu. To kwestia doktryny.

- A łaty? Przecież łaty są – zapytała Anna. – Dzięki nim niektórzy się wyróżniają.

- Łaty to wyjątek z dwóch powodów. Po pierwsze to element upuszczania pary, bezpiecznik taki, wytworzenia iluzji pewnej kontroli nad życiem. Tak samo jak wóda, prostytucja, loteria i walki w Wannie. To elementy systemu. Oczywiście łaty sami nie wymyślili, na początku z nimi walczyli, ale potem doszli do wniosku, że się nie opłaca. Reagują tylko jak ktoś przesadzi. W oficjalnym kilogramie mrówy przenoszą tylko pewniaki jak odtwarzacze muzyki albo video, softskriny, sprzęt do gier video, nośniki z muzyką i filmami - komedie i pornografia przechodzą prawie zawsze. Wiesz co to oznacza mieć tutaj muzykę? To jest jak sprzęt z innego świata, jak podróż w czasie. To samo z grami video. Niektórzy tylko o tym marzą i dlatego podpisują kontrakt. Wszyscy wiedzą, że trzeba służyć trzy lata i wyjść na zewnątrz kilkadziesiąt razy, a kary za dezercję to banicja z gołymi rękami, czyli śmierć, ale oni i tak myślą, że się jakoś wywiną. Zdobywają swoją konsolę, idą na kilka misji i wydaje im się, że mogą zniknąć w modułach i nikt ich nie znajdzie. I czasami im się udaje, przez jakiś czas przynajmniej. Ukrywają się miesiąc, dwa, słyszałam że jeden ukrywał się dwa i pół roku, ale w końcu dupa, porządkowi ich znajdują. Kara jest zawsze ta sama: przepadek mienia, ponowny trzyletni kontrakt i dozór. Ci z dozorem już nie mają szansy się wywinąć. Zapinają im na szyi obrożę jak psu. Jest tam nadajnik i bateria, która może boleśnie razić prądem. Zdejmują im ją dopiero przed wyjściem na powierzchnię, a zaraz po wejściu do środka znowu zapinają.

- Nie widziałam nikogo z tym na szyi - powiedziała Anna.

- Bo oni je ukrywają. Obroża nie jest gruba, to ledwie sznurek, Łatwo ją schować , ale one tam są. Wstydzą się tych obroży… ej, ale nie myśl, że mrówy to idioci. Sama bym się zgłosiła na mrówę jakbym mogła. To dzięki nim wiemy więcej, co się dzieje na zewnątrz. To dzięki nim do modułów przenikają rzeczy, których Biali nam odmawiają. Na przykład Paradyzja. To był przypadek, ale zmienił wiele.

- Paradyzja?

- Tak. Przeczytaj to zobaczysz. To stara książka, ale naprawdę nie trzeba więcej by zrozumieć to, co tutaj się dzieje. To jest nasza książka. Człowiek, który to pisał żył sto lat temu, ale wszystko przewidział, a raczej opisał mechanizm, który jest stary jak świat.

- I mrówa ją przyniosła?

- Tak. Dawno temu. Dzięki mrówie Paradyzja znalazła się w Olbrzymie. Mrówy przynoszą też wiele innych rzeczy, które na pewno zostałyby zatrzymane przez porządkowych: książki, muzykę, mapy, podręczniki, papier. Tu, tak jak w Paradyzji zabrania się nam absurdalnych rzeczy. Ta Paradyzja stała się tak popularna, że modułowcy ciągle robią kopie tej książki, ale w mniejszym kieszonkowym formacie po to, by było łatwiej ją ukryć. Ręcznie przepisują. Mogę ci taką dostarczyć. Możemy przeczytać ją razem u mnie. Hehe. Tak jak u Orwella będziemy się spotykać, by przeczytać księgę zakazaną.

Zwolniły, a potem zatrzymały. Stanęły na końcu kilkunastoosobowej kolejki przed przesmykiem. Przed wejściem czekali głównie mężczyźni ubrani w pomarańczowe kombinezony hutnicze. Podwinięte rękawy odsłaniały żylaste przedramiona. Stali niemal bez ruchu. Słuchać było tylko przyciszone basy i głośny kaszel.

- Ten moduł tutaj – powiedziała szeptem Dorota wskazując palcem na podłogę - nazywamy browarnym. Dzieli on wszystkie moduły z grubsza na część przemysłową i całą resztę. Myślę, że w końcu podzielą moduły i przemysłówka będzie dla Białych. Eee, chyba już Ci to mówiłam, ale tak będzie. Widzisz, to wszystko przestaje się trzymać kupy. Na początku moduły miały być samowystarczalne, budowane w taki sam sposób, z takimi samymi pomieszczeniami a różniący się jedynie rodzajem zakładów. I tak je budowano na początku. Obawiali się jeszcze wirusa. Potem jednak moduły zaczęto specjalizować. To zniszczyło poczucie równości między nami. Oni tłumaczą, że moduły się wyspecjalizowały tak jak ewoluujący organizm. Wydaje mi się jednak, że cała ta modułowa specjalizacja ma dać korzyści tylko im na dole. Wszystko kurwa tu jest po to, by dać korzyści tylko tym na dole.

Anna spostrzegła, że kilku mężczyzn obróciło twarze w ich kierunku. Mieli przekrwione oczy i poorane zmarszczkami, wyschnięte policzki, nawet ci, którzy wydawali się młodzi.

- Zauważyłaś, że nic nie mówią o historii? – kontynuowała Dorota. - Ludzie to pamiętają, a w twojej broszurze nic o tym nie ma, prawda? Po prostu Olbrzym zaczął przyjmować ludzi i trach narodziły się moduły. Nie, nie, nie. Tak nie było. Wielu starszych ludzi pamięta jeszcze o Filtraku, o obozie filtracyjnym. Tak go wtedy nazywali, ale to był zwykły obóz pracy. Bali się tej nazwy. Nigdy i nigdzie, stłoczenie wystraszonych ludzi na małej przestrzeni, nie doprowadziło do czegoś dobrego. Tak było i tym razem.

- Nie wiedziałam o tym – odpowiedziała Anna szeptem. Miała wrażenie, że mężczyźni się im przysłuchują. Wychwytywała krótkie, badawcze spojrzenia. Coś przeczuwali. Nie pasowały tutaj.

Kolejka posuwała się do przodu. Gwar był coraz większy. Słyszała już wyraźnie polecenia wykrzykiwane przez porządkowych na posterunku.

- Ja sama znam to z opowieści – mówiła dalej Dorota - ale zaraz po tym jak wszyscy zorientowali się, że hormurii nie da się opanować, kiedy przestały działać telewizje, radio, przestano dostarczać prąd i wodę, niemal wszyscy, których wirus nie wypędził z ciała ruszyli w kierunku Olbrzyma. Przecież przez lata to była chluba Polski. Ludzie myśleli, że jeżeli gdziekolwiek jest jeszcze ratunek, to tylko tam. Większość była zarażona, ale po każdym ataku, jeżeli tylko pozostawali jeszcze ludźmi, to kierowali się tutaj. Przybywali zewsząd, z każdego kierunku, najwięcej Polaków, Niemców, Czechów i Ukraińców, ale tutaj bramy były dla wszystkich zamknięte.

- Ale przecież tutaj są... - szepnęła Anna. Obejrzała się za siebie. Za nimi stało kilkanaście osób. Już nie tylko mężczyźni, ale i kobiety w brązowych kombinezonach. Rozmawiały ze sobą głośno.

- Tak są, ale nie dzięki dobroci Białych. Biali czekali kilka tygodni aż wszyscy wymrą od wirusa hormurii, innych chorób, głodu, wewnętrznych walk, będą rozszarpani przez psy, które tysiącami zmierzały w to miejsce albo zabici przez degeneratów i pewnie by tak było gdyby nie obozy. Niemcy zbudowali pierwszy. Dotąd pamiętają jego projektanta i przekazują o nim pamięć następnym pokoleniom. Nazywał się Hans Eitenstall. Zbudowali obóz, oddzielili chorych od zdrowych, zorganizowali się nie czekając na łaskę tych z Olbrzyma. W ciągu kilku tygodni Niemcy zbudowali fosę, ogrodzenie i mieli schronienie, w którym byli w stanie się oprzeć atakom degeneratów i psowatych. Wkrótce dołączyli do nich Polacy i cała reszta. W Olbrzymie zrozumiano, że pozostawienie tych wszystkich ludzi na zewnątrz przynosiło więcej problemów niż korzyści. Narażało Olbrzyma. Bali się dronów, chociaż one nie działały jeszcze tak jak teraz, nie było ich tak wiele wtedy. Zrozumiano, że ci ludzie mogą tam koczować miesiące, a nawet lata. Niektórzy zaczęli też czopować szyby wentylacyjne. Wrzucali w nie martwe zwierzęta. Sytuacja stawała się nerwowa. Wtedy dopiero Rada Olbrzyma zdecydowała o przekształceniu obozu niemieckiego w obóz filtracyjny. Wysłano inżynierów i dostarczono materiały, żeby wzmocnili wzniesione już budynki. Zdrowych ludzi obiecano zatrudnić pod ziemią do budowy modułów. Wtedy wszyscy strasznie bali się hormurii i w Olbrzymie, i w obozach. Postanowiono, że nikt nie zostanie wprowadzony do Kompleksu, nowo przybyli musieli wybudować sobie moduły mieszkalne pod ziemią wedle dostarczonych planów. Dano im do zrozumienia, że im szybciej je wybudują, razem z infrastrukturą umożliwiającą przeżycie, tym szybciej będą mogli się w nich schronić.

Były coraz bliżej porządkowych. Dorota mówiła coraz ciszej i szybciej.

- Przy pracy nad pierwszym modułem wielu umarło zanim zdrowym pozwolono zejść pod ziemię. Co najmniej setki może tysiące? Nie wiem. Krążą różne plotki. Podobno w pracach wykorzystywano hormuryków i to nie była kwestia, że chcieli tak z Olbrzyma. Im było wszystko jedno. To ludzie z Filtraka zdecydowali, że zarażeni mają pracować jak niewolnicy. Trzymano ich pod ziemią. Pracowali do śmierci lub do momentu, kiedy zaczęli wymykać się kontroli. Pilnowało ich kilkudziesięciu nadzorców. Wmawiano im, że hormurycy to już nie są ludzie, że należy ich wycisnąć do cna na pożytek żyjącym. Tak było, a ci brygadziści, bo tak ich nazywano, niektórzy żyją dotąd w Olbrzymie. Podobno jest ich wielu – Dorota umilkła, bo w kolejce przed nimi stał już tylko jeden robotnik.

- Nazwisko - zapytał porządkowy. Anna podała nazwisko i podsunęła mu identyfikator. Nawet nie spojrzał tylko niedbale ją obszukał i kazał iść dalej. Spieszył się. Poczekała na Dorotę, a potem przeszły przez ciężkie stalowe drzwi i weszły do pierwszego z modułów przemysłowych. Szły na wprost korytarzem krzyżowym.

- To warsztaty - wytłumaczyła Dorota. - Ten moduł to był kilka lat temu zwykły mieszkalniak. Wnęki połączyli i pogłębili, by zrobić miejsce na szwalnie. Cały ten moduł nazywają Szwalnią. Szyją tutaj mundury, uniformy, komże i ubrania dla Kompleksu, a także kombinezony dla Czerni.

Anna pokiwała głową. Za ścianami słyszała turkot maszyn do szycia i kakofonię kobiecych głosów. Kilka razy musiały się przykleić do ściany, by przepuścić pchane po torach wagoniki.

Poszła dalej za Dorotą, która ani przez chwilę nie zwolniła. Na przesmyku z Hutą nie było już kontroli. Przeszły przez szeroko otwarte stalowe wrota i znalazły się w obszernym pomieszczeniu. Zbiegały się tam tory z trzech korytarzy. Przy jednej z nich stał pusty wagon. Nie było tu nikogo. Dorota wybrała środkowy korytarz. Był nieco szerszy niż pozostałe dwa i lepiej oświetlony. Po kilkunastu metrach powietrze stało się cieplejsze i Anna poczuła dym. Z głębi korytarza dobiegał warkot, okrzyki i szczęk stali.

- Zaraz będziemy - krzyknęła Dorota. - To moduł o specjalnym przeznaczeniu. Budowany inaczej. Nazywamy go Hutą.

Za następnym zakrętem korytarz rozszerzał się i prowadził do olbrzymiej pieczary. Skała drżała od uderzeń, było gęsto od pary i dymu. Anna uniosła rękę, by osłonić twarz przed gorącymi podmuchami powietrza.

W głębi pieczary stał piec oblewający strop i stalowe kolumny czerwonym światłem. Od pieca odchodziły tory, po których ze zgrzytem pięły się wyładowane złomem wagony. Tory wiły się między maszynami walcującymi blachę i kadziami z płynnym żelazem. Trójpalczasty manipulator obracał rozżarzone kawałki stali, a potem wpychał w szczęki potężnych pras. Młoty uderzały pozostawiając w uszach pisk. Ludzie w grubych pokrywających całe ciało kombinezonach krzyczeli i próbowali okiełznać drżące od wysiłku i czarne od smaru maszyny.

Anna poczuła szarpnięcie za ramię. Odwróciła się. Dorota coś do niej mówiła, ale słowa tonęły w syku skwierczącej stali i huku pracujących maszyn. Nachyliła głowę. Poczuła, że usta Doroty dotykają jej ucha.

- Nic z tego nie jest dla nas - krzyczała Dorota. - Nic z tego co tu robią. Wszystko wywożą na dół. Nic z tego, co tutaj robią, nie jest używane w modułach.

Anna patrzyła na pracujące maszyny bezmyślnie, jak na coś pięknego i przerażającego jednocześnie. Iskry tryskały pod sufit. Na skalne ściany skakały rozedrgane cienie.

- Co oni tu budują? - krzyknęła w ucho Dorocie. Ta skinęła głową i pociągnęła ją za rękaw. Wycofały się kilkanaście kroków w głąb korytarza by móc swobodniej rozmawiać.

- Trochę części do silników, do wind, blachy, belki i pręty do wzmacniania korytarzy i pomieszczeń, bo ich tunele są inne niż nasze. Tam mają podłogi, elektryczność i kanalizację. Wszystko jest wzmacniane stalą, nawet wybetonowane, a nie goła skała jak u nas. Tam nie boisz się, że od stropu odpadnie kamień i rąbnie cię w łeb… - prychnęła. - No, ale w większości robią tu elementy, których przeznaczenia nikt nie potrafi określić. Niektórzy mówią, że to przypomina wieka trumien inni, że jakiegoś rodzaju drzwi. Robią tego coraz więcej - Dorota przerwała, zmrużyła oczy wypatrując czegoś w głębi hali. - Kurwa. Już nas zauważyli. - Anna poczuła silne palce Doroty na ramieniu. - Widzisz tamtego? Idzie tutaj by nas wylegitymować - wskazała na barczystego mężczyznę schodzącego po stalowych schodach. - Idziemy. Nie biegniemy, tylko idziemy - pociągnęła Annę za sobą.

Szybkim krokiem wróciły do lejkowatego korytarza, którym przyszły, prawie biegnąc minęły przesmyk i zagłębiły się w wąskie tunele Szwalni. W uszach Anny nadal dzwoniły hutnicze młoty. Dorota zwolniła po kilkudziesięciu metrach i szła nieco wolniej jakby już nie obawiała się pościgu. Weszły w korytarz obwodowy. Tonął w mroku tak jak korytarze obwodowe w modułach mieszkalnych.

- Przy okazji jeszcze coś załatwimy - szepnęła. - Żeby był jakiś konkretny pożytek z tej wycieczki.

Poruszały się niemal po omacku. Trzymały się za ręce. Dłoń Doroty była gorąca i śliska od potu. Nagle Jemajher zatrzymała się. W tym miejscu było nieco jaśniej. Anna widziała zarys jej ciała. Dorota wspięła się na palce i włożyła dłoń w szczelinę skalną. Wyjęła szeroką na kilkadziesiąt centymetrów belę brązowego materiału. Wyglądał identycznie jak ten, z którego szyto kombinezony, ale był sztywniejszy i cuchnął chemikaliami.

- Przy okazji przeniesiemy to do nas - powiedziała rozpinając kombinezon. Wysunęła ramiona i górna część jej ubrania opadła na podłogę odsłaniając cienką koszulkę na ramiączkach i majtki. Bielizna była stara i sprana. Anna poczuła się dziwnie widząc nagie ciało Doroty. Zapragnęła dotknąć tego brzucha, szyi, ramion, przytknąć dłoń, nie, wtulić się w nią, odpocząć.

- Pomóż mi, słyszysz? - usłyszała nagle syknięcie Jemajher. Anna ocknęła się i oblizała spierzchnięte usta. Teraz dopiero zobaczyła, że Dorota wyciąga w jej stronę rękę. - Musisz mnie obwiązać tym materiałem w pasie. Jedna bela dla mnie, a druga dla ciebie.

Anna zbliżyła się na odległość kilkunastu centymetrów i wzięła od niej koniec materiału. Poczuła zapach jej włosów. Kiedy pierwszy raz zapytała jej o ten zapach Dorota z zakłopotaniem przyznała, że używa szamponu. Mówiła, że na szampon wydaje wszystkie swoje punkty. Chciała chociaż na chwilę uwolnić się od smrodu biogazowni. Tłumaczyła, że z ciała zmywa się samą wodą z mydłem, jak się długo szoruje, ale z włosów już nie.

- Ściśnij mocno i zacznij tuż nad tyłkiem - Jemajher uniosła ramiona. - Dobrze. Teraz wyżej. Anna poczuła pod palcami jej ciepłą skórę. Materiał był sztywny, źle układał się na ciele. Dorota obróciła się kilka razy, a potem wyjęła końcówkę z rąk Anny i wcisnęła pod brzuch. - Dobra teraz ty - powiedziała, gdy zapięła kombinezon. Anna rozsunęła zamek błyskawiczny. Z pomocą Doroty owinęła sobie materiał wokół pasa. Jemajher zrobiła to sprawnie i szybko.

- Dobra. Idziemy teraz od razu na przesmyk. Spocimy się strasznie w tych belach, dlatego trzeba wyjść jak najszybciej.

Nie odzywały się do siebie aż do posterunku porządkowych. Sztywny materiał boleśnie ocierał się o skórę. Przez posterunek przeszły bez problemów. Porządkowi puścili je bez kontroli. Anna odetchnęła. W kolejnym module Jemajher zaprowadziła ją do wnęki, w której siedział Alex Hauer. Drżały mu ręce, gdy odbierał od niej identyfikator.

- Wszystko bez kłopotu - Dorota starała się go uspokoić.

- Po prostu długo was nie było – odpowiedział Niemiec. Hauer odwrócił się do ściany, gdy zdejmowały z siebie bele materiału.

 

Rozdział 12

 

Półmrok zgasł i zamienił się w lepką ciemność. Anna poczuła chłód. Zewsząd dochodziło sapanie i przekleństwa. Usta i nos wypełnił zapach ludzkiego brudu.

- Trzymaj się mnie - ciepły szept Doroty Jemajher otulił małżowinę prawego ucha. - Zawsze gaszą światło, żeby nie można było rozpoznać zawodników ani publiczności. Taki rytuał bardziej. Niczemu to nie służy. I zawiąż chustę na twarzy. Już blisko. Jakby nas rozdzielili to wal łokciami najmocniej jak umiesz. Pokazywałam ci jak. I krzycz.

Anna zacisnęła dłoń na ramieniu Doroty i podążyła za nią w ciemność. Skręcały kilka razy lawirując między ciałami spoconych robotników. W końcu zwolniły. Tłum stał się gęstszy. Dorota pociągnęła ją w bok. Mrok był tutaj rzadszy. Ściany rozświetla coraz jaśniejsza żółta poświata. To nie były anemiczne promienie lamp rtęciowych tylko ciepłe światło, które mógł dać jedynie ogień.

- Niedługo wyjdziemy na arenę – szepnęła Dorota. -  Trzymaj się mnie. Lepiej się nie rozdzielajmy.

Korytarz skończył się po kilkudziesięciu metrach. Anna spojrzała w górę na wznoszący się kilkanaście metrów wyżej strop. W wywiercone w ścianach dziury wetknięto pochodnie. Czuła zapach dymu. Zaczęła drżeć, chociaż wewnątrz pieczary było ciepło. Jeszcze nigdy nie otaczało ją tak wielu ludzi. Było ich setki, może tysiące. Stali blisko siebie, krzyczeli, popychali się. Ciągle napływali nowi. Wielu miało twarze zasłonięte szmatami lub ukryte pod maskami przeciwpyłowymi.

Zacisnęła dłoń na kombinezonie Doroty. Jemajher zrównała się z nią.

- Tu tak zawsze jest - powiedziała. - Nie bój się.

Tłum z tyłu napierał, więc nie mogły się zatrzymać. Zaczęły schodzić w dół. Anna potknęła się o skalny stopień, ale Dorota nie pozwoliła jej się przewrócić.

- Uważaj, bo cię zadepczą – syknęła.

Zaczęły schodzić po wykutych w skale stopniach. Pieczara miała kształt przypominający kurze jajo. Przez dwa korytarze kończące się na linii jego największego obwodu ciągle wchodzili jeszcze ludzie.

Dobrze, że jesteśmy wcześnie - powiedziała Dorota. Inaczej byś nie miała takiego dobrego miejsca. Zatrzymały się niemal na samym dnie, przy stalowych barierkach. Za barierkami ściany opadały stromo w dół, ale potem łagodniały tworząc szeroką nieckę o nieregularnym podłużnym kształcie.

- Nazywają to Wanną - wytłumaczyła Dorota. Musiała krzyczeć, bo w pomieszczeniu było coraz głośniej. - Tam będą walczyć - wskazała na dół palcem. - Widzisz pośrodku kolumnę? Nazywają ją Kciukiem Boga. Nie pytaj mnie dlaczego. Wielu o nią pogruchotało kości. Mówią, że ściany tej wanny są tak gładkie, że nawet karaluchy nie potrafią się po nich wspiąć. Przed walką natłuszczają je olejem. Zresztą zobaczysz sama.

- I Biali pozwalają na te walki? - zapytała Anna. Bała się. Było tu za dużo ludzi. Czuła, że powietrze jest zbyt ciężkie by oddychać.

- Czy pozwalają? - parsknęła Dorota. - Oni to wymyślili. Myślisz, że to pomieszczenie to dla nich tajemnica? Mówiłam ci już, że to część systemu. Tylko naiwniacy myślą, że walki są nielegalne. Całe to gaszenie świateł, zasłanianie twarzy, to całe zadęcie to taki rytuał. A pewnie nikt się nad tym nie zastanawia - machnęła ręką zniecierpliwiona. - Rozumiesz? Tak to już u nas jest. W masie ludzie są tępi. Można ich na rzeź prowadzić, a zauważy dopiero ten, któremu przyjdzie ostatniemu nadstawić gardła. Tamci z dołu popierają te walki. Nic się nie zmieniło od Cesarstwa Rzymskiego. My jesteśmy taką samą czernią jak obywatele Rzymu. A takiej czerni wystarczy mieć co jeść, pić i o czym plotkować. Kobiety plotkują o mężczyznach, a mężczyźni o walkach w Wannie. I jeszcze wódka tania. Tak to wygląda. To jest cel Białych i dzięki temu mają kontrolę.

Ludzie szybko wypełnili pieczarę. Byli to w ogromnej większości mężczyźni. Wszystkie drelichy były brązowe lub szare. Twarze zaczerwienione, gałki oczne przekrwione. Przekrzykiwali się i skandowali imiona ulubionych zapaśników.

- Biali też tu przychodzą! - krzyknęła Dorota. - Przebierają się i przychodzą! A żołnierze nawet walczą w Wannie. Wielu z modułowców też walczy. Dlatego tak ludzie to lubią. Nasi robotnicy przeciwko ich żołnierzom… - Dorota przerwała, tłum ryczał tak głośno, że nie można już było rozmawiać.

Zawodnicy zmierzali do Wanny. Każdy wszedł oddzielnym wejściem. Publiczność zaczęła rytmicznie pohukiwać. Ludzie rozstępowali się przed nimi. Ciało wyższego opinał ciasny, czarny kombinezon, a twarz zasłaniała maska. Drugi, krępy i włochaty, był ubrany tylko w slipy. Na głowie miał czerwony czepek zasłaniający oczy i nos. Wydatna, porośnięta kilkudniową szczeciną szczęka była odsłonięta. Zawodników poklepywano po plecach, pokrzykiwano na nich i niemal każdy wyciągał dłoń, żeby ich dotknąć.

- Bordo, Bordo - skandowali klaszcząc rytmicznie. Sympatia publiczności była po stronie zawodnika w czerwonej masce.

- Wszyscy znają Bordo - wytłumaczyła Dorota. - To jeden z kucharzy. Maska to tylko takie pierdziszewo. Każdy wie kim jest.

- A drugi?

- Pewnie żołnierz. Nie wiem. Nazywają go Zol. Rzadko walczy, ale jest dobry. Chyba jeszcze nie przegrał.

Przyglądały się przez chwilę w milczeniu schodzącym do Wanny zawodnikom.

- No dobra - Anna krzyknęła Dorocie do ucha. - Zobaczyłam już. Możemy już wracać?

Jemajher spojrzała na nią z miną dziecka, któremu odbiera się ulubioną przytulankę, ale przyjrzała się twarzy Anny i parsknęła śmiechem.

- Niedobra! Prawie mnie nabrałaś. Niedobra. Uuuhhh! - wykonała ruch ręką jakby ścierała pot z czoła. No dobra. Przyznaję się. Lubię to trochę … Aaaaa! Lubię to i już! Dobra, chodzę tu zawsze, za każdym razem, kiedy tylko mogę! Oooo, patrz! Już są, już są, już są - zaczęła klaskać.

Zawodnicy pochylili się i przecisnęli pod stalowymi barierkami. Ześlizgnęli się na dno Wanny. Zdjęli buty i podali je sekundantom, po czym zaczęli natłuszczać ciało olejem. Sala nieco ucichła.

- Zasady są proste - Dorota za każdym razem nachylała się do ucha Anny i przerywała, gdy wrzask tłumu zagłuszał jej słowa. - Zaczynają na środku przy kolumnie. Wygrywa ten, który zaciągnie przeciwnika do swojego końca Wanny. Nie wolno gryźć, drapać, ani atakować oczu. Wszystko inne jest dozwolone.

Anna poczuła na plecach czyjś wzrok. Odwróciła się. Mężczyzna za nią miał czerwoną twarz i chwiał się na nogach. Był wysoki i szczupły, a spod szarego drelichu wystawały lśniące buty. Wskazywał w jej stronę i nachylał się do uszu niższego, pryszczatego. Dorota podskakiwała, klaskała i mruczała coś pod nosem. Tłum ryknął radośnie i Anna odwróciła się w stronę Wanny.

Zawodnicy zajęli pozycje naprzeciwko siebie. Złapali się za dłonie obejmując skalną kolumnę wystającą z dna Wanny. Kolumna była na tyle szeroka, że nie widzieli swoich twarzy. Zamarli w bezruchu zapierając się bosymi stopami o Kciuk Boga. Czekali na sygnał, by rozpocząć walkę. Na dnie niecki zalegała gruba warstwa oleju, który wciąż ściekał ze ścian.

Huknął gong. Walka rozpoczęła się. Tłum eksplodował.

Bordo szarpnął, by ogłuszyć przeciwnika uderzeniem o Kciuk Boga. Zol wyrwał jednak dłonie z uścisku, a Bordo odjechał na pośladkach kilka metrów do tyłu. Zol na czworaka ominął kolumnę, odbił się od niej nogami i uderzył głową w podnoszącego się na nogi Bordo. Ciała zakleszczyły się i przesunęły dwa metry w kierunku końca Wanny.

Tłum ryknął ze zgrozy. Dorota pisnęła radośnie.

Zostało jedynie kilka metrów do zwycięstwa Zola, ale Bordo w końcu znalazł oparcie dla nóg i przygniótł przeciwnika całym ciężarem ciała. Próbował go zatrzymać pod sobą, ale ten wypełzł zwinnie spod cielska kucharza i stanął pół metra dalej z szeroko rozstawionymi nogami. Wyglądał jak pająk czający się do skoku z długimi kończynami i wąską talią. Bordo podniósł się do walki w stójce. Zamachnął się potężnymi pięściami kilka razy, ale Zol uniknął wszystkich ciosów pozwalając im się ześlizgnąć po plecach i ramionach.

- Tak się kaszle! - darła się Dorota. - Tak się kaszle! Uh! Uh! Uh! Żryj papę grubasie! -Jemajher machała ramionami i podskakiwała przy każdym ciosie.

Bordo oddychał ciężko i próbował zyskać czas cofając się o krok. Poruszał się ociężale. Był zmęczony. Splunął na bok gęstą plwociną. Zbierał się do ataku, ale Zol go uprzedził. Skoczył do przodu, kopnął w kolano i Bordo runął na ziemię. Szybko się podniósł, bo cios nie był silny, wytrącił go tylko z równowagi, ale zaraz spadły na niego następne dwa uderzenia pięści. Były jak trzaśnięcia bicza, ledwo zauważalne. Trafiły w klatkę piersiową. Bordo znowu się cofnął. Otwartymi ustami łapał powietrze i wyciągnął rękę w obronnym geście. Zol znowu zaatakował jego nogi próbując założyć dźwignię na kolano, ale Bordo uderzył głową, chwycił przeciwnika wpół i błyskawicznie uniósł w powietrze. Zol wierzgnął rozluźniając chwyt, ale i tak Bordo zdołał go cisnąć na Kciuk Boga. Publiczność wrzasnęła radośnie.

Aaaa! - krzyknęła Dorota zasłaniając oczy.

Zol poleciał jak kawał martwego mięsa, zaczepił nogami o kolumnę, co obróciło go niespodziewanie w powietrzu i uderzył głową o ścianę. Ześlizgnął się na dno niecki ogłuszony.

- Bordo, Bordo, Bordo - skandowała publiczność, a ten uniósł kwadratowe pięści w powietrze i ryknął triumfująco. Błąd. To dało sekundę Zolowi, który zdążył podnieść się z podłogi i odzyskać równowagę. Kiedy Bordo zaatakował, Zol był już przygotowany. Zszedł z linii ciosu, obszedł atakującego, zaczepił ręką jego bark i pociągnął silnie. Bordo zachwiał się, a Zol błyskawicznie zaatakował jego nogi, potem wbił kolana w klatkę piersiową i przetoczył się, by założyć dźwignię na łokieć lewej ręki. Bordo ryknął z bólu, ale zdołał wyszarpnąć rękę. Zol odskoczył i stanął nad leżącym przeciwnikiem na szeroko rozstawionych nogach. Pozwolił mu wstać.

Publiczność wrzeszczała co sił w płucach. Twarze pałały czerwienią. Anna poczuła, że jej serce też bije jak oszalałe. Do Wanny posypały się drobne kamienie. Większość z nich wymierzona była w mężczyznę w czarnym kostiumie.

Bordo zaatakował po raz kolejny. Zol uniknął kilku uderzeń, ale poślizgnął się i potężny cios trafił go w bark. Przewrócił się, a przeciwnik przygniótł go do ziemi. Bordo zaczął tłuc zapamiętale pięściami, ale Zol przylgnął do niego jak pijawka zmniejszając siłę ciosów. Znowu wyślizgnął się z rąk rywala i stanął przed nim na rozstawionych nogach. Tym razem nie czekał na atak. Zadał kilka błyskawicznych ciosów pod łokieć, a potem odskoczył pozwalając kucharzowi młócić powietrze.

- Aaaaa! - wrzasnęła Dorota. - Uhh! Uhh! Uhh!

Annie udzieliło się jej podekscytowanie, ale nie mogła wydusić z siebie nawet słowa. Słyszała tylko szum krwi w uszach pompowanej przez bijące szybko serce.

Bordo był bardzo zmęczony. Oddychał ciężko. Ciosy na tułów odbierały mu tlen. Nagle Zol trafił w splot słoneczny. Porażona przepona nie pozwoliła nabrać kucharzowi powietrza. Zol skoczył natychmiast na przeciwnika i uderzył silnie w ucho. Bordo runął na kolana. Patrzył błędnym wzrokiem wokoło. Zol podszedł do niego, oparł mu stopę na piersi i silnie pchnął. Olbrzymie cielsko upadło z plaśnięciem w kałużę oleju, która zebrała się na dnie Wanny. 

Huknął gong przerywając walkę. Publiczność ryknęła zawiedzinona. Dorota krzyknęła ochryple.

Walka trwała ledwie kilka minut. Tłum chciał więcej. Zaczął wyć i pohukiwać, a na Zola posypał się grad drobnych kamieni. Dopiero kiedy z podłogi wstał Bordo i jeszcze na galaretowatych nogach uścisnął dłoń przeciwnikowi, tłuszcza pomału ucichła. Ludzie zaczęli wychodzić tłocząc się u wejścia do dwóch ciasnych korytarzy.

- I co? – Anna usłyszała nagle pytanie Doroty. - Niezły co? Podpatruję jego ruchy.

- Zol?

- No a kto? Chyba nie Bordo. Ten to tylko macha łapami. Silny jak goryl, ale zero techniki.

Dorota pociągnęła Annę za sobą. Zaczęły wspinać się do wyjścia.

- To już koniec?

- No koniec, koniec niestety, kurwa - Jemajher pokiwała smutno głową. - Inaczej ludzie by się tu podusili. Za mało powietrza. Jak walka trwa dłużej niż piętnaście minut to i tak przerywają. Uhh! Nie ma nic gorszego niż taka przerwana walka. Nienawidzę tego.

Anna obejrzała się za siebie.

- Ktoś za nami idzie - szepnęła Dorocie do ucha. - Ten wysoki. Ciągle się na nas patrzy.

- Tak - odpowiedziała Dorota, gdy już dokładnie przyjrzała się mężczyznom. - To królewiątko. Obok jeszcze dwa inne, a więc razem trzech. Królewiątka - tak ich tutaj nazywamy. Synowie Białych. Łatwo ich rozpoznać: rumiane gęby, pulchniutkie ciałka, gładkie twarzyczki, cienkie paluszki. Niby się przebierają w drelichy, ale te buzie pasione ciastkami i mlekiem ich zdradzają. Przychodzą tutaj jak na safari. Chcą oglądać tłuszczę. Patrzą na nas jak na zwierzęta, ale są niegroźni. Napiją się wódki, czasami trochę pokrzyczą i sobie pójdą. Nie zwracaj na nich uwagi.

Pochodnie gasły jedna po drugiej, ale nim na arenie zapadł mrok weszły do jednego z korytarzy prowadzących do modułów mieszkalnych. Było coraz luźniej. Publiczność wyszła z tunelu i zaczęła rozchodzić się do swoich wnęk lub sal socjalnych. Dorota poprowadziła Annę w boczny korytarz, gdzie było zupełnie pusto i całkowicie ciemno.

- Zaraz zapalą światło - szepnęła. - Idź ostrożnie.

Anna po kilkunastu krokach poczuła na ramieniu dłoń Doroty.

- Teraz lepiej poczekajmy. Zaraz będzie widno.

Stały przez chwilę w bezruchu i milczeniu. Anna skierowała wzrok w miejsce gdzie spodziewała się twarzy Doroty. Był tam tylko gęsty mrok, ale poczuła ciepło, gdy wyobraziła sobie, że i Dorota patrzy teraz w jej stronę. Podobała jej się ta myśl. Zrobiła drobny, bezszelestny krok i była już bliżej niej. Dorota była dla niej jak siostra. Przez ostatnie kilka miesięcy poznała ją dobrze. Podziwiała jej wiarę, że życie może być lepsze i to, że dba o los obcych. Ona nie potrafiła tak czuć. Dla Anny wszyscy z wyjątkiem Doroty i Antoniego mogli umrzeć lub żyć, nie robiło jej to różnicy. Wstydziła się tego.

Nagle lampy bzyknęły i słabe światło rozświetliło mrok. Zmrużyła oczy. Przez moment wydawało jej się, że twarz Jemajher była również skierowana w jej stronę, ale nie, patrzyła gdzie indziej. Ruszyły w stronę Grzybni.

- Dlaczego oni tam walczą - zapytała Anna. - Po co im to?

- A dlaczego nie? – Dorota wyglądała jakby miała ochotę splunąć. - Tutaj żyją jak bydło. Jedzą, srają, chlają, pracują i umierają. A człowiekowi trzeba celu, bo bez niego życie przypomina żucie żwiru – niby masz coś w ustach, ale tylko kaleczysz dziąsła… – nagle przerwała. Za ich plecami rozległ się śmiech.

Odwróciły się. Anna poznała ich od razu. To były królewiątka obserwujące je w Wannie. Trzech młodych chłopaków. Mieli czerwone twarze. Byli pijani. Spojrzała na Dorotę. Po twarzy Jemajher przemknął ponury grymas, ale zaraz potem usta rozciągnęły się w uśmiechu. Były w ciasnym tunelu, ale z łatwością mogłyby uciec w mrok korytarza obwodowego. Tam na pewno, by się nie odważyli ich gonić.

Anna chciała uciekać, ale stłumiła strach. Z jakiegoś powodu Dorota została na miejscu. Na pewno wiedziała, co robić. Po chwili Jemajher dotknęła uspokajająco jej dłoni jakby chciała powstrzymać Annę od ucieczki.

- Wiedziałem, że to kobietki - odezwał się wysoki chłopak nieco bełkotliwie. – I jak pięknie sobie dyskutują, no popatrz. O żwirze sobie tutaj prawią i o tym, czego trzeba człowiekowi. Salony, istne Safony na salony! – parsknął i zaraz zawtórowali mu jego kamraci. Starał się szeroko otwierać usta, by być rozumianym. – Mówiłem wam, że za wypukłe tyłeczki jak na facetów. Nawet ładne buźki…

-Tak tylko chudsza nie ma zębów - pisnął mu inny zza pleców.

- Jak nie ma zębów to i lepiej…

Wysoki podszedł do Doroty pewnym krokiem i stanął nad nią krzyżując ramiona. Ślizgał się wzrokiem wypukłościach jej kombinezonu.

- No to co? Pokażecie nam to i owo? – zapytał. - Nie za darmo, bez obawy. Mamy coś dla was.

- A co? - zapytała Dorota i kończąc pytanie zostawiła rozchylone usta. Potem przejechała językiem po górnej wardze. Chłopak wybałuszył oczy i stęknął jakby coś stanęło mu w gardle.

- Mamy czekoladę - sapnął już nieco ciszej. - Jadłyście kiedyś czekoladę?  - szepnął jakby nagle opuściły go siły.

Dwóch towarzyszących mu chłopaków - pryszczaty blondyn i grubas z rzadkim wąsem wynurzyło się z mroku za jego plecami.

- Prawdziwą czekoladę? - zapytała Dorota. - Dacie nam czekoladę? - Najpierw rozpromieniła się i sięgnęła do zamka błyskawicznego pod szyją, ale potem zmarszczyła brwi jakby sobie coś przypomniała. Anna była zdezorientowana. Co się tutaj dzieje?

- A co to właściwie czekolada? – zapytała Jemajher niewinnie.

Młodzi mężczyźni parsknęli śmiechem patrząc po sobie triumfująco. Pryszczaty blondyn i oszroniony wąsem grubasek zbliżyli się do Anny zerkając na nią ciekawie. Ten pierwszy wyciągnął rękę i położył ją na jej biodrze. Anna zesztywniała ze strachu. Gwizdnął i mrugnął do towarzysza, który odsłonił w uśmiechu zęby.

- A nie mówiłem? - zapytał wzrokiem przywódca odwracając na chwilę głowę od Doroty. Wydął usta. Nagle drgnął zaskoczony, ale na twarzy pojawił mu się maślany uśmiech. Poczuł dłoń Doroty na swoim udzie. Dłoń wolno sunęła w górę do jego krocza.

- A ile masz tej czekolady? - zapytała Jemajher bawiąc się zapięciem suwaka swojego kombinezonu.

- Duuuużo - powiedział niemal szeptem, bo ręka dziewczyny była coraz wyżej. Nawet więcej niż…

Dorota błyskawicznie uderzyła go kolanem w krocze. Szept chłopaka przeszedł w gwałtowny, ale zaskakująco cichy okrzyk. Upadł na ziemię. Skóra na twarzy wypełniła mu się krwią, żyły nabrzmiały. Przewrócił się na brzuch, uniósł na drżących rękach i zwymiotował.

Pryszczaty chudzielec i grubas z wąsikiem natychmiast odskoczyli od Anny, ale żaden z nich nie uciekł. Stali sparaliżowani. Nie próbowali nawet pomóc powalonemu koledze. Patrzyli jak Dorota kuca i przyciska kolanem szyję leżącego. Herszt bandy z trudem łapał powietrze wijąc się w kałuży wymiocin.

- Odbierz czekoladę - rozkazała Jemajher Annie nie spuszczając wzroku z czerwonej twarzy leżącego mężczyzny. Anna wyciągnęła rękę, a grubas drżącymi rękami podał jej tabliczkę owiniętą ciasno w srebrne opakowanie.

Dorota wstała i obróciła się w stronę pozostałych królewiątek. Cofnęły się niepewne, co mają robić.

- To gdzie ta czekolada? - warknęła. - Przecież nie przyszliście z jedną.

- On - wskazał pryszczaty na leżącego na podłodze towarzysza. - On ma jeszcze dwie.

- Wyjmij mu je z kieszeni i rzuć jej pod nogi - syknęła Dorota do grubasa z wąsem i wskazała na Annę. Grubas klęknął nad wijącym się z bólu kolegą i rozpiął mu kombinezon. Anna wyciągnęła rękę. Zanim grubas wyjął czekoladę jakiś przechodzień zajrzał do tunelu. Potem schował się w mroku, ale Dorota na chwilę zerknęła w tamtą stronę. Tyle starczyło pryszczatemu. Rzucił kamieniem, a Jemajher nie zdążyła się uchylić. Kamień trafił w głowę. Dorota zachwiała się i oparła o ścianę, ale napastnik nie wykorzystał okazji. Był zbyt zaskoczony, że dziewczyna nie leży nieprzytomna na podłodze. Jemajher w dwóch krokach znalazła się przy nim. Zasłonił dłońmi krocze, ale ona uderzyła go w twarz. Strumień gęstej krwi chlusnął na skałę. Grubas uniósł dłonie z czekoladami w górę i zaczął piszczeć.

- Ja nic, ja nic, proszę! Już nie mamy czekolady. Ani nic...

- Rozebrać się - rozkazała Dorota teraz już naprawdę rozzłoszczona. Dotknęła głowy na skroni. Dłoń była czerwona od krwi. - Buty kurwa też! - wrzasnęła tak głośno, że Anna podskoczyła.

Pryszczaty wstał zasłaniając broczący krwią nos. Zdjęli kombinezony. Pod nimi mieli bawełniane bluzy na suwak i dżinsowe spodnie. Wkrótce z podłogi podniósł się również herszt bandy. Oparł się o ścianę i wodził wokoło tępym wzrokiem.

Dorota kazała zdjąć im wszystko, nawet bieliznę. Kiedy spełnili rozkaz kazała im spierdalać w podskokach. Anna patrzyła z niedowierzaniem na królewiątka, które były tak przerażone, że naprawdę uciekały podskakując.

- Dobra. Bierzemy wszystko oprócz tych ich zasranych gaci - powiedziała Jemajher zbierając ubrania z podłogi.

Anna chwyciła to, czego nie wzięła Dorota i poszły obwodowcem w stronę Grzybni.

 

*

 

- To była przysługa - powiedziała Dorota. Na głowie miała zawiązany opatrunek z nogawki kalesonów jednego z mężczyzn.

Siedziały przy stole. Na blacie piętrzył się stos ubrań. Wpatrywały się w niego żując czekoladę, która powoli rozpuszczała im się w ustach. Słodycz je otumaniła. Dorota patrzyła na ścianę niewidzącym wzrokiem.

- W walce nie ma miejsca na wahanie. Uderzasz tak silnie jak tylko możesz. Ci chłopcy dostali nauczkę. Im wcześniej, tym lepiej dla nich. Nie bój się, nie będą nas szukać. Oni się nie przyznają, że byli na górze u Czerni. Im zakazują takich wypraw. Boją się o ich bezpieczeństwo. I słusznie. Nie lubimy tutaj obcych.

- A ubrania? - zapytała Anna. - Mdliło ją od słodyczy w ustach. - Po co im zabrałaś ubrania?

- Przecież wiesz, że to majątek - Jemajher spojrzała na nią zdumiona. Za dużo masz punktów? Myślałam, że zbierasz na to swoje małe marzenie. Ile teraz masz punktów?

- 1370.

- A ile już zbierasz? Prawie rok będzie nie?

- Tak.

- No to ci powiem, że te ich portki, kalesony i kombinezony to będzie jakieś 400 punktów. I ja ci je wszystkie dam.

Anna poczuła falę ciepła płynącą od brzucha do gardła. Uśmiechnęła się, ale zaraz potrząsnęła głową.

- Nie. Muszę sama.

- Przecież my razem ich…

- Nie Dorota - Anna przerwała jej niecierpliwie. - Myślisz, że nie widzę tego, co robisz? To tak jakbyś mi te punkty dała. Ty specjalnie ich tak…  - potrząsnęła głową. Zrozumiała już, dlaczego nie uciekały przed tamtymi królewiątkami, chociaż mogły.

Dorota rzuciła ubrania na podłogę i wczepiła dłonie we włosy jakby chciała je sobie wyrwać.

- Nie rozumiem tego. Możesz to już mieć, a wolisz sama tam te skały przerzucać. Co to za logika? - puknęła się w głowę.

- Im bardziej na coś pracujesz tym bardziej to doceniasz - powiedziała Anna. - Czasem oczekiwanie jest najprzyjemniejsze.

- Kurwa, kto ci pierdoli takie farmazony? Deklamujesz to jak dziecko jakiś wierszyk w szkole.

Anna spuściła wzrok.

- Ojciec tak mówił.

Dorota westchnęła i uklękła przy Annie.

- Przepraszam.

Jastrzębska wzruszyła ramionami.

- Nie trzeba. Skąd miałaś wiedzieć?

-Głupio powiedziałam, dlatego przepraszam. To, co mówił twój ojciec ma sens i to jest prawda. Jak coś kosztuje wysiłek to to się docenia. To nie farmazony. Po prostu chcę żebyś w końcu miała ten odtwarzacz i słuchała tych swoich światów. Już był wysiłek. Rok na to harujesz.

- Ja też bym chciała…

- Chciała, ale muszę sama, rozumiem. Okej. Dobra. Ja to nie chcę punktów, więc to oddamy. Przydadzą się dzieciom. Podrzucę je do pokoju, gdzie mieszka pięć rodzin. Razem dwanaścioro dzieci. Jedenastu chłopców i dziewczynka. Jakoś się uchowała i nie wyrwali jej matce. Wszystko to chodzi w łachmanach. Z tych łachów uszyją im spodnie, bluzki i sukienki. Dla kilku starczy na pewno. Resztę czekolady rozdamy bandziakom na korytarzach.

- To dobry pomysł - Anna uśmiechnęła się kwaśno.   - Ale tamci nie będą szukać tych ubrań? - zapytała. - Może porządkowi będą szukać?

- Przez porządkowych nic nie zrobią. Nawet, jeżeli poskarżą się, to porządkowi palcem nie ruszą. Boją się nas. Czują napięcie, jakie panuje u nas w tunelach i nie wiedzą jak je rozładować. Boją się, że byle co może doprowadzić do wybuchu. I mają rację. Tylko spodziewają się chaotycznego buntu mas, gwałtownej i nieskoordynowanej eksplozji, ale będzie inaczej, będzie zupełnie inaczej, mówiłam ci już przecież.

 

*

 

- Wchodź – krzyknęła Anna nie wstając z łóżka. Wiedziała kto idzie. Tylko Jemajher pukała w taki sposób.

Drzwi otworzyły się i do środka weszła Dorota. Miała pochmurną twarz. Anna wyczuła od niej jeszcze smród substratu biogazowni. Jemajher musiała przyjść od razu po swojej zmianie. Bez słowa usiadła na stole.

Anna zaczęła się ubierać. Żeby nie spóźnić się na badania musiała za chwilę wyjść.

- Idziesz tam? – zapytała Jemajher patrząc w ścianę i skubiąc zębami wnętrze dolnej wargi.

- Tak.

- Twoja decyzja – mruknęła Jemajher. – Odprowadzę cię tylko. Może po drodze stanie się cud i wróci ci rozum?

Anna westchnęła.

- Proszę bardzo, ale z moim rozumem wszystko w porządku. 

Wyszły z wnęki i skierowały się w stronę Łącznika. Miały do przejścia niemal całą Grzybnię, a potem moduł Przetwórni, a potem jeszcze kilkaset metrów już w Łączniku. Szły korytarzem krzyżowym. Ruch nie był duży.

- Nie obrazisz się, jeśli jeszcze raz powiem co o tym myślę? – zapytała ostrożnie Jemajher. Jastrzębska uśmiechnęła się.

- Mów. Ja się nie obrażę.

- Nie można im wierzyć Anno. Ja ci o tym mówiłam. Teraz mówią, że to jest zwykłe badanie, które ma określić zdrowie modułowców, że to ma być cykliczne, ale to na pewno będzie służyć im a nie nam. Zawsze tak było.

- Za same pojawienie się na badaniu - powiedziała Anna - które ma trwać godzinę dają 100 punktów. Kolejne 100 dają za znalezienie się w 20% najlepszych przy teście sprawnościowym, to razem 200 punktów, czyli miesiąc pracy. Te punkty są mi potrzebne Dorota. Jak je będę miała to będę mogła go kupić, naładować i mieć dwa audiobooki. Mówiłam ci, że już przeglądam listę?

- Nie rozumiem.

- No przecież nie będę wybierać po tytule. To musi być coś, co mnie stąd zabierze. Nowy świat. Rozumiesz chyba?

- No, nie bardzo.

- Byłam u Ruska i okazało się, że większość z tych stu tysięcy audiobooków ma kilkuzdaniowy opis. Na jego podstawie chciałam wybrać pierwszy tytuł i on się zgodził. Pozwolił siedzieć przy swoim komputerze ile chcę.

- Dziwne. No, ale dobrze, że cię polubił. Może dostaniesz zniżkę.

- Też go o to zapytałam.

- I co powiedział?

- Powiedział, że zniżki nie daje nawet synowi.

- Nic dziwnego. To kawał fiuta. I co znalazłaś coś z tych książek?

- Nie, ale on mi zaproponował coś.

- Co?

- Grę Endera.

- Co to jest?

- Mówi, że dobre. Że mi się spodoba.

- A powiedziałaś mu, że chcesz nowych światów?

- Tak. Powiedział, że to fantastyka naukowa, ta książka, ale według niego historia stamtąd jest bliższa niż w zwykłych książkach, które tylko przypominają o świecie, który już nie wróci.

- Patrzcie jaki kurwa myśliciel - parsknęła Dorota.

Szły w milczeniu kilka następnych minut. Jemajher patrzyła przed siebie żując dolną wargę. Zatrzymały się przy przesmyku do Przetwórni. Wartownicy obejrzeli je bez słowa i spisali identyfikatory. Stalowe drzwi otworzyły się i szły jeszcze kilkanaście metrów korytarzem krzyżowym, kiedy Jemajher znowu się odezwała.

- Gdyby troszczyli się o zdrowie modułowców, to by dali nam warzywa i owoce, skrócili zmiany i usprawnili wentylację. Ludzie żyją w norach i jedzą gówno. Wiesz, że obok, na wschód od Przetwórni są farmy? Wiesz ile tam idzie energii z biogazowni? Ogrzewają tam i oświetlają rośliny. Mają świeże jarzyny cały rok, owoce, wszystko mają, a my jemy preparaty, albo i nie jemy. Od tego powinni zacząć, a nie od tych niby badań. Wiesz co to jest te badania? To jest przegląd inwentarza. Tak. Oni nas dzięki temu skatalogują, inwentaryzacja - o to tu chodzi. My tu jesteśmy zasobem utrzymywanym najtańszym możliwym kosztem. Może ktoś tam ważny potrzebuje przeszczepu wątroby, albo szpiku kostnego albo nawet całego ciała. Tak, pewnie dlatego chcą nas badać.

Anna nie odpowiedziała. Dla niej wszystko było jasne. Mogła dostać w jeden dzień punkty za miesięczną pracę. A w szpitalu trzymali ją przecież tak długo, że wiedzieli już o niej wszystko. Nie miała nic do stracenia. Przez następne kilkaset metrów znowu szły w milczeniu. Minęły krzyż i dotarły do przesmyku łączącego Przetwórnię z Łącznikiem. Tutaj kontrola była drobiazgowa. Łącznik był modułem, który łączył się korytarzem z Kompleksem. Znajdowało się tutaj również centrum łączności i bardzo duży posterunek porządkowych. Zostały obszukane, a porządkowi dokładnie przyjrzeli się ich oczom i gardłom w poszukiwaniu oznak choroby.

- Na badania? – zapytał wyższy z czarnymi zrośniętymi brwiami.

Anna skinęła głową. Dorota nie zaprzeczyła. Gardziła porządkowymi, ale nie dała tego po sobie poznać.

 - Może masz rację – powiedziała Anna, kiedy widziały już krzyż, przy którym urządzono punkt zbiórki. – Może to nie badania, a spisywanie inwentarza, ale zrozum, że mi nic nie jest w stanie zaszkodzić. Dwieście punktów to dwieście punktów. Dwieście punktów i kupię odtwarzacz wraz ze słuchawkami, Grą Endera i doładowaniem. I jeszcze mi parę zostanie.

Dorota parsknęła i wymamrotała pod nosem jakieś przekleństwo.

- Twoja decyzja - westchnęła. – Dla mnie to po prostu kwestia zasad. Może przesadzam. Będę tu na ciebie czekała. Idź już.

Anna dołączyła do grupy kilkudziesięciu osób oczekujących przed salą socjalną. Tłum stawał się coraz bardziej niespokojny. Mężczyźni zaczęli przesuwać się powoli w stronę wejścia. Blaszane drzwi uchyliły się i z sali wyszedł mężczyzna w białym fartuchu. Powiedział coś, czego Anna nie usłyszała, a wtedy tłum zafalował. Przekazywano sobie jego słowa dalej i dalej aż dotarły do wszystkich. Kazali im wchodzić.

Anna spojrzała na Dorotę. Jemajher miała skrzyżowane ramiona i szeroko rozstawione nogi. Kręciła głową z politowaniem.

Jastrzębska przekroczyła próg sali socjalnej, jako jedna z ostatnich. Drzwi zamknęły się ze zgrzytem. Z sufitu zwisały na łańcuchach czarne kawałki lśniącej folii dzieląc przestrzeń sali socjalnej na labirynt pokoi i korytarzy. Wspięła się na palce, by zobaczyć co jest przed nią. Ludzie tłoczyli się i przeklinali. Porządkowi dzielili przybyłych na grupy i ustawiali przed wejściem do jednego z trzech tuneli. Jako jedyna, została skierowana do tunelu po prawej. Domyśliła się, że ten musiał być przeznaczony dla kobiet. Porządkowy machnął niecierpliwie ręką, by szła dalej.

Posłuchała go. Wyciągnęła rękę i dotknęła plastikowej folii, która tworzyła ściany korytarza. Była sztywna, śliska i zimna jak skała. Wokół słyszała wiele męskich głosów, okrzyki i śmiech. Czarne kurtyny nie tłumiły dźwięku.

Korytarz załamywał się dwa razy i kończył niewielkim pomieszczeniem z trzema krzesłami.  Na jednym z nich siedziała pięćdziesięcioletnia kobieta w białym ubraniu. Spod podwiniętych rękawów wystawały grube, owłosione przedramionami. W uszy miała wciśnięte małe, czarne słuchawki. Gdy zobaczyła Annę wyjęła je, ostrożnie zwinęła kabel i schowała do kieszeni. Wstała bez słowa. Miała beczkowate ciało. Skraj białego kitla oddzielało od łydek, co najmniej dwadzieścia centymetrów.

- Rozbierz się skarbie tam – powiedziała i wskazała na płytką wnękę - a potem wejdź tutaj - wskazała salę za plecami.

Anna weszła do przebieralni, którą oddzielało od korytarza kilka wiszących pasków folii. Rozpięła kombinezon. Zimne powietrze przylgnęło do skóry. Zostawiła na sobie jedynie majtki i skarpety. Wyszła z przebieralni.

- Widzę, że wydobrzałaś - powiedziała kobieta, gdy Anna pojawiła się na korytarzu. - Wybacz, ale nie poznałam cię od razu. Masz już włosy i te blizny nieco zbladły. Wielu sądziło, że z tobą to tylko strata czasu, ale ja wierzyłam, że dasz radę. Kobiety są twarde, mocne jak pierdolony kamień. Ja cię znam, ale ty mnie nie pamiętasz. Może to i lepiej. Czasem brak mi cierpliwości. Opiekowałam się tobą, gdy tylko wrzeszczałaś i robiłaś pod siebie. Może nie pamiętasz… Jestem Mariola.

- Proszę tutaj - powiedziała Mariola wyciągając rękę.

Anna poszła tam gdzie wskazała. Weszły do niewielkiego pomieszczenia. W rogu stał piecyk elektryczny dmuchający ciepłym powietrzem. Na podłodze leżała wykładzina.

- Ciepło tu i miło, nie ma się czego bać. Muszę cię obejrzeć, zważyć i zmierzyć. Chodzi o koordynację, odruchy, pasożyty, objawy chorób i takie różne. W dużym stopniu załatwi to komora i analiza krwi, ale doświadczenie wskazuje, że w pewnych przypadkach ludzkie oko widzi lepiej. Wykonuj po prostu polecenia to pójdzie szybko, dobra?

Anna skinęła głową. Mariola założyła silikonowe rękawiczki oraz wyjęła plansze przedstawiające ludzkie sylwetki w różnych pozycjach ciała. Pokazywała obrazek a Anna robiła skłony, wymachy, przysiady i pompki. Ćwiczenia były coraz trudniejsze i bardziej złożone. Teraz Anna zrozumiała, dlaczego podłogę wyłożono wykładziną. Niektóre z ćwiczeń wykonywała na leżąco, inne z zamkniętymi oczami, czasami Mariola popychała ją i wytrącała z równowagi. Zapisywała wyniki na niewielkim urządzeniu z ekranem.

- Dobra - wszystko mamy - powiedziała Mariola stukając finalnie grubym palcem w tablet. Teraz usiądź to pobiorę krew i założę ci opaskę wysiłkową.

Anna usiadła przy stoliku i podała jej rękę.

- Wbiję ci igłę w żyłę na wewnętrznej stronie łokcia. Nie poczujesz bólu. Jestem pielęgniarką i wkłuwam się w żyły już dwadzieścia lat - Mariola uśmiechnęła się uspokajająco. - Głównie mężczyznom, czyli najbardziej kwękliwym pacjentom - zarechotała.

Przez chwilę Mariola układała ramię Anny. Potem Jastrzębska poczuła chłód i ostrą woń  środka dezynfekującego, którym kobieta spryskała jej skórę. Mocne palce zacisnęły na ręce opaskę.

- Podobasz mi się dziewczyno - powiedziała Mariola nasadzając igłę na metalową strzykawkę. - Twoje ciało się zmieniło. Kiedy do nas przyszłaś miałaś jedynie kości i skórę. Teraz jesteś silna. Pracujesz w tunelach. Widać to po twoich dłoniach. Ale radzę ci dobrze. Kobiety nie są po to by siedzieć w ciemności i nosić kamienie. Za kilka lat sama to zrozumiesz. Schowaj dumę i idź do nich do Kompleksu. Szkoda życia. Wiem to z doświadczenia. Pomyśl o tym. Dojdziesz pewnie do tego sama później, ale uroda i młodość miną i będziesz warta mniej. Musisz myśleć o tym, co będzie za dziesięć i piętnaście lat.

Jastrzębska poczuła lekkie ukłucie. Mariola mówiła prawdę. Nie bolało.

- Dzisiaj nie pracuj, bo będą wybroczyny - poradziła pielęgniarka chowając próbkę krwi do lodówki. - A teraz idź za mną. Jeszcze tylko komora i wydolnościówka.

Anna przeszła za nią do następnego pomieszczenia. Stalowa kabina poprzecinana była wąskimi pasmami przezroczystego plastiku biegnącego od podstawy do sufitu. Na zewnętrznym panelu wisiał duży ekran sterujący. Mariola nacisnęła guzik i kabina otworzyła się z sykiem.

- Zdejmij skarpety i wejdź do środka. Ta maszyna zrobi zdjęcia, prześwietli cię, przepuści przez ciebie prąd i Bóg jeden wie co jeszcze, ale nic nie będzie boleć.

Anna zdjęła dwie pary czarnych skarpet i weszła po metalowych stopniach do środka. Drzwi zamknęły się. Gwar głosów, który dotąd dochodził zewsząd, nagle ucichł. Słyszała jedynie ciche buczenie silnika. Podłoga lekko drżała. W środku było o wiele cieplej niż w pokoju.

- Stań w zaznaczonym miejscu - usłyszała zniekształcony głos Marioli z głośnika nad głową. - Są tam wymalowane białe stopy. Stań na nich.

Anna posłuchała i rozsunęła nieco nogi. Spojrzała przez szybę. Mariola marszczyła brwi i uderzyła palcem w ekran ekranu dotykowego.

- Dobra. Teraz ręce - powiedziała pielęgniarka. - Dłonie oprzyj na żółtej obręczy. Dobrze. Na wysokości twarzy. Dobra, tak jak teraz!

- Teraz nie ruszaj się, po prostu tak stój, o właśnie tak. To potrwa minutę. Drzwi otworzą się same i wtedy można wyjść. Ja pójdę po twoje ubrania z przebieralni.

Anna czekała. Zewnętrzną część kabiny zaczęła się obracać i zatrzymywać gwałtownie co sekundę. Słyszała zgrzyt metalu jakby w potężnym silniku zmieniano przekładnię. W kabinie zrobiło się duszno. Czuła pod dłońmi, że stalowe podpory robią się ciepłe. Liczyła zgrzyty silnika. Przy czterdziestym piątym wróciła Mariola.

- Połowa już za tobą! - krzyknęła kobieta patrząc w ekran.

Po siedemdziesiątym drugim zgrzycie drżenie podłogi ustało. Z maszyny znowu dobywał się tylko cichy szum. Drzwi syknęły. Oderwała dłonie od obręczy i wyszła na zewnątrz.

- Możesz się już ubrać - Mariola podała jej kombinezon. Anna wciągnęła skarpety a potem szybko wślizgnęła się w ubranie.

- Teraz idziesz tam - wskazała korytarz. - I pamiętaj, o czym ci mówiłam. Szkoda zdrowia. Zastanów się dobrze nad tym.

Anna ruszyła we wskazanym kierunku, ale przed zakrętem korytarza zatrzymała się i popatrzyła w stronę Marioli. Tamta wyjęła z kieszeni małe urządzenie i zaczęła rozplątywać kabel od słuchawek. Machnęła do Anny, by ta szła dalej.

Foliowy rękaw kończył się po kilku metrach. Prowadził do dużego pomieszczenia Na środku zebrano krzesła i stoły robiąc z nich kilkupiętrową konstrukcję, a wokół rozłożono czarną wykładzinę. Biegło po niej trzech mężczyzn.

- Proszę podwinąć rękaw - Anna drgnęła na dźwięk nieprzyjemnie wysokiego męskiego głosu. Pojawił się przed nią niski mężczyzna w białym kombinezonie. Anna bez słowa przesunęła zamek błyskawiczny przy mankiecie i odsłoniła ramię.

- To opaska z czujnikiem - mężczyzna monotonnie recytował słowa, które mówił tamtego dnia już setki razy - zmierzy czas, w jakim pokonasz dziesięć okrążeń. Uruchomi się automatycznie, kiedy przekroczysz białą linię. Potem możesz odpocząć poza torem albo po prostu wyjść po oddaniu opaski. Zgłoś się do mnie albo do któregoś z porządkowych. Jak poczujesz się źle, to podejdź do lekarza przy tamtym stoliku. Od ósmego decyla dodatkowe sto punktów, więc warto biec jak najszybciej.

Mężczyzna nie upewnił się czy zrozumiała. Po prostu podszedł do kolejnego modułowca, który pojawił się przy jednym z trzech wyjść.

Anna poprawiła opaskę na ramieniu i stanęła przed linią startu. Wciągnęła w płuca zimne powietrze. Chciała zdobyć dodatkowe sto punktów. Chciała je zdobyć, a żeby je zdobyć musiała dać z siebie wszystko. I dała.

 

Rozdział 13

 

Anna szła obwodowcem i zastanawiała się, dlaczego Dorota prosiła ją, by spotkały się koniecznie w dwudziestym trzecim module. Do tej pory, kiedy Jemajher chciała jej coś pokazać, to zawsze szły razem. Teraz było inaczej. W dodatku Dorota nalegała, by Anna szła korytarzem krzyżowym w dwudziestym drugim module. Anna nie lubiła chodzić przez krzyż. Nie obawiała się już tak ludzi jak kilka miesięcy temu, ale nadal, wbrew rozsądkowi, czuła się bezpieczniej w ciemnych tunelach obwodowych. Była już silniejsza, wiedziała jak się zachować w razie kłopotów, wiedziała u kogo szukać pomocy - wszystko dzięki instrukcjom Doroty.

Między Grzybnią a dwudziestym trzecim modułem było pięć kwadratów. W każdym z nich szła korytarzem obwodowym, a więc droga była podwójna. Kiedy dotarła do przesmyka dwudziestego drugiego modułu, tak jak obiecała, poszła na wprost jasno oświetlonym korytarzem krzyżowym. Korytarz był zatłoczony prawie tak jak przed walkami w Wannie. Ludzie przepychali się. Wytarte kombinezony zlewały się w burą masę. Modułowcy najczęściej nie zwracali na nią uwagi. Tylko młodzi mężczyźni zatrzymywali na niej nieco dłużej zmęczony wzrok. Obca kobieta wzbudzała zainteresowanie. Włosy odrosły, ciało było silniejsze, a twarz wypełniła się podkreślając dziewczęce rysy. Blizny pobladły i nie raziły tak jak dawniej.

Gęstwina ludzkich ciał zwolniła, aż w końcu zatrzymała się. Anna chciała się cofnąć, ale napierający tłum nie pozwolił jej na to. Ktoś ją popchnął i przycisnął do nasiąkniętego potem kombinezonu rosłego mężczyzny przed nią. Odsunęła się gwałtownie. Użyła łokci. Miała wrażenie, że się dusi. Wokół niej eksplodowały przekleństwa, ale ludzie rozstąpili się dając jej trochę miejsca.

- Idzie chory! - Ktoś krzyczał. - Ludzie to chory człowiek. Przepuście!

- Wszyscy tu chorzy - odkrzyknął ktoś inny.

- Jak chory to niech leży!

Wszyscy zdawali się na coś czekać. Byli nerwowi, nawet bardziej niż przed walką w Wannie. Mężczyźni usadzali na barkach małych chłopców, a wyrostki na czworaka przeciskali się między nogami modułowców. Podążyła za wzrokiem ludzi. Wpatrywali się w zimną czerń głównego szybu wentylacyjnego.

Nagle tłum westchnął i zafalował. Strużka żółtego światła przecisnęła się przez stalową kratę i rozlało się na szarej skale. Kurz i pył zaiskrzyły w słupach słońca. Blade ręce wyciągnęły się w górę. Ludzie ruszyli do przodu. Ci skąpani w świetle niechętnie ustępowali miejsca następnym. Zapierali się ze wszystkich sił i nadstawiali twarze, by poczuć ciepło promieni na policzkach, ale za plecami byli następni, a za nimi następni, i następni, i tłum wypychał ich w czerń zimnego korytarza. Anna pchana przez ludzi dostała się pod tryskające z szybu wentylacyjnego światło. Oślepiło ją, poczuła na skórze ciepło, ale potem popłynęła dalej z nurtem tłumu.

- Znika - ktoś krzyknął i ten okrzyk powtórzyło wiele gardeł. Ci, którzy nie zdążyli jeszcze dotrzeć do światła, ruszyli gwałtownie naprzód. Anna, miotana od ściany do ściany, walczyła, by utrzymać się na nogach. Nagle poczuła twarde ciało mężczyzny. Przycisnął ją do mokrej ściany. Wyczuła jego kwaśny oddech i dłoń o zgrubiałych palcach błądzącą w okolicy krocza. Ale światło nikło w coraz szybszym tempie i tłum naparł mocniej. Wczepiła palce w skalną rysę. Ciżba oderwała od niej napastnika i Anna zdołała umknąć w boczny korytarz. Wkrótce wszystko uspokoiło się. Słoneczne promienie zgasły już zupełnie i ludzie zaczęli się spokojnie rozchodzić. Nie było już niczego, o co warto było walczyć. Z góry sączyło się tylko blade światło jarzeniowych lamp.

Anna skręciła w korytarz poprzeczny, by resztę drogi do sali socjalnej dwudziestego trzeciego modułu przejść obwodowcem.

- Czy to było to? - zastanawiała się. - Dorota chciała żeby zobaczyła promienie Słońca? Dlaczego to było dla niej takie ważne i dlaczego nie mogły przyjść tu razem?

Pytań było dużo, ale na żadne nie mogła znaleźć odpowiedzi. Zrozumiała jednak, dlaczego Dorota była wczoraj taka zdenerwowana. To musiało być dla niej ważne.

Nim dotarła do sali socjalnej zdołała uspokoić oddech. Anna nie lubiła socjalek. Ta w dwudziestym trzecim module była wyjątkowo zatłoczona i oślepiająco jasna. Przy kilkudziesięciu rozklekotanych stolikach siedzieli głównie mężczyźni. Miętosili w spoconych dłoniach zgrane karty i ciskali nimi o blaty wykrzykując głośno przekleństwa. Tych ludzi nazywano gębolami. Nie pracowali, ale trzeba było ich wykarmić. Brali to, co oferował Olbrzym - jedzenie, ubranie i miejsce do spania w zbiorowej sali. Nie chcieli więcej. Przetrwał im tylko jeden imperatyw wspólny wszystkim organizmom żywym: przetrwać jak najdłużej. Antoni mawiał, że gębole zachowują się najracjonalniej ze wszystkich modułowców.

Daleko pod ścianami siedziały starsze kobiety zajęte cerowaniem ubrań i plotkowaniem. Gdzieniegdzie garbili się zatopieni w lekturze uczniowie i grupki dyskutantów. Dorota siedziała przy stoliku z wysokim, chudym mężczyzną w drucianych okularach. Miał ogoloną, pociągłą twarz i rzadkie siwe włosy. Gdy Anna podeszła do stolika wstał i wyciągnął wiotką dłoń. Nie miał kombinezonu. Był ubrany w poszarzałą koszulę, z której wystawała pomarszczona szyja. Stroju dopełniały czarne spodnie. Anna rzadko widywała tak ubranych ludzi.

- Jan Janow, laborant - przedstawił się miejscowym zwyczajem, a potem się ukłonił. Anna również podała imię i nazwisko oraz usiadła na wskazanym przez Janowa krześle.

- Jan pomoże mi wyjaśnić ci kilka kwestii zbyt dla mnie skomplikowanych - rozpoczęła Dorota drżącym głosem. Anna zauważyła jak skubała zębami dolną wargę. Robiła tak, gdy była zdenerwowana. - Jest przyjacielem, można mu ufać. Tak, można… Ale zanim przejdziemy do najważniejszego - dodała po krótkiej pauzie – mam pytanie. Widziałaś może po drodze coś ciekawego? – uśmiechnęła się nerwowo. - Widziałaś Słońce?

Anna skinęła głową.

- Widziałaś? – Dorota ucieszyła się. - To dobrze, bo to trudno tak... Miałaś szczęście. Promienie wpadają tylko przez kilka minut. Jakby przez dziurawy dach prawda? Jak przez dach, a ono przecież pół kilometra przez skałę… - zaśmiała się nerwowo. - Wiesz, że miało być ich dwanaście? Miało być ich dwanaście, aby każdego dnia do Olbrzyma wpadało Słońce bez względu na porę roku, ale skończyło się na jednym. Wcześniej planowałam, żebyśmy przyszły tu razem, ale najlepiej jest jak się natknie na to samemu. Tak sobie pomyślałam.

Anna pokiwała głową. Działo się coś dziwnego. Dorota zachowywała się inaczej niż zwykle. I co to za człowiek ten Janow?

Dorota nie przestawała mówić. Słowa wylewały się z niej coraz szybciej. Anna lubiła u niej te słowotoczne napady. Jemajher nazywała je słowospadem, albo, gdy była na siebie zła - słomiocinami.

- A widziałaś ich wtedy? Widziałaś tych modułowców? – Dorota położyła łokcie na stoliku i nachyliła się w stronę Anny. Widziałaś ich reakcje? Widziałaś jak czekają? Całe rodziny się tam zbierają.  Widziałaś tą radość? I wiesz co? Pierdoleni Bielcy. To jedyny taki szyb w całych modułach. Zawiesili najpierw prace, gdy był gotowy projekt, a potem nagle po pół roku się zgodzili. Dotąd nie wiem dlaczego, ale pies ich srał. Pamiętam jak to robili. Znałam jednego, co był przy tym blisko. Nazywa się Wrelski. On mi opowiedział o wszystkim. Sam szyb wentylacyjny ma wiele załamań i nie biegnie prosto. Posiada stalowe siatki, by nie wpuścić do środka ptaków i gryzoni. Dlatego, by doprowadzić światło z powierzchni użyli kilkunastu zwierciadeł, a w niektórych miejscach soczewek dla wzmocnienia efektu. To była wspaniała robota, wspaniała… – Dorota przerwała i zamyśliła się.

- Później chcieli cofnąć zezwolenie na specjalną konstrukcję tych szybów - dodał niespodziewanie Janow. Anna przeniosła na niego wzrok. - Motywowali to kwestiami bezpieczeństwa, ale ludzie nie chcieli oddać Słońca. Nie widziałem jeszcze u Czerni takiej złości. Zebrali się nie tylko ci z tego modułu, ale ze wszystkich. Mężczyźni, kobiety i dzieci. Wielu wierzy, że Słońce uzdrawia, co nie jest znowu takie głupie.

- Ta… - przerwała mu Dorota. Nagle ten szyb zrobił się niebezpieczny i to tak niebezpieczny, że chcieli go zasypać. Porządkowi tłukli pałami, aż im się bąble na paluchach robiły, ale ludzie nie ustąpili. Nawet gębole rzucili karty i bimber. Nawet oni nadstawili karku. To dowód, że możemy, że możemy i mamy siłę.

Nastąpiła cisza. Dorota zaczęła obgryzać paznokcie. Słuchali przez chwilę dochodzących ze wszystkich stron krzyków, śmiechów i rozmów. Anna patrzyła cierpliwie na Dorotę, a ta wiła się pod jej spojrzeniem, gryzła wargę jakby nie wiedziała, co mówić.

- Słuchaj… - powiedziała w końcu cicho. Odchrząknęła i przełknęła ślinę. - Nie chciałam wcześniej, bo nie wiedziałam czy chcesz, a minęło kilka miesięcy, ja cię lubię i… myślę po prostu, że powinnaś wiedzieć. Widzisz, tu w Olbrzymie nic nie jest takie proste. Widzisz, to, że z rejestru od systemowego dostałaś informację, że nikt o nazwisku Jastrzębska nie figurował na liście mieszkańców, ani nawet nie przebywał w Filtraku, to nie znaczy, że go tu nie ma i nie było. Posłuchaj Jana. To, co powie jest okropne, ale powinnaś to wiedzieć.

Anna poczuła ciepło rozlewające się od klatki piersiowej po całym ciele. Przeniosła wzrok na Jana Janowa.

Mężczyzna poprawił okulary przesuwając je na nosie palcem wskazującym. Odchrząknął, splótł dłonie, a chwilę potem je rozplótł i położył ostrożnie na stole jakby bał się, że powyginana blacha spłoszy się i ucieknie mu spod palców.

- Niezręcznie mi to mówić - zaczął niepewnie. - Pani się nie obrazi jak będę wszystko tłumaczył możliwie prostym językiem. Nie chciałbym po prostu, by poczuła się pani urażona i dlatego chciałem to na wstępie zaznaczyć.

Anna skinęła głową.

Janow westchnął i ponaglany spojrzeniami Doroty zaczął mówić:

- Przez wiele lat byłem głównym specjalistą w Olbrzymie w zakresie transplantologii. Jeszcze przed epidemią. Zajmowałem się procedurami medycznymi, które miały usprawnić proces przeszczepu głowy w kooperacji z konstruktorami głowochwytów – Janow mówiąc o głowochwycie układał swoje szczupłe dłonie w taki sposób jakby trzymał w nich kulę. - Głowochwyty to urządzenia pozwalające na odcięcie głowy od ciała i przechowanie jej przez krótki czas zdatnej do przeszczepu. Wtedy to były prototypy. Teraz, po latach eksperymentów, sprawdzają się i ratują życie ludziom. To niezwykle skomplikowane i wspaniałe urządzenia, ale nie miałem przyjemności bezpośrednio przy nich pracować. Prace naszego zespołu głównie dotyczyły sprawnej regeneracji przeciętego rdzenia kręgowego, czyli etapu, w którym trzeba było połączyć rdzeń odciętej głowy z rdzeniem ciała dawcy. Eksperymentowaliśmy z wieloma technikami jednocześnie. Używaliśmy komórek macierzystych, różnego rodzaju komórek glejowych, elektrostymulacji zarówno samych wprowadzanych komórek, a także komórek rdzenia kręgowego oraz podawaliśmy setki substancji syntetycznych i organicznych, które sprzyjały regeneracji rdzenia. Wszystkie te techniki przynosiły przyzwoite rezultaty, ale my dążyliśmy do doskonałości. Przełom przyszedł jednak od konstruktorów głowochwytu i używanych przez nich mikrobotów. Nie mamy jeszcze nanobotów i pewnie długo nie będziemy mieli, ale mamy samoreplikujące się mikroboty. Są o rząd wielkości większe niż nanoboty, ale i tak osiągają precyzję, ale przede wszystkim szybkość, niedostępną dla nawet najlepszego chirurga. Mikroboty w głowochwycie mają za zadanie zabezpieczać przecięty laserem rdzeń kręgowy, naczynia krwionośne, nerwowe, przenosić i uwalniać tlen i doprowadzić do szybkiego schłodzenia mózgu. Można je dowolnie specjalizować do konkretnych działań. My je wyspecjalizowaliśmy najpierw do zbierania danych o budowie rdzenia kręgowego. I to był przełom. Dane, które nam dostarczyły były zaskakujące. To jest indywidualne dla każdego, niemal jak DNA. Musieliśmy dokonać odrębnego podziału części rdzenia w ramach istoty białej i szarej w stosunku do powszechnie stosowanej klasyfikacji. I to było to! Najpierw trzeba było poznać rdzeń. Potem, po zmapowaniu rdzenia użyliśmy tych samych mikrobotów do precyzyjnego łączenia określonych sznurów rdzenia oraz dróg wewnątrz sznurów z zastosowaniem indywidualnie dobieranych technik i substancji. Skróciło to czas operacji do kilku godzin, a pęczki...

- Janie - przerwała mu Dorota unikając jego wzroku. - Chciała coś jeszcze dodać, ale mężczyzna ją uprzedził.

- Rozumiem, rozumiem - uniósł wiotką dłoń. - Za dużo szczegółów. Ale mi tak przyjemnie się o tym mówi – roześmiał się sucho. - Wiecie. To było moje życie. Najlepsze co mi się przydarzyło w życiu. Ale dobrze. Od razu do rzeczy. Nasze prace posuwały się szybko naprzód. Miałem ponad sześćdziesięciu wyjątkowo oddanych sprawie współpracowników. Naprawdę myśleliśmy, że przysłużymy się tym ludziom. Robiliśmy coś, co się liczyło. Teraz śmiesznie to brzmi, ale tak myślało wielu z nas. Opracowaliśmy kompleksową procedurę przeszczepu głowy, która przy dobrze przeprowadzonej rehabilitacji dawała dziewięćdziesięcioprocentową gwarancję kontroli wszystkich podstawowych funkcji ciała w przeciągu trzech miesięcy od przeszczepu. Nie tak jak ta operacja Canavaro w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku. Jego metody to błądzenie w mroku w porównaniu z naszą precyzją. I tak wiele zależało od pacjenta, bo to nie ciało było rehabilitowane tylko mózg, który musiał odnaleźć drogę do kontroli nad nowym ciałem. Już wtedy mieliśmy doskonałe wyniki, a jestem pewien, że wiele elementów dopracowano jeszcze bardziej i statystyki są teraz bliskie stu procentom.

Niestety zaraz po pierwszej fali epidemii, kiedy wiadomo było, że pandemia nie zostanie zatrzymana kierunek badań na przeszczepem zmienił się. Był on dla mnie nie do zaakceptowania. Motywy były oczywiste. Nagle zrobiło się bardzo dużo ciał. Miliony ciał. Dobór odpowiedniego stał się tysiąckrotnie prostszy. Ci na samej górze widzieli w tym sposób na przedłużenie swojego życia, jestem tego pewien. Nikt nie powiedział wprost, mamili nas dobrem ludzkości, ale jestem pewien, że to był główny cel. Każdy chce żyć, a ci, którzy żyją dobrze nie cofną się przed niczym, by zyskać kolejnych kilkadziesiąt lat w młodym, silnym ciele. Chciano wykorzystać ciała degeneratów. Badania potwierdziły bowiem możliwość usunięcia wirusa z ciała, głównie poprzez całkowitą transfuzję krwi i wstrzyknięcie sekwencyjne kilku substancji. O ile mogłem zaakceptować pozyskiwanie ciał od zabitych w walce degeneratów dla ratowania życia żołnierzy lub mieszkańców Olbrzyma to nie mogłem się zgodzić na program, który zaakceptowała Rada Olbrzyma. Zostałem odsunięty od prac transplantologicznych i przesunięty do prostych ogólnych prac laboratoryjnych. Nie mogłem się zgodzić. Nie mogłem - westchnął.

Anna znowu spojrzała na Dorotę, ale Jemajher unikała jej wzroku.

- Program mógłby konkurować z wojennymi bestialstwami Niemców i Japończyków - kontynuował Janow. - Musieli jakoś uzasadnić wielkie zasoby, jakie przesunięto na prace nad przeszczepem. No i przecież chcieli, aby procedury przeszczepu były doskonale bezpieczne przed tym jak sami położą się na stół. No i wymyślili taką bajkę dla nas: Robimy to z troski o przetrwanie ludzkości. To tak w skrócie. Chcieli niby zwiększyć ilość rodzących się w Olbrzymie dzieci. Przeprowadzone symulacje wskazywały, że nawet przy optymistycznych założeniach, co do dzietności i przewagi urodzeń noworodków płci żeńskiej ludzie nie będą w stanie odtworzyć populacji i utrzymać jej wolnej od wad genetycznych. Postanowiono więc wykorzystać ciała młodych degeneratek. Były techniczne możliwości by dokonać przeszczepu głowy od starszej kobiety niezdolnej posiadać potomstwa i wywołać u niej ciążę bliźniaczą lub trojaczą, pozwolić jej przejść przez trzy lub cztery porody i później zostawić młode ciało degeneratki zwiększając komfort i długość życia. Wiele kobiet się na to godziło dobrowolnie, nawet gdy nie były chore. Która nie chciałby ciała młodszego o kilkanaście lub nawet kilkadziesiąt lat? Jak były chore i cierpiały to godziły się nawet, gdy zabieg był bardziej eksperymentem niż procedurą medyczną. Ale ciała degeneratek nadawały się do celu prokreacyjnego jedynie w pierwszej, gwałtownej fazie ataków hormurii. Tego nikomu nie mówiono. Inaczej mówiąc, ciało degeneratki można wykorzystać jedynie w pierwszych dwóch miesiącach po zarażeniu wirusem. Potem ciało robiło się zbyt zniszczone, by utrzymać zwykłą ciążę, a przecież chciano wywoływać przynajmniej ciąże dwojacze. Rada Olbrzyma podjęła więc decyzję o intensyfikacji pozyskiwania ciał. Przewidywano, że liczba ciał bardzo gwałtownie spadnie, kiedy nie będzie kogo zarazić. Tak, tak niestety, oni nazywali je ciałami, chociaż to jeszcze byli świadomi ludzie. Młode, cierpiące, umierające kobiety. Chcieli zrobić zapasy. Chcieli poddać je hibernacji. Hibernacja stała się banalnie prosta przy wykorzystaniu technologii zastosowanych w głowochwycie, tym bardziej, że nie zależało im na mózgu, który jest najbardziej wrażliwy na krioprotektanty. Ale przecież to były jeszcze myślące i cierpiące osoby! One chciały żyć! Ja nie mogłem do tego przyłożyć ręki. Nie mogłem i głośno o tym mówiłem. Inni mogli, wielu mogło, program rozpoczęto, a mnie odsunięto od sprawy – Janow westchnął i schował dłonie pod stół jakby się ich wstydził. Jakby widział na nich bród. Anna zauważyła, że dolna warga zaczęła mu drżeć.

- Oni je po prostu zabijali - szepnął. – Sprowadzali je tutaj, otumaniali i zabijali. Zabierali im miesiąc, najwyżej dwa miesiące życia to prawda, ale to było ich życie. Ja o tym nie mówiłem. Wtedy się bałem. Powinienem wtedy coś zrobić, powinienem wtedy reagować, ale się bałem - Janow wyglądał na wzruszonego, potrzebował kilku sekund przerwy by uspokoić głos.

- Degeneratki sprowadzano głównie z Filtraka, a później kazano żołnierzom zwiadu handlować z haremiarzami. Mówiono tym kobietom, że będą je ratować. One się zgadzały, bo każdy chce przecież żyć. Umieszczano je w pomieszczeniach do kwarantanny, a stamtąd przenoszono do Kompleksu. Przygotowano rozległe hale do hibernacji na co najmniej kilka tysięcy ciał. Nie wiem ile zdołano zahibernować, ale musiała być to wielka liczba. W pierwszych okresach setki tysięcy koczowało przed Olbrzymem, żeby zakwalifikować się do kwarantanny. Przez Filtrak też przewinęło się kilkaset tysięcy. Pani matka może tam być. Była młoda i jeżeli trafiła do Olbrzyma przed trzema laty i była w pierwszej fazie degeneracji, na pewno dokonali hibernacji albo... nie będę ukrywał, że jest możliwość, że nie zahibernowali jej, ale od razu zakwalifikowali do operacji. Bardzo często tak robili, jeżeli akurat było podobieństwo, ale nie zawsze.

Anna nie odezwała się. Myśli odpłynęły. Czuła pustkę w głowie.

- Mam jeszcze jednego zaufanego człowieka, który pracuje w transplantologii – kontynuował Janow - ale nie sądzę by był w stanie dotrzeć do danych osobowych. Z tego co wiem, danych hibernowanych degeneratek nie zapisywano, a jak zapisywano to je potem niszczono. To przecież miały być tylko ciała, a ciała nie mogą mieć imion. I one nie miała imion tylko numery. Do numerów ludzie odnoszą się inaczej. Tak. Numery znowu zastąpiły ludzi. Ale w numerach zawarto również datę hibernacji. To ma swoje uzasadnienie. Data hibernacji jest ważna w kontekście kolejności wykorzystywania ich do przeszczepów. Po tym można jedynie wykluczyć, że twojej matki tam nie ma. Jeżeli nie hibernowano po teoretycznej dacie przybycia twojej matki do Olbrzyma…

 - Tam jej nie ma – przerwała mu Anna przez ściśnięte gardło.- Ona nie żyje. - Wbiła wzrok w jakiś odległy punkt na ścianie. Była spokojna, ale drżał jej głos. - Nie. Ona odeszła. Moja matka i mój ojciec nie żyją. Umarli dawno temu… - zacisnęła powieki i nabrała powietrza. - Oni nie mogli przeżyć. Gdyby przeżyli to wróciliby po mnie. Na pewno by wrócili – przerwała i spojrzała na Dorotę.

Z twarzy Jemajher odpłynęła krew. Patrzyła w blat stołu.

- Dziękuję – szepnęła Dorota po długiej chwili ciszy nachylając się do Janowa. Wydawała się wyczerpana. – To już koniec. Niech pan pójdzie pierwszy. Nie powinniśmy wychodzić razem.

Mężczyzna skłonił się sztywno na pożegnanie i wstał od stołu. Anna odprowadziła go wzrokiem. Gdy wyszedł Dorota zaczęła mówić szybko, drżącym głosem:

- Nie chciałam żebyś myślała… wiem, że to tak może wyglądać i powiem ci wszystko otwarcie. Powiem ci to, bo powinnaś wiedzieć. Tutaj jest wielu, którzy chcą wyjść. Gówno nas obchodzą degeneraci i Pokale, my wiemy, że tam na górze można żyć. Ja jestem wśród nich. Nie wierzymy w to, co będzie w przyszłości. Wierzymy w tu i teraz. Ludzie nie odbudują lepszego świata i nie istnieje szansa na pokonanie Pokali. To wszystko kłamstwo, co mówią. To, co było już nigdy nie wróci. My jesteśmy resztkami, którymi nikt się nie interesuje. Czekaliśmy ćwierć wieku i wszystko co mamy, to nory w ziemi. My nie chcemy przetrwać Anno, my chcemy żyć. Nie chcemy władzy, chcemy tylko móc decydować o swoim losie. Nie obchodzi nas dobro ludzkości. Nas nie obchodzi gatunek ludzki. Dlaczego mamy cierpieć dla przyszłych pokoleń? Chcemy żyć tu i teraz! Mamy tylko to jedno życie i chcemy je wykorzystać. Nie będziemy kryć się ciemności i przez całe życie wciągać w płuca pyłu z wyrobisk. Naszym prawem jest wyjście na słońce. To jest nasze prawo, a oni niby nam pozwalają wyjść, ale pozwalają wyjść tylko na śmierć. Tak, każdy ma prawo wyjścia z Olbrzyma, tak każdy. Ale puszczają człowieka tak jak siedzimy tutaj w tej chwili - w drelichu roboczym i z gołymi rękami. To jest śmierć.  Zrozum, Olbrzym to nie jest ich własność. To nasze, to jest wszystkich ludzi. Chcemy opuścić Olbrzyma, ale z narzędziami, bronią i zapasami żywności. Wtedy będziemy mieć szansę, by rozpocząć nowe życie. Pokale nas nie odróżnią od degeneratów dopóki im tego nie umożliwimy. Możemy żyć tak jak przed wiekami. Możemy żyć na zasadach jakie narzucili Pokale. Bielcy mówią, że to życie zwierząt, ale na Boga, my wolimy żyć tam jak zwierzęta, niż tu, w tym smrodzie, jak ludzie. Cywilizacja upadła i już nie wróci. Apokaliptianie obalili ją i koniec. Papa. Do widzenia. To, co było już nie wróci i wiedzą to wszyscy – Dorota przerwała. Obok przechodził porządkowy, ale usiadł kilka stolików dalej.

- Ale dlaczego ja? – zapytała Anna. - Dlaczego mi to mówisz?

Dorota oblizała spierzchnięte wargi.

- My musimy to wymusić na Bielcach to nasze wyjście na zewnątrz. Trzeba ich zmusić - inaczej się nie da. I trzeba to zrobić nagle, zdecydowanie, dlatego mamy tu organizację. Nazywamy ją “Słońce”. Członkami organizacji mogą być tylko zaufani ludzie, bo ci, którzy kilka lat temu mówili głośno o wyjściu umarli. Choroba, wypadek, zawał, wylew - tak ich zabijali. Teraz nikt nie mówi o tym głośno, ale się przygotowujemy. Rządzą nami Starcy. Tak ich nazywamy, bo mają stare głosy, ale nikt ich nie widział. To oni kazali mi cię poznać. Wtedy w łaźni, a potem na stołówce to nie był przypadek. Kazali mi - Dorota zaczęła znowu mówić szybko jakby bała się, że Anna wstanie od stolika i odejdzie. - Posłuchaj. Pozwól mi dokończyć. Nie myśl, że ja chciałam. Jezu… Powinnam od razu. Dlaczego nie powiedziałam od razu… - usta Doroty wykrzywiły się do płaczu. W oczach stanęły łzy.

- Dlaczego ci kazali? - zapytała cicho Anna.

- Myśleli, nie, nadal myślą, że jesteś ważna dla Junkera. A Starcy chcą kontaktu z nim. On jest dla nich ważny. Ja nie wiem. To przecież sierżant, zwykły trep, ale podobno tam nikogo tak nie szanują jak jego. Starcy myśleli, że go znasz i dlatego ja… no posłuchałam, wiesz to służba, ale teraz jest inaczej - potrząsnęła głową. - Miałam ci nie mówić, bo wszystko się zmieniło. Jesteś moją przyjaciółką, teraz inaczej to wszystko… - zakryła twarz dłońmi a potem przysunęła je w dół jakby chciała coś z niej ściągnąć. Patrzyła na blat stołu zerkając co kilka sekund na Annę. Czekała.

Anna nie czuła gniewu. Czy to jedno kłamstwo coś zmienia? Zresztą czy to naprawdę było kłamstwo? Nie. Anna poczuła ciężar. Ona ukrywała przed Dorotą wiele więcej. Czy przyjaciele tak robią? Ukrywała przed nią Yokai, Pajęczycę i pragnienie zabijania. Kłamała, gdy Dorota pytała o blizny, kłamała, gdy pytała o jej życie przed Olbrzymem, a więc nie miała prawa teraz czuć gniewu.

- Nic się nie stało - szepnęła. - Wszystko jest jak dawniej. A z Junkerem jak będę mogła pomóc to pomogę.

- Naprawdę? - Dorota odważyła się popatrzeć Annie w oczy.

- Tak. Pomogę.

Dorota wydawała się zakłopotana. Błądziła oczami po porysowanej blasze stołu. Anna nigdy jej taką nie widziała.

- Im dłużej byłyśmy razem tym mi było trudniej przyznać i to wszystko przez to, że oni mi kazali, ale jakby nie oni to byśmy się nie spotkały, dlatego nie mogę być nawet na nich zła. Nie mogę być nawet na nich zła! Mogę być na siebie zła, że od razu ci nie powiedziałam. To był błąd. Przepraszam. Bardzo cię przepraszam - dotknęła ostrożnie dłoni Anny. Przytuliły się mocno.

- Nie zasługuję na nią - pomyślała Jastrzębska.

 

*

 

Zaczęły widywać się coraz rzadziej. Anna unikała Jemajher i coraz więcej czasu spędzała u Ruska, który zgodnie z obietnicą, udostępnił jej laptop z listą audiobooków. Anna analizowała krótkie opisy pod tytułami całymi godzinami. Czasami przychodził do niej Rusek, siadał ze stęknięciem obok w swoim fotelu i przeglądał jej listę. Okazało się, że wiele książek przeczytał, inne odsłuchał i potrafił wiele doradzić.

- Biznes idzie bez wysiłku - wytłumaczył głębokim, niskim i nieco ochrypłym głosem. - Syn dorósł i nieczęsto pakuje się w kłopoty, więc mam dużo czasu na czytanie i słuchanie. Często sam zapuszczam tłumaczeniówkę dla lepszych rzeczy. To są sztuczni lektorzy, ale jak się ich poinstruuje co i jak, to nie są tak znowu beznadziejni.

Rusek był dużym, otyłym mężczyzną, który niemal każdy ruch wykonywał ze stęknięciem. Czuć było od niego tytoniem dominikańskich cygar i stuletnią whisky. Mógł sobie na takie luksusy pozwolić. Rusek żył daleko od Łącznika w module czysto mieszkalnym. Zajmował tam dwie pogłębione wnęki, które tworzyły cztery duże pokoje. Anna była tylko w dwóch z nich. W jednym załatwiał interesantów, a w drugim miał biuro i pracownię. To w niej sadzał ją przy biurku i pozwalał czytać opisy audiobooków.

Często pytała, jaką narrację wybrał autor. Najbardziej lubiła narrację w pierwszej osobie. W trzeciej była akceptowalna o ile narrator skupiał się maksymalnie na trzech bohaterach. Nie lubiła boskich narratorów, którzy mieli wiedzę o wszystkim i o wszystkich. Rusek dodał do jej listy kryteriów kolejny punkt - lektora.

- Widzisz - powiedział wydmuchując dym z cygara w kierunku wentylacji. - Dobry lektor potrafi z bardzo przeciętnej powieści zrobić, powiedzmy, arcydzieło. Słaby lektor doskonałą powieść zamienia w szmatławca. To tempo, emocje, różnicowanie głosu oraz suspens. To nie przychodzi tak łatwo. Weź to pod uwagę przy swoim wyborze.

Anna dodała do listy słów słowo suspens i posłuchała rady Ruska. Pokazał jej, że naciskając mały niebieski trójkąt wpisany w okrąg uruchamia krótkie nagranie pokazujące umiejętności lektora. Wysłuchanie zaledwie kilkunastu sekund przekonało ją, że stary Rusek miał rację. Czasem lektor niszczył cały wysiłek autora. Często jednak najwybitniejsze powieści były czytane przez więcej niż jednego lektora lub w wyjątkowych przypadkach każdy z bohaterów posiadał głos innego człowieka. Wtedy mogła dokonać najlepszego wyboru. Jej lista odwróciła się do góry nogami.

Anna polubiła Ruska. Może to był dla innych boss elektroniki, potężny, bogaty i bezwzględny człowiek, ale dla niej to był stary, otyły mężczyzna w okularach, który przeczytał bardzo wiele książek.

 

*

 

Dorota robiła wszystko, by było jak dawniej, ale Anna jej unikała. Jemajher powiedziała o sobie wszystko co mogła, nie tając niczego. Musiała sądzić, że Anna ma jej za złe brak szczerości. Nie wiedziała, że jest odwrotnie: im bardziej się odkrywała tym Anna gorzej się czuła.

- Byłam… nie, jestem naganiaczką - tłumaczyła Dorota. - Tak to nazywamy. Trochę to nieuczciwie, bo my nikogo nie naganiamy. Wybieramy po prostu osoby, które mogą mieć podobny cel co my, takie, które chcą żyć na zewnątrz. I nie chodzi o debili, którzy sądzą, że tam jest tak jak na filmach, że są gdzieś miasta pełne ludzi i życie jest łatwe. Nie chodzi też o takich, którzy myślą, że nie ma degeneratów ani Pokali, a wszystko co mówią Biali to zasłona dymna. Uwierz mi takich szaleńców jest wielu mimo świadectwa setek mrów, zdjęć i filmów z powierzchni. Nie. Szukamy takich, co wiedzą, że na górze będzie ciężko i niebezpiecznie, ale mimo tego chcą iść. Wiedzą, że będziemy żyć bez maszyn, bez broni palnej, a tylko z tym, co daje nam ziemia. I wiesz co? Jestem dobra w tym co robię. Inni się śmieją, że to dlatego, że jestem dziewczyną. Wiesz, dziewięćdziesiąt procent młodych ludzi tutaj to mężczyźni, a ja nie jestem brzydka. Większość z chęcią ze mną rozmawia. Niemal wszyscy rozmawiają tylko w jednym celu. Chcą mnie przelecieć, częściej patrzą w dekolt niż w oczy, ale ja to wszystko rozumiem, to naturalne, to nic złego. Też czasem chcę któregoś przelecieć - wzruszyła ramionami. - Ważne, że chcą rozmawiać, wtedy można wyczuć człowieka. I nie myśl, że zrekrutowałam tylko facetów. Nie, nie. Było kilka dziewczyn.

Dorota przekonywała też, że nie uważa, że ci, którzy wolą bezpieczeństwo jakie zapewnia Olbrzym nad wolność, którą daje powierzchnia są gorsi.

- Ludzie czują i wybierają inaczej, ja to rozumiem. Ty masz pewnie dość tego strachu z powierzchni, może ja też nie wytrzymam i wrócę tutaj z podkulonym ogonem i będę skiełczała pod bramą żeby mnie znowu wypuścili. Tak może być, nie można tego wykluczyć, ale mam prawo spróbować prawda? To moje życie i mam prawo zrobić kilka błędów. Ty chcesz zostać i ja szanuję twój wybór. I jak będziemy mieli plan żeby wyjść to przeleję moje wszystkie punkty albo sama ci audiobooki kupię. Będziesz słuchać i czasem mnie wspomnisz prawda.

 Płakały i śmiały się podczas tych rozmów, ale nadal z tygodnia na tydzień były od siebie coraz dalej.

 

*

 

We wnęce mieściło się tylko łóżko i stolik. Anna rozłożyła na nim podany przez kobietę koc i nachyliła się, by w półmroku obejrzeć ściegi łączące małe fragmenty szarego materiału. Przejechała dłonią po szorstkiej powierzchni koca wyczuwając zgrubienia na granicach łat. Zerkała co chwilę na chudą kobietę składającą dłonie jak do modlitwy. Kobieta miała na imię Maria i w jej oczach Anna widziała niepokój.

- To bawełna, mocny splot - tłumaczyła kobieta szeptem. - Wszystkie łaty są z ocieplanych rękawic roboczych. Mój syn zbiera te rękawice po tunelach… - jej oczy zaczęły błądzić po podłodze. Anna wiedziała, że kłamie. Nikt w Olbrzymie nie gubił rękawic. Zbyt wiele były warte.

- Robotnicy ciągle je gubią… To dlatego… - przełknęła ślinę. - To dlatego tak czuć je smarem. Ja je wyprałam wiele razy, ale ten zapach nie zejdzie tylko od wody. Bród zszedł, ale zapach nie. Niektórzy robotnicy gubią je lub wyrzucają jak się przedrą albo zabrudzą…

Anna wróciła do oględzin koca. Kilka minut przepatrywała w milczeniu łatę po łacie. To Dorota poleciła jej tą szwaczkę jako uczciwą i wykonywującą dobrej jakości ubrania, ale Anna chciała po prostu dokładnie obejrzeć towar.

- Nie żałuję nici - dodała Maria zaniepokojona drobiazgowymi oględzinami. - Mocno zszyte. Na pewno się nie rozejdzie. Niech pani spojrzy - złapała materiał i silnie szarpnęła, ale nie z całej siły, co nie uszło uwagi Jastrzębskiej.

- Chcę tylko, żeby był ciepły – powiedziała Anna – to jest najważniejsze.

- Będzie ciepły, na pewno będzie, jak ręce nie grabieją to przecież…

Nagle drzwi do wnęki otworzyły się. Maria popatrzyła na wchodzącego z przestrachem, ale uspokoiła się widząc kilkunastoletniego chłopca.

- To Hubert, mój syn – powiedziała i dłonią dotknęła jego ramienia. – Przywitaj się – poleciła, ale chłopak popatrzył na Annę obojętnie, po czym odwrócił się i wyszedł bez słowa.

- Przepraszam - Maria wyglądała na jeszcze bardziej zakłopotaną niż przedtem. - Niedawno umarł mu ojciec i stał się odtąd taki dla wszystkich. Nie odzywa się.

Anna pokiwała głową, a potem złożyła starannie szary koc i położyła na łóżku.

- Dobrze, wezmę go - powiedziała wyjmując z kieszeni kombinezonu nóż o drewnianym trzonku. Położyła go obok koca. Kobieta uchyliła drzwi wpuszczając od korytarza nieco więcej światła, podniosła nóż i dokładnie go obejrzała. Ostrze było zużyte w niewielkim stopniu. Uśmiechnęła się zadowolona. To był dla niej dobry interes.

Transfer punktów kosztował dwadzieścia procent i zostawiał ślad w systemie. Porządkowy mógł się zainteresować skąd te punkty i nałożyć grzywnę za nielegalną działalność albo żądać haraczu. Lepszy był handel wymienny. Wystarczyło tylko dogadać się co do potrzebnych rzeczy i zakręcić się wśród ludzi. Dorota miała wiele kontaktów i po zaledwie dwóch transakcjach udało się dostać nóż, którego potrzebowała Maria. Noże były częstą walutą w modułach. Noże były jak banknoty, a igły jak monety.

- To jest jednocześnie zaliczka – zaznaczyła Anna. – Jeszcze dwie pary skarpet. Taka była umowa.

- Taki materiał trudniej zdobyć - wytłumaczyła Maria – ale przyniosę za dwa dni.

- Za dwa dni u mnie - powiedziała Anna wpychając koc pod kombinezon i chwytając za klamkę.

- Tak, tak za dwa dni – powtórzyła Maria. – Tylko jeszcze… - Anna poczuła na łokciu palce kobiety i odwróciła się. - Ja mogę innym zrobić inne rzeczy, kombinezon dopasować, albo rozdzielić na marynarkę i spodnie. Ja wiem, że wielu to robi, ale ja obszywam dokładnie końce. To żmudna robota, ale wtedy materiał się nie siepi. Nie siepi się,  nie marnuje...

- Będę pamiętać - zapewniła Anna, zmusiła się do uśmiechu i opuściła wnękę. Zagłębiła się w wilgotny półmrok korytarzy. Z ciemności dochodziły zniekształcone ludzkie głosy i kroki. Kiedy weszła w tunel obwodowy towarzyszył jej już tylko odgłos szemrzącej między skałami wody i echo własnych kroków. Udało się. Dostała koc i to poza systemem. Dorota miała rację.

- Cały ten system punktowy - przypomniała sobie słowa Doroty - ma tylko na celu maksymalizować wysiłek robotników, ale tak by nie prowokować buntu. Wszystko co kupujesz leży w magazynach od lat. Bielcy mogą to po prostu rozdać, ale oni tego nie robią. Chcą ludzi trzymać za mordę i tak jest ze wszystkim tutaj. Rzeczy psujące się w magazynach osiągają bardzo wysokie ceny. Na koc trzeba pracować miesiąc. Ale można ominąć system i wykorzystać różnice preferencji. Tobie potrzebny jest koc, innemu garnek, a jeszcze innemu igła. Coraz więcej przedmiotów krąży na czarnym rynku przemycanych przez mrówy i wytwarzanych przez mieszkańców. Dla Bielców to przestępstwa, które każą nawet banicją. Według nich, aby otrzymać daną rzecz powinnaś pracować, a nie wymienić się z innymi. Jak istnieje wymiana to wtedy obie strony wymiany pracują mniej dla Olbrzyma, a przecież chodzi o to, by pracowały jak najdłużej. Po to ten monopol na handel. Bielcy dają żywność i dach nad głową, tak jak kiedyś dawano paszę i schronienie bydłu. To biologiczne przetrwanie bez najmniejszego komfortu. To brak komfortu ma zmuszać do pracy.

Myśli Anny rozpierzchły się, gdy zatrzymała się przed przesmykiem. Zarośnięty porządkowy o przekrwionych oczach podszedł do niej leniwie, zaświecił latarką w oczy rozmyślnie ją oślepiając, przeszukał, a potem pozwolił iść dalej.

Skręciła w prawo, w korytarz obwodowy. Mijala kolejne odnogi boczne, z których  dochodziło światło i hałas. Z jednej z nich wyszedł pijany gębol, niemal natychmiast potknął się i runął w płytką kałużę brudnej wody. Otrzeźwiło go to w bardzo niewielkim stopniu. Nie wstał nawet na nogi tylko wycofał się na czworaka w cieplejsze tunele wewnętrzne.

Anna rozmyślała o punktach. Dzisiejsza transakcja kosztowała ją ponad dwieście, ale potrzebowała drugiego koca i skarpet. W ostatnim tygodniu dwa razy budziła się w nocy z krzykiem. Ogień trawił jej stopy. Ból był nie do zniesienia. Koc i skarpety były konieczne.

Posuwała się korytarzem obwodowym wolno, ale pewnie, ledwie muskając dłońmi poszarpane ściany korytarza. Nagle zatrzymała się. Usłyszała szmer jakby ciche westchnienie. Czekała. Jęk się powtórzył. Brzmiał tak jakby ktoś próbował dźwignąć przekraczający jego siły głaz. Dochodził gdzieś z dołu. Kucnęła i namacała tuż przy podłodze nieregularną krawędź otworu prowadzącego do ciasnego tunelu. Zaczęła nasłuchiwać. Takie wnęki nie były rzadkością w modułach. Drążyła je woda, powstawały poprzez naprężenia w skale, przez błędy w użyciu materiałów wybuchowych, pomyłki planistyczne i lenistwo robotników. Wiele z nich pogłębiano na wnęki mieszkalne, inne od razu zasypywano. Gębole urządzali sobie w nich meliny, wiele służyło też za kryjówkę dla rzeczy, do których posiadania nikt nie chciał się przyznać. 

Znowu usłyszała kwilenie i chociaż chciała odejść, nagle targnięta jakimś  niepohamowanym przymusem, wpełzła w ciemność. Obserwowała bezsilnie swoje ruchy jakby została porwana przez prąd rzeki. W końcu zrozumiała. To Pajęczyca. W klatce piersiowej zaczął nabrzmiewać pulsujący żarem ciężar, w ustach rozlała się gorycz. Krew rozniosła po ciele siłę, zmyła zmęczenie i niepewność. Chciała się zatrzymać, cofnąć, ale nie była w stanie nic zrobić. To Pajęczyca. Pajęczyca. Nie było jej tak długo, ale teraz wróciła. A może to sen? Tak, koszmar. To koszmar.

Ręce zaczęły krwawić w miejscach gdzie ostra skała poprzecinała skórę. Korytarz rozszerzył się na tyle, że mogła poruszać się na czworaka. Czuła skałę całym ciałem. Wiedziała gdzie są załamania, gdzie wątłymi strumykami płynie woda i gdzie wystają krawędzie. Korytarz wił się, zakręcał, wznosił się i opadał. Przeczołgała się przez kałuże wody, ale nie czuła zimna. Pajęczyca odsunęła od niej wszystkie bodźce oprócz wypełniającego wszystkie tkanki pulsującego żaru. Mięśnie zaciskały się pulsacyjnie, zęby tarły o siebie niecierpliwie. Zza kolejnego zakrętu wyłoniło się ciepłe ciało. Poczuła je tak wyraźnie jakby trzymała je w ręku. Trysnęła nienawiść. To nienawiść dawała jej rozpierającą, zwierzęcą energię. Sztywne odnóża drapały skałę ciągnąc odwłok do ciepłego, bezradnego ciała. Przed oczami widziała już tylko rozedrganą czerwień. Chłopiec mówił coś niewyraźnie na poły przestraszony, a na poły uradowany, ale nie był w stanie się ruszyć. Zakleszczony między skałami, ze ściśniętą klatką piersiową jęczał cicho. To był mały chłopiec. Potrzebował pomocy. Anna wiedziała, że to mały chłopiec, ale jej sztywne usta wyszeptały imię demona:

- Yokai, Yokai, Yokai.

Nienawiść paliła wnętrzności. Zobaczyła twarz Yokai. Usłyszała głos Yokai. To Yokai. To był Yokai. Wspomnienie bólu jaki sprawiał otumaniło ją. Była znowu w piwnicy. Czuła wilgoć, zimno i ból. Ból z nim umrze. Gdy umrze Yokai, umrze i ból.

Ręka namacała kamień, palce zacisnęły się na nim i zaczęła uderzać. Raz za razem, aż czaszka chłopca pękła. Na dłonie i twarz trysnęły jej drobinki lepkiej krwi. Chłopiec umilkł, ale jej ramię poruszało się dalej. Kamień wybił dziurę w czaszce i napotykał już jedynie miękką gąbczastą tkankę. Jej ciało powoli opróżniło się z nienawiści. W końcu ręka opadła. Pajęczyca odeszła syta, a Anna została sama. Zgięła się wpół i zwymiotowała.

 

Rozdział 14

 

- Co gębę krzywisz Gert? - Nawrocki poczuł silne uderzenie w ramię, które wytrąciło go z odrętwienia. - Przecież wracamy do domu.

Uderzenie było mocne, ale nie zabolało, bo siłę ciosu rozproszyła wsunięta w kurtkę grafiksowa płytka. Nawrocki spojrzał na swego partnera i wykrzywił wargi jakby w ustach rozgryzł ziarno pieprzu. Czarnobrody Węgier nazywał się Ivo Filesz. Był niższy od Gerta o pół głowy, ale grubokościsty i zbudowany jak zapaśnik. Wydawał się być zawsze pochylony nieco do przodu jak szarżujący byk. Szczerzył zęby szerokie jak u konia.

- Taaa - odparł Nawrocki. Zaparł się nogami i wykonał obrót stalowym kołem. Lewe skrzydło bramy przesunęło się ostatnie kilkanaście centymetrów i uderzyło w prawe. Rozległ się zgrzyt, a potem huk zwierającej się stali. Zapadła ciemność. Świeże powiewy wieczornego powietrza zastąpiła stęchlizna podziemnych korytarzy.

Filesz zapalił latarkę i zablokował skrzydła bramy belkami. Teraz nikt nie mógł otworzyć jej od zewnątrz.

Byli w tunelu południowym, jednym z dwóch znanych Gertowi wejść do Olbrzyma. Pozostali członkowie drużyny byli już daleko przed nimi. Byli tak daleko, że nie było widać nawet poświaty latarek. Widział tylko gęstą jak smoła ciemność.

- Już śmierdzi starą szmatą, niedługo będzie pleśń i grzyb, potem smród niemytych ciał, moczu, gówna, zepsutych zębów i spalin - powiedział Nawrocki spluwając. - I pot, ten pierdolony pot. Już na samą myśl mnie mdli.

- Mogę ci, kurwa, dorzucić bąka do kolekcji, Gert, tylko poczekaj - Filesz stęknął - chwilę - dokończył i pierdnął basowo z końcowym cienkim akcentem.

Nawrocki przeszedł obok niego bez słowa. Przystanął gmerając przy latarce na hełmie. Filesz dogonił go po chwili.

- Nie wybrzydzaj tak chłopie. Po to jest wódka, żeby nie czuć. Ale na poważnie. Wolisz gówno z flaków degeneratów? – zapytał. – Dobrze ci pachniały te flaki? Wiesz co, ja wolę stęchliznę niż smród poszatkowanych kulami dege. Później zbieraj te ichnie podroby. Dotąd mi się rzygać chce. Tyle ci powiem.

- Taaa - przyznał Nawrocki. - Ale to był jeden dzień. No i zwykle nie musimy się z nimi tak pierdolić. To był pech. Mieliśmy po prostu pecha. Każdą drużynę to spotyka prędzej czy później. Melinę trzeba czyścić po sobie, takie są zasady. Martwych dege trzeba wyciągnąć i spalić.

- A czy ja kurwa narzekam na zasady? – wzruszył ramionami Filesz. – Po prostu się cieszę. W końcu wróciliśmy. Olbrzym to mój dom i twój dom, więc nie pierdol mi o smrodzie. Tyle w temacie.

Filesz pokręcił pokrętłem przy hełmie, by rozszerzyć snop światła i ruszył pierwszy w lepką ciemność. Nawrocki poprawił pasy plecaka, włączył swoją latarkę i powlókł się za towarzyszem. Szare skały lśniły od wilgoci. Tunel zakręcił kilka razy, a potem cały czas opadał w dół jakby schodzili do samego piekła.

Myśli, które gryzły Nawrockiego od miesięcy znowu wróciły. Co zrobił źle? Był pewien, że po Modlinie przydzielą go do jednej z miejskich drużyn Junkera, do Urbanów, ale zamiast tego wrócił znowu do drużyny kaprala Junga. Jung nie był nawet w połowie tak dobrym trepem jak jego poprzedni dowódca kapral Kerinen, ale Nawrocki nie mógł mieć mu nic do zarzucenia. Może tylko to, że Jung był młody, ledwie kilka lat starszy od Gerta i brakowało mu doświadczenia. Nawrocki liczył jednak, że po Modlinie czeka go coś innego. Liczył, że może Junker zacznie go szkolić, liczył, że coś się zmieni. Ale nic się nie zmieniło. Wszystko było po staremu: te same zadania, te same problemy, ci sami ludzie. Ponad rok i nic.

Korytarz opadał w dół coraz bardziej stromo aż w końcu poszarpana skała zamieniła się w schody. Nierówne, mokre stopnie wymagały ciągłej uwagi. Myśli Nawrockiego rozpierzchły się. Słyszał z dołu kroki Filesza. Przyspieszył i zrównał się z partnerem.

- Odkąd się kurwa skumałeś z tymi Urbanami od tego Junkera, to ci coś się w dupie poprzewracało - powiedział z wyrzutem Filesz. Nawrocki wyczuł, że Węgier mówi poważnie. - Wcześniej nie byłeś też jakiś szczególnie rozrywkowy, ale teraz to kurwa chyba chodzę z jakimś jebanym klechą. Jeszcze tylko kurwa brakuje ci ryngrafu z Matką Boską albo różańca na kutasie. Masz różaniec na kutasie?

Urbanami nazywano członków drużyn miejskich Junkera. Urbani chodzili do miast. W slangu zwiadu używano wielu angielskich słów, chociaż wśród żołnierzy było jedynie dwóch Amerykanów. Wszystko brało się z gier komputerowych. Nawrocki nigdy nie grał, ale wiedział, że to była główna rozrywka ludzi przed epidemią. Po angielsku wszystko brzmiało lepiej.

- Nie skumałem się z Urbanami – powiedział. – Wzięli mnie ze sobą, bo potrzebowali tragarza i taka jest prawda. Byłem dla nich jak muł. Przytaszczyłem co chcieli i odstawili mnie do stajni.

Nawrocki wiedział jednak, o co Filesz miał pretensje. Węgier szukał partnera do wypitki. Po wyjściu na powierzchnię, które trwało ponad siedem dni, każdy z drużyny otrzymywał dobową przepustkę, podczas której żołnierze głównie pili lub szli do modułów, najczęściej do Rozkoszniaczka. Każdy miał coś przemycone z góry, za co łatwo było się zabawić. Ivo był z tych, co lubili się napić. Wydawało mu się, że ktoś, którego nazwisko kończył się na „cki” albo „ski” musiał być gotowy do wypitki przy każdej okazji. Nawrocki go ostatnio zawodził.

- To napijesz się ze mną Gert? – zapytał wprost Filesz. - To sprzyja tym… relacjom. Robi się więź. W parze potrzebna jest więź. Nasza się rozluźnia wiesz? A musi być mocna, bo to nam może kiedyś życie uratować. Więź jest mocna to NaFi jest mocne. Ale nie żeby ta więź była za bliska. Taka męska wiesz, twarda musi być, taka w sam raz…

- Napiję się Ivo – powiedział Nawrocki rozciągając usta w uśmiechu, chociaż Filesz nie mógł widzieć jego twarzy. Ktoś mu kiedyś powiedział, że jak się mówi uśmiechając to w słowach nie słychać smutku. Zadziałało. Ivo umilkł. Nawrocki nie miał ochoty na alkohol, ale nie chciał urazić Filesza. To był dobry żołnierz i kolega. Można było na nim polegać. Ponadto Fileszowi nie chodziło o to by pił na równi z nim. Węgier nie pilnował kolejek. Pozwalał, by każdy pił w swoim tempie. Zależało mu głównie na towarzystwie przez to picie z nim nie było tak uciążliwe jak z innymi. Ivo dbał o to, by w jego kieliszku było dużo. Inne kieliszki interesowały znacznie mniej.

Schodzili dalej w milczeniu. Filesz zaczął pogwizdywać. Potem zaprzestał nawet i tego. Mieli ciężkie plecaki, a stopnie schodów były na tyle wysokie, że Nawrockiego zaczęły boleć kolana. Szedł jednak dalej zaciskając zęby.

Robiło się coraz cieplej. W powietrzu czuć już było spory grzybów i spaliny. Gdy dotarli do wartowni byli mokrzy od potu.

- Co tam przywlekliście panowie? - krzyknął wartownik w znoszonym mundurze zwiadu. Ręce wplótł nieregulaminowo w pasy uprzęży. Broń miał wpiętą jedynie w uchwyt centralny. Delikatnymi ruchami palców obu dłoni bujał karabinkiem na lewo i prawo.

Gert znał go. To był starszy szeregowy Konrad Wasiak, który służył w drużynie Dresslera i był równie porywczy, co jego dowódca. Wasiak był w urbanach, ale nie zadzierał nosa. Wszyscy go lubili.

- Fanty mamy zgodnie z listą - zarechotał Filesz i podał rękę Wasiakowi. – Byliśmy na czystej  wyrwispierdówie, na wuesce. Węgier skinął głową drugiemu wartownikowi ubranemu w błękitny uniform wojsk wewnętrznych, ale tamten stał nieruchomo z rękami założonymi na plecach. Nie mrugnął nawet powieką. Patrzył gdzieś w bok.

- A temu co? – zapytał Filesz marszcząc brwi. – Pochylił głowę bardziej niż zwykle i pomachał mu ręką przed twarzą. - Śpi?

- A nie zwracaj uwagi - Wasiak splunął na podłogę. - Przysyłają ich tutaj nie wiadomo, kurwa, po co. Tak jakbyśmy przemycali jakąś kontrabandę – popatrzył jeszcze przez chwilę na podporucznika wojsk wewnętrznych i przeniósł wzrok na Filesza.

- Dobra. Znacie zasady. Plecaki i broń na stół, rozstawić nogi i ręce w górę. Muszę was pomacać.

Nikt ze zwiadu nie szanował żołnierzy wojsk wewnętrznych. Była to formacja stworzona początkowo do ochrony najważniejszych warsztatów i laboratoriów, ale z każdym rokiem było ich coraz więcej. Pojawili się na każdym poziomie w Kompleksie, a potem w modułach, ale tam nazywali ich porządkowymi. Prawdziwa nienawiść między zwiadem a niebieskimi zaczęła się jednak dopiero wtedy, gdy podzielono Kompleks na strefy. Od tamtej pory niebiescy mogli zatrzymywać i legitymować żołnierzy zwiadu. Niebiescy współpracowali też blisko z kościołem, dostawali sprzęt kosztem zwiadu, a nie ryzykowali niczym siedząc na niezliczonych posterunkach i wartowniach pod ziemią.

Nawrocki zdjął plecak i położył na blaszanym blacie stołu. Uniósł ramiona rozciągając zmęczone mięśnie pleców. Potem wypiął karabinek z uchwytu piersiowego i oparł go o ścianę. Opuścił głowę, zamknął oczy i wymasował zesztywniały kark. Gdy podniósł znowu wzrok Filesz już był przeszukiwany przez Wasiaka. Urban obmacał kieszenie wybrzuszone od paczek papierosów, gum do żucia, kart pamięci i z poważną miną kazał Węgrowi otworzyć usta. Filesz z prezydenckim nadęciem spełnił polecenie. Wartownik wyjął latarkę z klapy bluzy i zaświecił w gardło. Przypatrywał się uzębieniu kolegi przez kilkanaście sekund, po czym kazał mu zamknąć usta i skinął głową. Wartownik podszedł później do Nawrockiego i powtórzył cyrk na użytek ponuraka w niebieskim mundurze.

- Wszystko w porządku panowie - oświadczył szczerząc zęby. - Możecie iść na krew.

Nawrocki podniósł karabin i plecak. Skinął głową Wasiakowi i ruszył za Fileszem. Przechodząc obok żołnierza wojsk wewnętrznym przelotnie spojrzał na jego twarz. Mięśnie szczęki porucznika wybrzuszały się pulsacyjne. Pod lewym okiem skóra była zaczerwieniona i spuchnięta. Zimne oczy wbite były w czerń korytarza. Nawrocki domyślił się, że ktoś go niedawno musiał uderzyć. Pewnie któryś z jego drużyny.

- Nie będzie z tego nic dobrego - pomyślał i wszedł w ciasny, wybetonowany na równo korytarz. Z daleka dobiegały śmiechy i gwar głosów. Wszedł do podłużnej, nieco tylko szerszej niż korytarz sali, w której na wąskich ławkach rozmieszczonych wzdłuż ścian siedzieli żołnierze jego drużyny.

- Ale widziałeś wtedy jego gębę? Widziałeś? Będzie trzymał już swoje łapy z daleka - śmiał się drobny blondyn o zaciętej twarzy - co chwilę wstawał z miejsca zaciskając urękawiczoną dłoń na kolbie swojego karabinka.

- Złoję ci za to dupę Karolak - zrugał go Jung. - To może dotrzeć nawet do kapitana, a ja nie będę twojej dupy bronił. Ostrzegałem żebyście mieli łapy przy sobie i nie dotykali pana niebieskiego porucznika, ale kurwa nie rozumią…

 - Nie będzie mi pchać łap w kieszenie - mruknął Karolak nieco mniej wesoło, a drobny kuksaniec na pewno dobrze mu zrobi.

- Ale tobie może, kurwa, źle zrobić!

Nawrocki zauważył, że Jung był zły. Rzadko go takim widywał. Rzadko wrzeszczał na podkomendnych.

- On był tam sam i był na służbie – mówił dźgając palcem w pierś Karolaka. - To, co zrobiłeś będzie miało konsekwencje. Mogą cię nawet wypierdolić i trafisz gdzieś do modułu Karolak, będziesz tam żarł robale i popijał drożdżami. Podoba ci się taka emeryturka? Myślisz, że to niemożliwe? Więc mi już nie pierdol w kółko o tej swojej głupocie. Sam bym ci ryja stłukł jakby była nadzieja, że to pomoże. Ale takiej nie mam. Porzuciłem dawno, kurwa, temu.

Nawrocki zajął miejsce na ławie naprzeciwko Filesza. Chwilę potem lekarz wszedł przez drzwi w gumowym kombinezonie. Na piersi miał torbę z próbnikami. Żołnierze zaczęli podwijać rękawy.

- Wyniki będą za dwie godziny - powiedział lekarz.- Jak ktoś chce to może się przespać. Obok mamy poczekalnie z pryczami. Nówki sztuki, korzystajcie póki nie ma jeszcze pluskiew.

 

*

 

Pijatyka z Fileszem nie trwała długo. Węgier dziwnie szybko upił się bimbrem i znalazł sobie przyjemniejsze, damskie towarzystwo. Gert wiedział, że panienki z Rozkoszniaczka oskubią go do ostatniego papierosa, ale skoro Filesz się tym nie przejmował, więc dlaczego miał przejmować się on? Gert opuścił Rozkoszniaczka i wrócił z modułów do Kompleksu. Nie był pijany. Alkohol spotęgował tylko zmęczenie.

Skierował się chwiejnym krokiem do swojej kiszki. Tak żołnierze nazywali korytarz, w którym mieściły się pokoje dla drużyn zwiadu. Kiszki były kręte, ciasne i cuchnące. Każda była koszarami dla jednego z trzech plutonów zwiadu. Pomieszczenia dla drużyn, wybite po obu stronach kiszki nazywano norami,   głównie ze względu na ciasnotę i nieregularny kształt. Każdy żołnierz miał w niej pryczę, chwytak na broń,   szafę z blachy i nocny stolik. Na końcu każdej kiszki znajdowała się umywalnia: dziesięć wanien, dziesięć umywalek i sześć kabin prysznicowych. To właśnie te kabiny od kilku godzin zaprzątały głowę Nawrockiego.

Niemal czuł już gorące krople na karku i tłustych od pyłu i błota włosach. Małe przyjemności w odpowiednich warunkach stawały się  luksusem. To Nawrocki pełnił ostatniej nocy wartę w melinie i czuł, że ze zmęczenia ledwo powłóczy nogami.

Otworzył drzwi i rozejrzał się po pogrążonej w półmroku norze. Smród potu i brudnych ciał zdążył zrzednąć przez te wszystkie dni jakie spędzili na patrolu. Ucieszył się z tego. Nikt z jego drużyny jeszcze nie wrócił. Żołnierze woleli od razu pozbyć się przemycanych przedmiotów, a potem balować do upadłego. To był zwyczaj żołnierzy wszystkich armii świata: nigdy nie wiadomo co będzie jutro, więc łap dzisiaj rękami i zębami.

Nawrocki rozpiął zatrzaski uprzęży i odłożył ją do szafy, a później ściągnął bluzę. Ręcznik czekał na półce. Był zimny i śmierdział stęchlizną podobnie jak majtki i podkoszulek. Rzucił torbę na przykryte brunatnym kocem łóżko. Włożył do niego ręcznik, skrawek mydła, brzytwę, świeżą bieliznę, gumowe klapki i foliową reklamówkę.  Zanim wyszedł z nory klepnął mocno pryczę. Sprężyny zajęczały, a z brunatnego koca uniósł się kurz.

- Niedługo się widzimy - mruknął do łóżka. Zanim wyszedł na korytarz  zdjął buty i założył klapki. Zarzucił torbę na ramię i podreptał kiszką w dół. Mijał drzwi nor innych drużyn i skinął głową kilku znajomym żołnierzom idącym w przeciwnym kierunku. Powietrze stawało się coraz cieplejsze i wilgotniejsze. Za kolejnym zakrętem dojrzał drewniane drzwi umywalni. Wszedł do środka. Tylko jedna kabina prysznicowa była zajęta. Uśmiechnął się. Wiedział już, że woda będzie na pewno gorąca.

W przebieralni umył dłonie i twarz, a potem przeprał spodnie, skarpety i bieliznę. Wyżęte ubrania zaniósł do suszarni. Teraz czekała go tylko przyjemność. Gorąca woda na początku parzyła, ale lubił to uczucie. Dopiero gdy namydlił się porządnie i spłukał mydliny poczuł się naprawdę czysty. Przykręcił nieco kurek z wodą i zaczął wyciskać potówki, które ciągnęły się od ramion dwoma pasami przez plecy. Pojawiały się już drugiego dnia marszu i przez cały czas irytowały go swoją obecnością. Nie bolały, nawet nie swędziały specjalne, ale wiedział, że tam są i to wystarczało. Po wyciśnięciu krost wyszorował skórę mydłem i rozkoszował się jeszcze kilka minut gorącą wodą. Co kilkanaście sekund odkręcał kurek i zwiększał nieco temperaturę, aż na plecy lał mu się wrzątek. Para kłębiła się w powietrzu tak gęsto, że nie widział własnych stóp. Gdy wyszedł spod tego ukropu, stanął przed lustrem i starł z niego mleczna powłokę osiadłej pary. Skóra na piersiach i ramionach była tak czerwona jakby ktoś wychłostał go batem. Namydlił twarz, sięgnął po brzytwę i ogolił się, a następnie znowu namydlił twarz i spłukał ją wodą. Wytarł się, założył bieliznę, zebrał rzeczy z suszarni i wrzucił do reklamówki. Wrócił do nory z uśmiechem na twarzy.

Gdy otworzył drzwi uderzyła go cuchnąca fala smrodu. Znał ten smród. To niemyte od wielu dni ciało przesiąknięte wódką i tytoniowym dymem. W norze był tylko jeden żołnierz. Leżał skulony na swojej pryczy w tym samym mundurze, w którym wrócił z misji. Chrapał. To był szeregowy Wojciech Karolak.

Furia zabiła senność w mgnieniu oka. Nawrocki w trzech krokach znalazł się przy jego pryczy, jednym szarpnięciem postawił go na nogi i przycisnął do ściany. Karolak zabulgotał coś niewyraźnie, ale Nawrocki chlasnął go w twarz otwarta dłonią. Nie czekał aż tamten się wybudzi.

- Śmierdzisz! – ryknął mu prosto w twarz. Karolak zabulgotał coś w odpowiedzi oganiając się ręką.  - Jak śmierdzisz jak latryna to leż w latrynie – Nawrocki zaciągnął go do wyjścia i wywalił za drzwi jak kubeł odpadków. Potem wrócił do pryczy Karolaka, zebrał bieliznę, ręcznik i mydło, otworzył drzwi i rzucił nimi w leżącego na korytarzu oszołomionego szeregowego.

- Nie wracaj dopóki nie będziesz czysty - krzyknął. - Bo gnaty połamię. Nie żartuję, wejdziesz tu tak jeszcze raz i tak ci wpierdolę, że będziesz pół roku chodził zygzakiem.

Trzasnął drzwiami, wrócił do swego łóżka i wsunął się pod koc. Zamknął oczy i po kilku minutach, gdy złość odpłynęła, zasnął. Gdy poczuł szarpnięcie za ramię przysiągłby, że minęło pięć minut. Był przekonany, że to Karolak i nie otwierając oczu zacisnął mocno pięść na szarpiącej go dłoni. Usłyszał syknięcie.

- Wstawaj Nawrocki - krzyk kaprala Junga był o wiele cieńszy niż zwykle. Dowódca drużyny wyrwał dłoń z żelaznego uścisku Nawrockiego i zaczął rozmasowywać nadgarstek.

- Sierżant Kerinen chce cię widzieć. Kurwa mać, ale masz moc w łapach.

Nawrocki wybełkotał przeprosiny i zerknął na zegarek. Spał jedynie sześć godzin, ale to nie miało znaczenia. Kerinen go wzywał. Nie widział go od ponad roku. Nikt z oddziału go nie widział. Senność uleciała w ułamku sekundy. Poczuł, że serce bije mu mocniej. To musiało być ważne. Kerinen dostał nowe ciało i nadal był w skrzydle szpitalnym. Czego mógł od niego chcieć?

 

*

 

Trzy silne lampy zalewały niewielką siłownię migotliwym światłem. Nawrocki zmrużył oczy i przysłonił je przedramieniem. Wszedł z ciemnego korytarza i potrzebował chwili, by źrenice odpowiednio się zwęziły. Powietrze było tu równie ostre jak w reszcie szpitalnych pomieszczeń.

- Dobrze, że jesteś – usłyszał obcy męski głos.

Skierował w tamtą stronę wzrok. Mężczyzna siedział na ławeczce i podnosił w górę i w dół śmiesznie małe hantle. Miał podkrążone oczy i szeroką bliznę na szyi, wypukłą jak wole.

- Sierżant Kerinen?  - zapytał i ruszył w jego kierunku. Poznał go dopiero z bliska. Sierżant miał wychudłą i obwisłą twarz, którą pokrywał rzadki zarost, ale to był on, bez wątpienia.

Fin odłożył wolno hantle. Wątłe ręce drżały mu z wysiłku. Nawrocki dostrzegł w jego ruchach nieporadność dziecka.

- Nie jestem już twoim dowódcą i już pewnie nie będę – stwierdził nie pasującym do niego dziwnie wysokim i drżącym głosem. - Mów mi po imieniu i siadaj obok Gert - wskazał mu miejsce na ławce. Nawrocki posłuchał i usiadł. Kerinen przez dłuższą chwilę obserwował twarz dawnego podkomendnego i próbował się uśmiechnąć, ale kąciki ust wygięły się ku dołowi w dziwnym grymasie.

- I co u naszych? - twarz Paavo ruszała się jeszcze pokraczniej niż ręce. Gdy mówił mięśnie mimiczne kurczyły się i rozkurczały w nieskoordynowany sposób jakby nie kontrolowała ich jedna, ale kilka osób.

- Przydzieli nam kogo innego na dowódcę - odpowiedział Gert. - Chodzimy głównie na wueski. Często wysyłają nas z mrówami tak jak wtedy pana sierżancie.

- Wszyscy cali?

- Tak. Nikomu się nie oberwało.

- Dobrze - Fin pokiwał głową i uniósł w skupieniu dwukilogramową hantlę. Wpatrywał się w nią tak intensywnie jakby nie unosił jej siłą mięśni, ale siłą woli.

Gert oblizał usta. Chciał zapytać o głowochwyt, ale nie chciał urazić Fina. Oparł łokcie na kolanach i splótł palce u rąk. Potem je rozplótł i wyprostował się nagle.

- Pewnie chcesz wiedzieć jak to jest z tym głowochwytem – zapytał nagle Kerinen zanim Gert zdążył otworzyć usta.

- Tak - przyznał z ulgą Nawrocki. Zauważył, że na twarzy Kerinena znowu pojawił się ten nibyuśmiech. - Jakby pan sierżant mi czytał w myślach.

- Przestań mi już sierżantować. Mów mi Paavo, dobra?

Nawrocki skinął głową.

- Też bym chciał wiedzieć na twoim miejscu o tym głowochwycie - kontynuował Kerinen. - Normalna sprawa. - Zamknął na chwilę oczy jakby zbierał myśli.

- Jak zapala się dziesiąta lampka następuje błysk i po chwili budzisz się w ciemności z bólem głowy. Pulsuje jakby ci coś miało ją rozsadzić. Poza tym nie ma nic oprócz tego bólu. Nie wiem ile dni. Poczekaj, mówili mi. Tydzień to było, ale dla mnie to było jak rok. Tak. Ale nie to było najgorsze, nie to… - Kerinen przerwał i zaczął się śmiać.

- Czy mu się nic we łbie nie przekręciło od tego? - pomyślał Gert, ale nic nie powiedział. Czekał cierpliwie aż Kerinen podejmie na nowo opowieść.

 - A potem musisz walczyć o każdy mięsień i każdy ruch - kontynuował Fin. - Przy rehabilitacji po dekapitacji jest to samo. Głowa musi nauczyć się na nowo gdzie podziało się ciało. Na początku nie wie nic. Leżysz jak trup, nawet nie mrugasz powiekami i nie oddychasz. Nie słyszysz, nie widzisz ani nie czujesz. To jest straszne Gert. Coś okropnego. Jak czarna dziura. Są tylko twoje myśli. Nawet nie wiem ile to trwa. Dla mnie to było jak lata. Potem wraca słuch. U mnie był najpierw słuch. U niektórych pierwsze jest czucie. To nawet nie dotyk tylko czucie. Ale u mnie był słuch. Chyba jakoś się na tym poznali, bo ktoś przychodził do mnie do łóżka i deklamował: „Żyjesz. Jesteś w szpitalu. Głowochwyt zadziałał. Otrzymałeś nowe ciało. Potrzebny jest czas by wypłukać krioprotektanty. Niedługo odzyskasz wzrok, a potem kontrolę nad ciałem.”  - westchnął i pokręcił głową. Trzęsła mu się jak u starca.

- Słyszałem to chyba z tysiąc razy. Mówią to pewnie po to by nie dać nam zwariować. Ja i tak przestałem w to wierzyć, ale pewnego dnia wszystko zalało światło. Ktoś odemknął mi powiekę. Sam nie potrafiłem nawet jej wtedy unieść. Nauczyłem się tego dopiero kilka dni później. Potem następuje ważna rzecz. Zadają ci dziesięć razy to samo pytanie i masz na nie odpowiedzieć ''tak'', czyli jedno mrugnięcie lub ''nie'', czyli dwa mrugnięcia. Dziesięć razy podają imię i nazwisko i pytają czy tak się nazywasz. Trzeba się wtedy skupić. Myślę, że jak nie odpowiesz prawidłowo na wszystkie pytania to nie będą sobie już tobą zawracać głowy. No może dadzą ci jeszcze szansę jak raz się pomylisz - przerwał na chwilę jakby potrzebował odpoczynku. Gert czuł się nieswojo widząc w takim stanie żołnierza, którego szczerze podziwiał.

- Potem zakładają ci na łeb elektrody i jest komunikacja. Umiesz zapalić lampkę i wtedy ktoś przychodzi. Każą ci myśleć o oddychaniu i sercu, bo chcą cię odłączyć od respiratora. Trzeba mocno myśleć. Im mocniej myślisz, tym szybciej dzieją się rzeczy. Nawet sobie Gert nie zdajesz sprawy jak męczące jest myślenie. To jest kurewsko ciężka harówka, kurewsko, kurewsko, kurewsko ciężka. Mnie po trzech dniach odłączyli od respiratora i zaczęło się uruchamianie układu pokarmowego. Pakują ci rurę do żołądka i przepychają papkę. Nie czujesz nic. Kompletna pustka. Można zwariować. Później czucie wraca. Powoli. Razem z bólem. Pewnego dnia czujesz, że się zesrałeś albo zlałeś w pieluchę i uwierz mi to jest o wiele lepsze od pustki. Radość jest wielka. Przez pierwsze dni gówno i szczyny pachną jak najlepsza pefuma. Potem zaczynają śmierdzieć jak zwykle, ale na początku to jest dla ciebie po prostu doznanie. Uwierz mi, po kilku tygodniach zapachowego niebytu nurzałbyś się we własnej kupie tak radośnie jak prosiak w błocie. - Ale poczekaj, co ty taki zadowolony? – Na twarzy Kerinena znowu pojawił się dziwaczny grymas, ale szklące się od wesołości oczy skłoniły Nawrockiego do zaklasyfikowania go do kategorii uśmiechów.

- Trudno mi sobie wyobrazić sierż… ciebie srającego do pieluchy - Nawrocki nie był w stanie powstrzymać już uśmiechu. - A unosili nóżki do góry czy na boczek? - parsknął już śmiechem i po chwili Fin do niego dołączył. Z jego piersi wydobył się ni to kaszel ni charkot, a po policzkach popłynęły łzy.

- Ten pierdolony zwieracz był najgorszy - Kerinen pisnął, gdy mógł już nabrać powietrza. - Uparty, leniwy, leniwy, niedobry zwieracz - zaczął grozić palcem w kierunku swojej dupy, a Nawrockiemu śmiech wyciskał powietrze z płuc i łapał je z powrotem jak topielec. - Dwa miesiące heroicznej walki. Najtrudniejsza misja sierżanta Paavo Kerinena: zmusić własną dupę do posłuszeństwa. Jeszcze nikt mi tak w kość nie dał jak ten jebany zwieracz!

Śmiali się dobre kilka minut.

Nawrocki spojrzał na dystynkcje na ramionach Kerinena. Fin nie był już sierżantem.

- Tak, tak awansowali mnie – na twarzy Kerinena pojawił się nibyuśmiech. - Pośmiertnie. Dekapitację uważają za śmierć i każdy dostaje kopniaka do góry. To dlatego. Ale wiesz, to co się stało, coś we mnie zmieniło. Czuję to i myślę, że też to wyczułeś, co?

Gert skinął głową. Rzeczywiście. Ten facet, który groził palcem swojemu zwieraczowi to nie był ten zimny i poważny do bólu Kerinen, który przez dwa lata dowodził jego drużyną.

- To moje drugie życie Gert. Zacząłem drugie życie, ale nie o mnie tutaj chodzi. Zacząłem życie z niemożliwym do spłacenia długiem. Ale o tym później. O tym później.

Zamilkli na chwilę. Nawrocki obserwował Fina już bez żadnego skrępowania. Ciało, które otrzymał było duże, ale wyjątkowo chude, wycieńczone. Dopiero teraz to dostrzegł.

- Tak, tak – Kerinen znowu uprzedził pytanie Nawrockiego. – Ważę teraz około pięćdziesięciu kilogramów przy stu dziewięćdziesięciu trzech centymetrach wzrostu. Jestem jak kościotrup. Ciało pożarło tkankę mięśniową. Atrofia. Teraz muszę to od początku zbudować. Teraz muszę zbudować, jak to mówią lekarze, ''świadome mięśnie''. To już ostatni etap. Mam już jako takie czucie ciała. Jest już prawie moje. Najgorzej jest z głosem. Mam inny głos i za każdym razem, gdy coś mówię, czuję jakby zamiast mnie, ktoś inny mówił dokładnie to, co chcę powiedzieć ja. To uczucie słabnie z każdym dniem, ale nadal trudno się przyzwyczaić.

- A jak przejąć takie ciało? – zapytał Nawrocki. – Widziałem kilku po przeszczepie, co nawet po wielu latach poruszają się na wózkach. Niektórzy zapili się przez to na śmierć.

- Nie można leżeć i czekać – pokręcił głową Kerinen – nic samo się nie stanie. To jak wyjmowanie szpilek, za pomocą języka, z wanny błota. Wydaje ci się, że już coś uchwyciłeś, a to się wymyka. Wyjątkowo niewdzięczna robota. I przez pierwsze tygodnie efekty przychodzą bardzo wolno, ale potem przychodzi to szybciej. Najważniejsze, by umieć uchwycić myśl i ją trzymać jak w obcęgach. To nie jest łatwe. Spróbuj jak będziesz się nudził. Mózg jest jak słoń – jeżeli nie oswoisz go za młodu to będziesz musiał się natrudzić, gdy jest już dojrzały. Czasem to nawet niemożliwe, nawet Junker to przyznaje. Ale ja już za miesiąc będę sprawny, a za trzy gotowy do służby.

Nawrocki pokiwał głową wbijając wzrok w podłogę.

- Pewnie zastanawiasz się, po co cię tutaj wezwałem – zapytał Kerinen znowu prezentując nibyuśmiech. - To kwestia tego długu, o którym wspomniałem… - przerwał i westchnął. Popatrzył na podłogę. - Gert, ja byłem pewien, że umrę tam na zewnątrz. To cud, że tak się nie stało. Głowochwyt nie został przyniesiony tutaj przez naszych, pewnie o tym już wiesz. Zrobiła to dziewczyna z zewnątrz. Wiem, że żyje teraz w modułach. Odratowali ją, chociaż była już martwa. Wyglądał jak oblepiony muchami ochłap surowego mięsa. Śmierdziała jak trup. Gdy stała, drżały jej nogi. Ona tam umierała, a jednak wzięła na plecy mój łeb i przez dziesięć dni ciągnęła go przez las. Rozumiesz? Przez dziesięć dni. Gert, ja mam teraz dwa razy więcej mięśni niż ona i potrafię przejść kilkanaście metrów. To, co zrobiła jest nadludzkie. Ale zrobiła to… Ona to zrobiła… - Nawrocki widział na twarzy Kerinena dziwne skurcze, których nie był w stanie zinterpretować. Głos dziwnie mu drżał. - Gert, ja wiem, że tam bywasz. Nie zaprzeczaj. I znam cię dobrze. Jesteś inteligentny i elastyczny. Nie wiem, kurwa, dlaczego dali dowodzenie temu Jungowi! Tyle, kurwa, razy pisałem o tobie w raportach! – krzyknął ze złością, ale zaraz się uspokoił i złość wygasła w jego oczach. -  Ja teraz jeszcze nie mogę tam iść. Każdy by zwrócił na mnie uwagę, a ja nie chcę, żeby mnie teraz widziała. Potem tak, ale nie teraz. Ale ty możesz tam iść. Proszę cię o przysługę. Proszę cię Gert, bo wiem, że jesteś porządnym człowiekiem - powiedział. - Popatrz na nią i powiedz mi jak sobie radzi. To, że żyje to jedno, a to, co robi to drugie. Poobserwuj ją. To młoda dziewczyna. Nie wiem czy umie tam żyć. Wiem, że Junker ją zabezpieczył i nic jej nie grozi. Ale bezpieczeństwo to nie wszystko. Ja chcę by miała wynagrodzone te dziesięć dni i wynagrodzę to jej, Bóg mi świadkiem, że wynagrodzę – Nawrocki poczuł na łokciu zaciskającą się lekko dłoń Kerinena. Sierżant patrzył na niego z napięciem.

- Pójdę jutro wieczorem – odpowiedział Nawrocki i wstał. Kerinen podniósł się chwiejnie na nogi i uścisnął mu na pożegnanie dłoń. Na jego twarzy znowu pojawił się płaczliwy nibyuśmiech.

- Dziękuję. To dla mnie bardzo ważne.

 

*

 

Była od innych młodsza, miała umalowane na czerwono usta, czarne włosy i żuła gumę do żucia. Jej kombinezon był podzielony na marynarkę i zwężone, przylegające do ciała spodnie, a brzegi obszyte połyskliwą, czarną ramówką. Talię ściskał wąski, ciemny pasek. Uśmiechała się przypatrując się wchodzącym do sali socjalnej mężczyznom. Inne miały bardziej zniszczone twarze, ale również uważnie wypatrywały klientów. Jej wzrok prześlizgnął się po Nawrockim. Uśmiechnęła się odruchowo odsłaniając lśniące zęby, drgnęła, ale zaraz potem znów oparła się o blat i jej wzrok przeniósł się na następnego wchodzącego mężczyznę.

Gert usiadł samotnie przy stoliku w kącie. Obserwował dyskretnie kobiety. Modułowcy  nazywali salę socjalną w tym module Rozkoszniaczkiem. Porządkowi przymykali oko na to, co tutaj się działo. Każdy miał z tego trochę korzyści. Tutaj dokonywano transakcji, ale żadnych punktów, wszystko za twardą walutę: papierosy, alkohol, nawet narkotyki. Z głośników sączyła się słodka melodia zagłuszana przez gwar rozmów i śmiech kobiet. Tłum mężczyzn wlewał się do sali. Większość z nich była mieszkańcami modułów. Chcieli się napić i nakarmić oczy widokiem kobiet, by potem snuć o nich fantazje na łóżkach wspólniaków. Nie mieli czym płacić za prawdziwe przyjemności, jakie tutaj oferowano, ale nikt nie zabraniał popatrzeć.

Nawrocki przyszedł ubrany w robotniczy kombinezon. Wielu Białych tak robiło. Większość przychodziła tutaj z ciekawości i nie chciała się ujawniać, bo to sprowadzało kłopoty. Pijani gębole byli czasem agresywni, a nic ich tak nie rozsierdzało jak mundury i kombinezony Białych.

Pracujące tu kobiety z łatwością rozpoznawały wartościowych klientów. Miały do tego oko. Dlatego Nawrocki tutaj przyszedł. Wiedział, że jeżeli żadna z kobiet nie podejdzie do niego w ciągu następnych kilku minut, to może uznać swój kamuflaż za dostatecznie dobry. Czekał. Tylko ta drobna brunetka z czerwonymi ustami zerkała na niego bezczelnie co jakiś czas jakby chciała powiedzieć, że wie kim jest, ale wie również, że nie ma sensu do niego podchodzić. Może już go wcześniej widziała? Tak czy inaczej, nie było sensu już tu dłużej siedzieć. Wstał od stolika i ruszył do wyjścia.

Udało się. Nie rozpoznały w nim Białego. Nie chodziło o zniszczony kombinezon, bród, ani zapach. Chodziło o twarz. Jego twarz była zmęczona prawdziwą, fizyczną pracą - taką jaką wszyscy tu wykonują. W skórę wgryzł się pył, a białka oczu przecinały czerwone nitki. Ociężałości ruchów wywołanej wyczerpaniem nie dało się zagrać.

Dopiero w korytarzu przypomniał sobie gdzie widział brunetkę o czerwonych ustach. To było w Katedrze w Kompleksie. Podczas mszy stała za kolumną. Była ubrana w biały kombinezon technika laboratoryjnego i całą mszę patrzyła na ławki zajmowane przez najmłodsze dziewczynki Zakonu Czcicielek Jezusa. Włosy ukryła pod kapturem, ale nie miał wątpliwości, że to była ona. Tam bez makijażu była jeszcze piękniejsza niż dzisiaj. Musiała mieć potężnych protektorów. Wiedział, że wielu sprowadzało prostytutki do Kompleksu, ale to nie było proste. Wymagało naprawdę wysokich łapówek.

Przyspieszył kroku. Szedł do nowobudowanego modułu, który był daleko od Rozkoszniaczka. Dzieliło go od niego sześć kwadratów, czyli jakieś trzy kilometry. Na początku szedł korytarzem krzyżowym, ale potem, ze względu na tłum, skręcił w korytarze boczne. Gdy zauważył w oddali przesmyk z modułem, w którym prowadzono budowę, zwolnił. Wiedział, że syrena sygnalizująca koniec zmiany jest na tyle głośna, że usłyszałby ją z tej odległości. Oparł się o ścianę. Miał jeszcze trochę czasu.

 

*

 

Rozpoznał ją natychmiast. Niewiele dziewczyn pracowało w tunelach, a jeszcze mniej z nich miało blizny na twarzy. Założyła kaptur, ale i tak ją rozpoznał. Nie stanęła w kolejce u systemowego, by zasilić konto punktami tylko skręciła w boczny korytarz i ruszyła szybkim, sprężystym krokiem przed siebie tak, jakby przez ostatnie osiem godzin nie ładowała kamieni na taczki, tylko ćmiła papierosa oparta o łopatę. Nawrocki trzymał się dość daleko. Bał się, że może go dostrzec.

Początkowo wmieszał się pomiędzy mężczyzn idących za nią, ale nagle dziewczyna skręciła w bok w nieoświetlony obwodowiec.

- Zauważyła mnie? - Zaniepokoił się. Przez chwilę się wahał, ale w końcu niepewnie wszedł w mrok korytarza. Cisza. Nie słyszał jej kroków. Ruszył za nią , ale po kilku metrach potknął się i upadł na kolana. Wstał i szedł już wolniej z wyciągniętymi przed siebie rękami. Znowu się potknął, ale tym razem utrzymał równowagę.

-To nie ma sensu - zdecydował. - Już prędzej łeb rozbiję niż ją dogonię.

Wycofał się w boczny korytarz, skręcił w korytarz krzyżowy i ruszył w stronę Grzybni. Wiedział przecież gdzie mieszka. Przeszedł kilka modułów dzielących go od modułu czternastego i poczekał na nią przy przesmyku. Przyszła dopiero po godzinie i udała się na stołówkę. Wszedł kilka minut po niej.

Anna siedziała przy stole z rudą dziewczyną o bladej twarzy. Jak większość mieszkańców modułów jadły szybko, gryzły niedokładnie, przełykały czym prędzej i popijały co chwilę kawą zbożową.

Nawrocki usiadł daleko, ale światło w stołówce pozwalało mu dobrze przyjrzeć się twarzom kobiet. Obie były młode i ładne. Nie powinien na nie patrzeć, ale nie mógł się powstrzymać. Pocieszał się jednak, że kilkunastu innych mężczyzn robiło to samo i nawet tego nie ukrywali.

Nagle rudowłosa wstała od stołu, pożegnała się z Anną i zaczęła się przeciskać między stolikami. Żaden z siedzących na jej drodze mężczyzn nie oparł się pokusie spojrzenia na jej sprężyście poruszające się ciało. Nawrocki również. Odprowadził ją wzrokiem aż do wyjścia, a potem znowu skierował wzrok na stolik, przy którym siedziała Anna. Dziewczyna dopiła kawę i również ruszyła do wyjścia. Nawrocki miał już wszystko, czego potrzebował. Mógł przekazać Kerinenowi, że dziewczyna jest w dobrym zdrowiu i najprawdopodobniej znalazła sobie przyjaciółkę, która na pewno wie jak sobie radzić w modułach.

Wstał od stolika, wyszedł ze stołówki i zaczął szybkim krokiem oddalać się w stronę korytarza krzyżowego. Wciąż nie mógł się skoncentrować. Był mężczyzną. Nie przestał nim być mimo samotnego, żołnierskiego życia. Ciągle myślał o rudowłosej towarzyszce Anny. Te myśli sprawiały mu teraz przyjemność, ale wiedział, że trzeba się ich pozbyć. Takie marzenia do niczego nie mogły prowadzić. Aby je przegnać przypomniał sobie niezawodny monolog Dresslera. Usłyszał go przed pięcioma laty, kiedy Hans Dressler szkolił go z posługiwania się karabinkiem szturmowym.

- Rzewne gnoje – Dressler wrzeszczał, a jego porośnięta krótkim rudym zarostem twarz wykrzywiła się jakby oglądał coś wyjątkowo odrażającego. Krążył wzdłuż rzędu rekrutów pokrzykując energicznie i okazjonalnie uderzając pięścią w otwartą dłoń.- Trafiliście do szkoły miłości kaprala Karla Dresslera. Powiedziano wam pewnie, że będę was uczył strzelać, ale nie rzewne gnoje. Ja tutaj uczę miłości. Wiem, że marzycie o dziewczynie z rozwianym włosem biegnącej przez łąkę, której będziecie pierdolić farmazony o sercach i ptaszkach, ale to nie jest miłość. To nie jest, kurwa, miłość, rzewne gnoje! Wyczytaliście to w książkach, usłyszeliście w piosenkach, albo o zgrozo, kurwa, matko jedyna, w pierdolonych wierszach! Kurwa mać! Poezja to największa trucizna, jaką widział świat. Słusznie wymarła na początku dwudziestego pierwszego wieku, ale teraz w oślizłych ciemnych smrodach nowej rzeczywistości znowu podnosi łeb. Wzywam wszystkich bogów: ujebcie łeb tej zdradzieckiej hydrze! Bogowie nie słuchają, ale na szczęście jestem ja i istnieje moja szkoła miłości, która pokaże wam, że miłość rodzi się w bólu, pocie i znoju, a nie przy ćwierkaniu ptaszków nad tęczą przy furkocie motylich skrzydełek. To jest wasza miłość - wyciągnął przed siebie karabinek Radon wz. 27. - Na początku polubicie chłód jej stali, jej lekkość i kształt, ale potem to się zmieni. Potem to się zmieni! Obiecuję wam, kurwa, rzewne gnoje, że to się zmieni! Obrzydną wam krągłości, lekkość stanie się ciężarem, niemożebnie kurewskim ciężarem, a chłód lufy stanie się równie ponętny, co chłód sztywnego już trupa. A dlaczego tak będzie? Dlaczego rzewne gnoje? Dlatego, że spędzicie z nią całe życie, będziecie ją nosić codziennie, będzie pierwszą rzeczą, którą zobaczycie po nocy i ostatnią rzeczą, którą odłożycie przed pójściem spać, będziecie dotykać jej codziennie, czyścić codziennie, strzelać codziennie, rozkładać i składać codziennie i codziennie w nią ładować magazynek, aż będziecie tym rzygać. Będziecie rzygać na jej widok, będziecie znać każdy jej szczegół, każdą rysę, każdą jej część i codziennie każdego dnia, do końca waszego pierdolonego życia, będziecie ją nosić na piersi. I pewnego dnia do was dotrze, że wy i ona to jedno. Rzewne gnoje, patrzę na wasze tępy gęby i wiem, że to dotrze do was późno, ale dotrze na pewno! Zrozumiecie, że nie ma was bez niej i nie ma jej bez was. I ze mną, kurwa, rzewne gnoje, rozpoczniecie tą drogę. To ja wam mówię Karl Dressler w mojej szkole miłości...

Nagle Nawrocki poczuł silne pchnięcie w plecy i wspomnienia rozpierzchły się jak stado ptaków po karabinowym wystrzale.  Odruchowo zaparł się nogami, co wykorzystał przeciwnik i pociągnął go do tyłu. Nim Gert runął na plecy w kałużę cuchnącej moczem wody czyjeś palce chwyciły jego dłoń, a nogi oplotły ramię, by założyć dźwignię na staw łokciowy. Poczuł uderzenie w szczękę, ale było zbyt słabe, by stracił przytomność. Natężył wszystkie siły i zdołał uwolnić łokieć. Przeciwnik zdał sobie sprawę, że przegrał pojedynek o dźwignię i wymierzył drugie silne kopnięcie w głowę. Trafił obcasem. Nawrockiemu pociemniało przed oczami, stracił orientację i rozluźnił nieco mięśnie. Przeciwnik próbował znowu założyć dźwignię, ale Nawrocki oprzytomniał, wbił palce wolnego ramienia w udo napastnika, obrócił się i wstał. Ze zdziwieniem stwierdził, że byłby w stanie unieść atakującego, ale ten zwinnie rozluźnił chwyt, odskoczył i stanął naprzeciwko niego.

To była ona. Rudowłosa dziewczyna ze stołówki. Była niższa o głowę. Wyciągnął rękę w pojednawczym geście, ale nim zdążył cokolwiek powiedzieć, dziewczyna kopnęła go w brzuch, jakby rozwścieczona tym, że nie traktował jej jak zagrożenie. Zabolało. Nie próbował już niczego tłumaczyć. Gdy wyprowadziła kolejny cios, złapał ją za rękę i zgarnął swoją nogą jej zakroczną nogę. Upadli na podłogę. Przygniótł ją całym ciężarem ciała. Jej szybkość nie miała już znaczenia. Wiła się i odpychała nogami, ale chwycił ją za nadgarstki i nie pozwolił podciągnąć kolan pod brodę.

- Co ty robisz? - zapytał zbliżając twarz do jej twarzy. Kwiatowy zapach jej włosów ogłuszył go niemal tak samo jak uderzenie w głowę. Spojrzał jej w oczy i zobaczył furię i wściekłość. Wcześniej widział taką tylko u degeneratów.

- Zarażona? - pomyślał. - Nie to niemożliwe…

- Przecież ja nie chcę... – zaczął, ale przerwał, bo głowie coś nagle eksplodowało.

Upadł. Ale po chwili uniósł głowę. Wszystko wokół wirowało. Z cienia wyłoniła się Anna. Miała w ręce kawałek skały.

- Byłam już tak blisko - rudowłosa wstała i sapiąc ze złości zbliżyła do twarzy Anny dłoń z odmierzonym palcami dystansem - by go złapać i wtedy… Arghhh! - wrzasnęła najpierw zaciskając pięści, a potem chwytając się za włosy.

- Chciałam Ci pomóc…

- Wiem - fuknęła ruda.

- Ale ona piękna - pomyślał Nawrocki i musiał coś zabulgotać ustami, bo obie spojrzały na niego.

- Walnąć go jeszcze? - zapytała Anna unosząc w górę kawałek skały.

- Nie zaraz pójdzie spać. Jeszcze chwila…

- Co ona pierdoli - pomyślał Nawrocki i poczuł senność. Chciał coś powiedzieć, ale nie zdążył. Zamknął oczy i stracił przytomność.

 

 

*

 

Obudził się zziębnięty i obolały. Siedział oparty o ścianę w kompletnej ciemności.  Stęknął i próbował wstać i wtedy poczuł, że nadgarstki i stopy krępuje mu drut. Był nagi.

- Gert Nawrocki, szeregowy ze zwiadu – usłyszał głos za plecami. To nie był męski głos.

Był jeszcze zdezorientowany, ale po kilku sekundach sobie przypomniał. To ta ruda, która go zaatakowała.

- Myślałyśmy, że wy żołdaki macie punkty na dziwki i nie musicie gwałcić dziewczyn z modułów.

- Nie chciałem nikogo zgwałcić - powiedział wolno cedząc słowa i próbując powstrzymać szczękające zęby. Było mu bardzo zimno. Musiał tu leżeć kilka godzin.

- Szedłeś za nią przez co najmniej trzy moduły, a po wyjściu ze stołówki zmierzałeś wprost do jej wnęki, miałam czekać aż zdejmiesz majty… Gert? - wypluła jego imię jakby było gorzkie jak żółć.

 - Nie chciałem jej zgwałcić – powtórzył przez zaciśnięte zęby. Poczuł wściekłość. Napiął mięśnie. Nie. Drut był za mocny.

- A co tylko chciałeś gnoju popatrzeć? - zadrwiła rudowłosa. Jej głos lepił się od sarkazmu. – Zawsze tak mówicie gnoje. Zawsze chcecie tylko popatrzeć.

- Rzewny gnojek -  w uchu Nawrockiego zasyczał głos kaprala Dresslera. Gert próbował się uspokoić. Postanowił nic nie mówić. Widział, że ta ruda i tak mu nie uwierzy.

- Dasz sobie radę – mruknęła po kilku minutach. Poczuł jak zawiesza mu na głowie identyfikator. – Zostawiam ci to, żebyś wrócił do swoich, ale kombinezon zatrzymamy. Widzisz, bo u nas trudno o każdą szmatę. Ale nie wracaj tutaj Gert, bo następnym razem już ci nie daruję.

- A co zabijesz mnie? – krzyknął w ciemność, ale nie odpowiedziała. Usłyszał tylko jej oddalające się kroki. Poruszała się w mroku bardzo pewnie. Musiała dobrze znać te korytarze.

- Jaja odgryzę - usłyszał z daleka.

Został sam w ciemności.

- Tak Kerinen, o tak Kerinen – syknął gramoląc się niezdarnie na nogi. – Mam dobre wieści dla ciebie Paavo. Twoja dziewczynka umie sobie radzić. Naprawdę, kurwa mać, umie sobie radzić.

 

Rozdział 15

 

Nawrocki oparł dłoń o gładki kamienny filar wznoszący się na kilkanaście metrów, a potem wyginający się w łuk i ginący we wklęsłym stropie. Dwa rzędy identycznych kolumn dzieliły Katedrę na trzy nawy. Stał w nawie głównej na wprost ołtarza. Z obsadzonych świecami żyrandoli kapały krople wosku. Żyrandole bujały się niemal niedostrzegalnie na długich łańcuchach sprawiając, że wszystko wokół zdawało się oddychać.

Ludzie mówili, że Katedra nasiąkła świętością. Drewniane ławy, płaskorzeźby i ołtarz były osnute delikatną mgłą miękkiego jak jedwab powietrza. Jako mały chłopiec wierzył, że Katedra to miejsce magiczne, ale ojciec odarł ją przed nim z tajemnic. Wytłumaczył sucho, że to właśnie płomienie świec i unoszący się w powietrzu drobny pył wydobywają tę szlachetną świętość.

- To tylko fizyka. Zwykłe zjawisko takie jak topnienie lodu, czy zaćmienie słońca. Ale kler podtrzymuje legendę wciąż polerując kolumny i strop - tłumaczył. – Robią to od wieków i będą robić aż do końca - mieszają ludziom w głowach. Nie bądź głupi Gert.

Nawrocki wyciągnął rękę i złapał kroplę wosku. Na dłoń spadła już tylko ledwo ciepła plastyczna drobinka. Zgniótł ją w palcach i schował do kieszeni. 

Pamiętał czas, gdy budowano Katedrę. Setki mężczyzn i kobiet pracowało bez punktów, bez przymusu i często nawet bez wiary w Boga. Przychodzili, by budować doskonałość, która zmaże ich winy. Katolicy, prawosławni, protestanci, a nawet niewierzący chcieli oczyścić się w mordędze ponad ludzkie siły. Gert pamiętał tamte dni, chociaż miał zaledwie kilka lat. Budowano kilofami i młotami cierpliwie kując skałę centymetr po centymetrze. Użycie słabych ładunków wybuchowych było możliwe, ale zrezygnowano z tego. Gert pamiętał księdza Łapińskiego, który codziennie przychodził na budowę Katedry.  Zdejmował sutannę, zakładał kombinezon, brał do ręki kilof i pracował jak prosty robotnik.

               Łapiński mawiał, że dla księdza msza i modlitwa to przyjemność, a żeby pełniej doświadczyć przyjemności trzeba doświadczyć pracy. Wielu przychodziło tylko po to, by zobaczyć jak ten ksiądz doświadcza pracy. Wielu dzięki niemu wróciło do kościoła.  Ale kościół nie chciał Łapińskiego. Co by było gdyby wierni chcieli, żeby wszyscy kapłani byli tacy jak on?

Nawrocki usiadł w drewnianej ławie i popatrzył na ołtarz. Za kamiennym stołem, na podwyższeniu, wyrastała ze skały postać wychudzonego mężczyzny. Nogi tkwiły zatopione w szarym kamieniu, a mężczyznę gniótł ciężar długiej, przymocowanej do ramion belki. Miał pochyloną głowę, usta były zaciśnięte, a twarz naprężona, cierpiał, ale miało się wrażenie, że za chwilę dźwignie się z powrotem na nogi i ruszy dalej. Nawrocki widział wiele przykładów sztuki sakralnej, większość na hologramach, ale tylko ta poruszała w jego wnętrzu jakąś niewidoczną strunę. Rzeźbiarz umarł krótko po jej ukończeniu i było to jego jedyne dzieło, ale dla Gerta był artystą równym największym geniuszom w historii ludzkości. Do Katedry przychodził właśnie dla tej rzeźby, która jakimś niezrozumiałym dla niego sposobem, wlewała w niego nowe siły.

Usłyszał kroki i odwrócił się. Dziewczynki wchodziły parami. Głowy spuszczone i zasłonięte kapturami. Starsze trzymały za ręce młodsze. Wszystkie w takich samych granatowych habitach. Nawet trzyletnie szły w milczeniu z poważnymi twarzami. Jeden z sześciu księży, który eskortował grupę kilkudziesięciu dziewczynek i podlotków spojrzał na Nawrockiego karcąco. Miał krostowatą twarz i szerokie dłonie. Gert nie odwrócił wzroku. Na twarzy księdza odmalowało się na początku zdumienie, potem złość. Nie był nawykły do tego, by ktoś wytrzymywał jego spojrzenie.

Dziewczyny zajęły miejsca w ławach nawy bocznej i zaczęły się modlić przed ikoną Czarnej Madonny. Nawrocki stanął za kolumną, przy której przed dwoma tygodniami widział czarnowłosą prostytutkę. Przypomniał sobie właśnie, że gdy ją widział, w Katedrze również były te dziewczynki. Zapamiętał ją właśnie dlatego, że wstała z ławki i podeszła do tej kolumny.

Z tego miejsca mógł dostrzec najlepiej najmłodsze dzieci. Miały złożone dłonie, pochylone twarze i szeptały modlitwy spierzchniętymi ustami. Te dziewczęta były najcenniejsze w Olbrzymie. To był majątek i karta przetargowa kościoła. Gerta nie dziwiła nerwowość krostowatego księdza. Identycznie zachowywaliby się pięćdziesiąt lat temu żołnierze eskortujący tonę diamentów. Nie było nic cenniejszego w Olbrzymie ponad te dziewczęta i kościół umiał to wykorzystać. Tylko w Katedrze można było je zobaczyć. Cały pozostały czas, aż do szesnastego roku życia spędzały na Plebanii. Plebanią nazywano kontrolowany wyłącznie przez kościół fragment Kompleksu. Nawrocki nie wiedział jak obszerna była Plebania, ale krążyły plotki, że była wielkości modułu mieszkalnego. Wiedział też, że nie była budowana od nowa tak jak Katedra. To była część Kompleksu oddana kościołowi w pierwszych latach po epidemii. To oznaczało, że była tam wentylacja, kanalizacja i generatory prądu. Wewnątrz mieściły się pokoje hierarchów kościelnych, zwykłych księży, służba i oczywiście Szkoła Córek Jezusa. Dziewczynki pobierały tam nauki i były wychowywane zgodnie z duchem kościoła.

Poczuł na ramieniu ciężką dłoń. Barczysty, krostowaty ksiądz trzymając wciąż rękę na jego ramieniu obszedł go i zasłonił mu cielskiem widok modlących się dziewczynek.

- Idź stąd - powiedział poruszając wolno grubymi wargami i postąpił krok do przodu tak, że ich twarze dzieliło kilka centymetrów. Nawrocki nie cofnął się. Poczuł, że żyły zaczęły mu pulsować na skroni. Było mu wszystko jedno. Ugiął nieco nogi i spiął mięśnie na karku. Stali naprzeciwko siebie kilkanaście sekund, aż w końcu twarz księdza nagle zwiotczała i pojawił się na niej wężowaty uśmiech.

- Przeszkadzasz im w modlitwie - powiedział. Nawrocki wyczuł w jego oddechu nieokreśloną woń. Nie był to smród zepsutych zębów ani żółć i kwas żołądkowy - te dobrze znał. To były przyprawy. Czosnek, ziele angielskie, pieprz, cynamon? Wszystkie te nazwy znał jedynie ze starych książek, ale nie był w stanie powiedzieć jak smakują i pachną. Ustąpił, cofnął się o krok, minął filar i usiadł w jednym z ostatnich rzędów. Czekał kilka minut aż minie wściekłość i wróci mu trzeźwość myślenia.

Dziewczęta spoglądały na niego ukradkiem. Nawrocki musiał być dla nich posłańcem z dalekiego i nieznanego świata. Przypominały mu Marlenę. Ten same nieśmiałe spojrzenia i poważne twarze bez uśmiechu.

Marlenę ojciec Nawrockiego przyprowadził do domu tuż po piętnastych urodzinach Gerta. Ona też przez lata musiała chodzić do Katedry. Była młoda. Czciła Jezusa, aż nagle stała się żoną Hansa Nawrockiego. Przykładną, posłuszną żoną, która rozkładała nogi na każde skinienie. Gert słyszał ją jak postękiwała za cienkimi drzwiami. Zawsze po dwudziestej drugiej jakby ojciec zakładał, że o tej porze już można. Marlena miała siedemnaście lat i stała się macochą dla dwa lata młodszego od niej syna. Gert słuchał bezwstydnie tych jęków. Potem patrzył na Marlenę rano. Miała smutne oczy, chociaż się uśmiechała. Miała taki sam uśmiech, gdy wyszorowała podłogę lub wyprasowała koszule - ulga i poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

- Czy naprawdę jej tam tak wyprali mózg? – zastanawiał się.

Raz zapytał ją, dlaczego zgodziła się zostać żoną ojca. Ona wzruszyła ramionami. Powiedziała, że jego ojciec to dobry człowiek, że dużo pracuje, że dużo z siebie daje wszystkim.

- A jakby przestał dawać – zapytał złośliwie przez zęby. – Jakby rozpierdolił się na kanapie i przestał być dobry, to co, odeszłabyś?

- Nie – odpowiedziała cicho, ale miała strach w oczach. - Gdyby nie był dobry to nie stałoby się to, co się stało. A stało się, więc jest dobry i zasłużyłam na niego. Cieszę się.

To była jakaś pokrętna logika, której nie mógł zrozumieć. Wtedy i teraz. Zdawała się jednak w nią wierzyć. Był zły na nią i na ojca. Patrzył na nią z pożądaniem. Na jej krągłe piersi. Na sterczące sutki. Na pośladki i szyję. Ojciec musiał to widzieć. Widział to na pewno. Ale nie było w nim gniewu tylko współczucie. Patrzył na niego przepraszająco. Zdawał się mówić, że podzieliłby się nią jak kanapką, rozlał w szklanki jak butelkę wody, pożyczył na chwilę jak ciepły płaszcz. Nawrockiego zemdliło na wspomnienie tego spojrzenia. Potem ojciec nawet rozmawiał z nim o tym, że gdy tylko będzie pracował odpowiednio ciężko, to dostanie to co on o wiele szybciej.

- Każdy mężczyzna ma potrzeby – mówił i ściskał mu ramię. – Mi to zajęło piętnaście lat. Pomogę ci zyskać szacunek. Zwiad nie da ci tego, co praca dla Rady. To nie jest takie złe. Robimy ważne rzeczy.

Gert nie chciał tego słuchać. Nie chodziło o matkę. Matka umarła. Tak bywa. Nie chodziło, o to, że ojciec kogoś chciał. Chodziło o to jak uzyskał to, co chciał. To, co zrobił ojciec, wydawało mu się obrzydliwe. Za dużo przeczytał o tym jak to było w przeszłości, wtedy, gdy kobiet było tyle co mężczyzn i wtedy, gdy ludzi od szczęścia odgradzała tylko własna głupota.

Jeszcze wtedy Nawrocki tylko bawił się myślą o zwiadzie, ale tamte słowa i Marlena przerwały ostatecznie słabą więź, która łączyła go z ojcem. Kilka dni później, nie mówiąc mu ani słowa, zgłosił się na testy do zwiadu. Przyjęto go.

Ojciec próbował go odwiedzać, był nawet na zaprzysiężeniu. Nie rozmawiał z nim, ale wdzięczny był za to, że nie brał przynajmniej ze sobą Marleny. Ojciec nie był głupi. Wiedział dlaczego stało się to, co się stało.

Nawrocki odpędził myśli o Marlenie i ojcu. Nie po to przyszedł do Katedry. Przyszedł z powodu rudowłosej dziewczyny. Przyszedł, by pomyśleć o niej póki wspomnienia były jeszcze świeże. To było najlepsze miejsce. W norze nie mógłby się skupić. Tutaj mógł uporządkować wspomnienia. Tu panowała cisza. Mógł wydobyć z głowy szczegóły jej twarzy. Nie była piękna. Miała raczej pospolitą twarz. Skąd te piegi? Piegi przecież powstawały od słońca. Skąd u niej piegi? Była za młoda, by być na zewnątrz. Usta pełne, wydęte bezczelne. Policzki po dziecięcemu pucułowate. Miała silne ciało. Taka siła, gibkość i technika nie mogły przyjść same. Trenowała. Bezczelna i uczciwa. Chciała osiągać cele. Kombinezon szary. Technik. Kwiatowy zapach włosów oznaczał, że musiała mieć sporo punktów. Szampon kosztował. Był jeszcze zapach ekskrementów. Wtedy w czasie walki nie zauważył tego, ale teraz sobie przypomniał. Czuł go od kombinezonu. Gdy próbowała założyć dźwignię na rękę jej łydka leżała mu na twarzy. Przez chwilę chciał ją ugryźć. Wtedy poczuł smród ekskrementów. Pracowała przy odchodach. Farmy, biogazownia lub transport szamba. Chyba coś z dwóch pierwszych. Przy transporcie szamba nie potrzebowali raczej techników.

Nawrocki budował hipotezy, wspominał i katalogował słowa, dotyk i zapachy. Nie mógł wiedzieć na ile będą musiały mu starczyć. Może na całe życie, a może umrze już za tydzień? Minęło ponad godzinę zanim wstał. Był już pewien, że nic mu nie umknęło. Dziewczynki wyszły przed nim. Nawet tego nie zauważył. Gdy wychodził na korytarz w Katedrze nie było już nikogo.

 

*

 

Nawrocki dyszał ciężko. Przylgnął do skały, by dać odpocząć spuchniętym od wysiłku przedramionom. Strzepał jedną rękę, potem drugą. Wspinaczka wyczerpała go. Lewa łydka drżała, mięsień zaczynały paraliżować bolesne skurcze. Wziął kilka szybkich wdechów przygotowując ciało do kluczowego chwytu. Wyrzucił prawą dłoń, zacisnął ją na oblaku i wkładając w to wszystkie siły pokonał przewieszenie. Wtoczył się na głęboką skalną półkę, przewrócił na plecy i oddychał głęboko wciągając w płuca chłodne powietrze. Dudnienie wewnątrz głowy powoli cichło.

Trening wspinaczkowy nie był obowiązkowy dla żołnierzy zwiadu, ale Nawrocki lubił się wspinać. Przypominało mu się dzieciństwo. Skalne ściany były dla nich jak drzewa dla dzieci sprzed epidemii. Wszyscy chłopcy w Olbrzymie, bez względu na to czy mieszkali w modułach czy Kompleksie wspinali się, wciskali się w kominy, dziury i studnie jak oszalałe z głodu karaluchy.

Usiadł opierając się plecami o zimną skałę. Spojrzał w górę. Rzadko używano tutaj lin asekuracyjnych. Chwyty były duże, co najmniej na dwa palce i wymagały więcej siły niż finezji. Strop był zaledwie sześć metrów nad wyłożoną grubymi materacami podłogą.

Nawrocki wstał, strzepnął spuchnięte przedramiona i oparł się o wilgotną skałę. Wyciągnął rękę i wcisnął palce w wyślizganą dziurę przygotowując się do oparcia palców prawej stopy o skalny występ.

- Zachowujesz duży spokój podczas wspinaczki - usłyszał z dołu ochrypły głos. - Nadajesz się na dużą ścianę.

Wycofał się z powrotem na półkę i spojrzał w dół. To był Junker. Był w mundurze. Na udzie, w skórzanej pochwie zwisało kukri. Nawrocki potrzebował kilku sekund żeby otrząsnąć się z zaskoczenia. Schylił się by zeskoczyć na dół, ale Junker powstrzymał go wyciągając dłoń.

- Nie, zostań tam – krzyknął. - Porozmawiamy na spokojnie jak skończysz. Trening to ważna rzecz. Nie chcę ci przerywać. Nasza rozmowa może poczekać. Jak skończysz zamelduj się w skrzydle neurolabów na lewo od twojej kiszki. Kilkadziesiąt metrów głównym korytarzem po prawej. Wiesz chyba gdzie mieszczą się neurolaby?

Nawrocki skinął głową. Wiedział.

- Dobrze. Czekam na ciebie do wieczora. Zrobili mi tam gabinet. Zapytaj kogoś, tak trafisz najszybciej – powiedział i ruszył do wyjścia.

Gert odprowadził go wzrokiem, a potem zeskoczył na materac ryzykując skręcenie kostki. Na taki dzień czekał od momentu, kiedy zobaczył sierżanta w Gardle Diabła. Tylko trzem żołnierzom Junker zaproponował szkolenie. Nawrocki nie miał okazji ich poznać. Zginęli jeszcze zanim wstąpił w szeregi zwiadu. Miał nadzieję, że będzie czwarty.

Zmienił buty, narzucił na plecy kurtkę i pobiegł do swojej kiszki na skróty ciasnymi korytarzami technicznymi krztusząc się od ostrego smrodu chemikaliów i pyłu. Nie zwolnił, chociaż potykał się regularnie o wystające gdzieniegdzie stalowe pręty. Wbiegł do swojej nory kilka minut później. W środku było tylko dwóch żołnierzy. Ivo Filesz grał w karty z szeregowym Skotnickim - ponurym, wiecznie zarośniętym, krępym Polakiem, który wszystko, co przemycił, zarobił i wygrał w karty wydawał na dziwki.

Nawrocki wyjął z szafy mundur i rzucił go na łóżko. Zdjął podkoszulek i podskakując zakładał spodnie. Filesz patrzył na niego z rozbawieniem. Skotnicki gapił się w karty ze zmarszczonymi brwiami.

- Jak to, jak to Gert? – zapytał Filesz. – O co chodzi? Mundur wkładasz? Po co ci mundur Gert? Nie lepiej na golaska?

Razem ze Skotnickiem ryknęli śmiechem. Nawrocki pomyślał, że nigdy nie dadzą mu spokoju. Minęło już dwa tygodnie i nie było dnia, by nie nabijali się z jego eskapady do modułów. Wszyscy sądzili, że upił się do nieprzytomności i nadali mu nawet nowy pseudonim – Bezmajtek. Na szczęście się nie przyjął.

- Wiesz Gert – powiedział Ivo odkładając karty. – Ja chciałem tylko zauważyć i to z miłości do ciebie mówię, że trzeba mieć chłopie umiar. Można pić na umór, ale nie przepijaj chociaż majtek. To po prostu nie przystoi. Nawet jebany Karolak zawsze wraca w majtkach. Owszem zdarzało mu się bez kurtki, ale zawsze w spodniach i majtkach. Nie wiedziałem, że to się kiedykolwiek stanie, ale muszę to powiedzieć: bierz z niego przykład.

Znowu ryknęli śmiechem.

Nawrocki zapiął bluzę i wybiegł na korytarz prezentując kolegom na pożegnanie bardzo obraźliwy gest dłonią. Pobiegł jeszcze na sam koniec kiszki, by w umywalni obmyć twarz i kark, a potem wybiegł na korytarz okrężny i skierował się w stronę neurolabu. Im był bliżej skrzydła naukowego, tym wyraźniej słyszał hałas silników, szczęk żelastwa i gwar ludzkich głosów.

Panowało tam zamieszanie. Technicy i żołnierze krzyczeli kręcąc się między ciężkimi skrzyniami. Gdy wszedł między pracujących mężczyzn, poczuł zapach potu zmieszany z oparami benzyny i spalinami. Z korytarza okrężnego przyjeżdżały wózki widłowe i z łomotem zrzucały metalowe skrzynie przed główną bramą. Nawrocki z trudem przecisnął się między ludźmi, ale zaraz za bramą zatrzymał go wartownik z wojsk wewnętrznych.

- Przepustka - ryknął.

- Szeregowy Gert Nawrocki. Mam się zameldować u sierżanta Heinza Junkera - odpowiedział Nawrocki przekrzykując pracujące głośno silniki.

- Nic o tym nie wiem. Przepustka, albo idź stąd - powiedział wartownik i uczynił ruch jakby chciał wypchnąć Nawrockiego za bramę. Gert poczuł jak wzbiera w nim gniew. Ciało spięło się, serce zaczęło tłoczyć krew mocniej, a oddech przyspieszył.  Pochylił nieco głowę. Jego twarz musiała się również zmienić, bo wartownik cofnął rękę. Żołnierz był od niego niższy i lżejszy o co najmniej dwadzieścia kilogramów. Był uzbrojony jedynie w pałkę. Nawrocki mógł go złamać jak zapałkę. Obaj o tym wiedzieli.

Gert wyprostował się powoli, oderwał wzrok od wartownika i bez słowa ruszył w głąb korytarza. Takie rozwiązanie było najlepsze dla nich obu. Wartownik nie zauważył jego, a on nie zauważył wartownika. Tamten był widocznie tego samego zdania, bo Nawrocki nie był przez nikogo zatrzymywany. Po kilkunastu minutach znalazł w końcu kogoś, kto wskazał mu drzwi gabinetu Junkera.

- Wejść! - usłyszał niemal natychmiast po tym jak zapukał.

Wszedł do pokoju, stuknął obcasami i zasalutował. Junker stał wyprostowany i rozmawiał z siwym, zgarbionym starcem, który opierał się o blat biurka wskazują coś na ekranie laptopa. W pokoju stały jedynie dwa krzesła, blaszana szafa i biurko z posiekanym jak kuchenna deska blatem.

- Spocznij - rozkazał Junker. - Nie spodziewałem się ciebie tak szybko, nawet nie zgłosiłem cię na wartowni, ale dobrze, to nawet lepiej, że już jesteś. Oszczędzi nam to nieco czasu - powiedział, a potem zwrócił się do ubranego w biały kombinezon mężczyzny, który poprawił okulary i podniósł powoli wzrok na przybyłego. Biło od niego wyczerpanie. Twarz była poorana zmarszczkami jak cholewa bardzo starego buta.

- Profesorze Por to jest szeregowy Nawrocki – przedstawił go Junker. Szeregowy Nawrocki będzie najprawdopodobniej częścią mojego zespołu, więc proszę mówić dalej. Zaoszczędzimy dzięki temu czas.

- Tak, tak - profesor przeniósł roztargniony wzrok z Nawrockiego na ekran komputera. - Ja mówiłem o testach? Tak, o testach. Dokonaliśmy już ośmiu prób podłączenia do rdzenia przez pas biodrowy i wszystkie były udane. Wszystko odbyło się zgodnie z protokołem z Modlina. Niestety łącznie z bólem. Sądziliśmy jednak, że ból będzie do opanowania. Mamy przecież doskonalsze procedury zespolenia rdzenia i techniki regeneracyjne. Jednak muszę przyznać, że sobie nie poradziliśmy. To tak jak ze stalą dalmaceńską - niby wszystko wiemy, ale nie możemy wytworzyć produktu dorównującemu temu sprzed tysiąca lat. Ból pozostał. Nie jesteśmy w stanie tego rozwiązać. Wszystkich ośmiu degeneratów testowych musieliśmy relatywnie szybko uśmiercić. Stres wywołany bólem zagrażał organom, a testy możemy wykonywać jedynie wtedy, gdy organy nie są zagrożone. Jest nadzieja, że zmniejszymy ból pracując bezpośrednio na rdzeniu, ale wątpię żeby to tylko, obniżyło intensywność do znośnego poziomu. W połączeniu z opioidami, tak jak to zresztą praktykował modliński zespół, to byłoby możliwe, ale...

-  Profesorze - przerwał Junker. - Żadnych opioidów. Oni muszą być świadomi każdego nerwu i włókna mięśniowego w swoich ciałach.

Nawrocki przeniósł wzrok na twarz profesora Pora. Pojawiły się na niej czerwone plamy, jakby nagle coś wyssało z niej całą wodę.

- Wiem, wiem mówił pan wiele razy, ale nie mamy środków, które nie wpływają na koncentrację - odparł poprawiając okulary. - Pod tym względem jesteśmy kilkadziesiąt lat do tyłu. Nie umiemy ich wytwarzać. Mamy proste substancje narkotyczne: morfina, opium...

- To bez sensu - przerwał mu Junker. - Oni muszą uzyskać z tych ciał maksimum.

- W takim razie to pan będzie musiał sobie poradzić z bólem inaczej. Wiem, że pan posiada pewne doświadczenie w tym zakresie, ale obawiam się, że to będzie trudne. Tak jak mówiłem, operacje na rdzeniu mogą zmniejszyć problem, ale nie zlikwidują go całkowicie.

- Tak, trzeba rozwiązać to inaczej – mruknął Junker. - A badania przesiewowe zostały już zakończone?

- Tak - Por zaczął szukać na komputerze odpowiedniego pliku z danymi. Jego pomarszczone palce stukały w klawisze klawiatury.

- Tutaj. Wszystko jest tutaj – powiedział i wyprostował się. – Wszystko według algorytmu, który nam dostarczono.

- Ilu?

- Czterysta dziewięćdziesiąt trzy osobniki.

- A zawężona grupa?

- Dwieście szesnaście, ale jest pewien problem.

- Tak?

- Obawiam się, że gęstość kości, którą zakładaliśmy na początku będzie zbyt mała. Te bolce mogą nie być wystarczająco sztywne.

- Co to oznacza? Mniej kandydatów?

- Tak na pewno mniej. Raczej się grono zawęzi do tych, którzy wykonują tam ciężką, fizyczną pracę, są doskonałe odżywieni bądź ich kości są gęste z powodów genetycznych.

- Ile mniej?

- Będzie około stu pięćdziesięciu z grupy zawężonej, ale tą gęstość kości można poprawić przez odpowiedniej odżywianie i trening.

Nawrocki zauważył, że Junker jakby się rozluźnił, a nawet wydawało mu się, że na sinym, wygolonym do przesady policzku, pojawiła się słaba zmarszczka uśmiechu.

- Stu pięćdziesięciu bez Kompleksu - upewnił się jeszcze Junker.

- Tak. W Kompleksie jeszcze nie skończyliśmy - potwierdził profesor zerkając dla pewności w dokument wyświetlany na ekranie jego komputera.

- Dobrze - powiedział sierżant, ale jego twarz była już gładka jak tafla szkła. - A pancerz? Techniczne sprawy? Grun sobie z tym radzi?

- Niech pan będzie spokojny sierżancie - powiedział profesor i zamknął laptopa. - Doktor Grun to geniusz podkreślam to przy każdej okazji, a ja nie jestem skory do takich pochwał, pan mnie przecież zna. On współpracuje ściśle z moimi ludźmi. Proszę się nie obawiać, wszystko idzie zgodnie z harmonogramem. Trzeba też podkreślić, że doktor Grun dokonał kilkudziesięciu usprawnień w stosunku do oryginału. Mamy wytrzymalsze i lżejsze materiały niż tamci ponad dwadzieścia lat temu, tylko to pozwoliło na wiele zmian. W dodatku dzięki wysokiemu priorytetowi, jaki nadała temu projektowi Rada, nie musimy się martwić o dostępność sprzętu i ludzi. Sierżancie, muszę panu powiedzieć, że jeszcze nie widziałem, żeby moi ludzie, albo ludzie Gruna tak ofiarnie nad czymś pracowali. Nie widziałem tych ludzi pracujących z takim poświęceniem, od co najmniej piętnastu lat. Oni czują, że to będzie coś wielkiego. Ja też tak czuję. Stąd się to wszystko bierze.

Junker skinął głową.

Por włożył laptop pod pachę.

- Doktor Grun jeszcze prosił – powiedział - żeby pan przejrzał projekty związane z dostosowaniem broni, budowy pancerza i wyposażenia dodatkowego. Pan to będzie mógł najjaśniej przedstawić. Teraz jest na to odpowiedni moment. Jak to mawiają, każda godzina oszczędzona na planowaniu, to sto godzin zmarnowanych przy implementacji.

- Tak, będę u niego jutro - Junker podał rękę staremu mężczyźnie i przeniósł wzrok na Gerta. Nawrocki ocknął się ze stuporu i otworzył profesorowi drzwi. Kiedy zostali sami Junker zaczął bez żadnego wstępu.

- Szeregowy. Rada Olbrzyma przydzieliła środki i ludzi do zwiększenia zasięgu naszych misji zwiadowczych i bezpośredniego uderzenia w Pokali. Na razie to ci musi wystarczyć. Musisz jednak wiedzieć, że wielu starych żołnierzy, w tym ja, służyła Radzie Olbrzyma tylko po to, by doczekać się realizacji tej operacji - Junker przerwał i przekrzywił głowę, co w połączeniu z jego olbrzymim nosem nadało mu wygląd kruka przyglądającego się ofierze.

- Dlaczego tak patrzy? Ma wątpliwości? – Nawrocki przestraszył się. Wiedział już, że Junker nie będzie go szkolił, domyślił się, że wezwał go tutaj do innych celów, ale nie był rozczarowany. Gert wytrzymał spojrzenie błyszczących oczu Junkera.

- W Modlinie zachowałeś zimną krew – powiedział sierżant odrywając od niego wzrok. - Sytuacja nie była łatwa, a ty działałeś z głową. Obserwowałem cię wtedy uważnie. Kerinen też ma o tobie dobre zdanie, a on ma oko do ludzi. Do tego umiesz się poruszać w modułach, a to jest cenna umiejętność. Zainteresowałem się tobą. Przeczytałem twoje papiery, popytałem ludzi. A potem nawet przypomniałem sobie, że cię widziałem o wiele wcześniej, dawno temu. To byłeś ty, teraz jestem pewien, w Gardle Diabła, prawda?

- Tak, Gardło Diabła – Nawrocki przełknął ślinę. Nagle zaschło mu w ustach.

- Potrzebuję tutaj ludzi, którzy wierzą w to, co robią, a ty na takiego wyglądasz. To, co ci zaproponuję to nie jest żołnierska robota, więc nie wiem czy ci to odpowiada. Nie idziesz do drużyny miejskiej. O to ci chodziło, prawda? Chciałeś do drużyny miejskiej?

Nawrocki skinął głową. Junker patrzył na niego przez chwilę beznamiętnie jak kruk rozdziobujący padlinę.

- Dobrze Nawrocki - powiedział przeciągle jakby składał teraz w głowie następne zdania. Lubisz ból?

- Nie, panie sierżancie - odpowiedział zaskoczony.

- Mieszkałeś w Kompleksie, twój ojciec jest wysoko postawionym urzędnikiem u Dawidowskiego, jesteś jego jedynym synem, miałeś wszystko, a mimo tego, wbrew woli ojca, zgłosiłeś się do zwiadu po bród, niewygody i najprawdopodobniej relatywnie szybką śmierć, zgadza się?

- Nie panie sierżancie - odpowiedział Nawrocki.

- Nie? - Junker wydawał się szczerze zdziwiony. - Twój ojciec popierał tę decyzję?

- Nie obchodzi mnie mój ojciec. Zgłosiłem się po to, by żyć, a nie tylko przeżyć, panie sierżancie - Nawrocki sam się sobie dziwił, że potrafił to tak krótko wyrazić. Gdy ojciec go o to pytał ta odpowiedź nie przyszła mu do głowy. Może dopiero teraz to zrozumiał? Junker zdawał się jednak dokładnie wiedzieć, co miał na myśli.

- No właśnie -  pokiwał głową. - To nawet lepiej. Dobrze. Nawrocki, wiem, że bywasz w modułach i walczysz w Wannie. Nie zaprzeczaj – uniósł rękę jakby chciał uciąć wszelką dyskusję. Dla mnie to zaleta. Podobno masz przyjaciół w modułach i wiesz jak myślą modułowcy. Wiesz co do nich przemawia. Także z tego powodu cię wybrałem. Słyszałeś profesora Pora. Mam około czterystu potencjalnych kandydatów z modułów, ale oni muszą się zgłosić. Żołnierz, który nie chce walczyć, chociaż byłby niezwyciężony i niezniszczalny, nie jest nic wart. Chcę żeby oni chcieli – Junker znów popatrzył na Nawrockiego przekrzywiając lekko głowę. Gert czuł, że miał od tych spojrzeń na plecach gęsią skórkę. – Chcę żeby przyszli do nas tak jak ty - po życie. Nie chcę kłamstw, nie chcę żebyś ich mamił. Musisz powiedzieć, że czeka ich ból, codzienny ból. Byłeś na szkoleniu i wiesz jak jest być rekrutem. Pomnóż teraz swój wysiłek przez dziesięć i rozciągnij to na lata. Jedyne, co możesz obiecać to to, że opuszczą moduły i staną się żołnierzami lepszymi niż zwiad. Możesz im obiecać, że się zmienią, że oskrobiemy ich z niepotrzebnego brudu i zostanie tylko to, co wartościowe.

- Nie wiem czy do końca rozumiem panie sierżancie - Nawrocki był oszołomiony i zaskoczony.  – Mam rekrutować żołnierzy z modułów?

- Nawrocki. Użyj krzykaczek, posłańców, listów, zebrań, kazań wszystkiego, co uważasz za stosowne żeby chociaż setka z tych czterystu, zgłosiła się do nowej drużyny zwiadu. Masz tydzień by znaleźć najlepsze rozwiązanie. Musisz wiedzieć co i gdzie powiedzieć, co napisać i gdzie to umieścić. Nie wcześniej i nie później niż za tydzień. Dobrze wszystko przemyśl. Przez ten czas jesteś zwolniony ze wszystkich obowiązków z wyjątkiem biegów, siłowni i strzelania. Odpowiadasz tylko przede mną. Teraz rozumiesz?

- Rozumiem panie sierżancie - Gert oblizał suche wargi. Był oszołomiony i miał pustkę w głowie. Nic nie rozumiał.

- I najważniejsze - Junker złapał Nawrockiego za ramię i przyciągnął do siebie. - Chcę żeby wiedzieli, żeby się u nich rozeszło, że ci żołnierze będą moi, że nikt z Rady nie użyje ich wbrew mojej woli. To ważne.

 

Rozdział 16

 

Anna czuła smak krwi w ustach za każdym razem kiedy się budziła. Pajęczyca nie pozwalała jej zapomnieć, że go zabiły. Nie chciała, by było jej lżej. Zostawiła ją tam samą, bezradną, całą we krwi. Wnęka była tak ciasna, że Anna nie mogła się nawet obrócić. Zabiła. Chciała się położyć i umrzeć, ale stopy paliły i ból nie do udźwignięcia, nie pozwolił jej tam zostać. Cofała się w ciemności, po omacku, płacząc i wołając ratunku. Gdyby nie świadomość, że musiała istnieć droga powrotna do korytarza obwodowego to poddałaby się, uznałaby, że jest w pułapce bez wyjścia. Gdyby nie ból, nie miałaby siły.

Nie pamiętała jak znalazła się we wnęce Doroty. Musiała iść przez moduły. Jak to się stało, że nikt jej nie zatrzymał, żaden porządkowy ani przypadkowy przechodzień? Wnęka Jemajher była dalej niż łaźnie, dalej niż Antoni, dalej niż jej własny dom. To nie był przypadek, że tam poszła. Właśnie u Doroty czuła się najbezpieczniej.

Anna chciała powiedzieć, że zabiła chłopca, o Yokai, o tym, że wewnątrz niej żyje Pajęczyca, chciała wyrzucić z siebie wszystko. Musi wszystko powiedzieć. Tylko to może ją ocalić. Wtedy będzie mogła żyć.

Anna nie pamiętała, co było dalej. Dorota opowiadała potem, że nie zrozumiała na początku nic z jej słów. Nic z tego nie składało się w całość, nic nie miało dla niej sensu. Sądziła, że Anna została zwyczajnie pobita i zgwałcona.

Gdy obudziła się u Doroty w łóżku, już nie bolało. Jemajher i Antoni czekali na nią. Czuła ciepło i spokój, była bezpieczna. I wtedy wróciły obrazy: gasnące oczy umierającego chłopca, krew, kamienie, zadarte paznokcie, sina skóra. Czuła jak jego małe dłonie rozwierają się na jej przedramieniu. Zabiła. Pamiętała, że zabiła, ale nie chciała zabijać. To Pajęczyca. Czuła ją wewnątrz. Pajęczyca wróciła.

Nie miała już siły by okłamywać Dorotę. Opowiedziała o odejściu rodziców, samotności, Yokai, piwnicy, torturach, nienawiści i Pajęczycy. O tym, że Pajęczyca ją ocaliła, że to jej zawdzięcza życie, o tym, że tak długo była jej przyjaciółką, wybawczynią i towarzyszką.

- Pajęczyca chce nadal zabić Yokai - powiedziała. Teraz to zrozumiała. Ona nigdy go nie zapomniała i nie chciała zapomnieć o Yokai. Ona istniała po to, by go zabić.

- Chce go zabić, a ja jej jestem to winna - tłumaczyła Dorocie. - Za cały ból, który ode mnie odsunęła, za dni, tygodnie, miesiące, lata... Pajęczyca myślała, że wtedy, gdy Kerinen dał mi pistolet poczekam na Yokai i go zabiję, ale ja uciekłam. Zdradziłam ją, choć przysięgałam, że chcę już tylko śmierci Yokai. Okłamałam ją i uciekłam. Ona mi ufała. Cierpiała za mnie. Wzięła na siebie tyle bólu, którego ja nie mogłabym znieść. I zmieniła ten ból w nienawiść. I cała ta nienawiść nadal jest tu we mnie, ciężka, czarna, tłusta i zimna. Już nie gorąca. Ta nienawiść ostygła już dawno temu. Pajęczyca czekała, aż nabiorę sił, czekała na okazję, by zabić. Dlatego się ukryła. Dlatego pozwoliła mi myśleć, że już jej nie ma.

Obie płakały leżąc w łóżku obejmując się i szepcząc. Annie było lżej. Odetchnęła. Poczuła, że ma za sobą coś trudnego.

Anna opisała Dorocie wnękę, w której było ciało chłopca. Dorota poszła tam po pięciu dniach. Nikt go nie szukał. Nie był zrozpaczonych rodziców, porządkowi nie rozpytywali, a to mogło oznaczać tylko jedno - to był bandziak, albo uciekinier, który chciał dołączyć do bandziaków. Dorota popytała tu i tam w okolicznych modułach. W żadnej z band nikogo nie brakowało. W końcu jednemu, bandziaków coś się jednak przypomniało.

- Przyszedł taki jeden – wytłumaczył szeptem - ale to było z dwa tygodnie temu. Mały był i słaby. Mówił, że nie jadł, bo się bał, że w stołówce go ojciec złapie. Ładny był, wiesz miał taką okrągłą buźkę, ojciec go sprzedawał na godziny. Na takiego chłopczyka to jest wielu chętnych. Powiedziałem mu, że musi z czymś przyjść, że tak za darmo do bandy naszej przybłędów nie bierzemy. Powiedziałem, że potrzebujemy dobrej dziury, naprawdę dobrej, takiej, której nikt nie zna i takiej, do której żaden porządkowy się nie zmieści. No i poszedł szukać.

Dorota próbowałam wejść do szczeliny, którą wskazała Anna. Nie mogła wcisnąć się dalej niż na trzy metry. Nie czuła smrodu. Albo ciało było bardzo głęboko, albo zajęły się nim szczury. Tak czy inaczej, nie sądziła, że ktokolwiek je znajdzie. Chłopak mógł tam być kilka dni zanim znalazła go Pajęczyca. Może był już umierający?

Anna została u Doroty. To, co je przedtem rozdzieliło, zniknęło. Były bliżej niż kiedykolwiek. Bez tajemnic, bez barier, bez udawania. Całkowita szczerość. Już drugiego dnia płakały, czytały razem i marzyły o lepszej przyszłości.

Anna wiedziała, że będzie musiała wrócić do siebie. Nie mogła żyć u Doroty, chociaż ta załatwiła dodatkową pryczę, na którą wydała całe punktowe oszczędności.

- Możemy żyć tu jak siostry- namawiała Dorota. - Starczy miejsca. Będziemy razem.

Anna bała się być sama, ale nie mogła się zgodzić. Chciała mieć swój kąt. Jej wnęka stała się dla niej domem. Bała się, że Pajęczyca znowu każe jej zabijać, ale musiała tam wrócić.  W snach czuła ból, który zadawał Yokai. To był wyrzut. Pajęczyca pokazywała cierpienie, które odsunęła od Anny. Pokazywała wspomnienia. Yokai, martwy chłopiec we wnęce i szczęśliwe obrazy ostatnich miesięcy w Olbrzymie pojawiały się w każdym śnie. Zawsze w tej kolejności, zawsze w ten sam sposób. Po kilku tygodniach Anna zrozumiała znaczenie tych snów.

Pajęczyca udowodniła, że potrafi całkowicie zniknąć z jej życia. To była nagroda, którą może jej dać za śmierć Yokai. Za śmierć Yokai Pajęczyca odejdzie na zawsze.

Dorota przekonywała Annę, że wyjście z Olbrzyma teraz, to pewna śmierć. Obiecywała, że najpóźniej za dwa lata wyjdzie z nią w dużej grupie, a wtedy pomoże jej go zabić.

- Będzie bezpiecznie - mówiła. - Jest nas dużo. Coraz więcej. Nie mogę ci powiedzieć, ale wiele rzeczy jest w toku. Wyjdziemy na pewno. To kwestia czasu. Nie powstrzymają nas. Tyle mogę powiedzieć. W tajemnicy między nami, dobra?

Pajęczyca nie chciała czekać. Anna zaczęła się budzić w nocy na korytarzu obwodowym daleko od swojej wnęki, czasem w innym module. Była obolała, zziębnięta i mokra. Nie pamiętała żeby wychodziła. Budziła się zawsze z kawałkiem ostrej skały w dłoni. To nie był przypadek. Pajęczyca ostrzegała, że zabije, kiedy tylko nadarzy się okazja.

Dorota wzmocniła drzwi wnęki Anny. Rozebrała w tym celu półkę z książkami ojca, ukradła skądś śruby i kłódkę. Anna nalegała, żeby zamykać ją każdej nocy. Bała się, że Pajęczyca spełni swoją niemą groźbę i zabije kolejne dziecko. Przez kilka pierwszych dni Pajęczyca próbowała wydostać się każdej nocy. Anna budziła się z pozdzieranymi paznokciami i drzazgami w dłoniach. Drzwi były jednak za mocne, by mogła je sforsować. Pajęczyca zaczęła porywać jej ciało za dnia. Dorota opowiadała, że oczy Anny stawały się wtedy szkliste, zaczynała szeptać coś niezrozumiałego i drapać paznokciem po skórze aż płynęła krew. Anna nic z tego nie pamiętała. Gdy odzyskiwała ciało czuła jedynie ból rozdrapanej rany. Zauważyła, że nóż w pokoju Doroty już nie leżał na stole jak zwykle. Czy Jemajher zaczęła się jej bać? Czasem Annie wydawało się, że widzi w jej oczach strach.

Przestała pracować. Siedziała tygodniami we własnej wnęce, najczęściej sama. Pajęczyca zmieniła jej własny dom w więzienie. Nie był do tego potrzebny Yokai.

Dorota zaproponowała, że kupi jej odtwarzacz i audiobooki, ale Anna nie chciała od niej punktów. Jemajher nawet załatwiła u Ruska zniżkę, ale Anna nie chciała jej wierzyć. To był jakiś szwindel. Dorota na pewno zaproponowała, że dopłaci mu resztę pod stołem. Inaczej stary kutwa na pewno by się nie zgodził. Zostało tylko nieco ponad dwieście punktów na wszystko, ale nie miała jak ich zarobić. Nowe światy z biblioteki dawno się nie skończyły. Anna zaczęła czytać podręczniki dla dzieci ze szkoły podstawowej, potem gimnazjum i liceum.

Wiedziała, że Pajęczyca nie ustąpi.  Wiedziała, że można opuścić Olbrzyma, wystarczy tylko zgłosić chęć porządkowemu. Tak stanowiło prawo. Chciała to zrobić, ale Dorota przekonała ją, że tak młodej dziewczynie nigdy by nie pozwolili.

- Zrobiliby z ciebie wariatkę, uzależnili od narkotyków, szantażowali, zrobiliby wszystko żebyś nie wyszła - przekonywała. - Albo jeszcze gorzej. Pozwoliłby nam wierzyć, że wyszłaś i zamroziliby cię w tych lodówkach, o których mówił Janow albo od razu daliby twoje ciało jakiejś starej, białej babie. To nie są ludzie, którym można ufać. A nawet gdyby cię wypuścili bez jedzenia, ubrania, bez broni to nie przeżyłabyś tam. A nawet jakbyś doszła do tej leśniczówki to dlaczego niby ty miałabyś zabić Yokai, a nie on ciebie? A może go już tam nie ma? Może poszedł szukać innej ofiary? A może na nowo by cię uwięził? Was uwięził. Razem z Pajęczycą. Pomyślałaś o tym?

Anna pomyślała, ale Pajęczyca nie. Pajęczyca chciała iść nawet bez zapasów i bez broni. Chciała zabić Yokai. Dla niej nic się nie zmieniło, dla niej nadal były w piwnicy opite nienawiścią i nie dbały o swoje życie.

Wtedy pojawił się komunikat od Białych. Anna zobaczyła go przypadkiem, kiedy modułowcy stracili nim już prawie zainteresowanie. Ani Dorota ani Antoni nic jej nie powiedzieli. Nie była na nich zła. Oni po prostu nie rozumieli.

Fragment ściany w korytarzu obwodowym szklił się jak tafla lodu. Tekst był zwięzły, oszczędny w słowach, podzielony na trzy części jak wiersz. Przeczytała go tak wiele razy, że nauczyła się go na pamięć. Tekst był surowy, bez wielkich słów, wyważony. Nie było w nim nic o obowiązkach, przetrwaniu, przyszłych pokoleniach i dorobku ludzkości. Modułowcy nie mieli powodu do drwin i śmiechu.

W komunikacie informowano o poszukiwaniu ochotników do specjalnej drużyny zwiadu. Drużyna, po półrocznym szkoleniu, miała wykonać zadanie na zewnątrz, a po powrocie, bez względu na to czy zadanie zostanie wykonane, mogli liczyć na podwójny żołd bez obowiązku pełnienia dalszej służby. Istniało tylko jedno kryterium doboru – wytrzymałość na ból. Kto uważa, że potrafi znieść długotrwały, silny ból powinien się zgłosić. Komunikat był podpisany przez Heinza Junkera.

Anna chciała wykorzystać tę szansę. Wiedziała, że potrafi znieść ból. Jeżeli dostanie broń i nauczą ją jak przetrwać na zewnątrz, to znajdzie sposób, by zabić Yokai. Potem wróci do Doroty i Antoniego. Pajęczyca przestanie ją nękać. Zniknie. Anna będzie mogła żyć.

Pajęczyca zrozumiała. Żeby się o tym upewnić, po złożeniu wniosku o przyjęcie do zwiadu, Anna poprosiła Dorotę, by zostawiła drzwi do jej wnęki otwarte. Przez kilka następnych nocy budziła się rano we własnym łóżku. Pajęczyca nie porywała jej ciała ani w dzień ani w nocy. Nadal czuła jej niemą obecność w sobie, ale nie było już koszmarów. Pajęczyca zgadzała się poczekać. Zawarły umowę - życie dla Anny za śmierć Yokai.

 

*

 

Dwóch żołnierzy w mundurach zwiadu zapukało do drzwi nocą tydzień po zgłoszeniu. Nie znała ich. Nie widziała ich nigdy przedtem.

- Anna Jastrzębska? – zapytał wyższy.

Skinęła głową.

- Zgłoszenie na to nazwisko zostało zarejestrowane u systemowego w module czternastym.

- To ja – potwierdziła.

- Identyfikator – zażądał żołnierz i wyciągnął rękę.

Kiedy go sprawdził, podsunął jej kartkę papieru. Anna zauważyła, że to był taki sam formularz, jaki wypełniała u systemowego. Podpisała.

- Idziemy teraz, od razu - powiedział żołnierz. - To było w zgłoszeniu. Możemy zgłosić się po ochotnika i ten ma obowiązek stawić się na miejsce zbiórki bezzwłocznie. Proszę się ubrać. Nic poza ubraniem nie jest potrzebne. Wnęka zostanie zapieczętowana. Nikt tu nie wejdzie. Nic stąd nie zginie.

Anna ubrała się szybko. Całym jej majątkiem były grube skarpety, bielizna i dwa koce. W jej wnęce nie zostało nic, co miało jakąkolwiek wartość. Mimo tego popatrzyła z żalem na pryczę, stół i odarte z grzyba ściany. Przez tygodnie, kiedy była w niej sama zdążyła zedrzeć grzyb tak dokładnie, że nie został po nim nawet najmniejszy ślad.

Z Antonim i Dorotą pożegnała się wcześniej, zaraz po podpisaniu papierów. Były łzy, ale na pewno mieli nadzieję, że odpadnie przy selekcji, albo w trakcie szkolenia. Drużyna to tylko dziesięciu, maksymalnie dwunastu żołnierzy. Może będą lepsi od niej?

Prowadzili ją długo korytarzami krzyżowymi do miejsca, które modułowcy nazywali Próżnią. Był to moduł niemieszkalny, służący do kwarantanny. Tam zaczynał się korytarz prowadzący na zewnątrz. Nazywano go korytarzem południowym. Było to jedno z dwóch głównych wyjść z Olbrzyma.

Minęli dwa posterunki. Były obsadzone przez żołnierzy zwiadu, a nie porządkowych. Skręcili w tunel bez jakichkolwiek rozgałęzień, który schodził kilkadziesiąt metrów w dół. Domyśliła się, że to musiał być korytarz południowy. Po pewnym czasie skręcili w boczny, szeroki tunel, który po kilku metrach zamienił się w prostokątne pomieszczenie z wybetonowaną podłogą. Znała to miejsce. Poznała je po zapachu chemikaliów do dezynfekcji. To były pomieszczenia kwarantanny.

Kilkanaście milczących osób stało pod ścianami. Żołnierze łączyli je w trzyosobowe grupy i prowadzili w ciemne korytarze. Mężczyzn łączyli z mężczyznami, a kobiety z kobietami. To musieli być ochotnicy tacy jak ona.

Annę dołączono po kilku minutach do dwóch kobiet. Obie wydawały się jej dużo starsze. Miały nieproporcjonalne i brzydkie twarze oszpecone przez ospę. Ich oczy były jak zaciśnięte zęby.

Jeden z żołnierzy zaprowadził je do małej wnęki, w którym stała jedna drewniana prycza i wiadro na odchody. Nie wiedziały co mają robić, nie wydano im żadnych poleceń, po prostu je tam zamknięto. Usiadły w milczeniu na pryczy i czekały. Po godzinie zjawił się inny żołnierz. Był wysoki i chudy. Policzki i brodę pokrywała mu stercząca szczecina. Na ustach błąkał się cwaniacki uśmieszek. Anna znała jego głos. Musiała go wcześniej słyszeć, ale nie pamiętała gdzie.

- Możecie jeszcze zrezygnować – powiedział. Nie patrzył na nie tylko gdzieś w sufit. – Nic się wtedy nie stanie. Wrócicie do siebie z  tysiącem punktów. Nawet teraz możecie zrezygnować i dostać swój tysiąc. To by było mądre. Tysiąc punktów za nic. Wystarczy podnieść rękę i to się stanie – przerwał i powiódł wzrokiem po twarzach kobiet. Uniósł brwi. Anna miała wrażenie, że na niej zatrzymał się odrobinę dłużej. Usta drgnęły mu żeby coś powiedzieć, a może jej się tylko zdawało? Żołnierz odczekał jeszcze chwilę, ale żadna z nich się nie odezwała.

- Dobrze, jak chcecie, ale głupio robicie – powiedział. - To tylko przedłużanie i zmarnowane punkty. Potem odpadniecie i nie dostaniecie nic.

Stał i patrzył. One milczały.

- Dobra - westchnął żołnierz. – Chcecie wytargować więcej, rozumiem. Dobra. Słuchajcie uważnie. Teraz ja wydaję rozkazy. Złamanie rozkazu powoduje wydalenie, ale już bez punktów. Odtąd macie milczeć – przerwał na chwilę i uśmieszek na jego twarzy stał się szerszy. Odsłonił szerokie jak u konia zęby. – Panie rozumieją? – zapytał, ale żadna nie odpowiedziała.

Przez następne siedem dni nie padł z ust żołnierza żaden inny rozkaz. Zjawiał się co dwadzieścia cztery godziny, by opróżnić wiadro z odchodami. Przynosił też wodę. Każda z nich dostawała plastikową, litrową butelkę. Nie przynoszono jedzenia - to była próba głodu.

Ustaliły na migi zmiany na pryczy, ale po pierwszej nocy, kiedy głodówka odebrała im ciepło, kładły się na niej wszystkie razem, by grzać się nawzajem ciepłem własnych ciał.

Wspomnienia wróciły. Głód był na zawsze związany z Yokai. Yokai ożył. Zaczął ją nawiedzać w snach. Raz obudziła się z krzykiem, ale jedna z kobiet w porę zamknęła jej usta. Czy krzyk przez sen był złamaniem rozkazu? Czekały kilka minut, ale w drzwiach nikt się nie pojawił.

Głód najbardziej doskwierał do trzeciego dnia. Potem było lżej. Anna nie mogła spać i często całą noc krążyła wolnym krokiem wokół pryczy. Pozostałe kobiety najczęściej siedziały pod ścianami, ale Anna wolała się ruszać. Słyszała głosy i krzyki z sąsiednich cel. Nie wszystkim zakazali się odzywać?

Wszystkie dotrwały jednak do siódmego dnia, kiedy przyniesiono zupę. Głód się skończył. Przez następne dwa dni wyprowadzano je pojedynczo i zwiększano jednocześnie posiłki. Anna wychodziła cztery razy, ale nigdy nie pamiętała, z kim i o czym rozmawia. Pamiętała, że wychodzi z celi, że prowadzą ją do pokoju i sadzają na krześle, a potem jak wraca w asyście żołnierzy wyzuta ze wszystkich sił. Czuła jakby ktoś sięgnął do jej głowy i wyjmował z niej to, co chciał.

-To pewnie narkotyki - szepnęła jej jedna z kobiet z celi. - Serum prawdy, hipnoza takie rzeczy.

- Hipnoza - powtórzyła Anna bezgłośnie.

Pajęczyca tylko patrzyła. Anna nie bała się głodu. Przyzwyczaiła się do niego. Bała się bólu. Ból musiał nastąpić prędzej czy później. Zbyt wiele osób zgłosiło się chcąc dostać łatwe punkty. Sprawdzali ich motywację. Kilka dni głodu to dobry test, ale to nie wystarczy. Teraz będą sprawdzać ich odporność na ból. Szukali przecież ludzi umiejących znieść ból. Bała się.

 

*

 

Anna weszła w ostatniej grupie. Salę zalewało światło lampy rtęciowej. Z betonowej podłogi sterczały okorowane sosnowe słupy o grubości męskiego uda. Każdy oddalony od drugiego o dwa metry. Czterdzieści słupów ustawionych w czterech rzędach.

Dwóch żołnierzy odprowadziło jej grupę do pierwszego rzędu, sprawdzili identyfikatory i cofnęli się pod ścianę. Oparła się o słup tak jak wszyscy. Lepił się od żywicy. Poczuła ją na włosach i karku. Ściekała obficie z otworu kilkanaście centymetrów nad głową gdzie wbito stalowy hak. Sięgnęła ręką za głowę, zdrapała żywicę paznokciami, roztarła w palcach i przytknęła do nosa. Zamknęła powieki. Zapach lasu.

- Każdy ze słupów ma numer zgodny z waszymi numerami ewidencyjnymi – usłyszała ochrypły głos. Słyszała go już wcześniej. Otworzyła oczy.

Przed pierwszym rzędem słupów stał półnagi mężczyzna. Mięśnie oplątywały klatkę piersiową ciasno jak zdrewniałe liany pień drzewa. Był odziany jedynie w luźne zgniłozielone spodnie. Gdy mówił przechylał na boki głowę jak ptak.

- Upewnijcie się, że stoicie przy swoim słupie. Potem oprzyjcie się o niego plecami twarzą w moim kierunku.

Anna jeszcze raz spojrzała na tabliczkę leżącą przed słupem. Wszystko się zgadzało.

- Nazywam się Heinz Junker - kontynuował mężczyzna. - Jestem sierżantem zwiadu i będę odpowiedzialny za tworzenie drużyny, do której się zgłosiliście – zamilkł na chwilę, a Anna przyjrzała się dokładnie jego twarzy. Miał bardzo duży, zagięty nos. Policzki i podbródek były wygolone i sine. Patrzył przed siebie, zaciskał zęby, a mięśnie szczęki wybrzuszały się pulsacyjnie w miejscu zaczepów żuchwy do czaszki.

- Podziwiam waszą wytrwałość i pragnę zapewnić, że ta próba będzie ostatnią. Niedługo zadam wam ból, by sprawdzić czy będziecie w stanie wytrzymać jeszcze więcej bólu. Tylko tak będę mógł wybrać najwytrwalszych. Jestem żołnierzem, a nie poetą i nie używam przenośni. Gdy mówię „ból”, to mam na myśli ból ciała. Wiem, że jesteście na to gotowi, że macie cel, który pozwala wam znaleźć siły przekraczające możliwości zwykłych ludzi, ale bólu, który wam zadam nikt nie jest w stanie pokonać. Będzie rósł z każdą godziną. Będzie stawał się coraz cięższy, będzie zamieniał każdą sekundę w minutę, a minutę w godzinę. Teraz możecie w to nie wierzyć, ale tak będzie. I większość z was za ten ból nie dostanie nic w zamian. Ci, którzy okażą się najlepsi w nagrodę dostaną jeszcze więcej bólu. Inni dostaną tylko to, co będzie dzisiaj. Czy na pewno chcecie próbować sił w tej walce? Podwajam poprzednią propozycję, nie, nie podwajam, daję dziesięć tysięcy punktów. Wystarczy tylko unieść rękę. Odejdziecie stąd z dziesięcioma tysiącami, bez bólu i będziecie mogli je wydać już dzisiaj.

Dwie osoby odeszły od swoich słupów i stanęły przed Junkerem. Anna nie zauważyła na jego twarzy pogardy. Raczej ulgę. Mówił prawdę. Nie chciał zadawać bólu. Uścisnął tym mężczyznom po prostu dłonie i kazał odprowadzić jednemu z żołnierzy na zewnątrz.

- Ci ludzie dobrze zrobili – powiedział. - Oszczędzili sobie bólu, a mnie rozczarowań. Nie ma się czego wstydzić. Dziesięć tysięcy to dużo punktów. Jeśli ktoś robi to dla punktów teraz dostanie ich wiele. Nie będzie lepszej propozycji. Potem będzie tylko ból.

Czekał minutę w milczeniu, żeby każdy przemyślał jego słowa. Jeszcze jedna osoba podeszła do Junkera, tym razem kobieta. Jej też uścisnął dłoń.

Anna rozejrzała się po pomieszczeniu. Z jednej ze ścian wystawał kran z gumowym wężem. Zwinięty szlauch wisiał kilka centymetrów wyżej, na haku. Na środku sali w podłodze ziała dziura zasłonięta stalową kratownicą. Dochodził stamtąd drapieżny smród chemikaliów.

Junker znowu zaczął mówić o bólu, ale Anna przestała słuchać. Rozglądała się po twarzach innych ochotników. Niektórych z nich znała. Było tu co najmniej pięciu ludzi, których często widziała w otoczeniu Doroty.

Junker przestał mówić. Odpiął nóż i położył go na podłodze. Potem zdjął spodnie i stanął przed nimi nagi. Jego ciało było wyschnięte i skręcone jak suszone na słońcu mięso.

- Rozbierzcie się – rozkazał.

Anna nie zastanawiając się ani chwili rozpięła kombinezon i położyła go pod krzyżem. Inni też się rozbierali. Zdjęła buty, majtki, ściągnęła dwie pary skarpet i stanęła naga na stercie swoich ubrań. Nie czuła wstydu, tylko strach przed nadchodzącym bólem. Stopy były jeszcze ciepłe, ale wiedziała, że niedługo zaczną parzyć.

Kiedy ochotnicy rozebrali się i zapadła cisza Junker zmarszczył brwi i podszedł do kogoś w drugim rzędzie. Anna spojrzała w tamtym kierunku. Jeden z mężczyzn nadal miał na sobie slipy. Oprócz niego jeszcze kilka osób zostawiło na sobie bieliznę.

- Czy uważasz ten kawałek szmaty za część swojego ciała? - zapytał Junker dotykając papuzim nochalem twarzy potężnie zbudowanego mężczyzny.

- Żołnierzu! Zadałem ci pytanie! – ryknął zniecierpliwiony, gdy nie usłyszał odpowiedzi.

Okrzyk był tak gwałtowny i głośny, że Anna drgnęła, a serce zaczęło łomotać w jej piersi.

- Nie myślałem, że to nie trzeba… 

- Wstydzisz się swojego ciała? – zapytał Junker ignorując jego tłumaczenie. Anna zauważyła, że inni zaczęli zdejmować bieliznę nie czekając na koniec tej wymiany zdań.

- Nie… - mężczyzna wahał się przez chwilę. - Nie!

- Dobrze! W takim razie pewnie nie usłyszałeś mojego rozkazu. Mam go powtórzyć?

Junker odsunął się od mężczyzny, a ten szybko ściągnął slipy. Potem sierżant rozejrzał się po sali. Wszyscy zdążyli się już rozebrać.

- Aby zostać dobrym żołnierzem trzeba poznać swoje ciało - kontynuował Junker wracając przed pierwszy szereg. – Trzeba je poznać i pokochać. Niemożliwym jest, by nie pokochać takiej doskonałości. Ale trzeba być dla ciała surowym. Tak okazuje się miłość ciału. Ciało wymaga atencji i treningu. To umysł cierpi podczas wysiłku, a nie ciało. To umysł protestuje. Ciało tylko zyskuje.

Podczas przemowy Junkera dwóch żołnierzy zaczęło zbierać rozrzucone na podłodze ubrania. Anna odczuwała już chłód. Stopy zaczynały mrowić. Wiedziała, że niedługo rozpocznie się ból. Ubrania wyniesiono i żołnierze zaczęli wnosić belki ze skórzanymi paskami przybitymi do obu końców.

- To wy decydujecie, kiedy się poddać – mówił dalej Junker. - To zawsze wy się poddajecie, a nie wasze ciała. Organizm potrafi się zabezpieczyć przed śmiercią spowodowaną wolą właściciela, ale od was zależy jak blisko śmierci się zbliżycie. Dzisiaj zbadam waszą wolę i władzę nad ciałem. Dzisiaj, będziecie wisieć na krzyżu. Dwa tysiące lat temu ukrzyżowanie było formą śmierci przeznaczoną dla niewolników i bandytów. Straszliwa, powolna i bolesna śmierć. Lubowali się w niej Arabowie, Rzymianie, Persowie i Grecy. Tam gdzie rosły drzewa tam stawiano i krzyże. Na krzyżu skonał Jezus Chrystus, tysiące ludzi przed nim i po nim, ale wy nie umrzecie na krzyżu tak jak on. Nie będziecie spragnieni, ani głodni. Słońce nie będzie palić wam skóry. Nie wybatożę was ani nie spadną na was razy tłumu. Będzie tylko ból i walka o każdy oddech.

Przez ostatnie dni byliście głodzeni. Wasze ciała są nadal wyczerpane, co skróci okres próby. Bądźcie mi za to wdzięczni. Próba potrwa kilka do kilkunastu godzin, ale nie dni. Nie szukajcie ulgi w omdleniu. Omdlenie to wasza porażka, a nie zwycięstwo. Ci, co zemdleją, nie przejdą testu. To znak, że ból was pokonał, że wasza wola była zbyt słaba. I pamiętajcie. Wasze cierpienie ma cel.

Przed Anną pojawił się niski, krępy żołnierz. Miał podwinięte rękawy żołnierskiej kurtki, z której wystawały, grube przedramiona. W milczeniu uniósł zbitą z desek belkę i zawiesił ją na haku nad jej głową. Poczuła ostry zapach potu, gdy uniósł ramiona. Żołnierz unieruchomił belkę pasami i podsunął jej pod nogi pieniek.

- Stanąć wyżej i rozciągnąć ramiona, nadgarstki do belki – polecił nie patrząc jej w oczy. Kiedy wykonała rozkaz założył jej na ręce gumowe tuleje, zacisnął na nich skórzane pętle i przyciągnął dłonie do belki.

- Poruszać trochę. Nie wchodzą drzazgi? – zapytał, a ona zaprzeczyła ruchem głowy.  Zacisnęła zęby. Piekący ból obejmował już łydki.

Kolejne tuleje zamocował tak, aby unieruchomiły stawy łokciowe. Połączył je sznurem z belką. Dzięki temu tuleje nie mogły się zsunąć na ramiona. Potem zabrał pieniek. Anna oparła stopy o zimną podłogę. Przywiązał nogi w połowie łydek ciasno do słupa. Na koniec ścisnął jej biodra sznurem zostawiając luz na szerokość pięści. Zanim odszedł popatrzył na swoje dzieło i uśmiechnął się. Sprawdził tu i ówdzie, ale nie dokonał żadnych poprawek.

Anna zamknęła oczy. Gdy wisiała ciężar ciała spoczywał w głównie na nadgarstkach. Gumowe tuleje chroniły je od wrzynających się w skórę pasów. Po kilku minutach rozprostowała kolana na tyle, na ile umożliwiały to tuleje na łokciach i sznury na kostkach i biodrach. Mogła w ten sposób unieść się tylko o kilka centymetrów przerzucając ciężar ciała z nadgarstków na uda.

Krępy żołnierz zaczął już mocować belki gdzieś wyżej, w drugim rzędzie. Słyszała za plecami jego bezbarwny głos: stanąć wyżej, unieść ręce, poruszać trochę, wchodzą drzazgi?

 Kilkanaście minut później zrobiło się kompletnie cicho. Ustała krzątanina. Odwróciła głowę. Kątem oka mogła dostrzec ochotników aż do trzeciego rzędu. Czwarty rząd był za daleko. Na twarzach wiszących mężczyzn i kobiet nie widać było jeszcze bólu i wyczerpania. Niektórzy nawet wymieniali szeptem uwagi.

Spojrzała znowu przed siebie. Sierżant Junker stał na szeroko rozstawionych nogach. Jego wzrok przechodził z jednej twarzy na drugą, z jednego ciała na drugie. Nagle rozplótł ramiona. Ktoś w drugim rzędzie zaczął krzyczeć. Anna odwróciła w tamtą stronę głowę. Jeden z wiszących na krzyżu mężczyzn wskazał na kobietę obok siebie. Wisieli dopiero kilkanaście minut, ale ona już z trudem łapała powietrze. Otwierała i zamykała spazmatycznie usta. Miała ponad trzydzieści lat, czerwoną z wysiłku twarz i grube nogi poprzecinane żylakami. Anna poczuła mdlący zapach kału.

- Zesrała się głupia krowa – krzyknął mężczyzna.

- Dressler! Szlauch! - rozkazał Junker a potem stanął naprzeciwko mężczyzny. Tamten umilkł.

- Każdy z was to powinien zrobić - Junker wskazał na kałużę odchodów u podnóża krzyża kobiety. - Jej organizm już wie, że toczy walkę, do której nie jest potrzebny balast zalegający w odbytnicy. Jeżeli ktoś z tym walczy to zapewniam was, że przegra. To niepotrzebny wysiłek, który oddala was od zwycięstwa na bólem.

Jeden z żołnierzy rozwinął szlauch i stanął przed kobietą. Mocny strumień wody zmył bród z jej ciała. Odchody spłynęły do kratownicy w podłodze. Anna odwróciła wzrok. Ból stóp zamienił się w żar i pełzł powoli w górę.

- Pamiętajcie - krzyczał Junker. – Gdy czujecie ból to zwyciężacie. Jesteście tu po to, by zwyciężać. Jesteście tutaj, by wytrzymać. Ból to wasz przyjaciel. Nie walczcie z nim. Skupcie się na swoim ciele. Bądźcie uważni. Zamknijcie się na wszystko inne. Istnieje tylko ból i wy. Wiem, że tak robiliście wcześniej. Wiem, że jesteście do tego zdolni. Dlatego was wybrałem. Wydzierajcie każdą sekundę. Zredukujcie siebie na potrzeby walki o czas. Ból to tylko wrażenie, a nie fakt i można nad nim zapanować. Ból to informacja. To wy decydujecie czy boli. Wy wiecie lepiej niż ból, co jest ważne i co ocali wam życie. Macie cel.

 

*

 

Anna złączyła kolana i obróciła je na lewą stronę. Żar wspinał się po udach ku biodrom, mrowienie obejmowało już tułów. Uruchomiono elektryczne grzejniki, więc piekący żar obejmował  tkanki wolniej, ale ciepłe powietrze nie mogło już niczego zatrzymać. Mięśnie ud trzęsły się z wysiłku, gdy unosiła się, by zaczerpnąć powietrza. Wielokrotnie próbowała wyprostować kolana wyginając biodra do przodu lub na boki, ale zatrzymywał ją sznur przyciskający talię do krzyża. Nie mogła także ugiąć ramion. By nabrać powietrza dźwigała tułów za pomocą mięśni ud, które słabły z każdą upływającą minutą.

Po czterech godzinach pierwsi ochotnicy zaczęli tracić przytomność. Żołnierze chodzili wśród ukrzyżowanych i sprawdzali czy oddychają. Co kilka minut Junker kazał również wszystkim unosić głowy. Gdy ktoś tego nie zrobił podchodził do niego, ponownie rozkazywał unieść głowę i powiedzieć nazwisko. Najczęściej udawało im się unieść głowy i wyszeptać coś spierzchniętymi wargami. Jeżeli nie byli w stanie odpowiedzieć, Junker kazał odwiązywać ich od krzyża i wynosić z sali.

Po następnych kilku godzinach Anna zamknęła oczy i oczekiwała na chwilę ulgi, które zawsze przychodziły po falach bólu. - Nazwisko! - To było jedyne słowo, które słyszała. Słyszała tylko ochrypły głos Junkera. Poza nim, był tylko szum krwi i kroki na betonowej posadce.

Żeby zrobić wdech musiała się unieść na nogach. Same skurcze przepony i mięśni międzyżebrowych nie pozwalały już na dostarczenie wystarczającej ilości tlenu. Otaczała ją ciemność rozświetlana co chwilę eksplodującą czerwienią i żółcią. Mięśnie nóg napinały i rozluźniały w powolnym rytmie oddechów. Myśli zwolniły, zlepiły się i krążyły już tylko wokół pulsującego bólu. 

- Nazwisko - zapytał Junker, ale pytanie nie było skierowane do niej. Pytał gdzieś obok. - Nazwisko, nazwisko, nazwisko – pytanie powracało ciągłym echem z różnych stron jakby powtarzał je bez przerwy. Czasami słyszała inne głosy. Słaba odpowiedź w powodzi pytań. Co jakiś czas płynęła woda. Żołnierze zmywali fekalia i mocz z ciał rekrutów. Wtedy drobinki zimnej wody parzyły jej skórę jak roztopiona cyna. Żar ciągle pełzł w górę, objął biodra, wnętrzności i dotarł do szyi. Palił skórę, mięśnie i kości. Nie czuła już nic poza trawiącym ciało płomieniem. Przed oczami wirowała jej krew. W uszach buzowały płomienie.

Zobaczyła piwnicę skąpaną w upiornej czerwieni. Przed nią masywna szczęka Yokai. Nachylił się nad nią. Poczuła jego kwaśny oddech. Zamknęła oczy.

- Krzycz - szeptał jej do ucha. - Błagaj.

Milczała uparcie, a syczący głos Yokai bił w głowę jak młot.

Zanurzała się i wynurzała z ciemności. Kolejne wdechy były coraz płytsze, myśli coraz mniej ostre. I kiedy już niemal zapadła się w nicość poczuła rękę na głowie i palec odchylający powiekę. Zobaczyła zmarszczone brwi Yokai i spoglądające spod nich badawcze oczy. Wyprężyła się i uniosła na nogach. Otworzyła szeroko usta i nabrała haust smrodliwego powietrza. Na miejscu Yokai stał ktoś inny. Odsunął się. Kim on jest? Kim on jest?

- Nazwisko - usłyszała chwilę potem jak wargi żołnierza przed nią rozchyliły się. Głos był niewyraźny. Otworzyła usta, by odpowiedzieć. Odpowiedziała czy nie odpowiedziała? Nie usłyszała siebie, ale żołnierz zniknął z jej pola widzenia. Głowa znowu opadła. Zamknęła oczy.

 

*

 

Nawrocki dostrzegł znak Lewandowskiego i unieśli razem nosze z ważącym ponad sto dwadzieścia kilogramów, silnie umięśnionym mężczyzną. Wyszli spomiędzy opustoszałych krzyży. Gert poczuł jak drżą mu uda. Stalowe rączki wyślizgiwały mu się ze spoconych dłoni. Za drzwiami lekarze natychmiast podali mężczyźnie tlen, wkłuli wenflon i podłączyli kroplówkę.

- Ilu jeszcze zostało? - zapytał jeden z ubranych w białe kombinezony mężczyzn. Miał podkrążone oczy i zmęczoną twarz. - To już osiemnaście godzin.

- Tylko jedna - odpowiedział Lewandowski. - Ale już pewnie niedługo da radę. To kwestia minut.

- Kurwa, mówiłeś to samo godzinę temu – mruknął lekarz. – Po co to ciągnąć?

- Poczekajcie jeszcze trochę – to nie twoja sprawa.

Zabrali nosze i wrócili do pokoju. Nawrocki odstawił je pod ścianę i podszedł do Junkera. Sierżant stał przed krzyżem w pierwszym rzędzie. Patrzył na Annę Jastrzębską. Nawrocki poznał ją od razu.

Skóra i wargi dziewczyny były sinoniebieskie. Na tym tle wyraźnie było widać grube, szerokie blizny, które oblepiały jej ciało jak tłuste, różowo-białe glisty. Wszystko w niej zdawało się umierać. Wisiała niemal w kompletnym bezruchu. Skóra po lewej stronie klatki piersiowej pulsowała lekko z każdym powolnym skurczem serca. Co kilka sekund unosiła się jednak na drżących nogach. Klatka piersiowa zapadała się, a potem znowu rozszerzała. Powietrze w płucach wymieniało się z ledwie słyszalnym westchnieniem. Nawrocki liczył sekundy. Dokładnie siedem sekund mijało między oddechami. Kolejne następowały po sobie z mechaniczną, nieludzką regularnością.

Oblizał wargi i podszedł do Junkera. Lewandowski początkowo stał w pobliżu, ale potem usiadł na betonie i oparł się o słup. Po kilku minutach zasnął.

Nawrocki znowu oblizał wargi i odchrząknął.

- Sierżancie? – Powiedział, ale Junker nawet na niego nie spojrzał. Zamiast tego wyciągnął rękę i dotknął szyi Jastrzębskiej. Robił to już kilkanaście razy w przeciągu ostatnich dwóch godzin. Tak jak wcześniej uniosła głowę i nie czekając na pytanie powiedziała nazwisko. Głowa opadła natychmiast na pierś. Ciało znieruchomiało.

- Imię? – zapytał Junker – Imię! – krzyknął, gdy dziewczyna nie poruszyła się.

Znowu uniosła głowę. Odemknęła lekko powieki. Miała przekrwione, zakryte mgłą oczy. Jej zwiotczała twarz napięła się i wykrzywiła w upiornym uśmiechu pełnym pogardy i nienawiści.

- Anna – wyszeptała wypuszczając powietrze, twarz znowu zwiotczała, a głowa opadła na pierś.

- Sierżancie? – powtórzył Nawrocki.

Nogi unosiły klatkę piersiową Anny co siedem sekund. Powietrze z westchnieniem opuszczało i wypełniało płuca. Skóra na piersi pulsowała. Mięśnie na udach wybrzuszały się i wiotczały.

- Pomóż mi ją zdjąć – rozkazał Junker nie odwracając się. - To już niczemu nie służy.

Nawrocki odwiązał Annę od słupa. Wygięła się, by zaczerpnąć powietrza. Junker przeciął więzy na nadgarstkach. Odpadła od krzyża bezwładnie. Nawrocki przeciął pozostałe sznury, a potem pomógł ułożyć dziewczynę na noszach. Gdy ją podnieśli szarpnęła się gwałtownie i niemal upadła na ziemię.  Na twarz powrócił grymas obezwładniającego bólu. Jęknęła cicho. Na korytarzu przełożyli ją na szpitalne łóżko.

- Podajcie jeszcze morfinę – polecił Junker dwóm lekarzom – a jak dojedziecie do szpitala to zanurzcie ją na kilkanaście minut w gorącej wodzie. Kroplówka i tlen jak wszystkim. Po kąpieli trzymać ją w cieple. To bardzo ważne.

Junker przykrył ją kocem. Nawrocki nie spuszczał wzroku z twarzy dziewczyny. Poruszała bezdźwięcznie ustami i dygotała jak w gorączce. Po chwili lekarze pchający terkoczące, szpitalne łóżko zniknęli w półmroku korytarza.

- Lewandowski idź się już przespać – rozkazał Junker. – A ty Nawrocki za mną.

Weszli z powrotem do sali z opustoszałymi krzyżami. Wewnątrz śmierdziało fekaliami i moczem. Nawrocki poczekał, aż Junker się ubrał. Potem wyłączył grzejnik.

- Musisz się nią opiekować - powiedział Junker. - Idź do szpitala i przypilnuj, żeby zrobili to, co kazałem. Morfina i gorąca kąpiel. Potem dużo odpoczynku. Ona jest ważna Nawrocki. Najlepsza z nich wszystkich.

 

Rozdział 17

 

Anna otworzyła oczy, ale oślepiło ją jasne światło i zamknęła je na nowo. Pod powiekami pulsowały czerwone okręgi. Stopniowo bladły, a ona leżała bez ruchu. Było jej ciepło. W powietrzu unosił się zapach czystości. Znała go. To był zapach strzykawek, igieł i bandaży. Otworzyła oczy, teraz już ostrożnie.

Wysoko nad nią wisiał biały, popękany sufit sali szpitalnej. Próbowała się podnieść, ale parciane pasy zatrzymały ją w połowie ruchu i opadła na materac. Poczuła, że jej ciało jest sztywne i ciężkie. Zebrała siły i uniosła się na łokciach. Mięśnie ramion drżały z wysiłku. Nie wytrzymała długo. Zanim opadła z powrotem na poduszkę zorientowała się, że jest sama. Naliczyła jeszcze pięć pustych łóżek, z wygniecioną pościelą jakby do niedawna ktoś na nich leżał.

Przyszedł pielęgniarz. Bez słowa rozpiął jej pasy, zamknął kroplówkę, zdjął wenflon z nadgarstka i pobrał krew.

- Poczekaj chwilę, zaraz go zawołam - powiedział nawet na nią nie patrząc i wyszedł.

- Kto przyjdzie? – chciała zapytać, ale nie zdążyła, bo pielęgniarz zniknął już za drzwiami.

Bała się. Wokół niej będą znowu już tylko obcy ludzie. Na wspomnienie krzyża w oczach stanęły jej łzy. Dorota i Antoni. Teraz znowu będzie sama. Rozpłakała się.

Po kilku minutach było jej lżej. Otarła łzy, a potem zsunęła się z łóżka i stanęła na podłodze. Nagie stopy dotknęły kamienia, ale nie czuła chłodu. Zdołała utrzymać ciężar ciała tylko przez chwilę, a potem musiała złapać się barierki, żeby nie upaść. Mięśnie nóg były sztywne i słabe. Czuła, że w każdej komórce jej ciała krew zamieniła się w piasek. Odwróciła się przodem do łóżka i trzymając się materaca zrobiła kilka kroków.

- Jak się rozgrzeją to będzie mniej bolało – usłyszała męski głos. Odwróciła się. W drzwiach stał wysoki żołnierz. Miał gładko wygoloną twarz i głęboko osadzone oczy. Twarz była jednak okrągła i łagodna. Znała ją. Widziała go już. Żołnierz trzymał w rękach złożony w kostkę mundur, a z szyi zwisały mu związane sznurówkami buty.

- Widziałam cię już – powiedziała cicho przez wyschnięte gardło, a potem odchrząknęła i powtórzyła to zdanie tak, żeby je usłyszał. – Widziałam cię już.

- Tak, widziałaś, widziałaś i zaraz sobie przypomnisz gdzie – powiedział uśmiechając się, ale uśmiech nie był szczery i przekonywujący. – Możesz czuć się ociężale. To przez leki.

- Jestem chora?

- Nie, ale test był bardzo wyczerpujący. Lekarze zdecydowali, że lepiej będzie cię wzmocnić. To otumanienie to skutki uboczne - powiedział odkładając na łóżko przeznaczony dla niej mundur. Patrzył na nią wyczekująco.

Ta twarz. Przypomniała sobie teraz. Widziała ją krótko w modułach. Otworzyła usta, ale Nawrocki jej przerwał. Musiał jakoś poznać, że sobie go przypomniała.

- Nie chciałem cię zgwałcić – powiedział. – Tylko obserwowałem na rozkaz zresztą. Jestem ze zwiadu. Nazywam się Gert Nawrocki. To ty mnie wtedy uderzyłaś od tyłu w głowę prawda?

-Tak – powiedziała. Nie widziała sensu by kłamać.

- Dobrze zrobiłaś. Miałem ją na widelcu. Gdyby nie ty, to bym ją rozebrał, związał, wysmarował miodem i powiesił za nogi w insektarium.

Anna uśmiechnęła się.

- Dorota była zła, że cię uderzyłam - powiedział. Mówiła, że miała dla ciebie coś specjalnego.

- Jakiś tajny cios tak? - Nawrocki roześmiał się kręcąc głową. - Nie, nie. Miałem ją na widelcu.

- Nie. Coś miała, ale nie cios, lepiej dla ciebie, że dostałeś kamieniem. Wybrałam gładki, żeby nie rozciąć skóry.

- Dobra. Może jeszcze mi ta twoja Dorota pokaże te swoje sztuczki kiedyś - powiedział i machnął ręką jakby chciał odsunąć już od siebie ten wątek. Na twarzy mężczyzny znowu pojawił się uśmiech i tym razem był szczery.

- Jesteś teraz w zwiadzie - powiedział. - Jesteś szeregowa Anna Jastrzębska. Z rozkazu sierżanta Junkera zajmuję się żołnierzami jego drużyny. Miało być dziesięciu, ale jest was sześcioro. Pozostali są już w norze. Wszyscy zostali wybudzeni od kilku do kilkunastu godzin przed tobą. Zaraz cię tam zaprowadzę. Możesz chodzić?

- Wszyscy w zwiadzie przechodzą tę próbę? - zapytała ignorując pytanie.

- Nie, nie przechodzą - mruknął. - W zwiadzie są zwykłe trepy, a nie jacyś superludzie. Nie wiem, może z wyjątkiem Junkera i jego Urbanów. Cholera wie, co on z nimi robi. Może ich krzyżuje tak jak was, ale wątpię w to szczerze. Niby po co? Ja pierdolę… - pokręcił głową. - Pierwszy raz widziałem takie coś. - Nawrocki poklepał w złożony mundur na łóżku jakby chciał ją ponaglić i odwrócił się.

Zaczęła się ubierać. Wkładała mundur powoli. Mięśnie bolały jakby każdy kawałek jej ciała ktoś stłukł na miazgę pałką.

- Ty na tamtym słupie wytrzymałaś najdłużej i dlatego czujesz się tak, jak się czujesz - wytłumaczył. - Chyba muszę pogratulować. Wybudzili cię jako ostatnią. Nawet Junker był pod wrażeniem.

- Nie opłacało się - stęknęła. - Teraz strasznie boli.

-To zwykłe zakwasy - odpowiedział. - Mięśnie tylko. A raczej mikrourazy w mięśniach. Powinno być lepiej jak je rozruszasz. Ból będziesz czuła jeszcze długo, ale nie będzie już tak uciążliwy.

Zrobiła kilka kroków wzdłuż łóżka i za każdym razem czuła jakby rozrywała świeżą bliznę. Jednak już po dwóch minutach ćwiczeń uczucie bólu zelżało na tyle, że odważyła się puścić barierkę i zrobić kilka samodzielnych kroków. Poczuła mrowienie w stopach. Stała zbyt długo boso na zimnym betonie.

- Potrzebuję czegoś ciepłego na stopy – powiedziała odwracając się do Gerta, ale ten trzymał dwie pary zielonych skarpet na wysokości twarzy i lekko nimi potrząsnął.

- Znam twój problem – powiedział. – Allodynia termiczna. Czytałem raporty ze szpitala.

Mundur był o wiele przyjemniejszy w dotyku niż kombinezony w modułach i leżał tak jakby ktoś uszył go specjalnie dla niej. Uniosła ramiona wpatrując się w maskujące czarno-zielone ciapki. Potem spojrzała na nogawki. Idealna długość.

- Każdy z mundurów dla żołnierzy zwiadu robiony jest na miarę - wytłumaczył. - To z powodu płytek grafiksowych i siatek z grafelu. Muszą być w dobrym miejscu na ciele, by zapewniać ochronę i nie krępować ruchów. Zauważyłaś chyba te czarne kieszenie po wewnętrznej stronie? Tam wciskamy płytki. Do tego są rzepy i suwaki, żeby je zamocować.

Opuścili salę szpitalną i szli długo w milczeniu. Prowadził ją korytarzami ze ścianami, które spotykały się pod kątem dziewięćdziesięciu stopni - inaczej niż w modułach. Stalowa krata na podłodze dzwoniła lekko przy każdym kroku. Bielone ściany odbijały światło migoczących lamp. Każdy krok był bolesny, ale nie czuła już, że mięśnie odrywają się od kości. Po kilku minutach straciła orientację. Nie potrafiłaby już trafić z powrotem do szpitala.

- To bardziej skomplikowane niż moduły – powiedziała.

- Tak – potwierdził. – Tutaj brak regularności. Tunele są kręte i przecinają się pod różnymi kątami. U was to prosta szachownica. Wszędzie tak samo. Ale nie martw się. Po to jestem. Pokaże wam co i jak.

Szli jeszcze kilka minut.

- To wasza kiszka – powiedział, gdy weszli w ciasny wijący się licznymi zakrętami i schodzący dość stromo w dół tunel. Minęli kilku zdziwionych jej widokiem żołnierzy i stanęli przed metalowymi drzwiami.

- Dlaczego nam wtedy nie powiedziałeś, że jesteś od Junkera? - zapytała nim nacisnął klamkę. Zatrzymał dłoń i spojrzał na nią.

- Wtedy nie byłem od Junkera. A nawet jakbym był to nie było powodu żeby to mówić.

Pchnął drzwi i weszli do środka.

Podłużny jak wagon kolejowy pokój miał wybielone ściany. Po bokach stały łóżka, rozdzielone metalowymi szafami i wieszakami. Między nimi wąskie przejście. Na końcu pokoju krótki korytarz prowadzący do łazienki. Prycze najbliżej wyjścia były jeszcze wolne. Dwóch potężnych mężczyzn spało na łóżkach w głębi pokoju. Żołnierze na środkowych pryczach wbili wzrok w Annę. Czarnowłosa kobieta leżała z rękami pod głową i patrzyła wrogo. Miała ciemną karnację i ostre rysy twarzy. Siedzący na brzegu łóżka chudy mężczyzna zerkał z ciekawością poprawiając co chwilę okulary w drucianej oprawie.

Nawrocki przecisnął się na środek pokoju, ale Anna została przy drzwiach. Chciała właśnie usiąść na jednym z wolnych łóżek, gdy z wnęki na końcu korytarza wychyliła się mokra głowa o krótkich blond włosach. Potem zniknęła i za chwilę z mroku niezdarnie wyskoczył wysoki, uśmiechnięty mężczyzna.

- Nazywam się Tomas Hlaszke, bardzo mi miło – powiedział, minął Nawrockiego i depcząc po drodze łóżko chudego mężczyzny wyciągnął w jej stronę wilgotną dłoń. Anna uścisnęła ją odruchowo. Była zaskoczona.

- Taka młoda i śliczna dama – ucieszył się Hlaszke. - To wspaniale, w najśmielszych, powtarzam i powtarzam nie bez powodu, w najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że taka cudowna istota będzie z nami mieszkać! I do tego będziemy sąsiadami! Możesz wybrać łóżko. Wolisz po prawej czy po lewej. Cieszę się, naprawdę się cieszę!

- To błazen - prychnęła czarnowłosa kobieta o ostrych rysach. Jej twarz wykrzywiła się i wydawała się jeszcze bardziej kanciasta. Hlaszke jednak nie speszył się tylko kontynuował z jeszcze szerszym uśmiechem.

- Tak, błazen - przytaknął radośnie - błazen moja droga piękności Alicjo Kasjańska. Tak, podejrzałem twoją kartę jeszcze w szpitalu i wiem, jakie nosisz imię. Skoczył do niej i chwycił za dłonie, aby je ucałować, ale ta wyrwała je natychmiast z mieszanką gniewu i obrzydzenia na twarzy.

- Ależ Alicjo ja jestem błazen, ale błaźni tak zabawni jak ja, bywają jedynie na najdostojniejszych królewskich dworach, a gdzie królewski dwór tam królowa, a tutaj królową możesz być tylko ty. Nasza Anna - wskazał w jej stronę ręką - z racji wieku i delikatności może być jedynie królewną, ty natomiast, ty masz przymioty prawdziwej królowej: dumne spojrzenie, dystynkcje w ruchach, dojrzałość osądu, ciętość języka...

- Przestań pierdolić Hlaszke, bo zaraz rzygnę - syknęła Alicja, ale już bez poprzedniego jadu w głosie. 

- Dobrze, wystarczy już tego teatru - przerwał im Nawrocki unosząc dłonie. - Obudźcie szeregowego Molle i Rota.

- Sam ich sobie budź - fuknęła Kasjańska, a na jej twarz znowu powrócił poprzedni mars. - Ty jesteś chłopiec na posyłki a nie dowódca. Dowódca to ten z nosem. Jak mu tam, Junker i tylko on będzie mi wydawał rozkazy.

Nawrocki popatrzył na nią spokojnie, a potem podszedł do śpiących mężczyzn i kolejno szarpnął ich za ramiona.  Dopiero, kiedy usiedli na swoich łóżkach, zaczął mówić.

- Jak pewnie się domyślacie tylko wasza szóstka przeszła ostatni test. Przez dwie doby, niektórzy trochę dłużej, inni krócej, w zależności od tego, kiedy ściągnęliśmy was z krzyża, byliście w farmakologicznie wywołanej śpiączce. Lekarze musieli upewnić się, że test krzyżowy nie poczynił u was nieodwracalnych szkód.

- No i co? – warknęła Kasjańska.

- Jesteście zdrowi.

- No i alleluja - mruknął Hlaszke i po chwili dodał: ale ja i tak nadal się czuję jak byście mnie wrzucili do maszynki do mielenia mięsa. Tak ze trzy razy…

- Ta nora posłuży wam jako sypialnia przez następne miesiące - kontynuował Nawrocki. - To naprawdę dobre miejsce w porównaniu z tym gdzie śpią drużyny zwiadu. Na takiej przestrzeni, jaką macie tutaj, normalnie śpi dwunastu ludzi. No i wam nawet wybielili. I nikt w zwiadzie nie ma własnej umywalki, prysznica i studwudziestolitrowego bojlera do podgrzewania wody. Nie ma tutaj toalety, ale to lepiej, uwierzcie mi, to lepiej. Tak, chyba nawet ta nora zasługuje na miano pokoju.

Anna przecisnęła się między łóżkami do łazienki na końcu wnęki. Zapaliła żarówkę. Na jednym końcu była blaszana umywalka, a na drugim kabina prysznicowa. Między nimi było pół metra wolnej przestrzeni. Odsunęła pociętą w grube pasy folię, która odgradzała kabinę od reszty pomieszczenia. Na uchwycie pod sufitem wisiała słuchawka prysznicowa, a ze ściany wystawały dwa kurki od ciepłej i zimnej wody. Wróciła do pokoju i usiadła na swojej pryczy.

- I co teraz? - zapytał jeden z umięśnionych mężczyzn, którzy spali, gdy Nawrocki przyprowadził ją do nory. Miał niski głos przypominający silnik ciężarówki na wolnych obrotach. Podrapał się po twarzy. Musiał wykonywać jakąś ciężką fizyczną pracę przy drążeniu tuneli, w hucie lub warsztatach. Zauważyła, że nie ma połowy serdecznego palca u prawej dłoni.

- Macie dwa dni - odpowiedział Nawrocki. Możecie jeść, pić, odpoczywać i rozejrzeć się po Kompleksie. Wiemy, że wszystko was jeszcze boli. Wszyscy jesteście z modułów, więc nie wiecie jak wygląda Kompleks, a szczególnie część, do której będziecie mieli teraz dostęp. Jak już szeregowa Kasjańska raczyła zauważyć…

- Jej wysokość najdostojniejsza Kasjańska, królowa nory - wtrącił Hlaszke szczerząc zęby.

-... już szeregowa Kasjańska raczyła zauważyć - zignorował go Gert - jestem do waszej dyspozycji. Jestem waszym opiekunem i przewodnikiem. Musimy się jednak dobrze zrozumieć, kiedy wam rozkazuję coś zrobić, to jest to rozkaz sierżanta Junkera, zaznaczę wyraźnie, że to rozkaz. W innym przypadku będę kierował do was prośby i od waszej dobrej woli będzie zależało czy je spełnicie. Jakieś pytania?

Nikt się nie odezwał. Anna usiadła na pryczy. Materac był miękki, sprężynowy, o wiele wygodniejszy niż prycza w Grzybni.

- Po obiedzie rozpoczynamy obchód – kontynuował Nawrocki. Anna na nowo skupiła się na jego słowach. - To rozkaz Junkera. Wskażę gdzie jest stołówka, w której będziecie odbierać posiłki, pokaże siłownię, strzelnicę, szpital, korytarze do treningów aerobowych, multitekę, sale wykładową, łaźnię, do której macie dostęp jak każdy żołnierz zwiadu, salę masażu, moją kwaterę, gabinet Junkera, a także dojście do korytarza ewakuacyjnego. To są miejsca, do których musicie trafiać nawet po ciemku. Dla chętnych wskażę inne miejsca, które mogą was interesować, a są w przestrzeni dostępnej, czyli Katedrę, socjalkę zwiadu i socjalkę ogólną, bibliotekę ogólną i salę kinową, a także pokażę korytarz okrężny, oktagon i główny magazyn. Jakieś dodatkowe prośby?

- W tej multitece…? - zapytała Anna. Czuła, że na jej twarzy pojawiają się rumieńce. - Co tam jest?

- Materiały audio i video, interaktywne i bez interakcji - odpowiedział. - Czyli muzyka, filmy, holofilmy i gry video w tym fulimmersywne.

- A książki?

- Tak książki też. Literatura audio, kursy audio i kursy interaktywne audio - video. Jak już przy tym jesteśmy to od razu powiem. Spędzicie w multitece dużo czasu z hologramem szkoleniowym dotyczącym funkcjonowania ludzkiego ciała, ze szczególnym uwzględnieniem gospodarki hormonalnej, układu kostnego, mięśniowego i nerwowego. Są trzy holoprojektory w tym jeden tylko na wasz użytek. Jak ktoś się nudzi, to może zacząć już dzisiaj.

Anna zauważyła, że chudy mężczyzna w okularach poruszył się na łóżku.

- Gdyby był pan tak uprzejmy to bym chętnie, zgodnie z sugestią, rozpoczął naukę.

Nawrocki spojrzał na niego z taką miną jakby nie wierzył, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę.

- No dobrze - powiedział. - Przyjdę za godzinę i zaprowadzę. Jeszcze pytania?

- Czy odtwarzacz można wypożyczyć i słuchać tutaj audiobooków? - zapytała Anna.

Nawrocki zastanowił się przez chwilę.

- Tak. Przy mediotece jest wypożyczalnia. Można zabrać odtwarzacz z audiobookiem. Tak na pewno tak jest. A jak nie ma, to załatwię to dla ciebie. Nie powinno to być problemem.

Anna powinna się cieszyć, ale nie czuła radości. Czy po prostu nie wierzyła? Zbierała ponad rok punkty, a teraz tak po prostu miała dostać to, na co tak długo pracowała?

- Ja też bym chciała iść żeby wypożyczyć - powiedziała. - Od razu.

- Dobra - zgodził się Nawrocki. - Jeszcze jakieś pytania? - odczekał chwilę i powiódł po twarzach. Nikt się nie odezwał.

- Dobrze - powiedział. - Jutro powieszę na drzwiach grafik. Pobudka jest o ósmej, znacznie później niż u reszty zwiadu, a to po to byście nie wchodzili sobie w paradę. Dlatego już dzisiaj proponuje kłaść się przed dwunastą, żeby przyzwyczaić organizm do nowej rutyny - Nawrocki zerknął na zegar zawieszony nad drzwiami. - Macie jeszcze trzy godziny na odpoczynek i radzę je wykorzystać. Polecam gorący prysznic. Potem zaprowadzę was na obiadokolację i oprowadzę po naszej części Kompleksu.

Nawrocki zamilkł i jeszcze raz spojrzał na każdego w pokoju jakby chciał się upewnić, że na pewno nie ma pytań. Potem ruszył w kierunku drzwi. Anna odprowadziła go wzrokiem. Gdy zostali już sami Tomas Hlaszke klasnął w ręce.

- No to teraz, gdy jesteśmy już wszyscy razem, to możemy się w końcu poznać - powiedział. - Czekałem na to już od paru godzin.

Alicja ostentacyjnie przekręciła się na łóżku i odwróciła do Hlaszke plecami. Potężnie zbudowani mężczyźni w głębi nory siedzieli na łóżkach patrząc wyczekująco. Tylko szpakowaty chudzielec obserwował Tomasa z zainteresowaniem.

Anna usiadła na pryczy przy drzwiach. Położyła się ostrożnie próbując uniknąć bólu mięśni.

- Zaczynam więc od siebie - powiedział Hlaszke i stanął na stoliku przynależnym do jego łóżka. Jestem Tomas Hlaszke, Czech z matki Czeszki i ojca Czecha. Nie urodziłem się tutaj, ale pamiętam tylko Olbrzyma, więc musiałem tu trafić dość wcześnie. Przez pełne cztery lata uczęszczałem do tutejszej szkoły gdzie udoskonalono mój polski, nauczono mnie nieomylności prawa Olbrzyma, upewniono o mesjanizmie i roli Olbrzyma w historii świata, upewniono również, że wszystko co dobre, zostało wymodlone przez naszych księży, a wszystko co niedobre, stało się przez grzeszność ludzi. Po odebraniu dyplomu ukończenia podstawówki zmarli mi rodzice. Oboje, niemal jednocześnie. Powiedzieli mi, że umarli na raka. Zawsze tak mówią. Rak ich usprawiedliwia, bo nawet za dawnych dobrych czasów był w wielu wypadkach nieuleczalny. Potem byłem bandziakiem, a jeszcze później zostałem mrówą. Zamiast mrówczyć mogłem oczywiście pracować przy budowie korytarzy i umrzeć po piętnastu latach albo wystarać się jakoś o kurs techniczny i uzyskać stanowisko przy naprawach zerwanych kabli i wyszczerbionych turbin, a wtedy dożyłbym szczęśliwie schorowanej czterdziestki. Wybrałem jednak bycie mrówą z szansą przeżycia średnio dwóch pracowitych lat i zobaczenia kawałka świata. Niestety, za moje niegodne zachowanie, po wygaśnięciu pierwszego kontraktu nie wyrażono chęci, by zawrzeć drugi. Pomyślałem, że trudno, ale co tam zobaczyłem to moje, nie? Zawarłem też kilka ciekawych znajomości i zniosłem kilka wartościowych fantów. Czułem jednak chyba trochę goryczy, bo bycie mrówą mnie bawiło, a oni mnie nie chcieli. Nikomu nie odmawiali bycia mrówą. Nikogo takiego nie znałem. To było niesprawiedliwe. Postanowiłem więc trochę się odegrać. Nie planowałem tego. Pierwszy raz wyszło jakoś samo. Nawet się specjalnie nie kryłem – Hlaszke wykonał nagle dziwny ruch jakby chwytał coś z powietrza i zbliżał do twarzy. - Rock and Roll, Disco, Techno, Trance i Popik zero bluesa kochani - powiedział niższym niż zazwyczaj głosem. - Teraz wasze pięć minut życia.

- Czekaj, czekaj, czekaj… to ty jesteś Rumcajs? – przerwał mu chudzielec zrywając się z pryczy. 

- Nie inaczej - Hlaszke położył dłoń na piersi i skłonił się nisko. – Tak mnie nazywali. Wtedy brodę nosiłem.

Anna przyjrzała się uważnie Hlaszce. Słyszała o Rumcajsie od Doroty. Rumcajs przez ponad rok włamywał się do ogólnego radiowęzła i puszczał piosenki. Swoje audycje nazywał pięcioma minutami życia. Tyle bowiem zabierało porządkowym by znaleźć miejsce gdzie wpinał się do sieci i go złapać lub przepędzić. Przez pięć minut udawało mu się puścić co najwyżej dwie piosenki. Robił to o różnych porach dnia i nocy, ale ludzie uwielbiali te pięć minut. Uczniowie zamykali klasy i wskakiwali na ławki śpiewając, starsi płakali, przerwano wtedy pracę, naukę, wydawanie posiłków ludzie wybiegali podczas mszy, wychodzili mokrzy z łaźni i wnęk byle tylko być bliżej szczekaczki.  Rumcajs miał wielu wrogów, ale zniknął dopiero, gdy dzięki jakiejś piosence o słońcu i mieście zebrał w Słoneczniaku tłum do obrony szybów. Po tym zamilkł. Jedni mówili, że go zabili, inni, że wygnali.

- A dlaczego przestałeś puszczać piosenki? - Alicja usiadła na łóżku. - To było chyba ze dwa lata temu…

- Trzy – sprostował Hlaszke i odsłonił zęby w szerokim uśmiechu. Wydawał się zadowolony z ożywienia Kasjańskiej. - Tak jak mówię, zebrałem trochę sprzętu, ale byłem zwykłą mrówą. Za każdym razem, kiedy mnie łapali zabierali wszystko, a łapali mnie raz na dziesięć audycji. Dostawałem także w ciry, pały nie żałowali, szczególnie na początku, kiedy ludzie mnie jeszcze tak nie znali. Po każdym aresztowaniu musiałem parę tygodni dochodzić do siebie. Potem z biciem musieli się kryć, ale i tak bolało.

- I dlatego przestałeś? - prychnęła Kasjańska. - Bo bolało?

- O nie królowo, nie chodziło o ból, po prostu brakowało sprzętu. To nie takie proste żeby podłączyć się do szczekaczek. To wymaga paru rzeczy. Później pomagało mi wiele innych mrów, niektórzy Biali, żołnierze zwiadu, a nawet jeden klecha. Przynosili sprzęt, ale tamci po jakimś czasie mnie łapali i zabierali. W końcu jednak pilnowali mnie dzień i noc. To już nie miało sensu. Nie byłem w stanie im się urwać. No i kolejne trzy lata przebiedowałem jako gębol, a potem trafiłem tutaj. To jakiś cud, że tu jestem! Takiego degenerata wpuścili. No, ale wystarczy o mnie. To kto następny, kto następny? Może ty królowo?

- Ja nie - odpowiedziała Alicja, ale jakoś miękko, bez wrogości.

- Ja powiem - wstał szpakowaty chudzielec. Ten sam, który pierwszy rozpoznał w Hlaszce Rumcajsa. Anna przeniosła na niego wzrok. Miał pociągłą twarz z szerokimi mięsistymi ustami.

- Nazywam się Henryk Sznurowski – mężczyzna poruszał tymi ustami zamaszyście, w niektórych momentach zdawały się zajmować pół twarzy. - Uczyłem w modułach historii i prawa - przerwał na chwilę, a potem dodał - ich historii i ich prawa w dzień i prawdziwej historii po nocach. Ludzie chcą się uczyć prawdy. Nigdy mnie nie złapali i nie pobili jak ciebie – wskazał na Hlaszke, a Czech wzruszył ramionami i uśmiechnął się kwaśno. - Chyba miałem po prostu szczęście, a może na takie rzeczy nie zwracali uwagi. Ja przez kilka lat dotarłem może do dwudziestu, trzydziestu ludzi, a ty porywałeś piosenkami tysiące. Nie ta skala. Chyba ich nie obchodzą tacy jak ja… Poza tym, co więcej? Nic nie mam, tak jak większość. Nie mam żony, dzieci… Należę tylko do kółka, tak nazywaliśmy siebie kółkiem erystycznym, zebraliśmy się, bo lubimy prowadzić spory na różne tematy… W takich sporach rodzi się prawda, ja głęboko w to wierzę. Jakby ktoś chciał podyskutować to, to zapraszam… To chyba będzie wszystko…

Hlaszke zaczął bić brawo tak gwałtownie, że Annie podskoczyło serce.

- Wspaniale, wspaniale – zaczął wykrzykiwać i cmokać w koniuszki palców. Kasjańska przewróciła oczami i położyła się z powrotem na łóżko.

- No to mamy już dwóch odważnych – wykrzykiwał Hlaszke – proszę, proszę serdecznie, panowie, teraz panowie - wskazał na olbrzymów zajmujących łóżka najbliżej wnęki z umywalką. - Trzeba ośmielić panie i powiedzieć coś najpierw o sobie. Tego wymagają okoliczności.

Olbrzymy spojrzały po sobie w milczeniu.

- Olgierd Rot - odezwał się ten nieco niższy i bez serdecznego palca u prawej dłoni. Wstał z łóżka, a potem usiadł. Mimo dużej wagi poruszał się zadziwiająco zwinnie. Był ponad czterdziestoletnim mężczyzną o wielkich dłoniach, krótkich płowych włosach i ciemnym zaroście. Na sznurku na szyi nosił drewniany krzyż.

- Jeszcze przed kilkoma dniami pracowałem jako rozdrabniacz. Przedtem robiłem wiele rzeczy, których w większości się wstydzę. Na usprawiedliwienie mam tylko moją głupotę. Na szczęście z wiekiem nieco zmądrzałem i zająłem się rozbijaniem młotem skał. To bardzo dobre zajęcie, jak pokuta. Moje życie było w większości smutne. Naprawdę nie ma o czym mówić. To nie są historie, które by wam się spodobały – mężczyzna westchnął ciężko.

- A na tym sznureczku co nosisz - zadrwiła Alicja. - Boga masz na tym sznureczku?

- To krzyż. Nie ma tam Boga - powiedział Olgierd zamykając wisiorek w dłoni.

Anna zauważyła na śródręczu głębokie blizny. Dwa palce, środkowy i wskazujący, pozostawały ciągle zgięte.

- A może księdzem byłeś? - zapytała Kasjańska wbijając w niego wzrok.

- Byłem księdzem, bardzo dawno temu byłem - przyznał.

Alicja zerwała się na nogi i podbiegła do Olgierda jakby chciała go uderzyć, ale zatrzymała pięść tuż przed jego twarzą. Olgierd patrzył na nią spokojnie. Siedział na łóżku wychylony w przód. Łokcie miał oparte na kolanach, a palce wielkich dłoni splecione.

- A dlaczego już nie jesteś? - zapytała jadowicie. – Gwałciłeś dwulatki, czy może ukradłeś biskupowi kokainę? Tak za to ostatnie, by cię na pewno wyrzucili.

- Byłem nieposłuszny i mnie wydalono - odpowiedział i położył się na wznak na łóżku wskazując, że uważa rozmowę za zakończoną. Alicja stała nad nim przez chwilę zaciskając pięści, a potem wróciła na swoją pryczę. Tomas odchrząknął i wskazał na olbrzymiego mężczyznę o bardzo krótko obciętych blond włosach.

- Zostałeś już tylko ty. Może pójdzie lepiej. Jak też jesteś księdzem to może o tym nie wspominaj – zaśmiał się nerwowo. - Tylko parę słów proszę tak na dobry początek.

- Johan Molle – przedstawił się mężczyzna głębokim basem. Był młody, o wiele młodszy niż Rot. - Moi rodzice pochodzili z Monachium. Los mnie tu rzucił i pewnie dlatego żyję - mówił po polsku płynnie, ale z wyraźnie niemieckim akcentem. Dorota nauczyła Annę rozpoznawać ten akcent. Molle miał żylaste i grube przedramiona. Mówiąc zginał po kolei palce formując powoli pięści. Ścięgna i mięśnie wybrzuszały skórę.

- Hutnik? – zapytał Hlaszke.

- Tak. Pracuję... pracowałem w hucie. Zaraz po szkole zacząłem tam pracować. Poznałeś po bliźnie?

- Nie… - odpowiedział Hlaszke. – Tak po prostu. Masz wielki łapy. Wiesz. Jak szufle.

- Tak. Mam. Nie zawsze takie były. Zgrubiały.

Po minucie ciszy, kiedy już jasne było, że Molle nic nie doda, Hlaszke klasnął w dłonie.

- A więc zostały już tylko panie. Uuuuu! Huuuu! Wreszcie.

Anna przez chwile miała wrażenie ze wskaże ją, ale Tomas zwrócił się do Kasjańskiej.

- Pierwszeństwo ma królowa.

- Pierdol się - odpowiedziała Alicja. Nawet się do niego nie odwróciła.

- Ależ oczywiście! Wedle rozkazu przepierdolę się solidnie, ale wasza wysokość pozwoli, że uczynię to w samotności, w kabinie prysznicowej, a myśli o miłościwie nam panującej będą wówczas przy mnie. Teraz jednak musimy się poznać. Ale królowa nie chce, to nie. Nie będziemy przymuszać. Ale została nam jeszcze królewna. Wspaniała osóbka, o której nic nie wiemy. Młoda, ale silna – Hlaszke popatrzył na Annę.

Anna poczuła strach. Co im powie?

- Widać to w jej oczach, że jest silna – kontynuował Hlaszke. - Ale prosimy tylko o dwie rzeczy: Imię i nazwisko, tyle wystarczy w zupełności, tajemnica dodaje powabu, królowa wie to najlepiej, a dlaczego mamy więcej wiedzieć o królewnie niż o królowej? - Hlaszke uśmiechał się błazeńsko przez całą swoją przemowę. - A więc tylko imię i nazwisko prosimy. Jedynie imię i nazwisko, to nam wystarczy. Resztę niech wypełni wyobraźnia poddanych.

- Anna Jastrzębska - powiedziała i uśmiechnęła się niepokażozębnym uśmiechem. Księżniczka przecież powinna mieć zęby.

 

*

 

Położyła się na łóżku. Na uszach miała słuchawki, a w dłoni małe urządzenie z ekranem, dzięki któremu mogła wybierać książki oraz przewijać i zatrzymywać nagranie. W mediotece dokładnie jej wyjaśniono jak to robić.

Pamiętała pierwsze kilkadziesiąt pozycji z listy, którą układała u Ruska. Większość z tych książek znalazła w katalogu medioteki i przegrano je na urządzenie, które trzymała w ręku. Bibliotekarz powiedział, że to razem ponad siedemset godzin, czyli dwadzieścia pięć dni ciągłego słuchania. Zapewniał, że będzie musiała przyjść do niego kilka razy, by naładować sprzęt.

Anna zamknęła oczy, uśmiechnęła się i nacisnęła guzik. Znalazła się w innym świecie.

 

*

 

- To jest korytarz okrężny - powiedział Nawrocki, kiedy weszli w tunel o wysokości około dziesięciu metrów. Anna zadarła głowę. Strop był ciemny jakby ktoś opalił go pochodnią. W beton podłogi wpuszczono pokryte brązowym nalotem szyny.

- Taki korytarz nazywamy okrężniakiem, okrężnicą lub po prostu szynowcem. Ta ostatnia nazwa dlatego, że w podłodze są szyny dla pociągów. Kiedyś zwozili tu pociągami sprzęt wojskowy, ale teraz jeżdżą tylko drezyny. Czujecie ten zapach w powietrzu? To ropa. Tutaj mamy tylko drezyny na silniki spalinowe. Dlatego wszystko czarne, na ścianach osad, na podłodze olej. Patrzcie pod nogi. Łatwo skręcić kostkę jak wam tam stopa wpadnie – powiedział wskazując na wybite w skale dziury na szyny. - Nie są równe.

Annie wydawało się, że czuje na twarzy lekkie podmuchy. Zamknęła oczy. Znowu podmuch. Lekki, ale dobrze wyczuwalny.

- Tutaj jest wiatr - powiedziała. - To wentylacja?

- Nie - odpowiedział Nawrocki. - To oktagon zasysa powietrze. Stąd podmuchy. Dzisiaj jakoś często jeżdżą. Zaraz go zobaczycie. Idziemy tam właśnie.

Nawrocki machnął ręką i ruszyli okrężniakiem. Szli we czwórkę. Oprócz Anny był Olgierd Rot, Tomas Hlaszke i Sznurowski. Pozostali odłączyli się przed godziną. Woleli odpocząć w norze.

- Korytarz okrężny jest największy i najszerszy na każdym poziomie Kompleksu – wytłumaczył Nawrocki przystając po kilku minutach marszu. - Nie są jak obwodowce w modułach. Nie. Korytarz okrężny nie wyznacza granic danego poziomu. Po obu stronach krzyżuje się z kilkoma innymi tunelami, ale nigdy bezpośrednio z pomieszczeniami. Korytarz służy do transportu ciężkiego sprzętu. Bezpośrednio od niego odchodzą głównie korytarze prowadzące do hangarów montażowych. Łatwo je poznać, bo również mają szyny.

- I tory prowadzą na najniższy poziom? - zapytał Rot.

- Nie. Różnice między poziomami wynoszą nawet kilkadziesiąt metrów. Takie tory byłyby zbyt długie. Drezyny miał w założeniach ciągnąć śmigłowce, haubice, transportery opancerzone, a podobno nawet czołgi. To bardzo ciężki ładunek. Korytarze muszą mieć niski spadek. Najwyżej pięć stopni. Dlatego poszczególne poziomy są ze sobą połączone szybami, w których jeżdżą windy, które nazywamy oktagonami. Przynajmniej w pierwszym i drugim poziomie. Jak jest niżej, nie wiem. Nigdy nie byłem poniżej drugiego poziomu. Oprócz tego wybudowano również klatki schodowe, ale tylko dla ludzi. Między pierwszym, a drugim poziomem jest pięć takich klatek.

Szli w milczeniu przez kilkaset metrów mijając po drodze pogrążone w półmroku wnęki kolejnych korytarzy aż doszli do miejsca gdzie tory się rozgałęziały. Jedna nitka łagodnie skręcała, a druga wystrzeliwała na kilkanaście metrów do przodu i kończyła się stalową bramą.

- Tam jest oktagon. Na pierwszym poziomie są dwa rozmieszczone mniej więcej symetrycznie na okrężniaku. Podobno jest pięć poziomów Kompleksu. Poziomy nie znajdują się bezpośrednio pod sobą jak piętra w wieżowcu. Najprawdopodobniej poszczególne poziomy Kompleksu pokrywają się tylko w niewielkim stopniu. Miało to ograniczyć skuteczność bombardowania, ataków rakietowych, a także rozproszyć wentylację na większym terenie. Wszystkie poziomy jednak łączą się ze sobą za pomocą szybów i klatek schodowych. Mówią, że jeden szyb łączy wszystkie poziomy, ale także każdy poziom ma przynajmniej jedno połączenie z innym poziomem, niekoniecznie tym bezpośrednio wyżej czy niżej. To jednak domysły. Takie są plotki wśród żołnierzy. Mówię wam to, co mi mówiono i to, co wydaje się najbardziej sensowne. Jak pogadacie z innymi to uraczą was różnymi historiami, ale moim zdaniem to bujdy i pierdoły.

- Podobno na dole jest reaktor jądrowy – powiedział Sznurowski ostrożnie.

- To jakieś brednie – roześmiał się Nawrocki. – W Polsce nie umieli zbudować nawet cywilnego reaktora tylko palili węglem aż do pierwszej epidemii ciągnąc od Niemców i z Litwy moc, by nie było blackoutów. To po prostu niemożliwe i nieracjonalne, by pakować tu reaktor. Tutaj mamy elektrownię geotermalną. Wiem to na pewno. Mój ojciec ją widział. No i dużo gazu.

Nawrocki ruszył dalej tunelem w stronę bramy. Kiedy dzieliło ich od niej tylko kilka metrów, z wartowni wykutej w bocznej ścianie wyszło dwóch żołnierzy w mundurach zwiadu. Mieli karabinki wpięte w uchwyty na piersi. Broń zwisała na ukos lufą w dół.

- Wycieczka - Nawrocki wyjął identyfikator i kazał wszystkim pokazać swoje. Wartownik spojrzał po kolei na każdy sprawdzając poziom dostępu. Anna przyjrzała mu się dokładnie. Miał zarośniętą twarz i podkrążone oczy. Wyglądał na chorego. Bez słowa oddał Nawrockiemu dokumenty i rozkazał drugiemu, młodszemu i ogolonemu, otworzyć drzwi.

- Będzie coś jeździć dzisiaj? - zapytał Nawrocki, gdy tamten mocował się ze z zamkiem.

- Dzisiaj już nie. Robili konserwacyjne zjazdy przed chwilą. Następny będzie jutro, już prawdziwy transport - żołnierz pociągnął za klamkę i wycięte w skrzydle bramy drzwi uchyliły się ze zgrzytem.

Weszli do olbrzymiego pomieszczenia. Pod ścianami stały wielopiętrowe, zapełnione skrzyniami regały, a na środku wznosiła się żebrowana, stalowa konstrukcja. Anna domyśliła się, że to musiała być winda, o której mówił Nawrocki. Na wierzchołkach ośmiokątnej platformy stały stalowe szkielety kolumn, które wbijały się w strop dwadzieścia kilka metrów wyżej. Wokół kolumn wiły się metalowe schody.

- Co to jest? – zapytał Rot wskazując na platformę.

- Oktagon –  Nawrocki machnął ręką żeby szli za nim. Tory z korytarza okrężnego prowadziły wprost na stalową platformę. W środku każdej kolumny lekko kołysały się oblepione smarem łańcuchy. Johan Molle zbliżył się do jednej, wcisnął dłoń między zespawane ze sobą kątowniki i dotknął łańcucha. Nawet jego potężne dłonie wyglądały przy lśniących ogniwach jak dziecięce piąstki.

- Niby to winda – kontynuował Nawrocki – ale nie działa to do końca jak winda. - Ta platforma może się obniżyć tylko o jeden poziom. Ten szyb ma co najmniej dwa poziomy, a więc co najmniej dwie platformy, platformę zero i platformę minus jeden. Jeżeli chcą przetransportować drezynę z tego poziomu, czyli poziomu zero na poziom minus dwa, trzeba wtoczyć ją na platformę zero, spuścić ją na poziom minus jeden, wytoczyć ją na tory poza platformę zero, podnieść pustą suwnicę do położenia startowego, wtoczyć ją na platformę minus jeden i dopiero spuścić na poziom minus dwa. 

- Dlaczego tak to głupio zrobili? – zapytał Hlaszke, a Nawrocki wzruszył ramionami.

- Nie wiem. Może z jakiś powodów związanych z bezpieczeństwem, może udźwigiem? Nie jestem inżynierem. Tak to wymyślili i tak to działa. Może żeby było proste i łatwo dawało się naprawić. Tylko to mi przychodzi do głowy.

Anna nie czuła się bezpiecznie na tej wielkiej przestrzeni. Wolała ciasne tunele. To miejsce było obce.

- A co jest na tych regałach? – zapytała.

- To też centralny magazyn. Mamy tu dużo uzbrojenia, części zamienne, ubrania, narzędzia, elektronikę i tysiące innych rzeczy.

- Jak by tu wpadła horda z modułów to by dopiero mieli radochę - zakpił Hlaszke. – Dobrze, że tych dzikusów trzymacie z daleka i te wszystkie bogactwa mogą się tutaj bezpiecznie kurzyć…

Nawrocki spojrzał na Hlaszke obojętnie.

- Mnie tam nie obchodzi polityka – powiedział i poprowadził ich do wyjścia. Gdy byli już znowu w korytarzu okrężnym Sznurowski zrównał się z Gertem.

- A jak rekrutujecie do zwiadu? - zapytał. - Bo przecież nie w modułach.

- Na początku nie było rekrutacji. Nie pytajcie dlaczego, bo nie wiem. Dopiero od kilku lat rekrutują.

- A ilu jest was teraz? - Sznurowski wydawał się bardzo zainteresowany.

- Około Trzystu.

- Tak mało?

- Na początku Olbrzyma żołnierzy było ponad trzy tysiące - wytłumaczył Nawrocki przyspieszając kroku. - Zebrano ich ze wszystkich sprawnych operacyjnie wojskowych, którzy dotarli do Olbrzyma. Utworzono zwiad, a dokładniej PZ, czyli Pułk Zwiadu. Służyli w nim piloci, artylerzyści, czołgiści, saperzy słowem wszyscy. Pokale sprawili, że piechota stała się jedynym rodzajem wojsk mogących operować na zewnątrz, a maszyny i elektronika stały się bezużyteczne i dotąd leżą zakonserwowane gdzieś pod nami.

- I tak przez te lata was wytłukli?

- Na początku ginęli głównie na misjach, ale potem wielu umierało od chorób lub opuszczało służbę. Przez te lata zwiad zamienił się ze zbieraniny uciekinierów z kilkunastu narodowych armii w weteranów. Od niedawna liczba zwiadowców przestała spadać. Głównie z powodu zmiany charakteru zadań. Przedtem dużo było łażenia w nieznane, a teraz służymy głównie za przewodników dla mrów i żabujemy od meliny do meliny. Całe drużyny ruszają tylko do poważniejszych, mniej rutynowych działań i jeżeli to robią to jest to raczej zwykle bliska zetzetka, czyli zabierz i znikaj, przez naszych zwana bardziej dosadnie: wyrwij i wypierdalaj. Mamy jeszcze posterunki na magazynach, patrole rozpoznawcze, misje ratunkowe, ochronę karawan handlowych i to będzie tyle. No i wysyłają nas tam, gdzie nie można posłać mrów. Ale coraz więcej rzeczy wytwarza się w Olbrzymie, no i coraz mniej tego, co znajduje się na zewnątrz nadaje się do użytku.

Nawrocki zatrzymał się przed skrzyżowaniem korytarza okrężnego z innym, mniejszym tunelem. - Tędy prosto i powinniście trafić do siebie - wskazał ręką.

- Ale ty dlaczego się zgłosiłeś? - dopytywał Sznurowski. - Mogłeś przecież żyć wygodnie i nie nadstawiać karku.

- Z tego samego powodu, co wy – odpowiedział poważnie Nawrocki. - Ze zwykłej głupoty.

 

*

 

Jak to bez jedzenia? - oburzył się Molle. Usiadł nagle na pryczy jakby słowa Nawrockiego wyssały z niego wszystkie siły. 

Nawrocki wzruszył ramionami. 

- Tak jak mówiłem, wszystko odbędzie się stopniowo. Na początku będziecie jeść trzy posiłki w przeciągu dwunastu godzin. To nie jest wielkie odstępstwo od normy. Potem stopniowo zmniejszymy trwanie okna żywieniowego do sześciu godzin. W przeciągu tych sześciu godzin będziecie spożywać dwa posiłki, posiłek wstępny i posiłek główny. 

- Tylko dwa? - zapytał Molle. Anna wyczuła w jego głosie żal. 

- Ale za to nie będzie żadnych ograniczeń. Będziecie mogli jeść tyle ile chcecie. W oknie pozażywieniowym możecie wypijać dowolną ilość płynów, kawy, herbaty i wody, ale nic co wpływa na poziom insuliny. 

- Kawy? - Molle oblizał usta. Tak jak niemal wszyscy modułowcy poniżej trzydziestu lat nigdy nie pił kawy ani herbaty. 

- Tak, dla was jest kawa i herbata. Inni żołnierze mają przydział. 

- Nic nadzwyczajnego ta kawa - prychnęła Kasjańska.

- Tak, ale pomaga stłumić apetyt - zauważył Nawrocki. - Będziecie tego potrzebować w pierwszych dniach i tygodniach. - Podszedł do ściany na końcu korytarza i wskazał na gniazdko elektryczne - Tutaj pod nim trzeba zrobić półeczkę, przyślę tu kogoś. Dostaniecie czajnik elektryczny i będziecie mogli przygotowywać te napoje w norze. 

- Kawa i herbata to tradycyjne napoje wszystkich wiodących kultur - wtrącił Sznurowski podrywając się ze swojej pryczy. - Rozpowszechnione na cały świat przed wybuchem epidemii. Bardzo się cieszę że będziemy je pili. Nie pamiętam już, ale… 

- Dobrze, później… - przerwał mu nieuprzejmie Nawrocki. - Po dwóch tygodniach adaptacji do nowego cyklu żywieniowego, który pozwoli polepszyć skład waszego ciała i ogólną kondycję zaczniemy posty.

Anna, która dotąd przysłuchiwała się rozmowie z obojętnością czekając kiedy to znowu będzie mogła posłuchać audiobooka jęknęła. Nie lubiła nie jeść. Yokai też głodówki nazywał postami. 

- Co? - Molle poczerwieniał na twarzy. Jemu też widocznie post źle się kojarzył. 

- Zaczniemy od pominięcia jednego okna żywieniowego raz na dziesięć dni, czyli będziecie czterdzieści - cztery godziny bez posiłku… 

- Zła liczba - mruknął Rot. 

- Co wy chcecie nas osłabić? - zapytała Kasjańska. Po co to? 

- Junker chce zrobić z was żołnierzy doskonałych - powiedział Nawrocki. - Musicie być w stanie korzystać z metabolizmu węglowodanowego i czystej ketozy. Wasze organizmy muszą nauczyć się efektywnie przełączać między jednym a drugim. To będzie wam potrzebne kiedy wyjdziecie na zewnątrz. Tam możecie długo nie  jeść, a będziecie musieli kontynuować marsz lub walkę i utrzymać przy tym maksymalne skupienie.

- To ma sens - poparł go niespodziewanie Sznurowski. - Czytałem o tym, tradycyjne posiłki to wymysł cywilizacji. Przez miliony lat organizmy ludzki ewoluował w warunkach nieregularnych, i nie zawsze obfitych posiłków, trochę jak mięsożerne zwierzęta, a także okresów głodu. Kilka pierwotnych plemion w Afryce nadal tak robiło, nawet w dwudziestym pierwszym wieku. Mamy mechanizmy w ciele, które wykorzystują brak aktywności układu pokarmowego dla poprawienia jakości komórek całego ciała, bardzo znacząco stymulowana jest też produkcja komórek macierzystych. Tak. Zachodzi autofagia, dawno temu w 2016 roku jakiś Japończyk otrzymał za to nagrodę Nobla. 

- Może da się jakoś przeżyć - machnął ręką Molle. - Jak to ma pomóc… 

 - … a potem raz na czterdzieści dni będziemy wprowadzać siedmiodniowy post - dokończył Nawrocki. 

Johan Molle ciężko westchnął i opadł na łóżko.

- Ja proponuję czterdzieści - powiedział Hlaszke. - Wisieliśmy już na krzyżu i teraz wypadałoby pościć czterdzieści dni jak Jezus. 

- Siedem wystarczy - powiedział Nawrocki. - Raz na czterdzieści dni. Dzięki temu wasze ciała będą w stanie efektywnie i bez efektów ubocznych przechodzić na ketozę. Oprócz tego ogromnie zyska was system odpornościowy, oczyścicie się z pasożytów, bo organizm odnajdzie je i pożre.

- Ja nie mam robaków synku - syknęła Kasjańska. 

 - … będziecie w stanie dłużej utrzymać koncentrację, zlikwidujecie stany zapalne, nastąpi detoksykacja i redukcja tkanki tłuszczowej oraz poprawicie przyswajalność składników odżywczych w jelitach i sprawność systemu pokarmowego.

- Czary mary - zakpiła Kasjańska. 

- Ja się cieszę - powiedział Sznurowski po dłuższej ciszy. - To korzystne dla ciała i umysłu, to udowodnione, ale i tak sam był tego nie zrobił… 

- Bo pipa jesteś - mruknęła Kasjańska. - Wystarczy nie jeść i voila. 

- Dodam tylko, że nie warto oszukiwać i podjadać w czasie okna pozażywieniowego, to tylko opóźni przejście na ketozę i spowoduje niepotrzebny ból, a sama ketoza jest przyjemna, nie bójcie się, głód znika po trzech dobach. 

- Tylko głód, chłód, niewygody i ból - mruknął Rot wzdychając. 

- Tak - powiedział zakłopotany Nawrocki. - Właśnie o tym chciałem teraz powiedzieć. Chłód…

 

*

 

Powietrze w korytarzu było zimne jak lód. Anna instynktownie schowała głowę w ramiona i przycisnęła ręce do tułowia. Była naga więc pomogło niewiele. Wszyscy byli nadzy, nawet Junker. Przez te kilka minut, kiedy szli opuszczoną sztolnią nie mogła oderwać oczu od ciała Kasjańskiej. Łatwiej było wtedy zapomnieć o bólu, który rozpalił się na stopach i powoli pełzł w górę. Ciało Kasjańskiej było doskonałe. Kształtne uda, pośladki, płaski, ale nie pozbawiony miękkości brzuch, piersi jak zaciśnięte pięści, proste, sprężyste plecy. Gdy się poruszała było to jak występ gimnastyka lub popis akrobaty. Anna przypomniała sobie wtedy o Dorocie. Ciało Doroty też było piękne, ale w inny sposób. Do Doroty pragnęła przylgnąć i poczuć jej ciepło, doskonałość Kasjańskiej chciała jedynie podziwiać.

- Woda jest bardzo zimna - Junker wskazał na koniec przodka. Zawiesił latarkę na wkręconej w skałę śrubie. Anna oderwała wzrok od ciała Kasjańskiej i skierowała go w stronę, którą wskazywał Junker. Koniec przodka wypełniała woda, kilka metrów kwadratowych lodowatej wody. Powierzchnię mąciły ledwie widoczne zmarszczki, jakby ktoś gotował ją na wolnym ogniu.

- Spływa z góry na tyle szybko, że się nie nagrzewa – Gdy Junker mówił z ust wydobywały mu się kłęby pary. - Teraz ma dwa stopnie. W lato będzie miała cztery.

Stanęli wzdłuż brzegu. Starczyło go dla wszystkich chociaż musieli zetknąć się ramionami. Olgierd Rot zaklął. Przez przypadek zanurzył palce. Anna czuła zimno przez skałę stojąc kilka centymetrów od brzegu. Żar wpełzł już na łydki.

- To nie jest kałuża tylko coś w rodzaju wanny. Kazałem ją wydrążyć i wygładzić. Widzicie dno ale niech was to nie zmyli. Woda jest przejrzysta i wanna może wydawać się płytka, ale jest głęboka od pół metra do siedemdziesięciu centymetrów.

-To jak sze – szefie, tylko do kolan, dobra? - zapytał Hlaszke szczękając zębami.

Junker nie odpowiedział tylko powoli wszedł do wody, przeszedł pod przeciwległą ścianę i usiadł zanurzając się pod szyję.

- O chyba jednak ciepła - stwierdził Hlaszke i wskoczył za Junkerem. - Aaaaa - wrzasnął, gdy skóra zetknęła się z wodą. Poślizgnął się i runął do skalnej wanny. Anna odskoczyła odruchowo, razem z innymi, ale lodowata woda trysnęła jej na nogi i brzuch.

- Co ty kurwa… - krzyknęła Kasjańska, ale przekleństwa zagłuszyły piski i krzyki Hlaszke, który wstał już na nogi i podskakiwał kręcąc się w kółko. Machał rękami i oddychał tak szybko, jakby zakończył dwustumetrowy sprint.

 

-U lala. Serce mi stanie - stękał Hlaszke hiperwentylując.

Rot mruknął coś niezrozumiale, wszedł do wody i posapując usiadł obok Junkera. Zaraz potem dołączył do niego Molle.

- Wchodźcie wszyscy - nakazał Junker. - A ty przestań już Hlaszke, bo zemdlejesz. Wystarczy już tej błazenady.

Hlaszke zamilkł gwałtownie i usiadł karnie obok Junkera.

- Błazenady nigdy nie za dużo – mruknął.

- Od razu całość - poradził Junker. - Nie dzielcie tego na fazy.

- Kurwa - syknęła Kasjańska gdy zanurzyła pierwszą nogę, ale zrobiła jeszcze dwa kroki, kucnęła i zanurzyła się do szyi. - Ale jak sobie pęcherz przeziębię…

Anna spojrzała na Sznurowskiego. Henryk był blady i wzdychał. Wzięła kilka głębokich wdechów i weszła do środka. Jeden krok i woda po kolana. Drugi krok i woda do pasa. Skóra zaczęła mrowić. Uderzył ból tak gwałtowny, że ledwie powstrzymała się od krzyku. Anna zaczęła oddychać bardzo szybko, coraz szybciej i szybciej. Zakręciło jej się w głowie.

- Głęboko i powoli oddychaj - głos Junkera dochodził z daleka, chociaż sierżant był zaledwie metr od niej.

Posłuchała. Oddech i dwa kroki do przodu. Woda do pasa. Odwróciła się w momencie gdy Sznurowski z sykiem zanurzał pierwszą nogę.

- No siadaj – rozkazał Junker. Siadaj od razu.

Kucnęła powoli, a potem usiadła na skalnym stopniu. Zakręciło jej się w głowie. Przez chwilę myślała, że się dusi. Zaczęła chwytać powietrze jak tonący, ale Junker złapał ją za ramię.

- Wolno oddychaj - powiedział Junker. - Wolno. Długo. Wdech i wydech.

Uspokoiła się. Zamknęła oczy, napięła mięśnie całego ciała. Junker coś mówił, ale nie rozumiała. Woda uniosła się gryząc ją w szyję. Obok usiadł Sznurowski. Widziała go jak przez mgłę. Była tylko ona i ból. Potem jednak wszystko ustało. Ból stał się znośny. Rozluźniła ciało. Mięśnie przestały drżeć. Poczuła jak woda zaczyna rozgniatać jej stopy. Później chłód chwycił w obcęgi dłonie, ale jednocześnie zimno zamieniało się w rozgrzewające mrowienie. Uśmiechnęła się. Junker mówił, że tak będzie. Dłonie i stopy zostały odcięte od krwi. Otworzyła oczy. Wszystko było już ostre. Spojrzała na twarze wokół. Były blade jak kreda. Skóra pod wodą była jasnoczerwona jakby została poparzona słońcem. Ból dłoni i stóp stawał się nie do zniesienia, ale nagle poczuła się dziwnie spokojna, nawet zadowolona.

Pierwszy zaczął śmiać się Hlaszke. Po prostu wybuchnął śmiechem.

- Kurwa, ale debilizm - powiedziała Kasjańska chichocząc jak mała dziewczynka. - Siedzimy jak debile, kurwa, jakieś.

Śmiał się Sznurowski. Ryczeli Rot i Molle. Anna poczuła, że również się śmieje. Junker uśmiechał się. Oczy mu błyszczały.

Hlaszke na czworaka przeszedł na środek wanny.

- Cie...pluśka - powtarzał lekko dzwoniąc zębami. - Ciepluśka po prostu. Woda ciepluśka. Potem wstał gwałtownie, zaczął tańczyć i kręcić tyłkiem. Skóra na ciele Czecha była intensywnie czerwona i kontrastowała z białą twarzą. Siny jak śliwka i skurczony penis obijał się o czerwone i drżące uda.

- Kutas ci o… odpadł - krzyknęła Kasjańska nadal chichocząc. - Nie ma go. Zgubiłeś kutasa i jaja!

- Gdzie moja pyta - jęknął płaczliwie Hlaszke, opadł na kolana i udawał, że szuka w wodzie wywołując salwy śmiechu. Nawet Junker się śmiał.

- Taka była duża, piękna pyta!

- No nie taka znowu duża! – parsknęła Kasjańska.

- A twoje cycunie też takie nagle malunie, królowo.

Anna poczuła, że dreszcze nasiliły się do tego stopnia, że przestała je kontrolować. Śmiech powoli opadał. Inni też to czuli. Znowu zamilkli. Hlaszke znieruchomiał. Anna poczuła znowu ból. Nie czuła dłoni i nóg. Była otępiała.

Junker wstał.

- Wychodzimy - powiedział.

Anna musiała wspierać się o ścianę, żeby nie upaść. Gdy stopy dotknęły znowu skały ta wydała jej się ciepła. Wszyscy dygotali w niekontrolowany sposób. Nagłe ciało zaczęło gwałtownie mrowić. Znowu zaczęli rozmawiać. Przeszli przez korytarz do miejsca gdzie zostawili ubrania. Gdy Anna włożyła bieliznę miała wrażenie że materiał jest nagrzany, jakby leżał na piecu, a nie na zimnej skale. Gdy wszyscy się ubrali, Junker kazał im usiąść pod ścianą.

- To było trudne - powiedział. - Pierwszy raz zawsze jest trudny. Odtąd będzie jednak coraz łatwiej. Każdego dnia będzie łatwiej - Anna zauważyła że Kasjańska na te słowa przewróciła oczami i otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. W końcu jednak zrezygnowała.

- Poczujecie różnicę. Nauczę was przygotowywać ciało do wody poprzez oddychanie. Zwykły wdechy, wydechy i koncentracja pozwalają na częściową kontrolę wydzielania hormonów. Pomoże to wam na wiele sposobów. Wasze ciała będą silniejsze, wzmocni się również wola i koncentracja. Podstawową korzyścią, którą chciałbym osiągnąć, to brak jakichkolwiek chorób. Sznurowski w zeszłym tygodniu nie trenował z powodu choroby. To nie może się powtórzyć z żadnym z was. Od tej pory, codziennie o szóstej trzydzieści, zbieramy się tutaj na oddychanie i kąpiel...

Anna przestała słuchać. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że ból z którym walczyła od przyjścia do Olbrzyma, ból z powodu chłodu, allodynia, zniknął. Nie czuła już nic oprócz przyjemnego mówienia na całym ciele.

Wrócili do nory. Anna położyła się na pryczy, mieli jeszcze kilkanaście wolnych minut do pierwszego posiłku. Mrowienie stopniowo ustało, a ból nie wrócił. Sięgnęła po odtwarzacz, włożyła słuchawki do uszu i otworzyła bramę innego świata. 

 

Rozdział 18

 

Dłonie Anny spoczywały płasko na podłodze utrzymując ciężar całego ciała. Łokcie lekko ugięte, plecy wygięte w łuk, bose pięty dotykały ściany. Anna wypuściła powoli powietrze. Pot ściekał po plecach. Szczęka zdrętwiała. Czuła mrowienie w karku. Siła miała przepływać przez ramiona, potem przez łokcie i nadgarstki i wylatywać przez palce. Wtedy nic nie mogło się stać.

- Przy pompce pionowej ciężar przepływa od nóg, przez tułów, przez barki, łokcie, nadgarstki, palce i płynie dalej, wypływa z ciała - usłyszała mruczenie Lewandowskiego. Jego usta były kilkanaście centymetrów od jej ucha. Czuła od niego dym tytoniowy. Klęczał przy niej i uważnie obserwował jej ręce.

- Dbaj o nadgarstki, pilnuj nadgarstków, nadgarstki są najważniejsze.

Anna zaczęła uginać łokcie.

- Łokcie bliżej ciała. Bliżej. Jak nie ma siły to zrezygnuj i leć do przodu, złapię cię.

Anna miała siłę. Tak jej się wydawało. Głowa obniżyła się o kilka centymetrów, potem następne kilka i  zatrzymała się, gdy czubek dotknął podłogi. Całe ciało drżało naprężone jak struna. W uszach szum krwi. Pot przecisnął się przez pory nawet na skórze głowy. Odczekała jeden oddech i zaczęła powolny ruch w górę.

- Możesz, możesz, pchasz, pchasz, pchasz, pchasz, pchasz - dopingował Lewandowski, gdy wyciskała powoli ciężar całego ciała. Po kilku pierwszych centymetrach ręce przestały drżeć. Ukończył ruch na wyprostowanych łokciach.

- Wystarczy, na dół, na dół - powiedział.

Oderwała pięty od ściany, podwinęła nogi pod brzuch i miękko wylądowała na podłodze. Popatrzyła na Lewandowskiego, który trzymał w rękach notes. Trochę kręciło jej się w głowie.

- Boli coś? Nadgarstki? Łokcie? - zapytał. Ołówek zawisł w powietrzu nad notesem.

- Nie, nic - pokręciła głową. Czuła, że mięśnie na rękach i ramionach są nabrzmiałe i zmęczone, ale nie czuła bólu. Wiedziała, że to, co ćwiczy dzisiaj, będzie bolało za dwa dni. To był jednak inny ból. Dorota nazywała to bólem satysfakcji.

 - Bardzo dobrze – Lewandowski znów pochylił się nad notesem. - Najważniejsze to uniknąć urazu, uraz zniweczy wszystko. Dobra, usiądź i odpocznij - wskazał ręką z ołówkiem na wąską ławkę stojącą na środku sali. Anna usiadła.

W sali gimnastycznej nie było nic oprócz drążka, materaca i kilku obciążników zapinanych rzepami na dłonie i kostki. Było jeszcze wysokie na dwa metry lustro oraz elektroniczna waga.

- Wszystko jak trzeba - powiedział Lewandowski siadając obok. Schował notes do kieszeni na piersi. Drewniana ławeczka zatrzeszczała pod jego ciężarem. - Jestem z ciebie zadowolony, we wszystkich ośmiu obszarach, nikt nie idzie do przodu tak jak ty. Na początku myślałem, że to z powodu niskiej bazy, ale to nie to, tak sobie teraz myślę. To oczywiście kwestia twojej niskiej wagi, ale i tak pompka pionowa po pięciu tygodniach - pokręcił głową. - Kobiety mają naturalnie słabsze ręce. To co robisz z grzbietem to jeszcze przełknę, ale pompki. Pompki to jest coś.

Krew napłynęła jej do twarzy. Zaczerwieniła się. Po pompce była bordowa, widziała sama w lustrze, krew jeszcze nie odpłynęła, ale Lewandowski jakoś i tak zauważył to zaczerwienienie. Widziała, że zauważył, ale nic nie powiedział, żeby nie czuła się jeszcze bardziej zakłopotana.

Ze wszystkich w Kompleksie najlepiej rozumiała się z Lewandowskim. Nabity jak worek z mokrym piaskiem Polak miał kanty, ale był cierpliwym nauczycielem. Nie było w nim niczego z Yokai, a każdy miał przecież coś z Yokai, nawet ona. Tak jej się wydawało. Czuła się w jego towarzystwie swobodnie. Zauważyła nawet, że gdy się przy nim śmieje, nie starała się zasłaniać ust, żeby nie zauważył, że nie ma zębów. Przy nim to nie miało znaczenia. Tak było przedtem jedynie z Dorotą i Antonim.

Ćwiczyli z Lewandowskim pięć razy w tygodniu każdego dnia pracując nad inną partią ciała. Nie tylko Anna. Każdy miał z nim indywidualne treningi. Lewandowski mówił, że priorytetem wcale nie było zwiększenie masy mięśniowej i siły.

- Bardziej chodzi o wzmocnienie ścięgien, gęstości kości i wytrzymałości stawów poprzez progresję obciążeń - powtarzał często. - Większa masa przychodzi przy okazji. Dlatego mówię, że macie się skupić na technice wykonywania ćwiczeń, czasie napięcia mięśnia, a nie liczbie powtórzeń. Pamiętaj tylko, że ja daję tylko bodziec. Cuda się dzieją przy regeneracji. To to mentalne kung-fu, co robi z wami Junker.

- A inni jak sobie radzą? – zapytała.

- Inni? - Lewandowski wzruszył ramionami. - Nie no, każdy robi dobrą robotę. Każdy bardzo chce. Widziałem was na krzyżach. Każdy, kto wytrzymał na krzyżu tyle co wy, nie potrzebuje motywacji. Raczej odwrotnie. Ja tu jestem bardziej po to, by pilnować byście nie przedobrzyli. Nie można przegiąć w żadną stronę. Rot i Molle są silni, ale tylko w niektórych miejscach. Brakuje im gibkości i występuje u nich duża nierównowaga mięśniowa, wiele rzeczy trzeba poprawić, to będzie trudne. Dobrze, że przez te wasze głodówki i kąpiele zrzucili tłuszcz, są dzięki temu mniej ociężali. Alicja jest niecierpliwa. Ciągle ją muszę powstrzymywać. Nie szanuje swojego ciała. Nie rozumie, że je trzeba szanować. Hlaszke i Sznurowski wykonują wszystko jak należy, ale nie widzę w tym takiej pasji jak u ciebie. Brakuje im tego w głowie. No i ty. Ty masz do tego talent. Pełna kontrola, pełne skupienie. Tobie jakoś wyjątkowo dobrze wychodzi to junkerowe czary mary. Ja nigdy nie wyszedłem poza izolację. Jak to się nazywa? Izolacja tak?

- Tak izolacja – potwierdziła. – Tak nazywa się pierwszy stopnień.

- Tak właśnie - uniósł dłoń i pogłaskał wygoloną dokładnie potylicę. - Wiem, że z tego są korzyści. Proces neuromięśniowy bla, bla, bla. Kontrola bla, bla, bla. W teorii wszystko wiem. Trzeba myśleć podczas ćwiczeń i ja to robię. Znam anatomię, może nie tak dobrze jak trzeba, ale wiem jak to wszystko funkcjonuje i to mi pomaga, ale te rzeczy w fazie regeneracji? Te wizje? - pokręcił głową. - To nie dla mnie. Znam kroki, próbowałem, ale to jest nie do przejścia. Innym tłumaczę, ale sam nie potrafię. W lodowatej wodzie czasem się przekąpię, ale to mentalne kung-fu nie dla mnie jest.

Lewandowski na początku wydawał się szorstki, ale szybko odkryła, że mu zależy. Inni z drużyny tego nie widzieli. Dla nich był gburem kierującym nudnym i męczącym treningiem, ale mu naprawdę zależało, by osiągnąć z nimi to, czego oczekiwał Junker. Anna wiele razy zastanawiała się dlaczego tak dobrze dogadywali się z Lewandowskim. Nigdy nie rozumiała ludzi, nie znała ludzkich typów, wszyscy wzbudzali w niej strach, ale nie on. Zastanawiała się czy to nie audiobooki. Czy to nie one zabrały strach przed niektórymi ludźmi?

Każdą wolną chwilę spędzała na słuchaniu. Zawsze miała odtwarzacz przy sobie. Słuchała idąc, korytarzem, jedząc i pod prysznicem. Zdejmowała słuchawki tylko wtedy, gdy zamierzała umyć włosy. Może to te wszystkie powieści i zaludniający je bohaterowie dali jej tę wiedzę? Czy to w ogóle możliwe?

- Dobra - powiedział Lewandowski. - Już wystarczy. Jest już pięć minut. Pod ścianę.

Anna podniosła się z ławki.

- I pamiętaj. Jak czujesz, że dasz radę to zrób pełną, a jak nie, to rób półpompki do utraty pełnej kontroli. Pamiętaj. Masz być w tym ćwiczeniu cała.

Ułożyła starannie dłonie na podłodze pod ścianą na szerokość barków i wybiła się w górę nogami. Pięty znowu lekko dotknęły skały. Lewandowski usiadł po turecku obok niej. Nie odzywał się. Zaczęła schodzić w dół. Minęła granicę półpompki i dotknęła podłogi czubkiem głowy. Odczekała dwa uderzenia serca. Była skoncentrowana na ciele. Przez chwilę nadgarstek zabolał, ale napięła mocniej palce i ból zniknął. Miała otwarte oczy, ale wewnątrz umysłu widziała jedynie poruszające się mięśnie, ścięgna i stawy. Pchnęła, ramiona zadrżały, ale dźwignęły ciało do góry. Gdy wyprostowała łokcie, oderwała pięty od ściany i wylądowała z łomotem na podłodze.

- Na koniec przydałoby się trochę gracji - mruknął Lewandowski, gdy podnosiła się z desek. Wytarła nos przedramieniem i wzruszyła ramionami.

 - Ale teraz oddychaj. Było dobrze. Teraz tylko grzbiet i będzie na dzisiaj wszystko - pogrzebał chwilę w swojej torbie i podał jej bandaż.

- Po co mi to?

- Krew ci leci z nosa. Czasami tak jest jak się człowiek za bardzo napina.

Spojrzała na przedramię umazane krwią, a potem przycisnęła bandaż, by zahamować krwawienie. Usiadła. Czuła jak mięśnie puchną, a skóra napina się.

- A jak Junker z swoim kung-fu teraz robi? - zapytał Lewandowski. - Zmienił coś? Wcześniej to wszystko było takie śliskie. Mnie już po kilku sekundach mózg szczypał od tych jego ćwiczeń. Prawie wszyscy tak mieli. Wierzę w to, co mówi, ale do tego co on robi… - pokręcił głową. - Do tego normalny człowiek się nie nadaje.

Anna odjęła bandaż od twarzy i ostrożnie wciągnęła powietrze. Krew już zakrzepła w nosie i krwawienie ustało.

- Mówisz, że my jesteśmy nienormalni?

- No, a jesteście normalni?

- Tak - pokiwała głową ostrożnie.

Lewandowski wzruszył ramionami i wygiął usta jakby chciał powiedzieć, że wszyscy nienormalni twierdzą, że są normalni.

- No dobra, rób - powiedział wyjmując notes i ołówek.

Anna stanęła tyłem do materaca. Stopy na szerokości barków. Starała się o niczym nie myśleć. Teraz istniało tylko jej ciało i mięśnie. Położyła dłonie na biodrach i zaczęła wypychać miednicę w przód. Kiedy wyczerpała zakres tego ruchu zaczęła jednocześnie uginać kolana i wyginać plecy w łuk. Zobaczyła najpierw sufit, a potem głowę stojącego po przeciwnej stronie materaca Lewandowskiego. Powoli środek ciężkości przesuwał się do tyłu. Kiedy zobaczyła wojskowy pas Lewandowskiego oderwała dłonie od bioder i wyciągnęła je za siebie, by nie upaść. Poczuła jak palce dotykają materaca. Zamortyzowała uderzenie. Łokcie ugięły się, ale zdołała utrzymać mostek. Lewandowski klasnął w dłonie, wlazł na kolanach na materac i zbliżył swoją twarz do jej twarzy.

- To jest piękne. Utrzymaj go jeszcze pół minuty. Oddychaj głęboko. O to właśnie chodzi. Oddychaj, oddychaj spokojnie. Teraz tylko musisz z kontrolą do końca i będziemy wstawać.

 

*

 

Dzień zaczynał się o szóstej. O tej godzinie przychodził Nawrocki, by upewnić się, że nikt nie śpi. W pierwszych dniach, gdy ktoś spał to ściągał koc i szarpał za ramię. Za każdym razem musiał to robić z Kasjańską i tylko dlatego, że Kasjańskiej się to podobało. Za którymś razem leżała pod kocem naga w seksualnie jednoznacznej pozie. Śmiała się kilka następnych dni z jego miny. Od tego dnia Nawrocki do budzenia używał zimnej wody.

O szóstej trzydzieści lodowata kąpiel, oddychanie, potem posiłek wstępny i zaczynali zajęcia. Szli do medioteki gdzie studiowali układ kostny, krwionośny, mięśniowy i nerwowy na hologramach. Przebiegiem lekcji sterował algorytm komputerowy. Anna była przekonana, że wszystko zależało od wyników sprawdzianów i szybkości wykonywanych zadań. Im lepsze wyniki na sprawdzianach tym szybciej nauka na dany dzień dobiegła końca. Zauważyła jednak, że minimalny czas nauki, wynosił trzy godziny. Nigdy nie trwała w jej przypadku krócej nawet gdy bezbłędnie i szybko wykonywała zadania na sprawdzianach.

Anna miała ćwiczenia z Lewandowskim o dziesiątej, a z Junkerem o dwunastej. Przechodził po nią Nawrocki. Nie wszystkich odprowadzał, ale ją zawsze. Dziwiło ją to, bo po drodze przecież nawet nie rozmawiali. Wkładała słuchawki do uszu i słuchała audiobooka. Dzięki temu do sześciu godzin na pryczy mogła dodać półtorej godziny słuchania, gdy chodziła korytarzami między medioteką, norą, salą ćwiczeń, umywalnią, stołówką i gabinetem Junkera. Krótsze powieści zajmowały dwa dni, te dłuższe maksymalnie cztery. Słuchała nawet podczas mycia i prysznica - kolejne dodatkowe dwadzieścia minut.

Lubiła naukę w mediotece. Ćwiczyła na naturalnej wielkości hologramie własnego ciała. Każdy z nich ćwiczył na swoim ciele. Technik wytłumaczył jej, że skan każdej tkanki zrobili jeszcze podczas badań w modułach. Mogła jedną komendą podświetlić każdy z układów, czyniąc resztę tkanek zupełnie przezroczystymi. Mogła również włączyć tryb interakcji. Wtedy wszystkie tkanki były nieprzezroczyste i ona musiała przeciąć skórę i rozgarniać palcami mięśnie by zobaczyć to, co chciała zobaczyć. Nie lubiła ćwiczeń w drugim trybie. Przywoływały nieprzyjemne wspomnienia. Na szczęście hologram nie pokazywał blizn na skórze. Jej hologram miał też wszystkie zęby. Dziwnie się czuła patrząc na swoją twarz.

Junker chciał, by znali swoje ciała, bo twierdził, że mogą wpływać tylko na to, co znają, czego obraz mogą utrzymać w umyśle. Utrzymać w umyśle, to znaczy po zamknięciu oczu widzieć wyraźnie obraz tkanki i tkanek otaczających. Nauka na hologramach miała tylko ten jeden cel. To nie było łatwe. Przez pierwszy tydzień nawet utrzymanie najprostszych przedmiotów, bez żadnych przerw i zakłóceń było dla Anny zbyt trudne. Nawet po pięciu tygodniach, potrzebowała świeżego umysłu i całkowitego skupienia, by to zrobić.

- Jak skręcicie kostkę - tłumaczył Junker - i będziecie koncentrować myśli na stopie, nic poza bardzo niewielkim przyspieszeniem regeneracji nie nastąpi. Regeneracja nadal będzie postępować według atawistycznych algorytmów, czyli wolno, nieefektywnie i z marnotrawstwem zasobów. Ale jeżeli zidentyfikujecie uszkodzoną tkankę, a potem będziecie w stanie przekazać organizmowi odpowiedni bodziec w postaci lokalizacji i poziomu priorytetu dla tej tkanki, regeneracja nastąpi wielokrotnie szybciej i przy wykorzystaniu niewielkich zasobów. Ale nie wystarczy wskazać. Trzeba utrzymać obraz. To jak rozpalanie ognia za pomocą soczewki. Trzeba skupić promienie przez bardzo długi czas w jednym miejscu. My tutaj chcemy wpływać nie na to, jak organizm to robi, ale głównie na to, by precyzyjnie określić lokalizację i priorytet dla danego działania.

Anna rozumiała istotę nauk Junkera, mentalne kung-fu, jak nazywał to Lewandowski, chociaż nie widziała jeszcze u siebie rezultatów. Junker dostarczył jednak niezbitego dowodu na potwierdzenie swoich tez. Zamknął nim usta Kasjańskiej i Sznurowskiemu, którzy byli najbardziej sceptyczni. Drugiego dnia, zaraz po tym jak wszyscy odbyli pierwsze zajęcia w jego gabinecie, przyszedł wieczorem do ich nory, wyjął nóż i zrobił dwa głębokie nacięcia na swoim prawym i lewym przedramieniu. Kasjańska podeszła bardzo blisko i potwierdziła, że to żadna sztuczka. Krew lała się na podłogę, a rany były głębokie na centymetr i długie, na co najmniej pięć. Anna nie chciała patrzeć na to nawet z daleka. Potem Junker owinął przedramiona bandażami i wyszedł. Trzy dni później na prawym przedramieniu po nacięciu nie było śladu. Lewe goiło się przez następne cztery tygodnie. Regeneracja nastąpiła dziesięciokrotnie szybciej tylko dlatego, że Junker zastosował to, czego chciał ich nauczyć.

Junker twierdził, że człowiek jest w stanie przeskoczyć prymitywne bodźcowanie fizyczne takie jak trening, o wiele szybszym i ekonomiczniejszym bodźcowaniem mentalnym.

- Budowa ciała wytrenowanej osoby różni się niewiele od budowy osoby niewytrenowanej - tłumaczył. - W ciele wytrenowanym jest mniej tłuszczu, są grubsze ścięgna i mocniejsze stawy, gęstsze i większe mięśnie, ale cała ta fizyczna różnica mogłaby być zniwelowana przy dostępności budulca w kilka tygodni, jeżeli tylko organizm wiedziałby jak to zrobić. Zgromadzenie budulca nie jest problemem. Tkanki składają się w większości z wody. Suchej masy do budowy mięśni, ścięgien i wzmocnienia kości jest tylko około 30%. Innymi słowy dla pozyskania wzrostu masy mięśniowej o dziesięć kilogramów plus kilkaset gramów ścięgien, kości, tkanki nerwowej i naczyń krwionośnych potrzeba około trzech kilogramów budulca, głównie aminokwasów. To nie jest problem. Problemem jest przekazanie organizmowi informacji o tym by to zrobić. Organizm wie jak. W przeszłości, przed epidemią, były dobrze udokumentowane przypadki ludzi, którzy potrafili zwolnić pracę serca, wytrzymać paraliżujący ból, czy przyspieszyć metabolizm. To były jednak relatywnie proste techniki, ale udowadniały, że umysł wpływa na ciało. My też chcemy to osiągnąć, chcemy sprawić byście w jak największym stopniu wpływali na swoje ciała.

Anna wierzyła Junkerowi i trenowała koncentrując wszystkie siły. Zauważyła, że wraz z poprawą umiejętności wizualizacji, co było podstawą zadań, jakie wykonywała przez pierwsze tygodnie u Junkera, obecność Pajęczycy była mniej uciążliwa, przypływy niepokoju i paniki były coraz rzadsze, nie śniła już koszmarów o Yokai. Pajęczyca miała mniej miejsca, bo wola Anny była silniejsza. Anna czuła, że jej kontrola nad tym co myśli i czuje zwiększa się z każdym tygodniem.

Po zajęciach z Junkerem, które kończyły się o pierwszej, był posiłek główny na stołówce. Mieli wydzielony oddzielny siedmioosobowy stolik. Siedmioosobowy, bo jadł z nimi również Nawrocki. W pierwszym tygodniu Hlaszke i Sznurowski próbowali inicjować rozmowy. W drugim tygodniu dali sobie spokój. Kasjańska najczęściej tylko klęła pod nosem, Johan Molle i Olgierd Rot milczeli pochłaniając swoje ogromne porcje.

Jedzenie na żołnierskiej stołówce było o wiele lepsze niż w modułach. Karmiono ich prawdziwym mięsem, warzywami i produktami mlecznymi. Do tego przed każdym posiłkiem Nawrocki kazał im wypić pół litra gęstego, słodkiego płynu, który miał zawierać białko o wszystkie potrzebne witaminy i mikroelementy. I ten płyn również Annie smakował.

Po posiłku głównym siedziała jeszcze godzinę lub dwie w mediotece, w zależności od wyników sprawdzianów, a później miała czas wolny do następnego dnia. Najczęściej mogła włożyć słuchawki już w drodze do nory, o 14.30. I przez te pierwsze tygodnie spędzała najczęściej czas leżąc na pryczy i słuchając audiobooków. Poświęcała jeszcze dwie do trzech godzin na ćwiczenia umysłu, które kazał robić jej Junker. Zauważyła, że wykonują je również Kasjańska i Sznurowski. Reszta wydawała się nie ćwiczyć lub robiła to w czasie, kiedy Anna była poza norą.

Ćwiczenia Junkera były wyczerpujące. Nawet po kilku tygodniach była w stanie je wykonywać bez odpoczynku jedynie przez kilkanaście minut. Potem czuła się tak wyczerpana, że godzinami musiała leżeć bez ruchu z pustką w głowie. To co robiła było tak trudne, ponieważ umysł aktywnie walczył z jej wolą, jakby był obcym, niezależnym od nikogo, przekornym bytem. Gdy chciała, aby wizualizowany przedmiot unosił się w miejscu - ten drżał lub znikał, gdy chciała, by obracał się w lewo - obracał się w prawo, wszystko działo się zawsze odwrotnie niż chciała. Na początku myślała, że czyni to Pajęczyca, ale Junker wyjaśnił, że ta przekora umysłu jest naturalna.

- Tak to działa - tłumaczył - identycznie jest z mięśniami. Kiedy wykonujesz ruch większość włókien mięśniowych działa zgodnie z twoją wolą, a część przeciwnie do twojej woli. W ten sposób zwierzęce algorytmy chcą uchronić twoje ciało przed uszkodzeniem, a także zachować możliwość szybszej aktywacji włókien, by zmienić kierunek całego ruchu. Do aktywacji wszystkich włókien trzeba specjalnego aktywatora - hormonów. Z myślami z jakiegoś powodu jest podobnie - myśl w jednym kierunku uruchamia natychmiast kontrmyśl w drugim kierunku.

Po sześciu tygodniach Anna przesłuchała trzydzieści pięć powieści. Większość była bardzo dobra, a może po prostu nie miała jakiegoś wysublimowanego smaku. Rusek mówił, że jej tego zazdrości. Tego czystego umysłu, który może być wypełniony radością obcowania z dobrze napisaną historią.

- Dałbym wiele za taki czysty umysł. Miałabym wtedy do śmierci zapewnioną rozrywkę na najwyższym poziomie. Wiesz, co czasami myślę? Myślę, że ludziom bardziej jest potrzebna maszyna do precyzyjnego zapominania niż absolutnego pamiętania.

Wtedy nie rozumiała co miał na myśli, ale teraz po tylu powieściach już wiedziała. Smutek po dobrej historii spowodowany tym, że się skończyła był przygnębiający. Na szczęście zawsze była kolejna pozycja na liście. I była pewna, że będzie dobra. Rusek o to zadbał. Niemal wszystkie jego sugestie dotyczące tytułów były trafne.

Dzięki audiobookom mniej odczuwała samotność. Ta nadchodziła dopiero wtedy, gdy wyjmowała słuchawki, by przespać przynajmniej siedem godzin. Wtedy pojawiały się myśli o Dorocie i Antonim. Czy o niej nie zapomną? Czy do nich wróci? Czasami płakała, ale tak cicho, żeby nikt tego nie słyszał. Zastanawiała się czy nie poprosić Nawrockiego, by przekazał wiadomość Dorocie. To nie było zabronione, może by się zgodził? Miała przecież wiele okazji, by to zrobić. W końcu jednak zdecydowała, że to by nikomu nie pomogło. Może nawet ból byłby jeszcze większy?

Dorota przyszła do niej dzień przed testami do zwiadu. Przyszła i obiecała jej przyjaźń ponad wszystko i wszystkich. Popłakały się wtedy. Czuła jej łzy na szyi. Wspominała często tę chwilę. Siedziały w półmroku na pryczy patrząc na odarte z grzyba ściany. Anna właśnie tego dnia zdołała zedrzeć ostatnie płaty lśniącej czerni i na ścianach była tylko szara skała. Zwyczajna skała, a Annie wydawała się taka piękna. To był jej dom.

Tylko Sznurowski zainteresował się, dlaczego Anna nosiła niemal cały czas słuchawki na uszach. Powiedziała, że słucha powieści. Ze wszystkich, które mu wymieniła znał tylko dwie, ale nie przeczytał żadnej. Tłumaczył, że fabuła go nie obchodzi. Obchodziły go tylko fakty. Nie było więc przyczynku do dyskusji.

Kasjańska często znikała z nory tak jak Tomas Hlaszke. Nie rozmawiała z innymi prawie w ogóle, może z wyjątkiem kąśliwych uwag, gdy tylko nadarzyła się okazja. Później Anna dowiedziała się, że Alicja przesiadywała w Katedrze i włóczyła się często po Kompleksie próbując wejść tam gdzie nie miała dostępu.

Johan Molle i Olgierd Rot szybko zaczęli dobrze dogadywać się z żołnierzami zwiadu. Pasowali do nich. Mieli wspólne tematy. Często przesiadywali w sali socjalnej słuchając i snując opowieści i śmiejąc się ze sprośnych żartów.

Każdy żył w oddzielnej bańce, ale to miało się  wkrótce skończyć. Nawrocki mówił, że czas budować drużynę. A drużyna budowana jest na zajęciach grupowych. Na początku miała to być nauka strzelania prowadzona przez kaprala Karla Dresslera i teoria walki wykładana przez Paavo Kerinena. Anna czuła niepokój na myśl o zobaczeniu Kerinena. Na pewno ją pozna. Czy coś powie? Czuła również smutek. Zajęcia grupowe to kolejne trzy godziny mniej na słuchanie. Kolejne trzy godziny w tym świecie, a nie w tamtych, a o wiele bardziej wolała tamte światy.

*

 

Anna przesunęła językiem po przednich zębach. Były gładkie, ale nawet lekki nacisk powodował, że szczęka pulsowała bólem. Junker zdecydował, że każdy musi mieć wyleczone lub uzupełnione uzębienie, ale z nią chirurdzy szczękowi i stomatolodzy mieli najwięcej pracy. Wstawili jej jedenaście zębów, usunęli resztki sześciu i wyleczyli dziewięć. Od trzech dni łykała rzadką papkę i podawano jej leki przeciwbólowe.

- No, no nasza księżniczka otworzyła oczy - zobaczyła nad sobą uśmiechniętą gębę Hlaszke. - No to teraz odsłoni ząbki, piękne perełki, no, no pokaż te cudeńka - prosił. - Nie mogę się na nie napatrzeć, no po prostu nie mogę.

Anna nie była w stanie się powstrzymać i mimo bólu uśmiechnęła się i odsłoniła zęby.

Tomas Hlaszke po błazeńsku zaklaskał, a potem podskoczył z radości.

- No wspaniałe. Jeszcze piękniejsza księżniczka Anna. O lodowa królowo Alicjo możesz już drżeć o pozycję najpiękniejszej, bo księżniczka Anna będzie się teraz częściej uśmiechać, a uśmiech kobiety to broń straszliwa.

 

*

 

- Nie wierzę w pierdoły, jakich nagadał mi o was Junker - Dressler darł się w twarz szeregowego Olgierda Rota. - Nie wierzę!

Stali w szeregu. Między Dresslerem i Anną było pół metra, ale i tak drobinki śliny z ust Niemca lądowały na jej policzkach i mundurze.

Byli na strzelnicy, to były ich pierwsze grupowe zajęcia. Powietrze było gęste od zapachu prochu strzelniczego i potu. Za plecami Dresslera znajdowało się sześć stanowisk strzeleckich i kilka ustawionych w wieżę plastikowych pudeł. Wokół huczały karabinowe wystrzały - na innych stanowiskach trenowali żołnierze. Anna czuła, że uda jeszcze jej drżą po treningu z Lewandowskim. Nie zdążyła jeszcze rozpocząć regeneracji.

- Heinz Junker to wielki człowiek - krzyczał Dressler. - Szanuje go jako oficera, dobrze usłyszeliście: oficera, bo to dla wszystkich tutaj oficer, mimo że tytułuje się go sierżantem. I to nie jest zwykły oficer. Nie! To wizjoner, uczony i mistrz. Szanuję go, czczę go jak żyjące bóstwo, ale akurat w tej sprawie się myli. Ja swoje wiem. Mam do tego nosa – tu Dressler dotknął palcem wskazującym swojego nosa. - Przez lata wyrobiłem sobie zmysł do takich rzeczy i wiem, że jesteście takim samym rekruckim ścierwem jak każde inne rekrucie ścierwo, jakie musiałem trenować. Nie elita! Nie wybrańcy! Nie superżołnierze! Wy jesteście barachło. Widzę to na waszych gębach - Dressler skrzywił się, ale zaraz potem na jego nieogolonej, ryżej twarzy pojawił się uśmiech. Zrobił krok do tyłu i obrzucił każdego spojrzeniem jakby wybierał wieprza do zarżnięcia.

Był ubrany w zgniłozielony mundur zwiadu rozchełstany niedbale pod szyją. Na piersi tkwił sztywno w zaczepach karabinek szturmowy, a udo uciskał pas z bronią wyglądającą na rewolwer. Anna widziała na korytarzach wielu żołnierzy zwiadu, ale żaden z nich nie nosił niczego takiego. Nawet kabura miała inny kształt niż ta, w której trzymano pistolety. Była szersza, dłuższa i rozpinana na całej długości.

- Ale i tak dzisiaj jest wasz dzień - Dressler kontynuował swoją przemowę. – Junker ma w dupie, co o was sądzę i dlatego dzisiaj dostaniecie do rąk dwa cudowne przedmioty. Jeżeli zostaniecie żołnierzami te dwie rzeczy będą wam bliższe niż cokolwiek innego, szczególnie jak już wypełźniecie na powierzchnię. Będziecie ich dotykać codziennie, patrzeć codziennie, wąchać codziennie, czyścić codziennie i nauczycie się je kochać. Zaczęliście naukę w szkole miłości Dresslera. Tak, tak miłości. Miłości, dobrze słyszycie ścierwa! Ja tutaj uczę miłości do tych dwóch kawałków metalu. Będziecie z nimi rozmawiać, głaskać je i całować - westchnął i położył dłoń na kolbie odstającego od uda rewolweru. - Ale o tym później. „Przyjemność na końcu, a już twoja na samym końcu” jak mawiała moja ukochana, nigdy nieodżałowana żona. Najpierw uprząż i kabury, to jest podstawa - Dressler odsunął się na bok i wskazał dwie plastikowe skrzynie za nim. - Podchodzić po kolei od lewej, od ciebie zaczynamy Molle. No ruszaj dupę. Weź uprząż i kaburę.

Jastrzębska obserwowała jak Johan wyjmuje ze skrzynki czarne kłębowisko pasów i klamer, a potem wraca na swoje miejsce popędzany krzykami Karla Dresslera. Wyszła z szeregu i nachyliła się nad skrzyniami. Uprząż i kabura były zaskakująco lekkie jakby ktoś wykonał je z papieru. Wróciła na swoje miejsce i czekała aż inni wezmą wyposażenie. W tym czasie Dressler wyjął broń z kabury na udzie i położył ją na stoliku stanowiska strzeleckiego lufą w stronę tunelu, na którego końcu majaczyła tarcza. Następnie wypiął karabin i również ułożył go starannie na stoliku.

- Dotąd chodziliście na goło w mundurach. Lewandowski mówił, że osiem tygodni tak łaziliście, ale teraz źrebaki pora na siodło. Zdejmuję teraz swoją uprząż - powiedział obracając się. - Zrobię to powoli, żeby każdy dobrze się przyjrzał. Mówię, żeby patrzeć! Hlaszke ścierwo patrz, bo gówno będziesz wiedział.

Dressler rozpiął zapięcia na ramionach, biodrach i pasie i zsunął uprząż przez nogi. Podniósł ją do góry.

- Uprząż spełnia cztery funkcje - powiedział. - Po pierwsze jest to uprząż wspinaczkowa. Mamy wsparcie na uda, pas i łącznik tak jak w każdej uprzęży. Na łączniku mamy wszyty, uniwersalny przyrząd asekuracyjny, a na pętlach obok dwa zwinięte repsznury i dwudziestometrowa linka zjazdowa. Ale to nie jest temat na dzisiaj. Zjazdów nauczycie się od Nawrockiego. Tak samo wspinaczki i używania drapaków. Drugą funkcją uprzęży jest utrzymanie karabinka w gotowości przy jednoczesnym uwolnieniu obu rąk. Mamy uchwyty na piersi, do wpięcia karabinka piersiowo i oraz uchwyt na plecach. Dodatkową funkcją jest ochrona przed pociskami. Pasy są szerokie i usztywnione na piersi. To grafiks, jest cienki, ale wystarczy, by zatrzymać strzały wtórniaków. Czwarta funkcja to funkcja transportowa. Na pasie macie osiem kieszeni mniejszych i dwie większe oraz czternaście pętli. Wyglądają skromnie, ale wytrzymują duże obciążenia - Dressler przerwał na chwilę i powiódł wzrokiem po twarzach żołnierzy.

- Uwaga. Teraz zakładam. Patrzeć uważnie - Dressler zaczął mówić wolno jakby tłumaczył coś mało bystremu dziecku. - Najpierw nogi… ułożyć dobrze na udach… potem zapinam pas… i układam pasy na klatce… dociskam na piersi i brzuchu… wszystko ciasno, ale nie za ciasno... ciasno…, ale nie za ciasno… No! Pobędziecie w tym kilka dni to zobaczycie, o co chodzi. Zdejmę i założę jeszcze raz, a potem wy.

Anna uważnie obserwowała ruchy Dresslera. Potem, kiedy Niemiec dał komendę, założyła uprząż bez trudności. Zrobiła to najszybciej i przez kilkanaście następnych sekund patrzyła jak radzą sobie inni. Najwięcej problemów mieli Olgierd Rot i Johan Molle, bo łatwiej było ściągnąć pasy, niż je poluźnić. Dressler obserwował ich w milczeniu, a potem sprawdził ułożenie uprzęży na wszystkich i poprawił kilka detali.

- Z was są geniusze – mruknął z kwaśnym uśmiechem. Był chyba nieco zawiedziony. - Każdy umie się ubrać - wydął usta, ale zaraz na jego obrośniętą rudą szczeciną twarz powrócił dawny złośliwy grymas. - No to teraz kabura – klepnął ją prawą ręką. - Tutaj nie ma czego pokazywać. Mamy tylko dla praworęcznych, więc montujemy na prawym udzie. Ktoś jest leworęczny?

Nikt się nie odezwał.

- To dobrze. Nie lubię leworęcznych, bo robią wszystko na odwrót. To jakaś głupota. Dobra. Bierzemy kaburę o tak. W obie dłonie. Otaczamy udo. Zamykamy klamry. Łączymy z pasem uprzęży. Gotowe. Nie będę robił z was idiotów i dwa razy pokazywał. Teraz wy.

Anna założyła kaburę na udo. Czynność była tak prosta, że wszyscy zrobili to niemal tak szybko jak kapral. Dressler sprawdził je potem u wszystkich tak jak uprzęże. Nie miał uwag. Annie wydawało się, że znowu był tym zawiedziony.

- Teraz czas na najważniejsze - podniósł karabinek ze stolika na stanowisku strzeleckim i wyciągnął go w ich stronę. - Radon wz. 48. Wersja bezkolbowa. To głównie nosi zwiad i będziecie nosić i wy. Broń dobra, niezawodna i lekka. Nasi zrobili wam wersję w dużej części z grafiksu, co zredukowało wagę do niecałych dwóch kilogramów. Dlatego wersja 48. Nowiusieńka. Najnowsza. Dwa kilogramy razem z granatnikiem, półtora bez granatnika. Kaliber 5,56 tutaj nic się nie zmieniło. Macie dwa rodzaje pocisków, amudege i przeciwpancerne. Niebieskie i czerwone, bo po czubku ścierwiska przecież nie poznacie. Na karabinku jest celownik kolimatorowy. W razie awarii można podnieść standardowe przyrządy celownicze. Prócz tego ekranowana latarka na szynie bocznej. Pod lufą granatnik otwierany na lewą stronę. Pobrać broń. Nie bać się. W magazynku i komorze nie ma pocisków. Pobawcie się nią chwilę – Dressler spojrzał na zegarek. – Macie na to pięć minut.

Karabinek nie wydawał się Annie ciężki. Był jak dziecięca zabawka. Nacisnęła guzik i wypadł magazynek. Obok spustu dostrzegła również przełącznik rodzaju ognia. Spojrzała przez celownik. Zielony okrąg otaczał cel.

- Nie będę was uczył wierszyków o waszym karabinku – kontynuował Dressler, gdy wszyscy obejrzeli broń. - To dobre dla półgłówków w amerykańskiej armii. Ciekawe czy te wierszyki im pomogły, tam po drugiej stronie świata, czy też Pokale wybiły ich do nogi. Karabinek to karabinek. To nie jest wasze życie, ani wasz najlepszy przyjaciel. Karabinek bez was nie jest bezużyteczny, bo może go używać ktoś inny, a wy bez karabinka nadal jesteście bronią. Karabinek to kawał grafiksu i trochę żelastwa, który trzeba wyrzucić, gdy zajdzie taka potrzeba. Nie zmienia to jednak faktu, że musicie się umieć nim posługiwać. Mam pół roku na to, by was nauczyć strzelać, ale już po miesiącu macie nie mieć sobie równych. Tak sobie, kurwa, postanowiłem. Dlaczego? A bo, kurwa, tak.

Anna uśmiechnęła się. Karabinowy wierszyk był obecny w dwóch powieściach, których wysłuchała. Była pewna, że o tym właśnie mówił Dressler.

- A teraz wpiąć karabinki w uchwyty piersiowe – wrzasnął kapral wytrącając Annę z zamyślenia. Hlaszke drgnął i wypuścił karabin. Anna nie była pewna czy się przestraszył czy też był to kolejny z jego wybryków. - Zobaczymy kto ma mózg, a kto nie ma! Macie dziesięć sekund, raz, dwa, trzy...

Anna przekręciła broń lufą w dół. Widziała już wiele razy żołnierzy zwiadu z karabinkami zawieszonymi na piersi i na plecach. Wpięła broń w uchwyt centralny na wysokości mostka, a potem zapięła na kolbie karabińczyk wiszący na lince w okolicy pachy.

- Cztery, pięć, sześć... - liczył Dressler przyglądając się ich pospiesznej krzątaninie z pogardliwym uśmiechem. Anna dostosowała długość pasków, żeby broń trzymała się sztywno i popatrzyła na innych. Olgierd Rot wpiął karabinek w uchwyt centralny, Johan Molle męczył się z karabińczykiem, a reszta rozglądała się tylko bezradnie nie widząc od czego zacząć.  

- Siedem, osiem, dziewięć i dziesięć - skończył odliczanie Dressler. - Stać ścierwiska! No właśnie. Ścierwa. Teraz wszystko widać.

Przeszedł się wzdłuż szeregu. Jego twarz wykrzywiała się stopniowo jakby odkrywał coraz bardziej cuchnące warstwy wyjątkowo repulsywnej poczwary. W końcu zatrzymał się przed Anną, założył ręce na plecach i zaczął wrzeszczeć tak głośno, że żołnierze na sąsiednich stanowiskach strzeleckich obracali ze zdziwieniem głowy w ich stronę.

- Tak jak myślałem ścierwa – w uszach Anny zaczęło dzwonić już po tym pierwszym zdaniu. - Tylko dwoje z was wpięło karabinek i do tego źle. Źle rozumiecie. Źle, źle, źle! Szeregowa Jastrzębska, szeregowy Rot. Zrobiliście to źle! Brak zmysłu obserwacji dyskwalifikuje was jako żołnierzy zwiadu. Trzeba widzieć i zapamiętywać wszystko. Wy nawet nie zapamiętaliście jak się u nas nosi broń, chociaż do tej pory widzieliście to dziesiątki, jak nie setki razy! Mało tego! Ja miałem przed dziesięcioma minutami wpięty karabinek i gdzie wy się wtedy gapiliście ścierwa? Patrzyliście, a nie widzieliście. Żołnierz zwiadu ma widzieć, a nie tylko patrzeć! Wasze mózgi są w puszkach mózgowych, ale w stanie daleko posuniętego rozkładu. Żrą was tam robaki, jakieś larwy moszczą sobie gniazda, albo już dawno wam je przepalił modułowy bimber. Ale dla was jest nadzieja Jastrzębska i Rot! Wasze mózgi nadal działają! Działają żałośnie źle, śmiesznie powoli, ale działają. A reszta?

Dressler oderwał oczy o twarzy Anny i stanął przed szeregową Kasjańską. Usta wykrzywiły mu się w taki sposób, jakby miał za chwilę zwymiotować.

- Reszta to bezmózgie, ślepe worki trawienno-wydalnicze! Tak! Wy umiecie tylko żreć i srać. To wam wychodzi dobrze, bo do tego nie trzeba mózgu! Mózgu! I ja mam z takiego czegoś ulepić żołnierza? Dają mi wiadro z latryny z garścią czarnych, brudnych kłaków i chcą, żeby z takiego czegoś zrobić żołnierza. Ale wy też się dzielicie, bo każdy zbiór ścierwa da się podzielić na podzbiory ścierwisk, aż do ostatniego zasranego ścierwola. Szeregowa Kasjańska i Molle coś tam jeszcze instynktem zwierzęcym, jakimiś fantomowymi myślami próbowali zrobić. Widziałem ich żałosne próby. Widziałem wysiłek na tych obrażających rasę ludzką tępych twarzach. Ale trzeba oddać im honor próbowali nawet bez mózgu! I to są perły w garncu kału. Ale Hlaszke i Sznurowski. Hlaszke i Sznurowski! – Dressler zrobił krok w ich stronę i zbliżył twarz do twarzy Hlaszki, na której malowało się bezgraniczne przerażenie. Anna była jednak pewna, że to nie przerażenie czuł Hlaszke w tamtej chwili. Znała go na tyle dobrze, że wiedziała, że to maska, teatralna poza. Po tylu misjach, jako mrówa-weteran, umiał na pewno posługiwać się bronią.

- Hlaszke i Sznurowski to najgorsze ścierwa, które miałem nieszczęście widzieć! Obawiam się, że te ścierwa, nie dość, że nie mają mózgu i są ślepe, to są także głuche i nieme. Są jak glisty stworzone tylko do tego, by wwiercać się w gówno i żyć w odbytnicy. Nie potrafią powtórzyć paru prostych ruchów. Nie wiem co Junker w was zobaczył, ale modlę się żeby nie powierzył wam czegoś ważniejszego od noszenia gejowskiego porno, bo w jakimkolwiek innym przypadku czeka was klęska - Dressler wrzeszczał długo i zabrakło mu w końcu powietrza w płucach. Przerwał na kilka oddechów.

- Jeszcze raz ścierwa wam pokazuję jak wpiąć karabin na pozycję piersiową - powiedział już ciszej. – Do tego służy zamek o tu, to okrągłe gdzie zbiegają się pasy uprzęży. - Położył dłonie na trzewiku i granatniku karabinka i powolnym ruchem wpiął go w uprząż tam gdzie krzyżowały się trzy usztywnione pasy. Rozległo się kliknięcie.

- Widzą? Widzą? Broń ma być ułożona trzewikiem do góry w stronę ramienia, o które będziecie ją opierać, żeby oddać strzał – wytłumaczył obracając się w prawo i lewo by każdy z żołnierzy mógł się dokładnie przyjrzeć. - Wszystko ma swoją przyczynę ścierwa. Aby dobrze wpiąć należy obrócić w odpowiednią pozycję zamek. Jest obrotowy - Dressler zakręcił karabinkiem i złapał go tak by trzewik znowu wskazywał na ramię. - Trzewik na godzinę jedenastą, widzicie?

- Potem linkę z ramienia zapinamy na trzewiku i dociskamy tak, by broń nie odstawała, ale ścierwa, ścierwole pamiętać, by zostawić luz. Ile? Tyle by móc unieść karabinek do strzału i ani milimetra więcej. Uchwyt piersiowy jest po to, by z pozycji marszowej szybko oddać strzał i po to, żebyście nie zgubili broni, gdy trzeba będzie uciekać i się wspinać. Patrzeć teraz ścierwole - Dressler zrobił krok do tyłu, rozłożył ręce szeroko na boki, a potem nagle chwycił karabinek jednocześnie obiema dłońmi. Jedną położył na chwycie pistoletowym, a drugą na granatniku, wyciągnął z uchwytu piersiowego i płynnym ruchem ułożył w pozycji strzeleckiej opierając trzewik o ramię. Nacisnął spust i rozległo się metaliczne stuknięcie zwolnionej ze sprężyny iglicy. Opuścił karabin i wpiął go w zamek na piersi. Oba ruchy zajęły mniej niż dwie sekundy.

- W momencie wpięcia w zamek karabin się blokuje - tłumaczył dalej Dressler. - Dzieje się tak dlatego, że żołnierz podczas walki i ucieczki często przewraca się, uderza o przeszkody. Karabinek mógłby się wtedy wypiąć, spowolnić was lub unieruchomić, co często oznacza śmierć. Dobra. Uwaga ścierwa! Tłumaczę! Aby wypiąć karabinek trzeba nacisnąć jednocześnie dwa guziki na zamku. Robię to ręką, która opiera się o chwyt pistoletowy – powtórzył czynność wypinania wolno i obracając się do każdego żeby mógł dokładnie obejrzeć jego ruchy. - Będziecie ćwiczyć to tak często aż się nauczycie, ale nie tutaj – krzyknął. – Będziecie ćwiczyć w norze. Jutro sprawdzę. A teraz uważać, bo pokazuję jak przerzucamy karabin na plecy. Ten ruch jest trudniejszy i wymaga dobrego balansu ciała. Nie wiem jak takie ścierwole się tego nauczycie, ale się w końcu nauczycie. Przysięgam, że się nauczycie.

Dressler wypiął karabinek z zamka na piersi i poruszył tułowiem w taki sposób, że broń ominęła łukiem jego prawe ramię i znalazła się za plecami. Tam chwycił lufę lewą dłonią i wpiął w zamek zamontowany przy pasie.

- Taka sama zasada i podobny zamek tyle, że umieszczony niżej. Żeby na nowo wypiąć karabin trzeba nacisnąć guziki - Dressler odwrócił się do nich tyłem żeby lepiej widzieli. Wypiął broń, nadał jej pęd poprzez ruch tułowiem i przechwycił, gdy znalazła się przed nim. Wpiął na nowo w zamek na piersi.

– Uchwyt na plecach jest potrzebny, gdy potrzebujemy elastyczności korpusu, na przykład podczas wspinaczki - kontynuował. - Wątpię czy takim ścierwolom jak wy się przyda, bo wy pewnie będziecie nosić tylko gejowskie porno. Dobra. Wystarczy o uchwytach. Poćwiczycie i się nauczycie. Teraz porozmawiamy o czymś naprawdę ważnym. Karabinek to dobra rzecz, ale dowiecie się na zajęciach z taktyki, że nie można go używać wszędzie, a w zasadzie mógłbym powiedzieć, że można go używać w ściśle określonych i rzadko występujących warunkach. Z tym cudeńkiem jest inaczej – Dressler wyjął z kabury na udzie broń przypominającą rewolwer.

- To jest rewolwer kinetyczny – powiedział podnosząc broń do twarzy i patrząc na nią z uwielbieniem. - Możecie go używać nawet pod gołym niebem, ponieważ pocisk nie jest wyrzucany poprzez eksplozję gazów prochowych, ale dzięki sile sprężystości. To jedyny i sprawdzony sposób, którego nie wykrywają Pokale. Rewolwery kinetyczne docelowo zastąpią kusze, ale dopiero w przyszłości. Na razie są wyrabiane ręcznie i jest ich niewiele. Trwa praca nad automatyzacją produkcji nabojów, ale to jeszcze trochę pewnie potrwa. Kusze są nadal bronią podstawową w zwiadzie, ale bronią o ograniczonej przydatności. Tam na zewnątrz nic, co zabija, nie chodzi w pojedynkę, a kusze w praktyce mogły być wykorzystane tylko do jednego strzału. Potem trzeba załadować. Ale jednocześnie trzeba, kurwa, uciekać. Wszystko, co tam się porusza jest szybkie i nie ma czasu, by ponownie naciągnąć cięciwę. Bębny w rewolwerach kinetycznych zawierają po osiem nabojów i wyprzęga się je tylko nieco dłużej niż magazynki. To daje nowe możliwości, ale o tym na pewno wam powiedzą na taktyce. Ja was tutaj uczę tylko z tego strzelać.

Dressler przełamał broń i wyjął z bębna czerwono-czarny walec o długości karabinowego naboju. Uniósł walec na wysokość twarzy i przeszedł się z nim wzdłuż szeregu. Anna zauważyła, że cześć czerwona i czarna są identycznej długości. Hlaszke westchnął z uwielbieniem jakby zobaczył jeden z siedmiu cudów świata.

- Nawet nie wiecie ścierwole, że to dla nas rewolucja. Nie wiecie jak to jest biegać tam na górze od meliny do meliny jak szczury. Dzięki temu caceńku może być inaczej – Dressler zbliżył się do Anny i kazał wyciągnąć jej dłoń. Gdy położył na niej nabój poczuła, że jest bardzo lekki. Nie był też zimny w dotyku jak metal.

- Trzymać czerwonym do góry albo w stronę tarczy, bo może dupę urwać.

Kapral Dressler wyjął z bębna po jednym naboju i podał każdemu z żołnierzy. Na końcu wyjął jeden dla siebie i uniósł na wysokość oczu.

- Nie musicie znać zasady działania naboju, by skutecznie posługiwać się tą bronią, ale ja lubię o tym opowiadać, więc słuchać ścierwa. To też po to, żeby żaden nie wkładał sobie tego do buzi ani w dupę. Czasami zdarzają się jeszcze wadliwe. To, co macie w ręku to nabój scalony, tak jak ten o ładunku prochowym. Widzicie tą czerwoną końcówkę? - Dotknął palcem górnej podstawy walca. Ta czerwona płytka powstrzymuje napór piankowego słupka, który to z kolei przytrzymuje ołowianą kulę, która z kolei jest wypychana przez grafleks. Grafleks to pochodna grafenu jak grafiks używany w naszych płytkach pancernych albo grafel. Grafleks charakteryzuje się bardzo wysoką sprężystością. Energia kinetyczna wytwarzana przez grafleksową gąbkę w tym pocisku jest tylko trochę mniejsza niż eksplozja ładunku prochowego. Mogłaby być silniejsza, ale nie przekładałoby się to na większą skuteczność broni. Chwyćcie teraz nabój w połowie, o tak - pokazał - ale skierujcie czerwonym w stronę tarczy.

Anna złapała walec kciukiem i palcem wskazującym. Poczuła, że środek ciężkości walca jest blisko czarnej podstawy.

- Ołowiana kula znajduje się po czarnej stronie – tłumaczył Dressler. - Kula musi być ciężka. Rewolwer kinetyczny służy do skutecznego rażenia celów na odległość pięćdziesięciu metrów. W praktyce to i tak za dużo. Większość walk ma miejsce w lesie gdzie wystarczy około dziesięciu, piętnastu metrów. Ołów ma niską przebijalność, ale nasze cele bardzo rzadko są opancerzone. Pocisk ma za to duże właściwości stopujące, gdyż w tkance miękkiej rozpada się na kawałki. To jest dla nas ważne. - Dressler przerzucił nabój w powietrzu i złapał go drugą dłonią. - Zastanawia was pewnie jak ta kula wydostaje się stąd – postukał palcem wskazującym w pomalowaną na czerwono część pocisku. - Ta płytka na górze jest mocna jak skurwysyn, ale ma jednocześnie bardzo regularną budowę. Coś jak kryształ. Znowu pochodna grafiksu. Uderzona odpowiednio mocno pierścieniową iglicą rozpada się na drobne kawałki, a eksplozywnie rozprężający się grafleks nadaje pęd ołowianej kuli. Odłamki z grafiksowej płytki, wielkości ziaren iłu, zostają wypchnięte przez piankowy słupek z grafleksu, który umieszczony jest przed kulą. Grafleks rozpręża się jedynie do długości łuski, więc zostaje w środku.

Dressler wyciągnął rewolwer z kabury na udzie, przełamał go, włożył nabój do bębna, zatrzasnął broń z powrotem i podszedł do kulochwytu zlokalizowanego za ostatnim stanowiskiem strzeleckim. Była to wybita w ścianie dziura wypełniona piaskiem.

- Podejść bliżej - rozkazał.

Podeszli. Anna czuła nad uchem ciepły oddech Johana Molle. Kapral Dressler wycelował w środek kulochwytu i strzelił. Rozległ się dźwięk rozgniatanego obcasem szkła, z lufy trysnęła chmura błyszczącego w świetle pyłu. Ołowiana kula uderzyła w piach. Dressler nachylił się nad kulochwytem i po chwili wyciągnął dłoń, na której spoczywał spłaszczony kawałek ołowiu i szary walec szerokości łuski.

- To są elementy naboju. To szare to słupek, który przytrzymuje kulę blisko grafleksu. Taki jednorazowy wyciorek. Dla was ważne jest jednak to, że zdarza się, że nie wszystkie drobiny płytki zostają wypchnięte przez lufę. Czasami jakaś część zostaje w szparze między bębnem, a lufą, co może uniemożliwić jego obrót. Wtedy należy przełamać broń, dmuchnąć i przetrzeć ją palcami. To dzieje się rzadko, ale musicie to wiedzieć ścierwole - Dressler zebrał naboje od żołnierzy, włożył ją do bębna i go zamknął. Włożył rewolwer do kabury i znowu kazał ustawić się im w szeregu, każdy przed swoim stanowiskiem strzeleckim. 

- Pobrać kinetyki, na pozycje strzeleckie i broń na stolik lufą w kierunku tarczy - krzyknął. - Ruszać się ścierwole, ruszać!

Rewolwer kinetyczny był ciężki, o wiele cięższy niż Anna się spodziewała. Odłożyła go na stolik i stanęła przed czarną linią wymalowaną na betonowej podłodze.

- Dzisiaj walimy na sucho – krzyknął Dressler, gdy każdy stał już na swoim miejscu i odłożył broń we wskazany sposób. – Nie będziecie marnować amunicji. W bębnie jest osiem pustych łusek. Na razie musicie przyzwyczaić się do tej broni - Dressler spacerował wolno za ich plecami obserwując ruchy żołnierzy. Anna wpatrywała się w tarczę majaczącą w tunelu przed nią.

- To wasza pierwsza randka z kinetykiem, więc nie będzie od razu strzelania, bo byście stracili dla niego szacunek. To jest szkoła miłości kaprala Karla Dresslera, a w mojej szkole miłości wszystko ma swój odpowiedni czas i miejsce. W miłości ważne jest napięcie. Naciśnięcie spustu i posłanie pocisku w kierunku celu to zwieńczenie związku, to konsumpcja waszej relacji. Musicie o tym wcześniej marzyć, musicie sobie to wyobrażać i to będziecie robić przez następne dwie godziny - głos Dresslera oddalał się i zbliżał, gdy krążył za plecami Anny. - Weźcie broń, skierujcie ją na cel i naciśnijcie spust.

Anna podniosła rewolwer kinetyczny ze stolika, wycelowała, położyła palec na języku spustowym i go nacisnęła. Rozległ się szczęk metalu, kiedy iglice uderzyły w nabój ćwiczebny. Bęben obrócił się. Ze stanowisk obok usłyszała podobne stuknięcia.

- Trzeba trochę siły by nacisnąć spust – powiedział Dressler. – Niestety wszystko mechaniczne, a iglica musi uderzyć z odpowiednią siłą, by skruszyć płytkę. Dobra. Przyciągnąć tarczę na dziesięć metrów. Raz, dwa, raz, dwa, raz, dwa! Ciągnąć ten sznur mocniej. Jak sznurek zmieni kolor na biały to macie wtedy dziesięć.

Anna przyciągnęła tarczę na odpowiednią odległość. Metalowe szyny piszczały przy tym przeraźliwie. Czekała kilka sekund aż reszta zrobi to samo.

- Teraz będziemy strzelać - powiedział Dressler. - Została wam godzina. Starczy wam na wystrzelenie pięciuset pocisków. Po ośmiu strzałach wyjmujecie łuski i kładziecie je na stół, po czym ładujecie z powrotem do bębna. Gdy krzyknę „zacięcie" oznacza to, że właśnie zacięła się broń. Macie ją wtedy dmuchnąć. Po strzelaniu rewolwery i karabiny zabierzecie do swojej nory. Jak wrócicie popatrzcie na swoją broń i zrozumcie zasadę jej działania. Częściej od jej niezawodności niż waszych umiejętności będzie zależało czy będziecie żyć czy umrzecie. Tak było zawsze i pewnie długo tak będzie. Dobra. Rozpoczynamy suche strzelanie.

 

*

 

- To chyba oczywiste po co tu jesteśmy - powiedział Sznurowski. - Mamy zrobić coś, czego inni zrobić nie potrafią. Szkolą nas do walki, a więc będziemy walczyć.

Anna wyjęła słuchawki z uszu. Ta rozmowa była interesująca. Audiobook mógł poczekać. Przez chwilę w norze zaległa cisza, wydawało się, że nikt nie podejmie dalej wątku. Każdy o tym myślał, nawet Anna zastanawiała się, po co to wszystko. Wszyscy jednak leżeli na swoich pryczach i nikt się nie odezwał.

- Mam nadzieję, że masz rację - powiedziała Kasjańska. - Bo jak to tylko zasłona dymna i robimy za szczury laboratoryjne to się, kurwa, wkurwię.

- Nie, myślę że to nie tak - powiedział Rot. Rozmawiałem z innymi, Johan też, Junker ma tu renomę, on by się nie pakował w takie rzeczy. Mówią, że jeżeli komuś można tu ufać to tylko jemu.

- To dlaczego nam, kurwa, nie mówił wprost co będzie - syknęła Kasjańska. - Najpierw to, potem to, a potem tamto, tylko pierdoli, że teraz nie czas?

Rot usiadł na pryczy i wzruszył ramionami. - Pewnie tak jest lepiej.

- Ta, kurwa, pewnie dla niego lepiej - parsknęła Kasjańska. - Ja bym wolała wiedzieć, co będzie dalej.

- Tylko coś tutaj się nie zgadza - powiedział Sznurowski. - Szansa, że będziemy lepsi od żołnierzy z doświadczeniem nawet po rocznym treningu są żadne, czyli musimy mieć coś wspólnego ze sobą, coś co pozwoli nam być znacznie efektywniejszymi w walce.

- Albo nas, kurwa, nie będzie szkoda - przerwała Kasjańska.

- Nie, nie, zbyt dużo wysiłku w to wkładają. No i ci technicy za gabinetem Junkera. Oni coś tam dla nas robią - Henryk usiadł na łóżku. - Oni nam coś dadzą…

- Chuja w dupę ci dadzą - zarechotała Kasjańska. - A potem zakręcą nim jak korbką...

Anna włożyła znowu słuchawki w uszy. Po minie Kasjańskiej poznała, że trwa tyrada, która zaraz odbierze wszystkim ochotę do kontynuowania tematu.

 

Rozdział 19

 

Anna leżała na pryczy z zamkniętymi oczami: głowa na poduszce, ręce wzdłuż ciała, wewnętrzna cześć obu dłoni na szorstkim, wełnianym kocu. Oddychała powoli dusznym powietrzem nory. Obraz przed oczami był rozmazany i drżący. Umysł był napięty, jasny, nakierowany na wnętrze ciała. Widziała ścięgno przyczepione do kości palucha lewej stopy. Przesuwała się w kierunku pięty. Kolejne ścięgna dołączały do ścięgna palucha tworząc wiązkę, a ta wiązka wznosiła się w górę owijała się wokół kostki i stopniowo zmieniała w musculus tibialis posteriori - mięsień piszczelowy tylny lewej goleni. To tam skoncentrowała myśli. Długotrwałe treningi i bieg po nierównym podłożu dokonały w mięśniu uszkodzeń. Regeneracja nie przebiegała wystarczająco szybko. Anna wyeksponowała musculus tibialis posteriori spośród flexor digitorum longus i flexor halucis longus. Skupiła wszystkie myśli na tym mięśniu, ale cały czas kontrolowała również obraz całości ciała. To było wyczerpujące. Dziesiątkami rąk pociągała za dziesiątki sznurków. Tętnicą strzałkową i tętnicą piszczelową tylną wpompowała krew w uszkodzone tkanki. Mięsień napuchł. Krew usuwała zniszczone białka i efekty uboczne spalania glikogenu. Opłukiwała powięź i niwelowała zapalenie okostnej kości piszczelowej. Anna widziała jak naderwane włókna łatane były napływającymi białkami. Obrzęk zmniejszał się, ale coraz trudniej jej było utrzymać w umyśle obraz wyizolowanego mięśnia. Mózg bombardował ją tysiącem dystraktorów, myśli puchły jakby miały rozsadzić głowę. Zaczęły dochodzić do niej bodźce z zewnątrz. Obraz musculus tibialis posteriori zaczął drgać i rozpływać się. Połączenia z resztą organizmu rozluźniały się i zanikały. Poczęła wycofywać się, a napięcie umysłu stopniowo malało. Po kilkunastu sekundach otworzyła oczy. Spojrzała na zegar nad drzwiami. Sesja trwała osiem minut.

- Umysł broni się – przypomniała sobie słowa Junkera. - Broni się, bo wchodzicie w sferę, która była jego odpowiedzialnością. To umysł bez waszego udziału kierował całą skomplikowaną złożonością organizmu ignorując waszą wolę. To dobre dla zwierząt, ale ewolucja nie dostrzegła, że już nie jesteśmy zwierzętami. Pozostawienie kontroli nad kluczowymi funkcjami organizmu nieświadomej części mózgu, czyli wielokrotnie zapętlonym, nieefektywnym i nieekonomicznym algorytmom nas tylko ogranicza. Teraz wiemy już na tyle dużo, by decydować. Nieświadoma część mózgu będzie nas bezustannie wypychać ze swojej sfery i przez wiele miesięcy, a nawet lat będzie to robiła z niesłabnącą siłą. Wasza energia będzie się wyczerpywać szybko. Pierwsze sesje będą trwały sekundy. Potem będziecie mogli utrzymywać odarty z destruktorów obraz dłużej. Wy będziecie rośli w siłę, a ewolucyjne i nieświadome automatyzmy będą coraz słabsze, ale nigdy nie znikną zupełnie.

Anna uniosła się na łokciach. Jeszcze nie odzyskała sił. Była słaba. Czekała w tej pozycji aż niedobory glukozy w mózgu zostaną uzupełnione. Krew pulsowała w głowie, ból stopniowo ustępował. Powoli usiadła na pryczy i opuściła stopy na podłogę.

Odłączenie, izolowanie, rozdzielanie, wydzielanie holistyczne, dopuszczenie, rozszczepienie, restytucja – tak Junker nazwał siedem etapów, które mieli opanować by uzyskać rozszerzoną kontrolę nad ciałem. Cały proces nazywał tak jak ostatni z jego etapów, czyli restytucją. Każdy następny etap był wielokrotnie trudniejszy niż poprzedni, więc należałoby je nazwać siedmioma potęgami, a nie etapami. Kluczowa była tutaj podstawa potęgowania, która określa talent to restytucji. Jedynka to niespełniony ideał niwelujący potęgowanie. Jedynce opanowanie restytucji zajęłoby siedem dni. Dwójce już dwieście pięćdziesiąt cztery dni, trójce dziewięć lat, a czwórce sześćdziesiąt lat. Anna znajdowała się gdzieś w okolicach trójki. Po pięćdziesięciu czterech dniach opanowywała podstawy wydzielania holistycznego. Junker nazwał wszystkie etapy, ale tłumaczył, na czym polega kolejny etap dopiero kiedy uznał, że cele poprzedniego zostały osiągnięte. Anna znała więc tylko cztery pierwsze.

Odłączenie polegało na przyjęciu odpowiedniej pozycji ciała i stopniowym, kontrolowanym przejściu w trans. Oddech, czysty umysł i spokój to trzy warunki do osiągnięcia, by skutecznie zająć się izolowaniem.

Drugi etap, izolowanie, wymagało wyczerpujących ćwiczeń. Polegało na otaczaniu zmysłami przedmiotów kreowanych we wnętrzu umysłu. Początkowo były to proste przedmioty, które należało obracać, poczuć ich fakturę, turgor, ciężar, zapach i smak. Pinezka, cegła, jabłko, pomarańcza. Z każdą sesją Junker wybierał coraz bardziej złożone struktury. W końcu polecił im objąć umysłem całe ciało. Nie skupiać się na częściach tylko na całości. Izolowanie pozwalało wskazać ogólny kierunek działania ciału. Tu zaczynała się realna korzyść dla żołnierzy poza rozwijaniem koncentracji i samoświadomości. Junker uważał, że możliwe są dwa ogólne kierunki działania. Pierwszym była regeneracja, a drugim wzmocnienie. Nakazywał codziennie nakierowywać ciało na jeden z tych kierunków na godzinę przed zapadnięciem w sen. Powtarzał, że efekty nie będą zauważalne, ale zapewniał, że one tam są.

Trzecim etapem było rozdzielanie. Wymagało kilkudziesięciu godzin studiów nad anatomią człowieka. Polegało ono na mentalnym rozbiorze ciała na elementy i oddziaływania tylko na jeden z nich. Junker początkowo wymagał umiejętności podziału na duże partie takie jak kończyny, głowa i tułów. Potem po opanowaniu wiedzy o układzie mięśniowym, kostnym, nerwowym i krwionośnym kazał oddziaływać na poszczególne organy, mięśnie i procesy zachodzące w ciele. Mógł zmierzyć postępy w tym zakresie, dzięki prześwietleniom i próbkom krwi pobieranym co trzy dni. Gdy tylko uznał, że Anna efektywnie rozdziela, przeszedł z nią do kolejnego etapu. Powiedział, że nikt nie osiągał rezultatów tak szybko.

Czwarty etap - wydzielanie holistyczne, polegało na wydzieleniu elementu, ale utrzymania jego związków z resztą ciała. Anna musiała utrzymać obraz danego mięśnia lub organu wraz z jego unerwieniem, ukrwieniem i umiejscowieniem w ciele wraz z obrazem całości organizmu. Pozwalało to na skuteczniejsze przenoszenie wysiłku ciała z jednego obszaru do drugiego. Junker tłumaczył, że samo rozdzielenie kierowało nadwyżki do wskazanego organu, mięśnia lub kości, a wydzielanie holistyczne pozwalało na transfer wysiłku z jednej sfery organizmu do drugiej.

Odetchnęła głęboko i sięgnęła po odtwarzacz. W uszach rozległ się głos lektora. Zanurzyła się w narracji natychmiast. Narracja otoczyła wszystkie jej zmysły. Wiedziała, że to zasługa ćwiczeń restytucyjnych. Jej umysł był w stanie namalować świat opisywany przez lektora z dokładnością snu. Junker mówił, że ludzie wcześniej nazywali to zjawisko świadomym snem. Słuchała całym ciałem, ale po kilku minutach wyłączyła odtwarzacz. Umysł był znowu gotowy do wysiłku. Otworzyła oczy. Dostrzegła, że z sąsiedniego łóżka spogląda na nią Johan Molle. Mężczyzna siedział zgarbiony. Jego imponująca muskulatura nabrała proporcji po blisko trzymiesięcznych treningach. Poza nim, nie było nikogo w pokoju.

Od kilku tygodni wiele się zmieniło. Mniej płakała. Rzadziej myślała o modułach i ludziach, których tam zostawiła. Stało się to, o czym mówił Nawrocki: szóstka obcych ludzi zaczęła tworzyć drużynę. Nie unikali się nawzajem, rozmawiali, żartowali, pomagali sobie i doradzali.

Od tygodnia ćwiczyła z Johnem Molle w parze. Tworzyli JaMol. Molle nie wydawał się dotknięty ani zaskoczony, że Junker wybrał Annę na dowódcę pary. To ją zaskoczyło. Czy był zły z tego powodu? Jeżeli tak to nie dał tego po sobie poznać.

- Dobrze ci to idzie – powiedział.

Spojrzała na niego zaskoczona. Rzadko się odzywał.

- Muszę to robić – odchrząknęła i odpowiedziała. - Wszystko się nawarstwia. Zmęczenie się nawarstwia, a ja mam zniszczone ciało. Tak stwierdził Junker. Są braki w układzie kostnym, zwyrodnienia i zła jakość tkanki mięśniowej, no i zęby - uśmiechnęła się lekko. - Muszę wzmocnić moje nowe zęby. Muszę nadrobić restytucją, bo inaczej nie mogłabym wykonać treningów.

- Tak. To by mi się przydało też, ale to chyba nie jest dla mnie - pokręcił głową. - Nie idzie do przodu.

- A gdzie jesteś?

- Nie umiem skutecznie rozdzielać, utknąłem z tym i wydaje się, że nie pójdę dalej.

- Robisz trójkę? - zapytała. Miała na myśli jedno z pierwszych ćwiczeń, które powtarzała z Junkerem, kiedy uczyła się rozdzielać. Trójka polegała na manipulacji przedmiotami złożonymi z trzech części.

- Z trójką daję radę, ale na krótko - odparł. - Nie mogę tego utrzymać. To już trwa ponad trzy tygodnie. To nie ma sensu.

- A co mówi Junker?

- Mówi, żebym ćwiczył.

Skinęła głową.

- No to ćwicz Johan.

- Myślałem, że masz jakąś radę…

- Ćwicz dłużej, tyle ile wlezie.

- Tak jest szefowo - zasalutował i położył się na swoją pryczę. Materac jęknął pod jego ciężarem.

Popatrzyła na zegar nad drzwiami. Do posiłku głównego zostało siedem minut. Za mało czasu, by ponownie zapaść w trans. Podkurczyła więc tylko lewą nogę i chwyciła za palce rozciągając mięsień, nad którym pracowała poprzez wydzielanie holistyczne. 

- Przypominasz mi moją żonę - odezwał się nagle Molle. Anna spojrzała na niego zaskoczona. Na jego szarej twarzy dostrzegła jedynie zmęczenie. Nigdy nie mówił o swojej żonie. Nie wiedziała nawet, że ma żonę. Pomyślała, że pewnie od dawna chciał to powiedzieć. Wielokrotnie wyglądał tak jakby chciał ze siebie wyrzucić coś bolesnego, ale zawsze coś go powstrzymywało.

- Była też taka małomówna i krucha - Anna zauważyła, że wydawał się mówić do siebie, a nie do niej. Miał nieobecny wzrok. - Chciałem żeby żyła jak najdłużej. To jest moja wina. Chciałem żeby żyła, ale mnie przy niej nie było – zamilkł na chwilę a potem jakby się z czegoś otrząsnął. Oczy znowu stały się zimne. Olbrzymimi dłońmi potarł twarz, a potem popatrzył przytomnie na Annę. Był chyba na siebie zły za tę chwilę słabości.

- Musimy iść, bo spóźnimy się na posiłek - powiedział i wyszedł na korytarz. Anna zauważyła, że jego plecy były jeszcze bardziej zgarbione niż wcześniej.

 

*

 

Anna liczyła stopnie schodów. Gdy znaleźli się na górze pokonali trzysta dwadzieścia dwa o wysokości około dwudziestu centymetrów, co oznaczało, że byli sześćdziesiąt pięć metrów nad pierwszym poziomem Kompleksu. Było tutaj znacznie zimniej, najwyżej dziesięć stopni Celsjusza.

Klatka schodowa kończyła się niewielkim kwadratowym pomieszczeniem z czterema parami stalowych drzwi, każde dokładnie na środku każdej ściany. Junker otworzył te po prawej i przystanął na chwilę jakby się zastanawiał czy dobrze idzie. Po chwili dał znak ręką, by szli dalej.

Anna czuła niepokój idąc wąskim korytarzem, którego koniec niknął w mroku. To było dziwne. W modułach, nawet w kompletnej ciemności czuła się bezpiecznie.

Na obu ścianach korytarza ciągnęły się trzy rzędy szuflad z podrapanymi metalowymi frontami. Na każdej widniał numer i kod kreskowy. Co pięć metrów napotykali na wnękę z metalowymi zbiornikami wyposażonymi w zawory i zegary. Co jakiś czas z niektórych tryskał sprężony gaz i podnosił z podłogi duszący pył.

Szli w milczeniu. Buty uderzał głucho o betonową posadzkę. Gdy w końcu zatrzymali się, Anna dostrzegła, że Olgierd wytarł wierzchem dłoni pot z czoła.Też się denerwował, też czuł napięcie. Sierżant nacisnął klamkę i weszli do środka. Czekało na nich dwóch mężczyzn w białych kombinezonach. Wyglądali na niezadowolonych. Mieli ściągnięte twarze i zmrużone oczy - obaj po pięćdziesiątce, z wąskimi ustami. Na szpitalnych łóżkach za nimi leżało na wznak sześć nagich i bladych ciał. Każde było naszpikowane kilkunastoma wenflonami połączonymi z jednostajnie buczącymi pompami. Przez przezroczyste rurki płynęła krew. Ciała opinały uprzęże resuscytacyjne, a nos i usta zasłonięto maskami. W powietrzu unosił się zapach chemikaliów.

- Mieli być przytomni - Junker nie silił się na powitalne uprzejmości.

- Zaraz będą, trudno przewidzieć kiedy - odpowiedział jeden z lekarzy. Miał niski, obojętny głos. - Sprzęt sam decyduje, kiedy rozpocząć proces - powiedział powoli jakby nie spał przez kilka dni z rzędu. Miał prawie całkowicie opuszczone powieki jakby światło sprawiało mu ból. - Wypłukuje teraz krioprotektanty. To długo trwa, ale zaraz koniec. Po tym resuscytacja i zaczną otwierać oczy, mruczeć, krzyczeć, wymiotować, różne rzeczy robią. Trzeba potem pompę uruchomić żeby ratować tkanki…

- To nie będzie konieczne - powiedział Junker. - Wszystko teraz dzieje się automatycznie?

- Tak, my tu na wszelki wypadek, jakby coś poszło nie tak. Czasem widać to po reakcjach. Mają często krwotoki od kryształków lodu w mózgu. Nasza krioprezerwacja nie jest doskonała, ale wcale nie musi taka, szczególnie dla mózgu nie?

- Dobrze panowie - odpowiedział Junker. - Powiadomimy was jak skończymy - sierżant otworzył po prostu drzwi i poczekał aż mężczyźni zrozumieli, że oczekuje się od nich opuszczenia pomieszczenia. Kiedy wyszli zabezpieczył metalowe drzwi bolcami mocowanymi w suficie i podłodze. Westchnął i podszedł do najbliższego stołu, na którym leżał nagi mężczyzna. Na powierzchni skóry degenerata stały krople wody.

Anna przez chwilę zobaczyła w jednej z leżących degeneratek twarz matki. Zamknęła oczy i policzyła wolno do trzech. Gdy otworzyła je ponownie, to była znowu twarz obcej kobiety.

- Nie będziemy czekać aż odzyskają przytomność - stwierdził Junker. - Tak będzie lepiej. - Wyjął rewolwer z pochwy na udzie. To była broń palna, nie kinetyk. Wypchnął kciukiem bęben rewolweru, włożył do niego trzy kule, a potem zakręcił bębnem i wepchnął go z powrotem do broni. Rozległ się szczęk metalu.

- Nie możecie się wahać, kiedy będzie trzeba zabić - powiedział patrząc każdemu po kolei w oczy. - W bębnie są trzy pociski - wskazał palcem na broń - a na sali sześciu degeneratów. Są chorzy i nie umiemy ich uzdrowić. Trzymają ich tutaj na ciała. Takich jak oni na zewnątrz będziecie musieli zabijać. To nieuniknione.

Anna poczuła, że jej gardło powoli się zaciska. Mięśnie zadrżały niecierpliwie i musiała je napinać, by ograniczyć uczucie swędzenia. Poczuła radość, chociaż nie chciała zabijać. To Pajęczyca. To jej radość. Anna czuła tylko strach i obrzydzenie.

Junker podszedł do jednego z łóżek. Buty zmiażdżyły drobiny lodu leżące na betonowej posadzce. Przycisnął rewolwer do czubka głowy najbliższego z degeneratów. To był mężczyzna. Degenerat miał spocone czoło. Zaczął już oddychać. Junker powiedział coś, ale Anna nic już nie słyszała. W uszach dudnił jej tylko tętent własnej krwi. Poczuła euforię i senność jednoześnie. Pajęczyca chciała tę chwilę dla siebie. Anna obserwowała jak sierżant przekazuje rewolwer Olgierdowi. Wszystko działo się powoli, jak we śnie. Twarz szeregowego Rota wykrzywiła się na chwilę, ale zaraz powrócił na nią obojętny wyraz. Przyłożył lufę do głowy degenerata i natychmiast nacisnął spust.

Rozległ się huk i w powietrzu rozniósł się zapach prochu. Kula przeszła przez mózg, przebiła szyję i trafiła w ramię. Chlusnęła krew i lała się nieprzerwanym strumieniem przez kilka sekund aż Junker wyłączył pompę wypłukującą krioprotektanty. Anna spojrzała pod nogi. Kałuża gęstej czerwieni zbliżała się do jej butów. Parowała w zimnym powietrzu i roznosiła wokół metaliczny zapach.

Ktoś z korytarza próbował otworzyć drzwi. Szarpał wściekle za klamkę, ale drzwi były zabezpieczone stalowymi bolcami. Anna słyszała okrzyki lekarzy, ale nie rozumiała ich.

Rewolwer powędrował do Alicji. Rękojeść broni była brudna od krwi. Kasjańska wytarła rękę o ścianę pozostawiając na niej bordowy ślad. Zaklęła zniecierpliwiona, ale Anna nie dostrzegła u niej zawahania. Junker wyłączył pompę zanim nacisnęła spust. Wycelowała niedbale. Chyba się nią spodziewała, że iglica natrafi na spłonkę. Myślała pewnie, że komora będzie pusta. Nabój jednak eksplodował. Kula przebiła głowę na wylot i utkwiła w udzie ciała na sąsiednim stole. Krwi było mniej, ale raniona w nogę degeneratka zaczęła krzyczeć. Alicja odskoczyła tracąc równowagę na śliskiej podłodze. By nie upaść rozpostarła ręce, które natrafiły na zakrwawione ciało degenerata zabitego przez Olgierda Rota. Dłoń ześlizgnęła się po pokrytej wodą i krwią stygnącej skórze. Alicja upadła na podłogę wydając krótki okrzyk, który jednak utonął we wrzasku trafionej w nogę degeneratki. Kobieta krzyczała robiąc tylko krótkie przerwy na nabranie oddechu.

Alicja wstała z podłogi i znieruchomiała nie wiedząc co ma robić. Junker po prostu wskazał na Hlaszkę. Ten wziął rewolwer od Kasjańskiej i podszedł do wrzeszczącej kobiety. Miała zamknięte oczy, a to ułatwiało mu zadanie. Z oblepionego mokrymi włosami czoła spływały jej krople potu. Chuda szyja nabrzmiała pulsującymi napiętymi żyłami. Pobladły Czech przyłożył wolno rewolwer do czubka jej głowy jakby chciał odwlec decyzję. Nacisnął spust powoli. Powietrze znowu przeciął huk wystrzału. Woń prochu zaczęła przeważać nad metalicznym zapachem krwi. Znowu zapadła cisza. Buczały tylko pompy i wentylatory. Kobieta leżała na stole martwa.

Anna znowu usłyszała szczęk broni. Junker wyrzucił na dłoń łuski, schował je do kieszeni i zasłaniając bęben załadował kolejne trzy naboje. Usłyszała zgrzyt i broń była gotowa do kolejnego strzału. Poczuła mdłości.

Rewolwer powędrował do Johana Molle. Niemiec przyłożył lufę do czaszki kolejnego degenerata. To był młody mężczyzna. Ciało degenerata drgnęło, a z ust wydobyło się westchnienie. Rozpoczęły się elektrowstrząsy pobudzające serce do bicia. Niemiec nie zawahał się jednak i nacisnął spust. Kurek stuknął o metal. W komorze bębna nie było naboju. Molle wypuścił powietrze.

Junker wskazał Annę, a Johan podał jej broń. Rękojeść lepiła się od potu i krwi. Mężczyzna na stole uchylił usta. Zaczął jęczeć i miotać głową z boku na bok. Anna przytknęła lufę do zmierzwionych włosów. Drugą ręką nacisnęła na czoło, by unieruchomić czaszkę. Przełknęła z wysiłkiem ślinę. Pajęczyca była pewna, że za chwilę nasyci się śmiercią. Myśli wirowały, palce zaciskały się i rozluźniały. Pajęczyca chciała kontroli. Chciała ciała Anny na własność, ale tylko na tą krótką chwilę żeby pociągnąć za spust. Mężczyzna jęknął głośniej. Anna szybko nacisnęła cyngiel. Kurek uderzył w pustą komorę bębna. Stała bez ruchu, a Pajęczyca wyła, drapała i rozpychała się wewnątrz niej chcąc wyszarpnąć kontrolę dla siebie. Drugi raz! Chciała jeszcze raz nacisnąć spust! Głowa degenerata zaczęła wirować Annie przed oczami. Przestała czuć ciężar rewolweru jakby Pajęczyca już trzymała go za nią. Nagle jednak poczuła silne szarpnięcie. Ktoś zabrał broń. Pajęczyca wrzasnęła rozdzierająco i zniknęła w jednej chwili. Mgła przed oczami Anny rozwiała się. Napotkała zimne oczy Junkera.

- Odsuń się - rozkazał i Anna cofnęła się. Rozejrzała się. Tylko Johan Molle patrzył na nią mrużąc oczy. Reszta obserwowała Junkera jak podaje broń Henrykowi. Ten nie wahając się długo skierował lufę na głowę mamroczącego już mężczyzny i nacisnął spust. Ciszę rozdarł kolejny huk wystrzału.

 

*

 

Anna otworzyła oczy. Rozluźniła ciało i patrzyła w sufit nory. Spojrzała na zegar nad drzwiami i szybko przeprowadziła obliczenia. Dwanaście minut czterdzieści dwie sekundy. Czternaście sekund dłużej niż poprzednim razem.  Kolejny mały krok.

Podniosła się na łóżku. Alicja siedziała na pryczy i patrzyła na wnętrze swojej dłoni. Były same. Twarz Kasjańskiej była blada tak jakby przedmiot trzymany w dłoni wysysał z niej energię. Pod zaczerwienionymi oczami, na pozbawionej blasku skórze, pojawiły się ciemne plamy. Usta zaciskała tak mocno, że zmieniły się w siny pasek przecinający w poprzek zapadłe policzki. Była w niej jednak jakaś straceńcza moc człowieka, który wie, że dostał już ostatnią szansę i prędzej umrze niż ją zmarnuje. Udowadniała to każdego dnia.

Anna usłyszała kroki i spojrzała w głąb nory. Olgierd Rot wyszedł z wnęki łazienkowej. Nadal miał mokre włosy, ale był już ubrany w spodnie i podkoszulek, na którym widniało jeszcze kilka mokrych plam. Alicja zdawała się go jednak nie zauważać. Wciąż bez ruchu wpatrywała się w płaski przedmiot na dłoni. Rot podszedł do swojego łóżka, które sąsiadowało z pryczą Alicji. Sprężyny zajęczały, gdy na nim usiadł. Dopiero wtedy Alicja odwróciła się. Było już jednak za późno, by zasłonić przedmiot, który ukrywała.

- To twoja córka prawda? - zapytał po prostu. - Na tym zdjęciu.

Alicja wyglądała na ogłuszoną tym pytaniem, ale po kilku sekundach jej twarz stężała.

- To przecież niemowlę - syknęła przez zaciśnięte zęby. - Skąd wiesz, że córka?

- Chłopców raczej nie zabierają matkom – odezwał się kładąc się na łóżku. –Takie zdjęcia dają każdej, która oddawała im dziecko. Robią je niemal natychmiast po porodzie, kiedy matka jest jeszcze otumaniona i wyczerpana. Podsuwają pod nos papiery, obiecują, straszą. Trzeba być silnym, żeby nie ulec temu wszystkiemu. Tam nie ma nikogo by wesprzeć, doradzić.

Alicja ścisnęła wargi aż pobielały, spojrzała mu jadowicie w oczy.

- Co ty mi kurwa pierdolisz? To ma mnie pocieszyć? Aaa… Już rozumiem - na jej twarz powrócił zwykły ostry grymas. - No tak. Ty to wiesz. Ty je przecież zabierałeś, nie? Tego chce Bóg. Tam jej będzie lepiej. My damy jej wszystko, a ty nie dasz jej nic. Pamiętasz to chuju?

- Brałem w tym udział – powiedział Rot nie spuszczając z niej oczu. – Byłem tego częścią. Żałuję.

Znowu zapadła cisza.

- Większość wyrzuca te zdjęcia żeby zapomnieć – kontynuował Rot. – Nie chcą pamiętać tego, co zrobiły.

Alicja znowu zacisnęła usta i na nowo otworzyła dłoń. Nie było już sensu ukrywać zdjęcia.

- Julia ma mi przypominać po co tu jestem - powiedziała znowu wpatrując się w zdjęcie.

- Chcesz potem ją zabrać od nich?

- Czy ty głupi jesteś, kurwa, czy sobie jaja robisz? - warknęła nagle zrywając się z pryczy. Na jej twarz wrócił gniew. - Jej matka to kurwa. Całe moje życie to jedno wielki kurewskie gówno. I co? Mam ją w to gówno wciągać? Gdzie miałabym ją zabierać, jak ją zabierać, kurwa, co?

- Różne dziwne rzeczy ludzie myślą - mruknął Olgierd. - Ale jak jest miłość, to dziecku zawsze lepiej jest z matką, nawet, jeśli jest kurwą.

- Miłość… - Alicja prychnęła i machnęła ręką. Usiadła na pryczy, zgarbiła się i popatrzyła znowu na zdjęcie. Długo milczała.

- Chcę żeby wiedziała, że jej matka jest coś warta – powiedziała i spojrzała na Olgierda. Wydawała się teraz zmęczona. Ostre rysy na jej twarzy złagodniały wszystkie w jednej chwili.

- Ona się nie dowie niczego o tobie bez względu na to, co zrobisz – odpowiedział. - Ona nie wie o twoim istnieniu i nigdy się nie dowie. Tak się stanie chyba, że Bóg zapragnie inaczej- dodał odrywając od niej wzrok.

Anna przekonana była, że Alicja wybuchnie gniewem, ale ona tylko bardziej zgarbiła się wpatrując się w zdjęcie.

- Wiem – szepnęła. – Po prostu lubię tak myśleć. Ma teraz trzy lata – powiedziała tak cicho, że Anna ledwie ją usłyszała. - Czasami, gdy jestem w Katedrze, oni je przyprowadzają wszystkie. Są tam trzy dziewczynki w tym wieku. Ja nie wiem nawet, nie wiem... - Głos Alicji załamał się, usta zadrgały, popłynęły łzy. Olgierd usiadł obok niej na łóżku. Sprężyny zajęczały pod naporem ponad stu trzydziestu kilogramów. Nie zaprotestowała.

- Powiedzieli, że będzie jej lepiej z nimi - wyznała patrząc niewidzącym wzrokiem w stronę Rota. - Że dobrzy ludzie się nią zajmą. Że będzie miała czyste życie. Że będzie jej lepiej, a ze mną... - Cichy głos Alicji umilkł i zaczęła szlochać. Rot wyciągnął rękę i powolnym ruchem przyciągnął kobietę do siebie. Kasjańska oparła twarz na jego piersi, a on otoczył ją ramionami. Jeszcze długo ciałem Kasjańskiej wstrząsał szloch, a Olgierd trzymał ją cierpliwie przy sobie.

 

*

 

- To nie ma sensu. - Sznurowski kręcił głową w zamyśleniu. - Dlaczego nas budują od podstaw jak mają tylu żołnierzy. Mówię wam, tu nie chodzi o zwykłą wytrzymałość, odporność na ból… To coś innego jest - Sznurowski mówił głośno, tak jak zawsze, gdy uważał, że ma coś ciekawego do powiedzenia i wystukiwał rytm swoich słów stopami na podłodze. - Przecież taki żołnierz też musi być odporny na ból.

-Taaa, to takie tylko pierdolenie, ile można o tym pierdolić Sznurowski? - zapytała Kasjańska jadowicie - co drugi dzień o tym pierdolisz, jak się spyta Nawrockiego to widać, że coś wie, ale gówno powie… Ale teraz, co za kurwa różnica? Ktoś chce wracać do modułów? Ktoś się z tego bajzlu wypisuje?

Annie podskoczyło serce, gdy usłyszała to pytanie tak jakby mogła naprawdę odejść do modułów gdyby tylko podniosła rękę. Ale nie, nie chciała odejść, nawet gdyby tak było naprawdę.

- Junker mówi tyko, że obiecał ból i obietnicy dotrzyma - powiedział Molle. - To będzie coś ryzykownego na pewno. Nie chcę marnować na to żołnierzy. Nas nie będzie szkoda.

- Mówię wam - powiedział Sznurowski - to będą jakieś cybernetyczne implanty. Albo w ogóle utną nam nogi i zastąpią sztucznymi… - W końcu podpisywaliśmy papiery o możliwej nieodwracalnej modyfikacji naszych ciał. Co? Tylko ja je czytałem?

- Ta! Cybernetyczne implanty! - kpiła Kasjańska. - I te twoje nogo-implanty będą sobie latać na mini termonuklearny reaktorek, który wsadzą ci w dupę - syknęła. - Zamiast kutasa zamontują ci korbkę, w razie awarii uruchomisz ręcznie.

Olgierd Rot wybuchnął głośnym śmiechem. - Ty to zawsze… - Po kłótni o córkę Alicji ich początkowa wrogość zamieniła się w zażyłość.

- Tak, to nie będą implanty - powiedział Molle. - To będzie coś innego. Coś co powoduje taki ból, że można zwariować. Dlatego przy selekcji ból był jedynym kryterium. Tylko to się liczyło. A może coś genetycznego. Mają przecież nasze DNA, mogli czegoś tam szukać. A może jeszcze coś innego…

- Ale nie istnieje nic innego - krzyknął Sznurowski. - Implanty tylko mają sens. Przed epidemią Chińczycy robili to już… Na ograniczoną skalę, ale jednak…

- Gówno - przerwała mu Kasjańska. - To będzie coś bardziej paskudnego niż jakieś implanty, zobaczysz. Nawrocki ostatnio patrzy na nas jak na jakieś prosiaki prowadzone na rzeź. Zobaczycie. Ból na krzyżu to była pieszczota. Jeszcze będziemy się błogo uśmiechać wspominając krzyże.

- A był ktoś w tym skrzydle technicznym za gabinetem Junkera? - zapytał Hlaszke. - Tam coś robią…

- To ty się wszędzie kurwa kręcisz, to ty powinieneś wiedzieć - Kasjańska przeniosła na niego swoje ciemne oczy.

- Tam mają non-stop trzech wartowników. No i nie ma innego wejścia. Sprawdzałem… Wiele razy.

- Kupę ludzi się tam kręci - mruknął Molle.

- I Junker tam często chodzi - szepnął Henryk. - Słuchajcie, to może mają tam jakiś mutagen, co? I przemiana boli tak bardzo, że… - przerwał i oblizał suche usta. - Będziemy mutantami…

- Sznurowski kurwa - Kasjańska pokręciła głową z niedowierzaniem. - Ale ty jesteś debil…

 

Rozdział 20

 

Zmienił się na twarzy, ale Anna rozpoznała go bez trudu. Paavo Kerinen. To on ją uwolnił od Yokai. Teraz miał wychudłą twarz i podkrążone oczy. Stał przed nimi w mundurze zwiadu z kciukami wciśniętymi w pas uprzęży. Na szyi miał regularną wypukłą bliznę rozdzielającą jasną skórę twarzy od trzy tony ciemniejszej skóry reszty ciała. Był wysoki, ale dużo szczuplejszy niż poprzednio.

Kasjańska, Rot, Molle, Sznurowski i Hlaszke siedzieli w milczeniu wpatrzeni w projektor holograficzny. Dla nich to był kolejny nauczyciel i kolejne zajęcia. Po wykładach dotyczących orientacji w terenie, rozpoznawaniu jadalnych roślin, nauce zakładania sideł i pułapek oraz pozyskiwania wody teraz przyszła kolej na to. Anna przypomniała sobie nazwę wykładu: „Taktyka walki”.

Kerinen podszedł do laptopa leżącego na stoliku pod ścianą i uruchomił program. Także ją rozpoznał, była tego pewna, bo gdy omiótł wzrokiem ich twarze na niej zatrzymał się ułamek sekundy dłużej.

- Jestem sierżant Paavo Kerinen – rozpoczął gdy za nim zaczęła obracać się holograficzna kula ziemska. - Heinz prosił mnie, bym przekazał wam wiedzę o tym, co może was spotkać na zewnątrz. Wiem, że przynajmniej niektórzy z was, coś o tym wiedzą - tutaj jego wzrok powędrował ku Annie - ale myślę, że będę mógł do tego wiele dodać.

- Oto reguły pracy. Nie wiem jak robili moi poprzednicy, ale ja nie chcę żadnych notatek, żadnego pisania. Możecie nagrywać jak chcecie, zresztą ja nagrywam ten wykład i będzie już dzisiaj, tak jak każdy następny, dostępny w mediotece zaraz po zajęciach. Jest mało czasu, więc nauka ma mieć miejsce tu i teraz. Chcę waszej uwagi i całkowitej koncentracji. Wszystko, co powiem to proste i praktyczne rzeczy, więc na pewno nie będziecie mieli trudności z ich zrozumieniem i zapamiętaniem. Chcę żebyście patrzyli tylko na mnie lub na rzeczy, które wam pokazuję. Można mi przerwać i zadawać pytania, pytania zawsze pomagają w rozumieniu. Czy zasady są jasne? – zapytał i znowu przeciągnął wzrokiem po twarzach swoich słuchaczy. Nikt się nie odezwał, ale wszyscy skinęli głowami. To mu wystarczyło, bo wskazał na hologram i mówił dalej.

- Tam na zewnątrz jest już nowa Ziemia. Wszystko, co czytaliście i oglądaliście o starej Ziemi, nie jest już prawdą. Miasta rozpadają się, tamy pękają, rzeki wylewają, łąki i pola zamieniły się w lasy, a lasy zamieniły się w puszcze. Nowa Ziemia zaroiła się od zwierząt, a człowiek zniknął niemal całkowicie. Tak to wygląda. O Europie wiemy najwięcej. Niektóre obszary, szczególnie na wschodzie są skażone radioaktywnie. Po trzeciej fali epidemii zarówno w Rosji jak i Stanach Zjednoczonych uruchomiły się systemy pośmiertnego odwetu. Wystrzelono kilka tysięcy rakiet balistycznych z głowicami atomowymi. Wiemy na pewno, że tak było, to nie są żadne domysły. Rakiety nie sięgnęły celu. Zestrzelili je Pokale, albo, co bardziej prawdopodobne, wysłali je w przestrzeń kosmiczną i uratowali w ten sposób Ziemię oraz tę resztkę ludzkości, która jeszcze na niej została. W Europie środkowo-wschodniej zanotowaliśmy jedynie sześć wybuchów taktycznych głowic nuklearnych nieprzekraczających pięćdziesięciu kiloton. Najprawdopodobniej były to rosyjskie rakiety średniego zasięgu. Najbliższa sto kilometrów od terytorium dawnej Polski gdzieś na granicy litewsko-łotewskiej. Kolejna na południu Ukrainy, w okolicach Odessy bądź Krymu. Na świecie było około siedmiu dużych wybuchów o mocy przekraczającej jedną megatonę.

Ziemia się zmieniła i zmieniły się również prawa, które na niej teraz panują. Wszystko, co jest na zewnątrz, nie jest już nasze. Straciliśmy to ponad dwadzieścia lat temu. Musicie zapamiętać, że na zewnątrz nie jesteście myśliwym, ale zwierzyną. Jesteście szczurami, które przemykają z jednej piwnicy do drugiej. Dlatego nazywamy się zwiadem. Ale to i tak przesada - pokiwał smutno głową i przeszedł za obracający się powoli holograficzny glob. Spojrzał na planetę w zamyśleniu.

- Na nowej Ziemi musicie się ruszać - kontynuował po chwili - mobilność jest najważniejsza. To nie broń i nie pancerz, ale wasza szybkość jest najważniejsza dla przetrwania i powodzenia zadania, z którym wychodzicie z Olbrzyma.

Podszedł do komputera i przełączył na następny slajd. Pojawił się na nim fragment lasu z pozieleniałym, betonowym bunkrem wystającym z mchu i powalonych, gnijących pni drzew.

- Dzięki mobilności można uniknąć walki i osiągnąć cel. My nie chcemy walczyć, nie chcemy nikogo pokonać. Nie ma znaczenia czy każdy z was zabije jednego, dziesięciu czy nawet tysiąc degeneratów i tak będzie ich za dużo. Biegamy jak szczury - szybko, bezgłośnie od kryjówki do kryjówki. Na te kryjówki w zwiadzie mówimy meliny. Jedną z nich macie na slajdzie. Obecnie mamy meliny w promieniu dwustu kilometrów od Olbrzyma. Trzeba o nie dbać, bo watahy psowatych i degeneraci odnajdują je i niszczą. Dlatego nie jesteśmy w stanie utrzymać melin dalej niż dwieście kilometrów od Olbrzyma. Nie jesteśmy też w stanie ich budować od podstaw. Adaptujemy stare umocnienia, bunkry i piwnice.

- I co jak dotrzecie do meliny? - zapytał Henryk poruszając się nerwowo w fotelu. Anna usłyszała w jego głosie nutę, która pojawiała się zawsze, gdy w coś powątpiewał lub z czymś się nie zgadzał.

- Blokujemy wejście i siedzimy tam do świtu - odpowiedział Kerinen. - Dotarcie do meliny zajmuje przeciętnie od ośmiu do dziesięciu godzin. Tak to jest pomyślane. To około pięćdziesięciu-sześćdziesięciu kilometrów po trudnym, lesistym terenie. Wieczór i noc wykorzystujemy na odpoczynek, posiłki i sen.

- Ale to nieracjonalne - powiedział Sznurowski. Anna zauważyła, że Henryk zaczął mówić głośniej niż zwykle. Postępował tak, gdy był gotowy na spór. - Po co tak szybko biec? Nie lepiej iść czternaście godzin i dziesięć zostawić na odpoczynek. To mniej wycieńcza, jest racjonalniejsze energetycznie. Przecież to oczywiste.

- To prawda - zgodził się z nim Kerinen - to jest racjonalnie energetyczne, ale istnieją inne ważne czynniki, które wymuszają takie postępowanie - przełączył na następny slajd i odczekał chwilę by każdy go obejrzał. Hologram przedstawiał watahę kilkudziesięciu psów. Różniły się między sobą umaszczeniem i budową, ale każdy ważył co najmniej dwadzieścia kilogramów. Miały zmierzwioną, brudną i posklejaną sierść, poprzecinane bliznami pyski i poobgryzane uszy. Odsłaniały kły ociekające śliną. 

– To głównie z ich powodu poruszamy się tak szybko – wytłumaczył Fin. - Lasami rządzą watahy. Ich terytoria liczą od kilkuset do kilku tysięcy kilometrów kwadratowych w zależności od liczebności watahy. Gdybyśmy poruszali się wolniej psowate wytropiłyby nas i zaatakowały na własnym terytorium. Taka walka może kosztować życie członków drużyny i zawsze oznacza stratę czasu. Rezerwa wody, żywności i amunicji nie jest niewyczerpywalna. Walka z watahą to co najmniej kilka godzin, ale zwykle kilkadziesiąt. Szybsze poruszanie pozwala na przecięcie w ciągu dnia terytoriów rywalizujących watah, co zmniejsza ryzyko ataku w otwartym terenie...

- Nie potraficie sobie poradzić z hordą psów? – przerwał mu znowu Sznurowski, a w jego głosie słychać było niedowierzanie. Poprawił nerwowo okulary, gdy Kerinen skierował na niego zimne, stalowe oczy.

- Wyciągasz niewłaściwe wnioski. Jedynym przeciwnikiem, którego nie jesteśmy w stanie pokonać na zewnątrz są drony Apokaliptian – odpowiedział spokojnie Kerinen. – Cała taktyka walki, taktyka poruszania, a nawet to, że siedzimy w Olbrzymie ma głównie przyczynę w działaniach Apokaliptian.

Kerinen kliknął i na slajdzie ukazał się hologram drona na tle jasnego nieba. Cylindryczny pancerz maszyny poprzecinany był głębokimi bruzdami. Czarny kształt obracał się powoli wokół własnej osi.

- Patrolują dzień i noc - kontynuował Kerinen. - Są wysoko, nawet w pogodny dzień nie da się ich dostrzec gołym okiem, ale są tam zawsze. Uważamy, że są to zautomatyzowane maszyny stworzone lub adaptowane wyłącznie po to, by zabijać ukrywających się ludzi. Nawet pojedynczy strzał oddany z broni palnej może być wykryty przez drona. Kilka strzałów sprowadzi je na pewno. Schemat jest prosty. Najpierw przylatuje jeden dron patrolujący dany obszar w czasie od sześćdziesięciu do około stu pięćdziesięciu sekund. Kolejnych kilkanaście dolatuje w odstępie kilku minut. Przeszukują obszar około dziesięciu kilometrów kwadratowych zabijając ludzi. Nie są w stanie rozróżnić degeneratów, ludzi zarażonych hormurią i zdrowych, więc zabijają wszystkich. Potem patrolują teren przez dobę i rozlatują się na poprzednio zajmowane pozycje.

- A nie możecie po prostu wytłumić broni – zapytał tym razem Olgierd Rot. Sznurowski popatrzył na niego i pokiwał głową jakby chciał go pochwalić za dobre pytanie, które sam chciał zadać.

 - Drony wyposażono w wieloczynnikowy system wykrywania celów – odparł Kerinen. - Samo wytłumienie nie jest wystarczające. Możliwe, że wykrywają również dym, może szybko poruszający się pocisk, może wysoką temperaturę - tego nie wiemy do końca, ale samo wytłumienie broni nie wystarcza. To zostało sprawdzone. Drony oprócz strzałów z broni palnej wykrywają także pracujące silniki elektryczne, spalinowe, sztuczne światło, fale radiowe, a nawet silne baterie i akumulatory.

- Więc nie da się z nimi walczyć? – zapytał znowu Rot.

- Powinniśmy tego unikać za wszelką cenę – odpowiedział Kerinen. – Strącenie drona poruszającego się na dużej wysokości na płaskim terenie jest bardzo mało prawdopodobne nawet za pomocą wielkokalibrowych karabinów i broni przeciwlotniczej. Drony otoczone są polem siłowym. Pole pozbawia pociski energii kinetycznej zanim osiągną cel. Trzeba jednak pamiętać, że pole siłowe jest słabsze im dron jest niżej nad powierzchnią ziemi i im dalej od innych dronów. Nasi inżynierowie odkryli, że energia potrzebna do utrzymania pola siłowego jest przekazywana bezprzewodowo między dronami i ze źródła centralnego, ale wszystko, co znajduje się pomiędzy źródłem energii, a dronem zakłóca ten przepływ. Pod powierzchnią gruntu, w piwnicach lub budynkach o grubych ścianach izolowanych termicznie wszelki przepływ energii zanika. W takich warunkach pole siłowe może zostać wyczerpane już przez kilkadziesiąt pocisków z karabinu szturmowego.

- I wtedy można je rozwalić – mruknęła Alicja do siebie. Anna usłyszała ją tylko, dlatego że siedziała obok.

- Drony są opancerzone – kontynuował Kerinen. - Jest to twarde i lekkie tworzywo, bardzo wytrzymałe. Dotąd nie jesteśmy w stanie powiedzieć co to jest. Pancerz ma cztery i pół milimetra. Doświadczenia wykazały, że nawet przeciwpancerne pociski z karabinów szturmowych nie są w stanie go przebić. Skuteczne jest tylko wielkokalibrowa broń przeciwpancerna.

- Czyli nie można ich rozwalić? – zapytała Alicja.

Kerinen uśmiechnął się i podszedł do komputera. Anna zauważyła, że jego uśmiech nie był naturalny. Kąciki ust unosiły się w odpowiedni sposób, ale reszta twarzy nie podążała za tym ruchem. Fin obrócił hologram drona frontem w kierunku Alicji i zatrzymał go w tym położeniu. Nienaturalny uśmiech nie znikał z jego twarzy. Alicja poruszyła się niespokojnie jakby poczuła, że kierują w jej stronę lufę działa armatniego.

- Podstawową bronią dronów są pociski energetyczne – mówił dalej Kerinen. - Przy formowaniu pocisków drony korzystają z tej samej energii, która utrzymuje ich pole siłowe i odpowiada za napęd. Od mocy pocisku zależy szybkostrzelność. Dron może stosunkowo szybko strzelać do ludzi, szybkostrzelność to około 60 strzałów na minutę, ale pociski mają wtedy zabójcza moc jedynie wobec nieopancerzonych celów. Taki pocisk uderzający w nasze najgrubsze grafiksowe płytki spowoduje jedynie oparzenia. Drony dostosowują jednak moc pocisku do celu, więc i tak w walce z nimi musicie zakładać, że pojedynczy strzał to śmierć. Ważne jest jednak to, że pocisk opuszcza bruzdę jedynie z jej centralnej części i leci zgodnie z osią drona. Aby wycelować maszyna musi zmienić pozycję tak, aby cel znalazł się dokładnie naprzeciwko środkowej części frontalnej bruzdy. Daje to nam przewagę w walkach w ciasnych korytarzach i budynkach, ale już żadnej na otwartej przestrzeni.

- Ale czy ktoś już to zabił? – dopytywała się Alicja. Wydała się chorobliwie pobudzona. Odruchowo jednak zeszła z linii strzału holograficznej maszyny odchylając się w bok i niemal dotykając Tomasa Hlaszke, który błazeńsko rozpostarł ramiona i mruknął coś filuternym basem.

- Wojska zwiadowcze zniszczyły cztery drony - odpowiedział Kerinen. - Wszystkie te przypadki były inne, ale wszystkie miały miejsce w warunkach odcięcia drona od źródeł energii, czyli w piwnicach, podziemnych poziomach wielokondygnacyjnych budynków i w jaskiniach. Najbardziej efektywnym sposobem jest jednak wciśnięcie lufy w bruzdę frontalną i wystrzelanie seriami tylu magazynków ile macie, najlepiej amunicji przeciwpancernej. Jest to możliwe, gdyż dron w ciasnych przestrzeniach wyłącza pole. Inaczej nie mógłby się przez nie przecisnąć. Z jakiś powodów nie strzela, gdy wsadzi się lufę karabinu we frontalną bruzdę. Nasi inżynierowie nie wiedzą dlaczego, ale pewnie z podobnego powodu, dla którego nie strzela się z armaty z zaczopowaną lufą. Pamiętajcie jednak, że z dronami się nie walczy. Na zewnątrz robimy wszystko, żeby ich uniknąć.

- To po co w ogóle dźwigać ze sobą te karabinki - jak i tak prawdopodobieństwo, że zabijemy za ich pomocą drona jest tak małe? – zapytał Olgierd Rot.

- Sensory dronów też mają swoje ograniczenia – powiedział Kerinen. - Ich sensory nie działają w tych samych miejscach gdzie nie działa pole siłowe, czyli generalnie pod ziemią. Wiemy to z doświadczenia. Było to wielokrotnie sprawdzone.  Możemy tam więc używać karabinków.

Kerinen podszedł do laptopa, dotknął klawiszy i obraz drona zniknął z ekranu. Znowu zastąpiła go kłębiąca się sfora psów.

- Wiecie już jak drony zmieniły naszą sytuację – podsumował - więc pewnie teraz będzie wam łatwiej zrozumieć taktykę poruszania się i walki w terenie – wyprostował się i założył ramiona na piersi. - Na powierzchni rządzą psowate i degeneraci. Degeneraci opanowali tereny zurbanizowane i tereny wokół miast. Psowate rządzą wszędzie indziej. Poruszamy się od meliny do meliny. Standardowe szlaki do dużych miast szczególnie Wrocław, Drezno i Praga. W kilku miejscach mamy placówki stałe. Najczęściej to wielkie magazyny dawnych wielkich sklepów - okolice Wrocławia i Sosnowca.

- A co jeżeli psy albo degeneraci zaatakują w otwartym terenie? – zapytał Henryk. Kerinen westchnął i Annie wydawało się przez chwilę, że dostrzegła w jego oczach znużenie bardzo starego człowieka, ale po chwili to zniknęło i Fin odpowiedział rzeczowo i zwięźle.

- Nigdy nie chodzimy tymi samymi drogami, by uniemożliwić zasadzkę. Na terytorium jednej watahy albo hordy posiadamy zawsze kilka melin. Trudno im pilnować wszystkich dróg, ale rzeczywiście zdarza się, że nas zaskoczą. Każdy z żołnierzy posiada jednak kolce na butach i nadgarstkach. Nazywamy je drapakami. Wszyscy wchodzą na drzewa zapinają się pasem i strzelamy z kusz, aż wytłuczemy kłębiące się w dole psy i degeneratów.

- A jak nie ma drzew?

- Żaden dowódca drużyny nie przeprowadza swoich ludzi przez goliznę, chyba że musi. Golizną nazywamy młody las, którego drzewa nie utrzymałyby ciężaru człowieka i wszelkiego rodzaju łąki, bagna i polany. Oczywiście nie da się uniknąć sytuacji bez ryzyka. Czasami po prostu trzeba przejść przez goliznę, czasami trzeba przekroczyć rzekę wpław lub na moście. Wtedy jesteśmy narażeni na atak. Kiedy on nastąpi dowódca drużyny, i tylko on, może wydać rozkaz otwarcia ognia. Od tego momentu każdy działa na własną rękę. To czy ktoś przeżyje, czy nie, zależy od szczęścia. Ale o procedurach w takich wypadkach też będzie później – Kerinen zerknął na zegarek. - Powtarzam, dzisiaj chciałbym się skupić na ogólnym zarysie.

- Dobrze, ale ja chciałem o tych dronach - Henryk wydawał się mocno podekscytowany. - Co o nich wiemy? Skąd wiemy, że to maszyny? Skąd mają energię i skoro zestrzeliliśmy je to czy nasi inżynierowie nie mogą wykorzystać tej technologii... - chciał zadawać kolejne pytania, ale Kerinen uniósł dłoń żeby go powstrzymać.

- Nie jesteśmy pewni czy pojazd Pokali to rzeczywiście dron bojowy, czy też maszyna pilotowana przez osobnika ich rasy. Nie można wykluczyć niczego. Apokaliptianie mogą już być cywilizacją nieorganiczną, nieśmiertelną poprzez transferowalną świadomość. Jest wiele możliwości. Wewnątrz drona znajduje się niewielki jądro złożone z komórek na bazie węgla, ale zdaniem naszych inżynierów może to być równie dobrze jakiś rodzaj organicznego komputera, a nie żywa istota, albo jej wyizolowany organ. Niestety nie da się tego zbadać, bo za każdym razem, kiedy wyjmowaliśmy te komórki, były już martwe i zachodziły już procesy rozkładu. Roboczo przyjęto jednak, że to autonomiczny dron bojowy. A nad technologią prace trwają, tak przynajmniej twierdzą nasi mądrale. Na razie na tym zakończymy. O dronach będzie oddzielny wykład i na nim wyjaśnimy wszystkie wątpliwości.

Kerinen włączył kolejny holoslajd i pod projektorem wyrosła trójwymiarowa fizyczna mapa Polski. Fin nie objaśniał znaczenia licznych różnokolorowych punktów tylko dokonał zbliżenia na obszar Morza Bałtyckiego. W centralnej części Zatoki Gdańskiej widniał ciemny graniastosłup. Kerinen obniżył pułap obserwacji na wysokość tysiąca metrów, nakierował obraz na graniastosłup, który urósł teraz do rozmiarów góry i przełączył mapę w tryb powolnego obracania się wokół podświetlającego się co kilka sekund na czerwono celu. Anna popatrzyła uważnie na model. Obiekt był masywny, poprzecinany bruzdami i wisiał wysoko nad powierzchnią wzburzonego morza. Rozszalałe grzywacze pieniły się i piekliły, ale nie mogły go dosięgnąć.

- Podstawa jest dziesięć metrów nad lustrem wody – zaczął Kerinen. - Kształt zbliżony do graniastosłupa foremnego o wysokości około dwóch tysięcy dwustu metrów i podstawie sześciokątnej o boku trzystu metrów – Kerinen dokonał kolejnego zbliżenia, i wyłączył czerwone podświetlenie. - Model na tej mapie został wykonany na podstawie kilku tysięcy zdjęć, jakich dokonała drużyna zwiadu, która tam dotarła. Zdjęcia dokonano z Helu. Obiekt zawisł nad zatoką krótko po ostatniej fali epidemii. Może to być statek macierzysty albo lądownik. Trudno powiedzieć.

- I wisi tam dwadzieścia lat i się nie rusza? – zapytał Sznurowski wyraźnie zafascynowany.

- Najprawdopodobniej, ale nie wiemy na pewno. W ciągu ostatnich dwudziestu lat zwiad dotarł na Pomorze dwa razy. Ostatni raz trzy lata temu. Wtedy obiekt wciąż tam był. To baza dla dronów i innych pojazdów Apokaliptian. Tam ciągle roi się od maszyn. Naszym zdaniem to ten statek jest źródłem fal, które dostarczają energię do dronów.

Zapadła cisza. Anna wpatrywała się w gigantyczny, pulsujący czerwony kształt unoszący się nad powierzchnią morza. Pamiętała matkę jak mówiła jej, że jeszcze kiedyś na pewno zobaczy morze. Całe dzieciństwo o tym marzyła, a matka zapewniała ją, że tak może się zdarzyć. Ojciec wtedy miał na twarzy dziwny grymas, którego wtedy nie rozumiała.

- Mamy jeszcze kilkanaście minut – powiedział Kerinen patrząc na zegarek na brązowym, skórzanym pasku. Podszedł do komputera i po chwili morze zastąpił hologram przedstawiający dużego, wychudłego psa. - Dzisiaj jeszcze zwięzła charakterystyka głównych zagrożeń na zewnątrz.

-To jest nasz główny przeciwnik - wskazał na hologram. Raczej unikamy dużych miast i ich obrzeży, więc najczęściej spotykanym zagrożeniem są psowate. Watahy liczą od kilkunastu do kilkuset osobników. Zaraz po epidemii miliony bezpańskich psów zaczęły łączyć się w grupy. Było ich w Polsce około ośmiu milionów i szybko zaczęły się rozmnażać. Szacuje się, że ich liczba osiągnęła około pięćdziesiąt milionów w szczytowym momencie. Na początku pożywienia było aż nadto: ciała ludzi leżące na ulicach, bezbronni chorzy wyczerpani po atakach hormurii, miliony sztuk trzody chlewnej, bydła, ptactwa i owiec uwięzionych w budynkach lub rozpierzchłych po polach. W następnych latach psowate musiały jednak rywalizować o pożywienie. Drapieżników było więcej niż ofiar. W toku tej selekcji powstały dzisiejsze watahy złożone z najinteligentniejszych i najlepiej przystosowanych ras. Wśród nich istnieją również wilcze watahy, ale jest ich jeszcze stosunkowo mało. Watahy atakują w różny sposób w zależności od wielu czynników w szczególności liczebności, pory roku, dnia lub nocy, rodzaju terenu i warunków pogodowych. Na taktykę walki z psowatymi poświęcimy jednak oddzielny wykład.

Kerinen podszedł do komputera i nacisnął kolejny guzik. Pod projektorem pojawił się mężczyzna w wieku około czterdziestu lat o zarośniętej i ogorzałej twarzy. Był ubrany w połataną ze skrawków skóry, grubą kurtę z obciętymi do przedramion rękawami i spodnie. Na nogach miał sportowe buty. Spod zmarszczonych brwi błyszczały niespokojne oczy.

- Degeneraci. Nasi naukowcy zżymają się na tą nazwę, ale wszyscy tak mówią, więc nie będę robił cyrków. I pamiętajcie: degeneraci nie są ludźmi. Wyglądają jak ludzie, poruszają się jak ludzie, a nawet mają swój prymitywny język, ale to nie są ludzie. Degeneraci natychmiast rozpoznają ludzi i ich zabijają. W ich żyłach, tak jak we krwi zwierząt, krąży wirus, który uniemożliwia jakiekolwiek krzyżowanie między naszymi gatunkami. Można powiedzieć, że mają wiele więcej wspólnego z żyjącym kilkaset tysięcy lat temu człowiekiem pierwotnym niż z nami - przynajmniej pod względem zachowania. Żyją w kilkudziesięcio, a częściej kilkuset osobowych grupach. Wiodą raczej osiadły tryb życia i polują wokół swoich siedzib. Najczęściej zamieszkują budynki, rzadziej jaskinie. Wędrują tylko, gdy zostali wyparci przez inną grupę degeneratów lub jeśli wyczerpali źródło pożywienia na danym terenie.

Degeneraci dzielą się na pierwotnych i wtórnych. Pierwotni to osobniki zarażone w toku epidemii, a wtórni to pokolenia urodzone przez zarażonych. Są między nimi wyraźne różnice. Mózgi tych pierwszych zostały uszkodzone, a tych drugich zdegenerowane. Dla nas żołnierzy jest to ważne ze względu na odmienną charakterystykę przeciwnika. Pierwotni są wyraźnie wolniejsi i mniej sprawni niż drugie pokolenie. Wynika to z tego, że są starsi, najczęściej mają od czterdziestu do sześćdziesięciu lat. Wirus przetrzebił jednak populację i pozostawił osobniki najzdrowsze i najsprawniejsze, więc nie ustępują oni szybkością i wielokrotnie przewyższają wytrzymałością i siłą przeciętnego człowieka. Dla nas najistotniejsze jest jednak, że wirus uaktywnia się u nich w chwili stresu wpływając na ich taktykę walki. Nadal wpadają w hormuryczny szał i używają do walki jedynie prymitywnej broni i zębów. Nie potrafią używać broni miotanej poza kamieniami. Najczęściej atakują wyposażeni w siekiery, noże i pałki. Nie uciekają i nie odczuwają strachu przed śmiercią.

Kerinen przełączył slajd i mężczyzna w kamizelce zniknął. Zastąpiło go hologram młodego mężczyzny z nagim, wytatuowanym torsem. Na nogach miał postrzępione dżinsy, a na stopach skórzane, zdobione frędzlami buty. Pierś przepasał mu skórzany pas, w który wpleciona była pochwa na nóż. Na plecach wisiał wykonany z plastikowej rury kołczan. W ręku trzymał nowoczesny łuk sportowy z włókna węglowego.

- Wtórni są jeszcze szybsi i wytrzymalsi niż pierwotni, ale przede wszystkim inteligentniejsi – kontynuował Fin. - Drugie pokolenie degeneratów potrafi wytwarzać i posługiwać się prymitywną bronią dystansową taką jak oszczep i łuk. Przede wszystkim jednak są wolni od hormurii. Dzięki temu reagują na ponoszone straty, potrafią się wycofać, przegrupować oraz zastawiać zasadzki. Współpracują i atakują w grupach. Poza dronami, to najbardziej wymagający przeciwnik, z którym możemy się spotkać.

- Może można byłoby się z nimi porozumieć? - zasugerował Olgierd. - Może potrafią mówić i można to jakoś wykorzystać.

- To nie jest możliwe i nie myślcie o tym - zaprzeczył Kerinen. - Wy jesteście żołnierzami i macie wykonywać zadania. Degeneraci są wrogiem bez względu jak blisko są spokrewnieni z naszym gatunkiem. Zapamiętajcie to dobrze. Takie myśli mogą kosztować czyjeś życie. Możecie się zawahać na ułamek sekundy… i tyle wystarczy.

Kerinen podszedł do komputera i go wyłączył. Hologram przedstawiający degenerata zamigotał i zniknął.

- Na dzisiaj koniec – powiedział i wskazał im drzwi.

 

Rozdział 21

 

W gabinecie Junkera zamigotało blade światło. Nawrocki zamknął za sobą drzwi i podszedł do biurka.

- Cicho jak w grobie – pomyślał.

Ściany były tutaj grube i oprócz jednostajnego pisku w uszach, przypadłości, która dokuczała mu od dzieciństwa, słyszał jedynie buczenie lampy na suficie.

Położył na blacie biurka sześć kartek zapisanych odręcznym pismem, wyjął z kieszeni klucz i otworzył drzwi blaszanej szafy. Stało w niej sześć segregatorów. Na każdym wydrukowano imię, nazwisko i numer. Wyjął pierwszy segregator i położył go na biurku.

- Numer dwa, Alicja Kasjańska – przeczytał na głos, aby chociaż na chwilę przerwać irytującą ciszę.

Numery na grzbietach nie były przypadkowe, Junker uszeregował ich według jakiegoś kryterium. Nawrocki popatrzył na nazwiska umieszczone na grzbietach pozostałych segregatorów. Pierwsza była Jastrzębska, trzeci Rot, potem Hlaszke, Molle, a na końcu Sznurowski. Rozpiął metalowe klamry segregatora z informacjami o Kasjańskiej. Mógłby przysiąc, że przed tygodniem Hlaszke był przed Olgierdem Rotem. Nie, nie mógł się mylić, tak było na pewno.

Przerzucił kilka ostatnich kartek w segregatorze. Nie zauważył nic ciekawego. Dressler, Lewandowski i Kerinen również pisali raporty. Nie były one długie, bo większość zajęć przebiegała bez wydarzeń godnych wspomnienia. Obszerne raporty z zajęć były rzadkie i Nawrocki, kiedy napotkał na takowy, czytał go z ciekawości po kilka razy. Sam sporządził raport wykraczający poza jedną stronę jedynie raz, raz w ciągu ponad czterech miesięcy, a przecież był z nimi niemal bez przerwy. Opisał w nim incydent, który zdarzył się na strzelnicy tuż po zakończeniu treningu.

 

*

 

Drużyna zbierała się do wyjścia i wtedy do Alicji podszedł żołnierz. Gert nie znał go dobrze, nigdy nie był z nim na misji. Facet był wielki jak góra i zapewne diabelnie silny. Wołali na niego Fres.

Pierwszego zdania, jakie tamten powiedział do Alicji, Nawrocki nie usłyszał. Ktoś wtedy akurat strzelił i huk zagłuszył słowa. Później w raporcie w oparciu o zeznania świadków Nawrocki napisał, że była to obraźliwa uwaga sugerująca, że szeregowa Kasjańska świadczyła mu w przeszłości niesatysfakcjonujące usługi seksualne i powinna je powtórzyć, ale za darmo. Taki był sens, ale Fres wyraził się bardzo wulgarnie.

- Nie robię już w tym biznesie - odpowiedziała mu na to Kasjańska nie okazując ani złości, ani zmieszania. Zachowywała się tak, jakby gawędziła o tym, co jadła na obiad. - To ciężki kawałek chleba i już mi się nie chce.

Nawrocki był tuż za jej plecami zanim skończyła odpowiadać. Mógł jej nawet położyć rękę na ramieniu, ale nie zdecydował się na to. Inni z drużyny też zebrali się wokół Alicji. Nawrocki podkreślił to w raporcie. To było ważne. Olgierd Rot był pierwszy. To był partner Kasjańskiej, dowódca pary. Stanął nieco z tyłu, ale na odległość skoku do Fresa. Nawrocki zauważył, że w pierwszej chwili Rot zacisnął pięści, ale potem rozluźnił palce. Spróbował nawet się uśmiechnąć. Inni też mieli zawzięte twarze, nawet Sznurowski, którego Kasjańska bezustannie smagała ciętym językiem. Nawrocki poczuł, że wtedy byli już drużyną. Pojawiła się więź. Pojawiło się "My". Gotowi byli rzucić się na tamtego wielkoluda i zatłuc go gołymi pięściami.

Spojrzał na Alicję. Była rozluźniona i uśmiechnięta, a wzrok miała czysty, bez mgły, która pojawiała się, gdy kierował nią gorący gniew.

- Na emeryturze muszę robić to, co wy panowie – rzuciła szczerząc zęby do innych żołnierzy, którzy zaczęli ustawiać się za gburowatym gigantem. – Już nie to zdrowie - westchnęła. - Mówiłam już: kurestwo to ciężki kawałek chleba, lepsza żołnierka… - Kilku żołnierzy wybuchło śmiechem. - Wiecie, trochę postrzelam, trochę pobiegam tak jest łatwiej. Punktów mniej, ale trudno… - wzruszyła ramionami.

Żołnierze zaczęli gwizdać. Spodobała im się ta odpowiedź. Tupet i bezczelność były tu zawsze cnotą.

- Daj spokój Fres - krzyczeli do poczerwieniałego gbura i klepali go po plecach próbując odciągnąć. Ten jednak nie ruszył się z miejsca.

 - Teraz to ona może wynająć twoją tłustą dupę - krzyczeli. - Strzela teraz lepiej niż ty tłuku. Widziałeś jej tarczę? To ty dajesz dupy – rechotali. – Dajesz dupy Fres jak przeterminowany kurwiszon.

Nawrocki znał większość z tych żołnierzy. To były dobre chłopaki i całe zajście traktowali jak żart. Szorstki, mocny, ale zwykły żart. Większość z nich myślała, że na tym koniec i wrócili na stanowiska strzeleckie, ale z jakiegoś powodu Fres ciągnął to wszystko dalej.

- Jak za stara, to teraz za połowę ceny, co? - powiedział chwytając Kasjańską za ramię.

Bezczelność była w zwiadzie cnotą, ale chamstwo już nie. Wielu znało różnicę między chamstwem i bezczelnością. Nawrocki zobaczył kilka rozgniewanych spojrzeń. Kilku ruszyło, by odciągnąć Fresa. Olgierd Rot zacisnął pięści wielki jak cegły, ale Kasjańska powstrzymała go gestem dłoni. Zatrzymał się.

- Musisz poszukać w Rozkoszniaku - powiedziała do Fresa sucho. - Ja już w tym nie robię, chyba rozumiesz po polsku? - Jej twarz stała się nagle kanciasta, oczy zaszły mgłą jak u trupa. Popatrzyła chwilę na Fresa wyzywająco, wyrwała ramię z jego uścisku i ruszyła do wyjścia.

Nawrocki był zaskoczony jej opanowaniem. To było dojrzałe, niepodobne do Kasjańskiej. Z jakiegoś powodu jednak Fres nie zrozumiał, że to, co robi nie jest już zabawne, ale już tylko bezrozumne. Wyciągnął dłoń i jeszcze raz chwycił Alicję za rękaw munduru. Ta pozwoliła się przyciągnąć i w ułamku sekundy wyciągnęła nóż z pochwy na udzie. Zrobiła to tak szybko, że Nawrocki, ani nikt inny nie zdążył zareagować. Objęła żołnierza w talii i uśmiechając się wbiła mu nóż w krocze. Fres zesztywniał i upadł na beton. Próbował powstrzymać krwotok rękami i chwytał powietrze krótkimi haustami jakby ktoś kopnął go w splot słoneczny. Nie krzyczał, tylko zwijał się na ziemi w ciszy. Ciemnoczerwona krew wypłynęła spod niego razem z moczem. Alicja pochyliła się, wytarła nóż w nogawkę jego munduru i schowała do pochwy. Patrzyła na Fresa już bez uśmiechu. Żołnierze ruszyli w jej kierunku, ale Rot i Molle zagrodzili im drogę.

- Będziecie go bronić? – zapytał Olgierd Rot zaglądając im po kolei w oczy. – Nie widzieliście jak było?

Wielu znało i szanowało Rota. Zapadła cisza przerywana jedynie jękami Fresa. Podnieśli go z podłogi i wywlekli ze strzelnicy.

Sprawa nie miała konsekwencji. Ranny trafił do szpitala z przebitą prostatą i uszkodzonym workiem mosznowym, ale utrzymywał, że obrażenia są wynikiem ćwiczeń w posługiwaniu się nożem. Sąd honorowy nałożył na niego karę chłosty. Alicja została również skazana na chłostę, ale Junker nie pozwolił na wykonanie kary argumentując, że Kasjańska nie jest w strukturach zwiadu i nie podlega regulaminowi. Kasjańska jednak poszła sama, by odebrać swoje baty. Ledwo po tym chodziła przez trzy dni, ale zyskała szacunek.

 

*

 

Drzwi nagle uchyliły się i do gabinetu wszedł Heinz Junker. Gert pospiesznie wpiął ostatni raport do segregatora i schował go do szafy. Junker był wcześniej niż zwykle. Przypatrywał się w milczeniu Nawrockiemu, gdy ten zamykał szafę. Nawrocki zawsze czuł się nieswojo, gdy stalowe oczy Junkera ślizgały się po jego twarzy. Sierżant miał coś ze zwierzęcia, które przez lata spokojne, może nagle zaatakować.

- Pójdziesz ze mną do doktora Gruna - powiedział. Zastukał palcami po blaszanym blacie. - Jest mało czasu, mniej niż myślałem i musisz wszystko wiedzieć. Jesteś doświadczonym żołnierzem, więc może będziesz miał dodatkowe uwagi do prototypu.

Gert skinął głową, chociaż nie wiedział o czym mówi Junker. Wyprostował się. Spojrzał na wygoloną do siności, poprzecinaną bruzdami twarz sierżanta.

- Pójdziemy teraz - Junker wskazał na drzwi. – Doktor Grun nie skończył jeszcze pracy. Chyba, że robisz coś… teraz? – zapytał.

Nawrocki nie był pewien czy to jakiś test czy prawdziwe pytanie. Był przecież na służbie.

- Nie robię.

Wyszli na korytarz. Gert z radością powitał szum wentylacji i odległe echa nakładających się na siebie kroków, rozmów, okrzyków i zgrzyt maszyn. Wolał to niż ciszę.

Wyszli z korytarza głównego i przecięli opustoszałą halę z maszynami do scalania płyt grafiksowych. W warsztatach prawie nie było już techników. Tylko nad kilkoma stołami migotały jeszcze zapalone lampki. Skierowali się do biura konstrukcyjnego. Na biurkach stały komputery i kubki z niedopitymi resztkami kawy. Nawrocki wciągał w płuca przyjemny zapach, który skutecznie maskował zaduch i wyziewy Olbrzyma. - Za tą kawę na górze umierają mrówy - pomyślał ponuro.

W kącie pokoju, przy biurku, takim jak każde inne, siedział kościsty mężczyzna o pociągłej twarzy. Kreślił coś na stole za pomocą długiej drewnianej linijki i ołówka co chwilę zerkając na ekran laptopa. Usłyszał ich kroki i wstał.

- Vaclav Grun - przedstawił się wyciągając rękę w stronę Nawrockiego. Był zaskakująco wysoki i mówił przesadnie wyraźnie jakby celebrował każde słowo. Gert stwierdził, że na tak chudego mężczyznę, miał wyjątkowo silny uścisk dłoni.

- Liczyłem, że będzie pan jeszcze w biurze - powiedział Junker. - Chciałbym, aby pan pokazał prototyp szeregowemu Nawrockiemu, nie ma sensu tego odkładać. Szeregowy Nawrocki będzie przekazywał informacje o APE użytkownikom, więc powinien posiadać jak najszerszą wiedzę o ich konstrukcji i eksploatacji. Lepiej żeby zaczął uczyć się jak najwcześniej. W dodatku to doświadczony żołnierz - może mieć też uwagi do niektórych rozwiązań. Nie jest chyba jeszcze za późno prawda?

- Nie, niektóre elementy można…, tak można jeszcze zmienić w pewnym zakresie, ale jeśli zależy nam na terminie to nie mogą być to kwestie fundamentalne - obciągnięta cienką skórą twarz Gruna rozciągnęła się w uśmiechu. Nawrocki nie był pewien czy ten uśmiech był szczery.

- Panie sierżancie Junker – ciągnął Grun. - Ja nie robię niczego tak na hala bala. Została w mnie jednak jeszcze pokora i wiem, że zawsze są rzeczy, które można poprawić. Zresztą, mówienie o APE to jak chwalenie osiągnięć własnego dziecka. Ja to lubię – Grun przeniósł wzrok na Nawrockiego i złożył obie dłonie jak do modlitwy. - A więc panie Nawrocki. Zaraz pan zobaczy coś wspaniałego. Proszę za mną – Podniósł kubek z kawą i ruszył energicznym, sprężystym krokiem.

- Pan był w Modlinie, to pan przyniósł kaema z Modlina, prawda? – zapytał nie odwracając się.

- Nie no, była tam cała drużyna...

- Tak, tak drużyna… No, ale to co przynieśliście bardzo nam pomogło...

Mijali kolejne biurka. Grun przechodząc między pokojami włączał świetlówki.

- Szczególnie ten szkielet - kontynuował. - To była pionierska robota. Tamci w Modlinie zrobili coś wielkiego. My tylko udoskonalamy, bo mamy lepsze materiały i doświadczenia z głowochwytem, co pozwala nam zrobić wiele rzeczy lepiej i szybciej. Pamięta pan co tam było?

- Wzmacniacz. To nazywało się wzmacniacz egzobiogeniczny – odpowiedział Nawrocki po krótkim namyśle.

- No właśnie. Tak. My jednak trochę inaczej podeszliśmy do sprawy i nasz projekt nazwaliśmy Autonomicznym Pancerzem Egzomięśniowym, czyli w skrócie APE. Zna pan angielski? Wyszła z tego małpa. Szukaliśmy najlepszej nazwy, ale w końcu stanęło właśnie na tym: APE. Pan nawet nie wie jak ważna w procesie tworzenia jest nazwa. Niech pan zauważy, że nawet Bóg w procesie tworzenia natychmiast nazywał powoływane do życia byty. Gdy coś nie ma nazwy to tego po prostu nie ma.

Weszli do dużej sali z wieloma stanowiskami roboczymi wyposażonymi w skomplikowane maszyny. Nawrocki nie potrafił powiedzieć nawet w przybliżeniu do czego służyły. Pod podeszwami butów trzeszczały drobiny grafiksowego pyłu.

Grun przecisnął się między stołami i wprowadził ich do szklanego pomieszczenia stojącego na środku hali roboczej. Wewnątrz, na wyposażonym w kółka podeście wznosił się APE. Nawrocki odruchowo spojrzał tam gdzie powinna znajdować się twarz. Napotkał ciemną, lśniąca szybę. Resztę głowy osłaniał poprzecinany bruzdami czarny kask. Nawrocki wiedział, że stoi przed nim martwa, pusta skorupa, ale nie mógł się oprzeć wrażeniu, że pod czarnym grafiksem znajdują się mięśnie i organy żywej istoty.

APE wyglądał jakby był pokryty łuską i pasmami regularnie splecionego grafiksu. W okolicach pachwin i szyi drobne rurki zebrano w kiście. Pancerz miał ludzkie kształty, ale proporcje były zaburzone. Wydawał się zbyt krępy jak na człowieka i był pozbawiony talii.

- To pomieszczenie nazywamy akwarium – powiedział Grun podchodząc do swojego dzieła. – Każdy kto tu pracuje musi wiedzieć, co robimy. To bardzo ważne z psychologicznego punktu widzenia. Łatwo się bez tego wypalić. Wiecie, ludzie tu pracują kilkanaście godzin na dobę. Widzi pan te krzesła pod ścianami? Tam siedzimy i po prostu patrzymy. Nie uwierzy pan jak często są zajęte. Ludzie przychodzą tu odpoczywać. Po prostu siedzą i patrzą, a potem wracają z pomysłami. Tak, to naprawdę działa.

Coś metalowego skrobnęło o betonową podłogę. Nawrocki obejrzał się. Sierżant Junker usiadł na krześle, zamknął oczy i założył ręce na brzuchu.

- Wygląda trochę gadzio przez te łuski, prawda? – zapytał Grun. Nie zwracał uwagi na Junkera.

Nawrocki spojrzał znowu na APE.

- Ale to było najlepsze posunięcie konstrukcyjne - kontynuował Grun nie czekając na odpowiedź Gerta. - Te łuski są potrzebne, by uzyskać maksymalną osłonę przy jak największej ruchomości. Ja je nawet lubię.

Inżynier obszedł pancerz dookoła muskając go opuszkami palców lewej ręki. W prawej wciąż trzymał kubek z kawą.

- Łuski rozkładają energię pocisków i uderzeń, o wiele skuteczniej niż zwykła grafiksowa płyta - tłumaczył. - Grafiks jest jeszcze pod łuskami, ale w postaci rurek. Dzięki temu rozwiązaniu uzyskaliśmy bardzo dużą ruchomość kończyn i niewielka wagę.

- A to? – Nawrocki wskazał na zgrubienie zasłaniające górną część pleców, tył głowy i szyję.

- Ten element można demontować - wytłumaczył Grun obchodząc pancerz. - Nazywamy go kapturem. Proszę zobaczyć... - Doktor odstawił kawę na podłogę, przyciągnął drabinkę, wspiął się na kilka pierwszych szczebli i za pomocą małego narzędzia wyglądającego jak szczypce odłączył od barków gruby kawałek łuskowatego grafiksu.

- Ten element służy tylko jako dodatkowa osłona - Grun zszedł z drabinki i podał Nawrockiemu kaptur. - To jeden z niewielu elementów drugiej warstwy, które zdecydowaliśmy się zaimplementować.

- Czemu ma to służyć? - Nawrocki obrócił w rękach kawałek grafleksu, który uginał się mniej lub bardziej w zależności od miejsca, w którym go chwycił.

- To wymyślił sierżant Kerinen. Zauważył, że drony strzelają zawsze z określonej wysokości i w określony punkt. Gdy atakują od tyłu uciekającego żołnierza najczęściej jest to głowa i górna część pleców. Dlatego zdecydowaliśmy się tę okolicę osłonić. Na pewno kaptur powinien wytrzymać dwa strzały. Może nawet trzy, jeżeli trafienia nie będą skupione.

Nawrocki pokiwał głową i oddał kaptur. Doktor złożył go i odłożył na stół. Uniósł palec do ust i pokręcił głową.

- Panie Nawrocki, źle zacząłem. Powinienem zacząć od początku, od podstaw. Wiedza musi być uporządkowana, żeby była przydatna. To, co pan widzi, ten Autonomiczny Pancerz Egzomięśniowy, to efekt naszej ponad rocznej pracy. Autonomiczny - wzniósł w górę swój kościsty i dziwnie długi palec wskazujący. - To najważniejsze w tej nazwie. Pancerz miał być na tyle autonomiczny na ile autonomiczny może być człowiek. Nie wymaga żadnego zasilania w energię oprócz tego, jakie dostarczają węglowodany dostępne w pożywieniu. Dlatego właśnie rozpoczęto nad nim pracę w Modlinie. Ze względu na to, że ktoś gdzieś zorientował się, że runęła ostatnia bariera w budowie egzopancerza dla człowieka, którą od kilkudziesięciu lat był brak odpowiednich źródeł energii. Akumulatory nadal były zbyt ciężkie i starczały na krótko, elektronika wrażliwa na EMP, a wszelkie zasilanie bezprzewodowe natrafiało na ogromne przeszkody techniczne. Ktoś jednak dostrzegł, że postęp w medycynie dotyczący budowy, chirurgii i zasad działania rdzenia kręgowego otwierają nowe możliwości. Wie pan, że ja chyba nawet wiem, od czego to się zaczęło. Tak mi się przynajmniej wydaje. Jeszcze kilka lat przed epidemią było głośno o saudyjskim dziecku, które urodziło się bez rąk. Wada płodu, olbrzymie kalectwo i ten włoski naukowiec, który przeszczepił temu kilkuletniemu chłopcu obie ręce. To było wszystko tajemnicy i tylko dzięki ogromnym środkom finansowym jakie posiadali bogaci rodzice dziecka. To byli Saudyjczycy, a to dziecko było synem księcia, więc pan sobie może wyobrazić, że żadne przeszkody materialne nie miały znaczenia.

Nawrocki kiwał głową próbując nadążyć za wywodem doktora Gruna. Saudyjczycy, książę, środki finansowe – wszystkie te słowa były mu obce, ale Vaclav Grun wydawał się nie dostrzegać jego zmieszania.

- No i udało się. Do rdzenia kręgowego, a dokładniej splotu ramiennego nerwów rdzeniowych podłączono pobrane od zmarłego dziecka ręce i po dwuletniej rehabilitacji osiemdziesiąte szóste w kolejce do tronu książątko mogło samodzielnie jeść, przełączać programy za pomocą pilota i składać pokłony Allahowi. Niech pan mnie dobrze zrozumie panie Nawrocki, to nie były w pełni sprawne ręce, ale niektórym natychmiast przyszło do głowy jak to wykorzystać. Ja nie mówię, że tylko Polakom. Wydaje mi się, że na pewno musieli nad tym pracować Chińczycy i Rosjanie. Oni nie musieli się przecież przejmować etyką. Mogli eksperymentować w takim zakresie, o jakim inni nie śmieli nawet myśleć. Nawiasem mówić Polacy też nie przejmowali się zbytnio etyką. Nie wyobrażam sobie także, żeby szansy nie dostrzegli Amerykanie, Hindusi oraz Niemcy. Czesi na pewno nie. To na pewno. Nasze środowisko naukowe było dość ciasne i każdy z każdym się znał. U nas takich rzeczy się nie robiło. Nie dlatego, że czujemy się lepsi. Jak pan wie z historii naród czeski uprawiał rzezie i mordy na równi z Niemcami, Polakami i Rosjanami, ale takiego czegoś u nas nie dałoby się ukryć. Wiedziałbym o tym. Co do innych krajów to tylko moje domysły.

Grun wytarł szczupłe dłonie w spodnie i westchnął ciężko. Potem, patrząc gdzieś w przestrzeń ponad Nawrockim, pokiwał wolno głową.

- W Modlinie zrobili kawał dobrej roboty - kontynuował gdy otrząsnął się z zamyślenia - tak to już mówiłem, ale powtórzę, to muszę przyznać, znaleźli najbardziej ergonomiczne miejsca dla bolców. Tak, z dokumentacji wynika, że dużo eksperymentowali, to nie była przyjemna lektura, na pewno nie... W każdym razie dzięki nim wiemy jak rozłożyć umięśnienie na zewnątrz ciała. Naprawdę próbowaliśmy znaleźć coś lepszego, ale się nie udało. Do egzomięśni dodali zewnętrzną, natleniającą pompę krwi przez niektórych szumnie zwaną egzosercem. Zakotwiczyli w rdzeniu egzomięśnie, które miały mieć charakter uniwersalny, to znaczy miały wzmacniać mięśnie wewnętrzne w kilku płaszczyznach ruchu.

Nawrocki pokręcił głową. Dopiero teraz zrozumiał w pełni, co mówił do niego Grun. Doktor zamilkł patrząc na niego zachęcająco.

- Ale to znaczy, że te mięśnie są na skórze? - zapytał. - Dodatkowe mięśnie?

- No tak. Dodatkowy wymienialny napęd - odpowiedział Vaclav Grun. - Są wysunięte na bolcach przytwierdzonych do kości tak żeby najbardziej optymalnie spełniały swoją funkcję i żeby można je było łatwo wymienić. Tak jak sznurki na marionetce. Widziała pan kiedyś marionetkę? Są do tego pokryte warstwą antypatogenną no i przykryte egzopancerzem - postukał w grafiks.

- Ale w jakim... - powiedział Nawrocki, ale przerwał w połowie zdania. Chciał sformułować jakieś sensowne pytanie, ale nie mógł zebrać myśli.

- Rozumiem, rozumiem wszystko - odpowiedział Grun uspokajająco. - To na początku musi być trudne, ja też podobnie zareagowałem, gdy zaprezentowano mi materiał z Olbrzyma, nie mówiąc już o badaniach doktora Krugera, które dostarczył sierżant Junker. Tak, to naturalne - Nawrocki poczuł kościstą dłoń Gruna na ramieniu. - Wtedy ponad dwadzieścia lat temu to naprawdę nie wiem, do czego mogło się to przydać. Chcieli pewnie stworzyć jakiś rodzaj superżołnierza. Możliwości wytrenowanego ciała można w ten sposób zwiększyć wielokrotnie. Żołnierz mógłby biec kilkanaście godzin w pancerzu wytrzymującym ostrzał z karabinu maszynowego, pokonać dwieście kilometrów bezdroży i nadal być zdolnym do walki. Pewnie jakby dodali do tego różne elektroniczne systemy wspomagania to byłby jeszcze groźniejszy. Ale my nie chcieliśmy stworzyć takiego czegoś. Teraz ma to o wiele większy sens. Naszym żołnierzom APE ma przynieść trzy korzyści: zasięg, odporność i siłę. APE pozwoli przebiec z dużym ładunkiem kilkadziesiąt kilometrów bez wyczerpania sił, pancerz osłoni przed wszystkim oprócz Pokali, a egzomięśnie ramienne wzmacniają siłę ciosów w walce wręcz. Tylko tyle i aż tyle. 

Nawrocki podszedł jeszcze raz do APE i dotknął gładkiej łuski na udzie.

- Egzomięśnie bez pancerza byłyby podatne na uszkodzenia – wytłumaczył Grun. - Ale nie będą upakowane tak gęsto jak pod skórą. Tam pod pancerzem będzie hulał wiatr – roześmiał się. - Musi pan jednak wiedzieć, że to nie będą zwykłe ludzkie mięśnie. Będą oparte o mięśnie ludzkie, ale gęstość włókien egzomięśni będzie większa niż endomięśni. Zostaną też wprowadzone dodatkowe kieszenie glikogenowe, a włókna zostaną ułożone w taki sposób, by zminimalizować uszkodzenia w eksploatacji. Unerwienie i ukrwienie będzie również bardziej efektywne niż to, co dała nam ewolucja. Wszystko to powoduje, że egzomięśnie efektywniej pracują i regenerują się szybciej niż endomięśnie. W dodatku są pokryte ochronną tkanką zapobiegającą infekcjom i mającą lepsze właściwości chłodzące niż skóra. Bo chłodzenie jest ważne. Czy pan wie, że ponad cztery piąte energii wytwarzanej w mięśniach to ciepło? Nie byliśmy w stanie tego zmienić, ale mogliśmy przyspieszyć chłodzenie i zrobiliśmy to. To nie tylko odpowiedni kształt mięśni, powłoka antypatogenna, ale także obieg powietrza wymuszany ruchem – Doktor Grun umilkł i pochylił głowę. Jego twarz zastygła jakby był robotem, z którego wyciągnięto wtyczkę. Gdy po kilkunastu sekundach nadal się nie odezwał Nawrocki chciał go dotknąć, ale szczupła twarz Gruna uniosła się, a usta rozciągnęły się w uśmiechu.

- Przepraszam, pan tego nie wie, ale ja tak robię, gdy coś nagle przyjdzie mi do głowy. Wie Pan, jakaś myśl godna wdrożenia. Zastygam na chwilę jakbym napotkał wzrok bazyliszka. Mózg to piękna sprawa i pracuje zawsze. Rozwiązania odległych problemów zjawiają się w różnych momentach i muszę wtedy na chwilę zrezygnować ze wszelkiej aktywności, by zapamiętać te cenne myśli. Ale już jestem z panem. Wydaje mi się, że w mój wykład wdarło się nieco chaosu. Spróbuję wszystko usystematyzować - Grun obszedł APE i usiadł na chwilę na jednym z krzeseł pod ścianą. - Egzomięśnie będą pod kontrolą dzięki połączeniu ze splotem krzyżowym i ramiennym nerwów rdzeniowych. Mózg po pewnym czasie rozpozna je jako swoje. Są sposoby by przygotować go na szybką integrację z umięśnieniem. Tak. Umysł to ciekawa sprawa, prawda sierżancie Junker?

Nawrocki przeniósł wzrok na Niemca, który nadal siedział na krześle. Junker otworzył oczy i skinął po prostu głową.

- Przedłużone nerwy ramienne – kontynuował Grun - przepuścimy pod skórą i przyłączymy do sztywno przytwierdzonego do miednicy pasa biodrowego. Szyna zespoleniowa będzie na plecach, w okolicach kości krzyżowej. To właśnie tam, oprócz nerwów, zostaną połączone krwioobiegi zewnętrzny i wewnętrzny. Ta sama krew będzie krążyła w obu krwioobiegach, ale będzie natleniana dodatkowym egzosercem. Mówię egzoserce, ale tak naprawdę to egzopłucoserce. Pozwala na natlenienie krwi i wspomaga jej przepchnięcie przez egzomięśnie. Takie rozwiązanie było konieczne. Nie potrafimy i długo jeszcze nie będziemy potrafili tworzyć odpowiednio skomponowanej sztucznej krwi, by zapewnić regenerację dla egzomięśni. Egzoserce ma małą ekranowaną awaryjną baterię, ale jest głównie zasilane mechanicznie poprzez ruch kończyn dolnych. I to cały APE. Cały proces pod względem medycznych technikaliów pominę, bo wydaje mi się, że nikt z żołnierzy nie będzie chciał go znać w takich szczegółach. A jeżeli będzie chciał to wszystko wyjaśni profesor Por. Ja jestem tu inżynierem, a profesor Por odpowiedzialny jest za sferę biologiczną. On to wyjaśni w szczegółach. Możemy się tak umówić?

- Dobrze… – zgodził się Nawrocki niepewnie. – Mam tylko jedno pytanie. Dlaczego egzoumięśnienie? Nie można było tego… wcisnąć… do wewnątrz?

- Nie, nie, nie – powiedział Grun. – To by było bezcelowe. Takie rzeczy robimy już od dawna po prostu trenując ciało. Tutaj chodziło o coś innego. Chodziło o to, by znacząco zwiększyć dopływ tlenu, składników odżywczych a także spowodować, by zniszczenia tkanki mięśniowej były o wiele bardziej tolerowalne niż w mięśniach wewnętrznych. Jednym słowem, mówiąc inaczej, chodziło o to, by mięśnie można było traktować jak części zamienne. W razie zużycia lub zniszczenia wymieniać je na nowe. Trzeba było też zminimalizować ryzyko odrzucenia tego dodatkowego umięśnienia przez organizm i temu służy ekranowana bariera krwioobiegów. Łatwiej ją utrzymać, gdy połączenie jest tylko na szynie.

- To znaczy, że te mięśnie można wymieniać?

- To nie jest takie proste, ale zasadniczo tak. W każdym razie jest to stukrotnie prostsze niż wymiana endoumięśnienia.

   Nawrocki otworzył usta. Dopiero teraz zrozumiał, że przecież oni im to zrobią. Właśnie im: Annie, Kasjańskiej, Hlaszce i reszcie.

- Ja chciałbym tylko jeszcze się skupić na kilku praktycznych aspektach – kontynuował Vaclaw Grun, który milczenie Nawrockiego wziął za przyzwolenie do kontynuowania wykładu - Mają one swoje źródło w naszej niewiedzy w zakresie funkcjonowania ludzkiego ciała. Otóż zespolenie z egzoumięśnieniem najprawdopodobniej spowoduje u żołnierzy ból. To był największy problem naszych kolegów z Modlina. Dostępne nam procedury medyczne poza szybszym i pewniejszym połączeniem nerwów i naczyń krwionośnych za pomocą mikrobotów nie są lepsze od tych, które stosowano w ośrodku Modlinie. A tam w niemal każdym przypadku występował ból, który nie pozwalał żołnierzom funkcjonować. To był dla nich w Modlinie i teraz dla nas jest najważniejszy problem - Grun zacisnął szczęki i znowu skierował wzrok w stronę APE. Na jego twarzy pojawił się dobrotliwy uśmiech rolnika, który klepie po karku swoją najmleczniejszą krowę. Po kilkunastu sekundach odwrócił się gwałtownie w stronę Nawrockiego. - Ma pan jeszcze pytania? – zapytał.

- Nie – odpowiedział Nawrocki.- Nie mam.

 Grun uśmiechnął się.

- Doskonale. No to teraz zajmiemy się czymś ścisłym, a przez to nieskończenie bardziej przyjemnym. Powiedzieliśmy już, że A to autonomiczny. Teraz P, P czyli pancerz. Pancerz będzie ważył od dziesięciu do dwunastu kilogramów w zależności od budowy i wzrostu żołnierza. To mało. Konstrukcja grafiksowo-grafleksowo-grafelowa, czyli to co mamy najlepsze. Twardy, odporny i tam gdzie trzeba elastyczny. Materiał przyszłości, który pewnie będzie jeszcze miał nam wiele do zaoferowania. Nanorurki pokrywy grafleksowej reagują na temperaturę. Panie Nawrocki. To czysta mechanika. Każda rurka działa niezależnie od drugiej, a jest ich miliony. Elektronika to przeszłość. Przyszłością są materiały takie jak grafiks. Oczywiście zakładając, że ludzie jeszcze trochę pożyją – doktor Grun roześmiał się jakby opowiedział dobry dowcip. Pogładził pancerz po nagolenniku i wskazał na osłony stóp.

- Zaczniemy od dołu. Oto element wyposażenia żołnierza, który w każdej armii od wieków był najważniejszy, a teraz stał się jeszcze ważniejszy - buty. Prowadziliśmy rozmowy z żołnierzami i każdy, ale to każdy narzekał na buty. Panie Nawrocki, teraz pewnie pan i pana buty to jedność. Dotarliście się przez pot i krew, zgraliście jak trzydziestoletnie małżeństwo, ale przyzna pan, że po dwudziestu kilometrach marszu stopa i tak cierpi. A jak jest wilgotno albo ciepło to cierpi wierutnie. I ten podstawowy problem zminimalizowaliśmy w naszym projekcie. Po pierwsze nasz but nie trzyma się na kostce i nie musi obejmować połowy łydki dla jej ochrony. Tę funkcję spełnia inny element. Proszę zobaczyć – doktor Grun popukał w łuskowaty nagolennik. – I jak pan widzi but jest połączony bezpośrednio z nagolennikiem. Proszę, niech go pan dokładnie obejrzy. Nie pan podejdzie.

 Nawrocki dotknął powierzchni buta. Cholewka składała się zaledwie z trzech części. Nie było języka i sznurowadeł. But przypominał bardziej kopyto niż obuwie. Dotknął podeszwy i poczuł, że jest elastyczna, a w niektórych miejscach lepiła się jakby była posmarowana klejem. Kucnął i obejrzał jej spód. Głęboki bieżnik poprzecinany był kilkudziesięcioma przyległymi do siebie okręgami niemal na całej powierzchni. W centrum każdego była niewielki sześcioboczny otwór.

- Śruby wysklepieniowe służą do regulacji kształtu podeszwy – usłyszał głos Gruna, który również pochylił się nad butem. – Można ją dostosować do stopy żołnierza. Podeszwa jest z kilku warstw. Na samym dole jest czepliwy bieżnik, potem wielowarstwowy grafiks, który jest regulowany śrubami wysklepieniowymi, a na końcu skarpeto-pianka trzymająca stopę. Żołnierz nie musi i nie powinien nosić żadnych skarpet. Pianka odciąga wilgoć i jest termoaktywna tak jak i cały but.

- Wygląda dobrze – powiedział Nawrocki prostując się. – A ktoś w tym chodził?

- Ależ panie Nawrocki! – Grun zdawał się uradowany jego pytaniem. - Testy prowadzimy już dwa miesiące. Mało otarć, brak bąbli , odprowadzanie wody również jest wydajne. ..

Nawrocki spojrzał na Gruna, który wyglądał tak jakby oczekiwał pytań.

- Coś jeszcze w tych butach? - zapytał zgodnie z niewyrażonym werbalnie, ale wyraźnym życzeniem doktora.

- Tak. Mamy tutaj rozwiązania wspinaczkowe. My to nazywaliśmy kotwami czepliwymi - Grun wyciągnął z noska i z przyszwy bocznej sztywne zagięte nieco w dół płytki. - Wychodzi to ciężko, ale tak powinno być. To ułatwi wspinaczkę. Kotwy pozwolą utrzymać się stopie w niewielkich szczelinach. Są połączone z podeszwą buta cięgnami, więc utrzymanie się na jednej kotwie nie wyczerpuje nadmiernie mięśni stopy. Trochę to będzie jak wspinaczka lodowa.

Nawrocki odciągnął kotwę, obejrzał, a potem schował ją na miejsce.

- No i musieliśmy ulżyć stopie, która przecież nie będzie wzmocniona, a będzie musiała unieść cały ciężar pancerza, plecaka i dodatkowej masy samych egzomięśni. To było trudne. Stopy są mocne, ale i diabelnie skomplikowane. Wie Pan ile jest tam kości?

Nawrocki pokręcił głową.

- No, po prawdzie to ja też nie wiem dokładnie, ale na pewno dużo. Do rzeczy. Okazało się, ze rozwiązanie problemu było proste: połączyliśmy buty elastycznymi grafleksowymi prętami bezpośrednio z nagolennikiem, by odciążyć stopę. W ten sposób przenieśliśmy dużą część stresu na bolce goleniowe. To bardzo precyzyjna robota wymagająca zgrania buta, nagolennika i prętów. To są dziesiąte milimetra panie Nawrocki. Diablo precyzyjna robota – Grun zbliżył kciuk i palec wskazujący jakby chwytał bardzo mały przedmiot. – Wszystko polega na tym, by pręty odciążały stopę i przejmowały ciężar ciała podczas biegu i niewiele ponad dwadzieścia procent podczas chodu. Chodzi o to by zachować maksymalną kontrolę stopy nad poruszaniem przy jednoczesnym odciążeniu jej od niepotrzebnej pracy jako amortyzator uderzeń. I to działa. Można oczywiście, bo w niektórych przypadkach jest to niezbędne, usunąć pręty, co pozbawi stopy wsparcia. Służy do tego ten przełącznik – Grun pochylił się i wskazał na czarny otwór kilka centymetrów nad piętą buta. Można to zrobić, aby uzyskać całkowitą kontrolę nad stopą, na przykład podczas wymagającej wspinaczki. Pan się zna na wspinaczce prawda?

- Tak. Ale w tych butach? - Nawrocki pozwolił sobie na okazanie sceptycyzmu. - Nie wydaje mi się.

- No trudno. Po pierwsze mobilność, opcjonalnie elastyczność. Musieliśmy coś poświęcić - Grun wzruszył ramionami i wyprostował się z grymasem bólu na twarzy.

- Kręgosłup – mruknął. – Boli jak diabli – wciągnął powietrze i wypuścił powoli. - Dobra. Idziemy wyżej. Nagolenniki. Nagolenniki mają wbudowane drapaki, które trzeba odbezpieczyć i odciągnąć ręcznie przed wspinaczką - Grun wyciągnął czarny, trójkątny kolec ukryty po wewnętrznej stronie goleni w okolicach kostki. - Po odciągnięciu same się blokują, ale warto się upewnić. Wszystkie przełączniki chodzą w pancerzu ciężko i są głęboko osadzone. To ma zapobiec ich przypadkowemu przesunięciu. Proszę spróbować.

Nawrocki włożył palec w zagłębienie między łuskami i nacisnął. Trzeba było dużej siły, by z nagolennika wyszedł kolec.

- Rzeczywiście - powiedział. - Trochę to ciężko chodzi.

- I powinno. Ok. Tyle o nagolennikach. Dalej mamy kolano osłonięte kilkuwarstwowym grafelem, nie ma tu o czym mówić, no i udo. Jak pan widzi pancerz na udzie wygląda naturalnie, udo jest obłe, chociaż grube, ale tylko dlatego, że zastosowaliśmy pochwy wewnętrzne.

Grun pochylił się i podniósł z najniższej półki wózka, na którym stał prototyp APE, miecz z półmetrowej długości ostrzem.

- To też prototyp, niech pan wyciągnie ręce. Trzeba to poczuć. 

Nawrocki wyciągnął dłonie, a Grun położył na nich broń. Miecz był zaskakująco lekki.

- Jest obosieczny, ale jedna strona jest ostra, a druga stępiona. Jedna służy do rozłupywania, a druga do cięcia. Wie pan, że już samurajowie tak robili? Tępili broń, żeby nie utkwiła w ciałach nieopancerzonych wrogów.

- Nie wiedziałem.

- Tak było. Ci żołnierze będą walczyć z degeneratami wręcz. Zupełnie inaczej niż zwiad. To ważne, żeby mieli broń, która zabija szybko i jest gotowa natychmiast do ponownego użycia. Proszę. Tuż pod pasem biodrowym, po prawej stronie jest otwór. – Grun pochylił się i pokazał to palcem. – Pochwa wewnętrzna. Dzięki niej broń nie zawadza w biegu i jest zawsze dostępna.

Nawrocki wsunął broń w otwór wskazany przez Gruna. Ostrze weszło gładko nie wydając żadnego dźwięku. Wystawała jedynie romboidalna głowica.

- To wchodzi w udo?

- Tak. Mówiłem przecież, to pochwa wewnętrzna. Mięśnie będą tak rozłożone na udzie, że zostawią wystarczająco dużo miejsca na broń. Poniżej jest przełącznik, który blokuje ostrze. Po zablokowaniu można wyjąć miecz, ale trzeba użyć dużej siły. Sam nie wypadnie. W drugiej przestrzeni udowej zrobimy kolejną pochwę na broń białą i starczy pewnie miejsca na kieszeń na rewolwer kinetyczny. Jak robocop – roześmiał się Grun. – Widział pan może film? Wiedzę, że nie widział - uśmiech powoli zszedł mu z twarzy kiedy czekał na błysk zrozumienia w oczach Nawrockiego, ale się nie doczekał. Wzruszył ramionami.  - W ostateczności to może być po prostu kieszeń.

- Kerinen przeżył głównie dzięki nadziakowi – powiedział Nawrocki. – To lepsze niż miecz. Rozłupana czaszka to natychmiastowa śmierć. To ma znaczenie, gdy atakuje tłum. Od bełtu albo pocisku kinetycznego mogą umierać długo. W jednej z pochew powinien być nadziak. To doskonała broń.

- Panie Nawrocki – doktor Grun uśmiechnął się i pokiwał głową. - Podobną argumentacją posługiwali się też inni konsultanci. Ma pan podobne zdanie jak sierżant Kerinen, ale w tym zakresie zdecydowaliśmy z sierżantem Junkerem, że zdamy się na indywidualne preferencje żołnierzy. Miecz będzie wyposażeniem standardowym, a zagospodarowanie drugiej przestrzeni udowej będzie wyborem żołnierza. To chyba aktualne sierżancie?

Nawrocki zerknął w stronę Junkera, a ten skinął twierdząco głową.

- Dobrze, teraz omówimy pas biodrowy – kontynuował Grun. - Tu, w części którą nazywamy zgrubieniem lędźwiowym, umieszczone jest płucoserce i szyna zespoleniowa. Płucoserce ma zewnętrzną ekranowaną baterię, która starcza na dwadzieścia cztery godziny, mówiłem to już chyba… Zasilane jest jednak głównie dzięki ruchowi kończyn. Każde ugięcie w stawie kolanowym ładuje baterię i tłoczy krew przez żyły i tętnice. Ale panu nie trzeba znać tych szczegółów. Skupmy się na praktyce. Na pas biodrowy nakładany jest pas funkcjonalny. Mamy tam miejsce do zaczepienia czterech magazynków, granatów, a także manierki i noża. Są też linki do wspinaczki na drzewa. Można je wbić w drzewo, albo opasać całkowicie pień i zaczepić o pas. No, tak jak to teraz robicie, niektórzy przynajmniej. Teraz proszę za mną, tutaj z tyłu jest coś ciekawego - doktor wskazał palcem na grubą, odstającą na kilka centymetrów od reszty pancerza część lędźwiową. - Z pasa biodrowego, właśnie stąd, można wyciągnąć zaczepy bagażowe. Oceniamy, że żołnierz będzie na nich w stanie przenieść od osiemdziesięciu do stu dwudziestu kilogramów na krótkim dystansie. To idealnie nadaje się do ewakuacji rannych lub przenoszenia ciężkich ładunków. - Grun przesunął dźwignię na wysokości kości ogonowej na lewą stronę. Po obu stronach przełącznika wyskoczyły dwa pręty zakończone kulkami. Doktor nie bez trudu wyciągnął oba pręty na odległość piętnastu centymetrów.

- Na tych prętach kładzie się siatkę transportową - wytłumaczył - a ładunek przytracza pasami do żołnierza w okolicy bioder i barków. W przypadku transportu rannego siedzi on na siatce plecami do transportującego. Po przytroczeniu może swobodnie używać broni.

Nawrocki nacisnął na pręt, by wepchnąć go z powrotem do pasa biodrowego, ale ten nawet nie drgnął. Nacisnął mocniej – bez rezultatu. W końcu domyślił się, że musi na nowo przerzucić dźwignię przełącznika. Gdy to zrobił pręty schowały się w pasie biodrowym.

- Prawda, że logiczne? – zapytał wyraźnie zadowolony Grun.

Vaclav Grun podniósł swój kubek kawy z podłogi, pociągnął łyk i skrzywił się. Musiała być już zimna. Odstawił ją i dał Nawrockiemu znak, by spojrzał na pancerz od przodu.

- Na napierśniku znajduje się miejsce na karabinek – kontynuował. - Doczepiany jest pasem na wysokości mostka i przygotowanie do strzału wygląda podobnie jak uczą w zwiadzie. Dla żołnierza w APE jest to wygodniejsze, bo zaczepy i linki mają oparcie w pancerzu. Są sztywne i manewry karabinkiem są łatwiejsze. Na biodrze jest również miejsce na kuszę. Żaden z konsultantów nie proponował zastąpienia jej rewolwerem kinetycznym, bo amunicja dla rewolweru jest jednorazowa, a bełty można po walce odzyskiwać. Kusza i rewolwer są używane do walki o innej specyfice i dlatego są komplementarne, a nie substytucyjne.

- To ma sens – przyznał Nawrocki. – Tam na zewnątrz broń ma zawsze sens.

- Ramiona – kontynuował Vaclav Grun. - Powyżej łokcia jest tylko pancerz, ale poniżej  mamy kwadraty przedramienne. Niech pan podejdzie i sam zobaczy jak to działa – doktor umilkł i odsunął się, by zrobić miejsce Nawrockiemu.

Gert zbliżył się. W łuskach przedramienia, od nadgarstka aż do łokcia tkwiły trzy stalowe kwadraty o boku około ośmiu centymetrów. W pierwszy kwadrat wpisane było koło wykonane z przezroczystego szkła. Pozostałe kwadraty były puste. Nawrocki dotknął jednego i nacisnął. Wydawały mu się, że ruszył się lekko wzdłuż ramienia.

- Są ruchome – powiedział Grun. Można je wysuwać i dowolnie ustawiać na przedramionach.

 Nawrocki przesunął dźwignię po wewnętrznej stronie nadgarstka. Kwadraty wyślizgnęły się z pancerza i z hukiem upadły na ziemię. Schylił się, by je podnieść.

- Bez obawy – uspokoił go Grun pomagając mu je pozbierać. – Ich nie da się uszkodzić.

Nawrocki wziął do ręki kwadrat z wpisanym w niego szklanym, wypukłym kołem. Zauważył, że szklany element poruszał się z cichym chrzęstem wokół swojej osi.

- Ten akurat będzie służył jako mapa – wyjaśnił Grun. Można będzie jej używać jednocześnie z kompasem i okręcać według jego wskazań. Przygotowujemy już do tego okrągłe mapy. W kwadratach planujemy umieścić wszystko, co żołnierz powinien mieć zawsze pod ręką. Będą to na pewno mapy, kompas, zegar, latarka i apteczka. Zostają jeszcze trzy wolne. Jeszcze tego w pełni nie przemyśleliśmy – doktor Grun wydawał się nieco zakłopotany. - To może jeszcze zaczekać.

Nawrocki pomógł Grunowi wsunąć kwadraty na ich dawne miejsce i zablokować.

- A dłonie – zapytał. – Nie będą niczym chronione?

- Będą, będą pewnie, że będą – Grun wydawał się nieco urażony tym pytaniem. - Standardowo, tak jak u żołnierzy zwiadu, poprzez grafelowe rękawice. Wiem. Wiem – uniósł dłoń jakby chciał powstrzymać uwagi Nawrockiego. - Niech pan nic nie mówi. Wiem jak te rękawice działają w praktyce. Chronią przed przebiciem, ale nie zmiażdżeniem. Tutaj mamy jednak dodatkową osłonę. Nazwaliśmy to mankietem. W założeniach żołnierz ma się tym posługiwać w wypadku, gdy zostanie powalony na ziemię i jego dłonie będą narażone na ugryzienie, albo wtedy, gdy utraci broń białą - Grun nacisnął guzik zwalniający sprężynę  i spod pancerza osłaniającego przedramię wyskoczyła   osłona na dłoń.

- Od góry i z boków chroni całkowicie – wytłumaczył Grun - i wystaje około dwóch centymetrów poza kłykcie. Tworzy wtedy taki wzmocniony kastet, bo siła uderzenia przenosi się na cel bezpośrednio z przedramienia. W dodatku zadaje rany kłute, ale tylko na dwa centymetry, więc nigdzie nie utknie. Ciekawsze jest jednak to pod spodem.

Nawrocki nachylił się. Zobaczył skomplikowaną ażurową konstrukcję chroniącą spód dłoni. Tuż przed końcem mankietu, prostopadle do linii kości łokciowej zauważył walec, na którym można było wygodnie zacisnąć dłoń.

- Widzi pan to – szepnął Grun. Jego twarz znalazła się nagle tuż obok twarzy Nawrockiego. Gert poczuł w jego oddechu zapach kawy.

- To jest mój ulubieniec. Nazwaliśmy to pazurem. Oglądał pan taki film Wolverine? Albo komiks czytał? W mediotece jest też kilka filmów. Połowa moich inżynierów mało się nie posrała z radości jak zaczęliśmy nad tym pracować. Niech pan spojrzy jak to działa: żołnierz zaciska dłoń na tym tutaj, jest tam przełącznik, o proszę… – Grun wcisnął guzik i z mankietu wyskoczył stożkowy szpikulec jak wyprostowany przy zaciśniętej pięści kciuk tylko umieszczony po przeciwległej stronie dłoni.

- Długość sześć centymetrów – oznajmił Grun. Na bliski kontakt. Przy wzmocnieniu ciosu egzomięśniami tym szpikulcem można przebić stalową blachę.

- A tutaj, co to jest? - Nawrocki wskazał na wyżłobienie tuż obok linii kwadratów, po wewnętrznej stronie przedramienia lewej ręki. - Na prawej tego nie ma.

- O broni chciałem na ostatku, ale można i teraz. Tak, z tego jesteśmy bardzo dumni, to kusza panie Nawrocki. Tutaj wkładamy bełt. To jest wyżłobienie na bełt. Trzeba go wcisnąć. Jest cięższy niż w normalnej kruszy. Spust jest w mankiecie. Nie ma tu cięciwy, mamy grafleks, ten sam co w rewolwerze kinetycznym, słyszał pan o grafleksie?

Nawrocki przecząco pokręcił głową.

- To bardzo elastyczny materiał, w każdym razie lepszy niż cięciwa używana w kuszach zwiadu. Dlatego możemy załadować cięższy bełt. Wyższa przebijalność. Ładujemy zaczepiając o występ na pasie biodrowym w płaszczyźnie egzomięśnia ramiennego, więc prawie bez wysiłku. Normalny człowiek nie wygenerowałby takiej siły, ale oni, oni według naszych kalkulacji, będą mogli. Kołczan na bełty będzie na prawym udzie i nie będzie ograniczał przestrzeni komory udowej. Jeszcze dokładnie nie zdecydowaliśmy. Miejsca będzie na trzydzieści bełtów. Jak się wprawią to będą mogli strzelać co trzy - cztery sekundy.

- Ale celowanie będzie całym ramieniem - zauważył Nawrocki.

- No tak, raczej przedramieniem. Dłoń będzie wtedy wolna...

Nawrocki pokiwał powoli głową.

- Dobry pomysł - powiedział, podszedł do krzesła i usiadł.

Grun znowu sięgnął po swoją zimną kawę. Stanął naprzeciw pancerza i popijał ją małymi łyczkami.

Nawrocki spojrzał na Junkera. Sierżant pokiwał głową jakby chciał potwierdzić, że to, co się dzieje, dzieje się naprawdę. Nawrocki wstał i stanął obok Gruna.

- Czy oni z tego pancerza mogą wyjść? - zapytał.

Grun założył ręce na piersi i odsunął się od niego jakby miał zamiar się bronić przed fizycznym atakiem.

- Można zdemontować wiele części, prawe wszystkie… - przyznał niechętnie. - Tak można. Służy do tego klucz. Jeden planujemy umieścić w kwadracie podręcznym, a drugi w pasie biodrowym. Pozwala on odsłonić wszystko oprócz pasa biodrowego. Egzomięśnie pozostają wtedy odkryte, ale można to zrobić. Żołnierz może wtedy dokładnie się umyć. Pełne zdjęcie pancerza jest także wskazane po to, by zapobiec zmniejszającej się ruchomości stawów i przykurczom endomięśni. Mamy już opracowany specjalny zestaw ćwiczeń...

- Nie o to mi chodziło – przerwał mu Nawrocki. - Czy oni będą się mogli tego zupełnie pozbyć?

- Nie - ochrypły głos Junkera zaskoczył Nawrockiego. Sierżant tak długo milczał, że Gert niemal zapomniał o jego obecności. - Nigdy nie pozbędą się połączenia. Na razie to jest niemożliwe.

- Co prawda przewidzieliśmy awaryjną procedurę odcięcia mięśni w przypadku ich uszkodzenia lub infekcji – uzupełnił doktor Grun. – Mięśnie dla każdej kończyny odcinamy oddzielnie. W teorii można więc odciąć wszystkie mięśnie i zostaje tylko pas biodrowy, którego żołnierz sam nie usunie. Tylko pozostaje kwestia bólu. Ja nie jestem neurologiem, ale wiem jednak, że mózg to bardzo złożona i wrażliwa struktura. Zabieranie jej mięśni może być bolesne.

Gert pokiwał głową. Spodziewał się takiej odpowiedzi.

- Możemy przejść dalej? - zapytał niecierpliwie Grun. - Został już jedynie kask i będę gotowy na pozostałe pytania. Jest już późno - Grun przypomniał sobie o kawie i trzema dużymi łykami opróżnił kubek do końca.

Nawrocki skinął głową.

- Kask zmniejsza ruchomość głowy tylko w niewielkim stopniu – wytłumaczył Grun. - Szyję chroni elastyczna struktura grafelowa. Mamy też tam osłony oporowe chroniące przed nadmiernym wygięciem. Sam kask jest dwa razy mocniejszy niż napierśnik na przebijanie i kilka razy bardziej na zgniatanie. To dlatego że degeneraci często atakują głowę. Dodatkowo wzmocniono tylną część tak, aby wytrzymała postrzał z broni energetycznej. Co tu jeszcze…  Szyba unosi się, ale tylko do połowy, by w ekstremalnych przypadkach umożliwić lepszy dostęp tlenu. Dzięki temu jest mocniejsza. Da się jednak przez nią zobaczyć twarz. Tutaj na prototypie mamy lustrzaną, ale w egzemplarzach produkcyjnych będzie przyciemniana przezroczysta. No i latarka, uruchamiana przełącznikiem tutaj z regulowanym strumieniem światła.

Grun powoli odszedł od APE, usiadł na krześle, założył ramiona na piersi i wskazał dłonią na Nawrockiego. Czekał na pytania.

- Doktorze Grun. – Gert chrząknął. - Tutaj dużo ja już chyba nie wymyślę. Zapytam jedynie o świętą trójcę żołnierza zwiadu, czyli spanie, sranie i drapanie.

- Oczywiście, oczywiście – ożywił się Grun. - To bardzo ważne oczywiście. Zacznę od spania. Na ten aspekt już od początku bardzo naciskał sierżant Junker. Głęboki sen to szybka regeneracja. Wiem, jakie to ważne. Są dostępne dwie pozycje do odpoczynku. Na wznak i na brzuchu. Ze względu na specyfikę pancerza spanie na brzuchu wymaga odpowiedniego ułożenia kończyn i głowy. Te pozycje nie powodują uszkodzeń egzomięśni ani nacisku na endomięśnie. Sądzimy, że będą komfortowe.

- Ale nikt w tym jeszcze nie spał? – zapytał Nawrocki.

- Ależ oczywiście, że spał – oburzył się doktor Grun. – Tylko że bez egzomięśni trudno uznać te eksperymenty za miarodajne. Można natomiast powiedzieć, że grafleksowa wyściółka spełnia swoje zadanie. Jest wystarczająco miękka. Wszelkie niedogodności, jeśli się pojawią, zostaną naprawione już w konkretnych przypadkach. Jesteśmy na to przygotowani. Tak. Co do drugiej kwestii to zaprojektowaliśmy jedno rozwiązanie i do urynacji, i defekacji. Oba procesy będą przebiegać w pozycji kucznej. Wystarczy przesunąć dwie dźwignie na pasie biodrowym, co powoduje rozsunięcie płytek sąsiadujących z odbytem. Nie trzeba do tego nawet klucza. Ale pozycja kuczna jest konieczna. Inaczej anus nie będzie w optymalnej pozycji względem otworu wydalniczego i podkreślam, że nie chodzi o pozycje półkuczną, do jakiej przyzwyczaiły nas zachodnie toalety, ale kuczną. Udowodniono wielokrotnie, że ta pozycja jest najlepsza pod względem ergonomii wypróżniania. Defekacja jest wtedy najpełniejsza i najszybsza. Mięśnie nie blokują przepływu treści pokarmowej. Mięśnie pracują pełniej…

- Każecie facetom kucać do sikania? – upewnił się Gert.

- Tak – potwierdził doktor Grun. - To jest rozwiązanie o wiele bardziej efektywne.

- Szeroka będzie ta klapka?

- To nie klapka, ale rozsuwające się płytki. Mówiłem już, kształt otworu owalny, średnica około piętnastu centymetrów.

- A w razie niestandardowych stolców krawędzie da się umyć?

- Wszelkie pochodne grafenu nie pochłaniają zapachów – powiedział Grun. – Wystarczy przemyć wodą.

- A testowaliście to rozwiązanie?

- Nie, ale przecież jest otwór... – Grun wydawał się wyraźnie zażenowany tematem rozmowy.

- Tak otwór jest, panie doktorze - zaczął Nawrocki ostrożnie dobierając słowa - ale sranie składa się z dwóch faz. W pierwszej fazie materiał wychodzi na zewnątrz, ale w drugiej fazie ręka trzymająca papier będzie musiała pozbyć się resztek pozostających na odbycie i pośladkach. I tu pytanie? Czy można swobodnie manewrować ręką by wytrzeć lub umyć resztki? Niech mi pan wierzy, zachowanie higieny dupy dla żołnierza, który pokonuje kilkadziesiąt kilometrów dziennie jest rzeczą kluczową. Zostawić brudną dupę to jak nasypać cukru do silnika, zatrze się po kilku kilometrach.

- Nie takich testów jeszcze nie wykonywaliśmy – przyznał Grun. – To oczywiste, co pan mówi, ale rzeczywiście to wymaga testów. Ruchomość ramienia jest ograniczona i może konieczne będzie…

 - Tylko proszę im nie kazać sobie nawzajem podcierać tyłków – przerwał mu Nawrocki ze śmiertelną powagą. – To będzie drużyna, ale pewnych rzeczy nie robi się drużynowo.

- Dobrze – powiedział Grun po namyśle. - Trzeba będzie zmienić parę rzeczy dla jednej z rąk. Tak. To da się zrobić chociaż… Nie pomyślałem – doktor zrobił kilka kroków w stronę wyjścia jakby chciał już opuścić pomieszczenie, ale tuż przed progiem zatrzymał się i odwrócił.

Nawrocki spojrzał na Junkera. Sierżant uśmiechał się.

- Jeszcze drapanie panie doktorze – przypomniał Nawrocki. Ostatnia rzecz świętej trójcy. Pan pewnie nie był na zewnątrz. Ale tam w lasach są komary i meszki. Miliardy komarów i meszek.

- Grafel jest szczelny - odpowiedział doktor. - Macie przecież w zwiadzie worki z grafelu. Meszki nie mogą się do nich dostać. To przecież zweryfikowano setki razy.

- Wiem, ale trzeba mieć pewność – pokiwał smutno głową Nawrocki. - Bo jak znajdą się w środku to będzie piekło. Żołnierz nie będzie się mógł podrapać, bo musiałby zdjąć pancerz, pod którym jest goła skóra. Musiałby czekać aż meszki się nażrą i zdechną z przeżarcia. To jest tortura doktorze Grun. Tortura. No i przecież mogą wlecieć przez klapkę.

- Otwór wydalniczy – poprawił Grun. Wydawał się Nawrockiemu mocno zirytowany. – Dobrze. Upewnimy się, że meszki nie mogą się dostać tamtędy – zapewnił Grun, po czym bez słowa opuścił akwarium. Nawrocki słyszał jak idzie przez pusty korytarz i wychodzi z warsztatów. Spojrzał na Junkera.

- Doktor Grun – powiedział Junker - wykazuje poirytowanie, kiedy każe mu się zajmować kwestiami zbyt przyziemnymi. Proszę mu to wybaczyć. Nadrabia to innymi zaletami. Jutro, kiedy już ochłonie, z pewnością doceni pańskie uwagi. Może pan się spodziewać rano wizyty i rozwiązania tych problemów z defekacją i drapaniem. Proszę się z tym wszystkim przespać, a potem proszę tu przychodzić, wydaje mi się, że pana spojrzenie na sprawę może przynieść tylko korzyści. Ja jestem z tej naszej wizyty bardzo zadowolony.

 

Rozdział 22

 

Usłyszała zgrzyt zamka. Otworzyła oczy. Yokai stał w drzwiach i przyzwyczajał oczy do mroku. W ręku trzymał pogrzebacz. Rozchylił wargi i odsłonił mocne jak u nosorożca zęby. W uśmiechu nie było wesołości. Ten uśmiech nie pasował nawet do jego twarzy. Był przylepionym grymasem kogoś zupełnie innego. Yokai ruszył w jej kierunku chwiejąc się i potykając jakby głębia piwnicy jednocześnie go wciągała i odpychała. Nie zapalił lampy. Przymocowany drutem do pogrzebacza krzyż pulsował piekielną pomarańczową poświatą. Krzyż był niegroźny, kiedy wisiał nad drzwiami w kuchni, ale Yokai zamienił go w narzędzie tortur.

Nauczyła się rozdzielać życie na sekundy. Nie myślała o tym co było i o tym co będzie. Te sekundy zanim przytknie rozpalone żelazo do jej ciała były przyjemnością. Chłonęła te sekundy. To dla nich żyła. Yokai sądził, że zwlekając z bólem wywoła u niej strach. Mylił się. Dawał jej tym powód do życia. Nie czuła już strachu przed bólem. Strach zabierał radość chwili, a ona potrzebowała radości. Nie mogła jednak tego okazać. Yokai na nią patrzył, a ona przywołała na twarz grymas przerażenia. Jej twarz, jej ciało i ona to były oddzielne byty. Twarz i ciało odłączyły się od niej już dawno temu. Anna była od nich niezależna, ukryta gdzieś w środku i nieuchwytna.

Wiedziała, że niedługo zacznie się trząść, a na górnej wardze skropli się pot. Ciało spuchnie od bólu, łańcuch napnie się, a sznur wbije się w skórę. To było pewne, ból zawsze nadchodził, ale przed nim zazna kilku sekund ciepła. Nawet, gdy będzie błądził rozpalonym żelazem tuż nad jej nagą skórą, ona będzie liczyć sekundy przyjemności. Pulsujące od krzyża ciepło przeniknie jej zmarznięte ciało i to będą chwile rozkoszy. To będzie rozkosz. Sekunda po sekundzie, aż do momentu, kiedy żelazo zetknie się z ciałem.

- Tylko dwa - szepnął zbliżając usta do jej ucha. - Tak jak obiecałem tylko dwa razy. Ja nie łamię obietnic.

Zamknęła oczy. Jego ciepły oddech na płatkach uszu też był przyjemny. Wierzyła mu. Tylko dwa razy. Nigdy nie kłamał o bólu. Mogła być pewna, że przytknie krzyż jedynie dwa razy. Może mówił prawdę, bo dochodziła do głosu ta część Yokai, która go od niej odpychała, ta część, która patrzyła na to wszystko jak pasażer?

A więc znowu dwa razy, ale przedtem sekundy przyjemności. Napięła mięśnie brzucha. Ciepło potężniało i zmieniało się w żar. Zacisnęła powieki. Sznur zacisnął się, odcinając dopływ krwi. Nogi zdrętwiały. Chłonęła sekundy bez bólu. Yokai położył dziwnie chłodną dłoń na jej karku. Zacisnął palce. Jeden po drugim.

- Ćśśśś... - wysyczał i pogłaskał ją po głowie. To już nie mówił tamten, który chciał uciec z piwnicy, ale to mówił ten drugi, do którego należał zwierzęcy uśmiech. - Będzie boleć. Wiesz, że to będzie bardzo boleć, ale potrwa tylko chwilę. Potem będzie tylko parzyć, ale chłód kamieni ci pomoże. Dlatego tu jesteś. Zimne kamienie pomogą.

Ciepło krążyło nad skórą zmieniając się w żar, a potem znowu w ciepło. Za każdym razem, gdy buchający gorącem krzyż zatrzymywał się w jednym miejscu, wstrzymywała oddech.

Udo! Krzyż dotknął uda! Szarpnęła się i wygięła kręgosłup wypinając brzuch w górę. Krzyż palił, palił coraz bardziej, czuła swąd zwęglonej skóry. Zabrał pogrzebacz, ale ból nie zniknął, zaczął puchnąć i pulsować. Usłyszała westchnienie Yokai jakby uchodziło z niego powietrze. Spojrzała mu w oczy. Jego twarz zwiotczała. Yokai zatoczył delikatnie paznokciem krąg wokół oparzeliny. Znowu zbliżył do jej ciała krzyż i nie czekając ani chwili przyłożył go do brzucha pod pępkiem. Zobaczyła unoszący się nad skórą dym. Docisnął mocniej. Wierzgnęła, krzyknęła, trzy sekundy trwały dla niej o wiele dłużej niż zwykle. Zabrał pręt. Ciało pulsowało. Anna oddychała ze świstem.

- Niedługo się zagoi - szepnął jej w ucho uspokajająco. Wstał. Skrzypnęły przy tym skórzane buty.

Dwie pulsujące bólem oparzeliny wydzierały sobie uwagę Anny, ale to był problem ciała, a nie jej problem. Ona może odpocząć. Będzie już lepiej… Nagle znowu ból! Kłamał! Łydka tuż pod kolanem. Zacisnęła zęby.

- Raz, dwa, trzy - odliczała wstrzymując oddech, ale krzyż ciągle palił. - Cztery, pięć, sześć - rozpalone żelazo topiło jej ciało i zbliżało się do kości. Nie! To nie był żar. To Yokai wgryzał się zębami w jej mięśnie, a potem odrywał i wypluwał okrwawione ciało. Czuła żrący kwas w żyłach, rozlewał się w udach, łydkach i ramionach. Szarpnęła się, wygięła, otworzyła usta do krzyku, ale wydobył się z niej tylko triumfujący rechot Yokai.

- Jesteś moją córką! – śmiał się, a po brodzie i szyi ciekła mu krew. Nie miał już pogrzebacza. Nad ich głowami zapaliło się słońce. Yokai położył się obok niej na podłodze piwnicy i zaczął nucić jakąś melodię. Obok usłyszała inne głosy. Dochodziły z daleka, zza mgły.

- Podaj jej jeszcze dwa miligramy, bo się budzi! Ile mam czekać? Rusza mi się na stole. Trzymaj ją do cholery, bo zerwie zaciski i dreny! Kurwa mać!

I nagle głosy odpłynęły. Nawet pieśń Yokai ucichła, ale najbardziej cieszyło ją, że odszedł ból. Ból odszedł zupełnie.

 

*

 

Anna próbowała unieść się na łokciach, ale zatrzymały ją parciane pasy. Była przywiązana do łóżka. Spojrzała otępiałym wzrokiem na skrępowane nadgarstki. Wygięła grzbiet i podsunęła ciało bliżej wezgłowia łóżka. Miała plecy mokre od potu. Oparła tył głowy o białe, metalowe pręty i rozejrzała się.

W sali stało sześć łóżek. Rozpoznała Kasjańską i Rota. Znała to pomieszczenie. To tu obudziła się po próbie krzyżowej. Teraz jednak, nad każdym z łóżek świeciły się monitory z pulsującymi wykresami, a po prawej stronie, ze stojaków, zwisały przezroczyste worki kroplówek. Z każdego worka, mętny płyn spływał wężem do zamontowanych na nadgarstkach wenflonów. Oprócz pacjentów na sali było jeszcze dwóch mężczyzn. Na środku stał starzec z krzaczastymi brwiami z pięściami ukrytymi głęboko w kieszeniach poszarzałego lekarskiego kitla. Anna znała go. Tak znała, ale nie mogła sobie przypomnieć jak się nazywał. Drugim z mężczyzn był Nawrocki, który stał pod drzwiami sztywno i patrzył w punkt zlokalizowany gdzieś na ścianie nad Kasjańską.

Starzec powiódł wzrokiem po ekranach monitorów wiszących nad każdym z łóżek. Zmarszczył brwi.

- Panie Nawrocki. Wydaje mi się, że wszyscy są przytomni, ale czy mógłby pan sprawdzić? – Głos starca w kitlu wydawał się Annie roztrzęsiony jakby jego właściciel się czegoś bał.

Nawrocki zamienił kilka słów z każdym pacjentem. Gdy podszedł do Anny, spojrzał jej w oczy i zapytał o nazwisko. Odpowiedziała. Wrócił na swoje miejsce skinął głową w stronę Pora.

- Wszyscy są przytomni - potwierdził.

- Proszę państwa - starzec odchrząknął i zaczął mówić nerwowo i szybko jakby chciał mieć już to za sobą. Wygładził na piersi wygnieciony materiał kitla. - Macie prawo znać rezultaty pierwszej fazy. U żadnego z was nie ma żadnych sygnałów, które wskazywałyby na niepowodzenie albo jakiekolwiek komplikacje. Wszystko, co odczuwacie jest niestety nieuniknioną konsekwencją naszych działań. Niektórzy z was mogą czuć się zdezorientowani, mieć zaniki pamięci lub odczuwać niedowład kończyn, mdłości, napady gorąca i paniki: to wszystko konsekwencje różnego rodzaju środków przeciwbólowych i innych leków. To będzie trwało jeszcze przez kilka godzin, ale potem ustąpi, bo wyłączymy wiele substancji z kroplówek. Nadal będą jednak podawane środki przeciwzapalne, wzmacniające i immunosupresyjne.

- I co potem… - rozległ się bas Olgierda Rota.

- Potem… - Starzec w kitlu przełknął ślinę. - Potem zacznie się ból, ale sierżant Junker zapewniał, że jesteście tego świadomi.

Zapadła cisza.

Anna przypomniała sobie kim jest ten stary mężczyzna. Nazywał się Por. Profesor Henryk Por.

- Zabieg pierwszej fazy składał się z trzech etapów - kontynuował Por. - W pierwszym etapie dokonaliśmy ekstrakcji włókien mięśniowych. Zostały one pobrane tylko w takim zakresie by w połączeniu z materiałem z hodowli tkankowej starczyły za surowiec do budowy egzomięśni. Wzbogacimy je w kieszenie glikogenowe, połączymy i w drugiej fazie zaszczepimy tuż przed nałożeniem APE. Mięśnie zostały usunięte w taki sposób, by umożliwić jak najszybsze odbudowanie utraconej tkanki, chociaż nie będziecie musieli uzyskać stanu sprzed ekstrakcji. Trenowano was celowo, aby uzyskać przerost… - profesor przerwał, bo Tomas Hlaszke zaśmiał się krótko.

- Do kości kończyn i miednicy – kontynuował Por ignorując Hlaszke - przymocowaliśmy bolce dla późniejszego umocowania egzomięśni i APE. Nie, teraz nie widać tych bolców, bo obecnie wystają niewiele poza linię ciała. Zrobiliśmy to już teraz żeby budowane na nowo mięśnie od początku zaadaptowały się do nich i wytworzyły ochronną błonę. Jeżeli tego nie zrobią to zawsze będziemy mogli to skorygować, ale z tym nie powinno być problemu.

Anna wyciągnęła przed siebie ramiona. Poczuła ból jakby ktoś wbijał jej pod skórę igły. Od łokci aż do pach ramiona były ściśnięte elastycznym bandażem. Uniosła kołdrę i zauważyła bandaże na obu nogach. Na zewnętrznej części ud rozlewały się powoli brązowe plamy zaschniętej krwi i ropy. Podniósł głowę. Zauważyła, że Por przestał mówić. Pozostali też w milczeniu oglądali swoje ciała.

- Nie wyczujecie niczego, bo jest głęboko pod opatrunkiem – mówił dalej profesor. – Za kilka dni... Nie, proszę nie zdejmować - Por i podszedł do Alicji, bo uczyniła ruch jakby chciała zerwać bandaż i złapał ją za nadgarstek. Była tak osłabiona, że nie potrafiła się wyswobodzić z uścisku starego mężczyzny. Nawrocki oderwał plecy od drzwi i unieruchomił również drugą rękę Kasjańskiej.

- Słuchaj profesora, bo ściągnę pasy tak, że nie będziesz mogła nawet podłubać w nosie – zagroził.

Alicja posłała mu nienawistne spojrzenie, ale ustąpiła. Profesor Por wrócił na swoje dawne miejsce na środku sali, ale jeszcze długo nie mógł uchwycić poprzedniej myśli.

- A tak – zamruczał po namyśle. - Umieściliśmy bolce na kościach piszczelowych, udowych, łokciowych i ramiennych. Razem dwadzieścia cztery punkty. Są mocno umocowane, więc przez pierwsze dni możecie czuć dyskomfort, ale nie ból. Razem ze sztywnym pasem biodrowym i nakładanym barkowym stworzy to doskonałe zaczepy dla egzomięśni. To był najbardziej inwazyjny, ale stosunkowo najprostszy etap zabiegu i jestem spokojny, że wszystko zrobiliśmy jak należy - jego głos był już pewny i donośny. - Kolejnym etapem było wszczepienie pasa biodrowego. Został on połączony z misą miednicy i kręgosłupem. Osiem grafiksowych bolców - takich samych jak w kościach kończyn. One są doskonale tolerowane przez układ immunologiczny, więc nie mam o nie obaw. Bardziej niepokojący jest porost bolców skórą, ale to się okaże za kilka lub kilkanaście dni.

Anna dotknęła grafiksowego pasa na podbrzuszu. Trzymał się sztywno. Kiedy wciągnęła brzuch była w stanie wcisnąć palce dłoni w okolicach pępka. W tym miejscu pas był cienki, ledwie pięć centymetrów i szeroki na siedem. Miał zaokrąglone krawędzie. Uniosła się lekko i przejechała dłonią wzdłuż pasa. Wyczuła, że z tyłu był o wiele szerszy i grubszy.

- Pas biodrowy - kontynuował Por, kiedy znowu nastała cisza - to centrum całego APE. Na nim będzie się wszystko opierać pod względem mechanicznym i neurologicznym. To do niego będą przyłączone części pancerza, ale jego główną funkcją jest ochrona przedłużonego rdzenia kręgowego, egzopłucoserca i egzożołądka. Na razie ich tam nie ma, ale kieszenie są już przygotowane.

Anna poczuła ciepło rozlewające się po podbrzuszu. Początkowo pomyślała, że to mocz, ale ciepło wznosiło się wyżej aż do szyi. Uspokoiła oddech. To leki. Ból zelżał.

- Ostatnim etapem zabiegu było umieszczenie w centralnej kieszeni pasa zespoleniowego przedłużonych nerwów rdzeniowych ze splotu ramiennego i splotu krzyżowego. Przedłużenie splotu ramiennego biegnie pod skórą w przystosowanej do tego zadania grafelowej rurce, więc niech was nie zdziwi blizna i lekkie zgrubienie pod skórą wzdłuż kręgosłupa. Będziecie to czuć jak taki długi i cienki tłuszczak. Tutaj też wydaje nam się, że wszystko odbyło się zgodnie z planem. Udało się unaczynić wyściółkę pasa biodrowego na tyle by podtrzymać nerwy, a połączenie z rdzeniem wydaje się również u wszystkich funkcjonować prawidłowo. Jednak dopiero kolejna procedura pokaże czy będą one w pełni współdziałać z egzoumięśnieniem. To jednak dopiero za siedem do dziesięciu dni. Do tego czasu będziecie wypoczywać. Będziemy też was obserwować, by reagować na nieprawidłowości. Chciałem was jednak ostrzec, że wyłączenie z kroplówek środków przeciwbólowych odczujecie bardzo szybko. Najprawdopodobniej będzie to ból fantomowy związany z nerwami rdzeniowymi, które są otwarte na egzomięśnie, których jeszcze nie ma. Habituacja powinna złagodzić ten ból, dobra kontrola funkcjonalna może go wykluczyć w jeszcze większym stopniu. Będziecie mieli czas, by zastosować nauki sierżanta Junkera. Ból będzie u każdego inny. Może to być rwanie, miażdżenie, pieczenie, pulsowanie, skręcanie i wiele innych. Najczęściej jest niezwiązany z jakimkolwiek miejscem w ciele. Bywa także wędrowny.  

Anna przestała słuchać, ale Por i tak skończył wkrótce swój wykład i zaczął odpowiadać na pytania Sznurowskiego. Nie chciała tego słuchać. Ułożyła się na wznak w pozycji, w której zawsze zapadała w trans. Wiedziała, że trzeba wypocząć zanim pojawią się pierwsze fale bólu. Zamknęła oczy. Po trzech kolejnych minutach nie słyszała już nic poza własnym oddechem.

 

*

 

 - Cały ten system nie jest skonstruowany ze skąpstwa, czy też po to, by uciskać masy - powiedział Henryk. Anna widziała z łóżka jego obrośniętą szczeciną szczurzą twarz. Zbudował z poduszek legowisko i teraz spoglądał na resztę jak monarcha rozparty na tronie.

Anna nie słuchała go uważnie, ale też nie ignorowała jego słów. Wiedziała, że to jest jego sposób na ból. Musiał zająć czymś umysł, wplątać się w dyskurs, wtedy zapominał. Sznurowskiemu rzadko przerywano i to, co miało być dyskusją, przeradzało się zazwyczaj w monolog. Spojrzała na szafkę, na której leżała taca z obiadem. Nie była głodna, chociaż powinna. Posiłki innych również stały nietknięte. Brak apetytu nie był wyłącznie jej problemem.

- To jest hodowla – kontynuował Sznurowski. - To tak jak mrówki hodują mszyce, żeby z nich spijać sok. Tak samo Bielcy spijają sok z modułowców. Mrówki i Bielcy mogłyby żyć bez mszyc i modułowców, ale to by było życie bez smaku. A czy modułowcy narzekają? Teraz to im się zdarza coraz częściej, ale wcześniej? Każdy ma co jeść i gdzie mieszkać. Każdy jest o wiele bezpieczniejszy niż na zewnątrz. Mamy u nas ideę dochodu podstawowego, z którą romansowała Skandynawia na początku dwudziestego pierwszego wieku. To bardzo sprytne ze strony Dawidowskiego...

- A kto to ten Dawidowski? - przerwała Alicja. Leżała na łóżku naprzeciwko Anny. Była odwrócona twarzą do ściany, więc jej głos był przytłumiony. Anna miała wrażenie, że od kiedy zabrali im kroplówki, czuła się gorzej niż inni.

- Dawidowski to komisarz do spraw ekonomicznych, bardzo ważna persona w Radzie Olbrzyma - wytłumaczył chętnie Henryk zadowolony, że ktoś zainteresował się tym, co mówi. - Ryszard Dawidowski – tak on się nazywa. To on podobno skonstruował cały system punktowy, jego teoretyczne podstawy. Stworzył idealne w naszych warunkach połączenie komunizmu i kapitalizmu. Tak. Ja na swoje potrzeby nazywam to, co mamy w modułach komutalizmem - ciągnął Henryk. - Komutalizm ma tylko dwa cele. Pierwszym jest przeciwdziałanie rozruchom w modułach. Robi się to kilkutorowo. Po pierwsze pozwala się ludziom nie wykonywać pracy. I tak dostają wtedy żywność, z tego samego gara co pracujący. Wbrew pozorom nie jest to takie kosztowne. Wytworzenie żywności generuje głównie pracę dla samych modułowców nie uszczuplając zasobów Białych. Wydawałoby się, że nikt nie będzie w takim razie pracował. Nic z tych rzeczy. Dawidowski zna naturę człowieka. Ludzie mają tendencję do tworzenia warstw i zawsze jedni chcą być lepsi od innych. Wiele społeczeństw kapitalistycznych i komunistycznych było na tym zbudowanych - na przechodzeniu z jednej warstwy do drugiej. W bogatych społeczeństwach sprzed epidemii też tak było. Każda warstwa dzieliła się na kolejne warstwy, a odróżniały się one jedynie detalami, które jednak w świadomości ludzi były nieprzekraczalnymi barierami. Przed tysiącami lat warstwy były wręcz różnymi gatunkami ludzi, warstwy różniły się stopniem wolności, dostępem do informacji i możliwościami edukacji. W dwudziestym pierwszym wieku zdeterminowana jednostka mogła osiągnąć swoje cele tysiąckrotnie łatwiej niż w wieku dwudziestym i milionkrotnie łatwiej niż w wieku osiemnastym, a wyznacznikami warstw stawały się głównie pieniądze. W modułach Dawidowski wykorzystał kapitalistyczny żyroskop społeczny tworząc warstwy. Wiedział on doskonale, że różnice nie muszą być ani odczuwalne, ani nie muszą generować kosztów, muszą być tylko widoczne. To tak jak handel z plemionami w Afryce. Za szklane korale biali dostawali kość słoniową, złoto i niewolników.

 - Nie pierdol głupot Sznurowski - wystękała Alicja odwracając się w jego kierunku. Miała zmarszczone brwi i zaciśnięte zęby. - Ludzie w modułach żrą przecież robaki.

- Ta uwaga nie zawiera żadnego argumentu "ad meritum" i wzywa jedynie do zakończenia mojej argumentacji. W dodatku jest sformułowana wulgarnie, co trzeba zaklasyfikować jako atak "ad homini", więc zmuszony jestem pozostawić ją bez odpowiedzi - odpowiedział Henryk uprzejmie.

- Ludzie w modułach żrą robaki, a Biali jedzą prawdziwe mięso i owoce - skonkretyzowała zarzut Alicja. - Różnice są więc i widoczne i odczuwalne.

- Ależ ja się z tym zgadzam - powiedział Henryk. - Biali są w większości poza systemem. To arystokracja naszego wynaturzonego społeczeństwa. Ich nie obowiązują reguły obowiązujące w modułach. To w modułach ludzie dzielą się na warstwy. W naszym klubie erystycznym w modułach była, a może nawet jeszcze jest, osoba która badała warstwy naszego podziemnego społeczeństwa i wydzieliła ich dwadzieścia siedem. Nawet gębole dzielą się na trzy kasty i członkowie tych wyższych nie chcą przystawać z niższymi. Nasz badacz udowodnił, że dziesięć warstw było wydzielonych odgórnie, poprzez manipulacje Dawidowskiego, a reszta utworzyła się samoistnie. Taki jest oto potencjał rozsadzający ludzką solidarność! A wszystkie różnice są przy tym tak nikłe, że aż śmieszne. Na przykład warstwa najmniej wykwalifikowanych robotników fizycznych dzieli się na podwarstwy tylko i wyłącznie z powodu koloru kombinezonu roboczego. Najtańsze i standardowe brązowe kombinezony są noszone przez warstwę najniższą. Brązowe kombinezony są dostarczane raz w roku razem z bielizną i butami. Można jednak dostać te kombinezony z identycznego materiału, ale ufarbowane na niebiesko, czerwono i żółto. Dopłata to równowartość około pięćdziesięciokrotności dniówki dla niebieskiego, stukrotność dniówki dla czerwonego i blisko dwustukrotność dla żółtego. To nieprawdopodobne, ale są ludzie, którzy pracują miesiącami, aby chodzić w kombinezonie ufarbowanym na żółto tylko dlatego, że kosztuje on dwieście dziennych stawek robocizny! A przecież cena tych kombinezonów nie ma nic wspólnego z kosztem ich wytworzenia. Kolory istnieją tylko po to, by rozwarstwić warstwy, których los jest identyczny. To samo jest w warstwie robotników wykwalifikowanych, mrów, niższych techników, techników i głównych techników, porządkowych podoficerów i porządkowych oficerów. Im wyżej idziemy tym większa jest różnorodność elementów rozwarstwiających, ale mechanizm pozostaje identyczny. To już nie tylko kolor kombinezonu, ale równie ozdoby, kosmetyki, dodatki do ubioru, a nawet używki. Wszystko to jednak jest dostępne za absurdalnie wygórowaną liczbę punktów nie dając prawie żadnej użyteczności poza statusem. To daje jedynie korzyści Bielcom, którzy ustalają płace i ceny. Dawidowski chce wszystko zamknąć w ramach swojego systemu punktowego i wszelkimi sposobami stara się zdusić chałupnictwo i drobną wytwórczość. Powód jest bardzo prosty: taka działalność pozwala osiągnąć status niższym kosztem i dlatego jest ścigana i nieproporcjonalnie surowo karana. Oczywiście system ma też luki, ale one zostały zaplanowane i zaaprobowane przez Dawidowskiego. Jedną z takich luk jest produkcja bimbru. Służy to dwóm celom: po pierwsze daje możliwie odreagowania stresu i jest wytłumaczeniem dla niskiej średniej długości życia. Ile to razy słyszało się komunikaty, że tylu i tylu zatruło się śmiertelnie bimbrem, ale tak naprawdę umarli na zwykle suchoty, powikłania pogrypowe lub zapalenie płuc. Bimber i choroby weneryczne są wspaniałym usprawiedliwieniem dla systemu opieki zdrowotnej, który dla modułowców jest tylko ułudą. Ludzie, tak jak rosyjscy chłopi u Bułhakowa, nie chcą iść do szpitala, bo mało, kto z niego wraca. Wolą sobie umrzeć spokojnie wśród swoich i niestety mają rację, bo szpital dla mieszkańców modułów udaje leczenie. System punktowy Dawidowskiego zagwarantował, że moduły nie wygenerują obciążenia dla Kompleksu, ale będą źródłem siły roboczej, transportowej, mięsa armatniego, paszy dla zwierząt, ale przede wszystkim kobiet. Właśnie tych ostatnich Biali nie są w stanie pozyskać w inny sposób. We współpracy z klerem kształtują je tak by były posłusznymi i bogobojnymi nałożnicami.

- Ale co z wnękami - zapytał nagle Hlaszke. - To daje realną użyteczność i różnicuje ludzi.

- Tak - przyznał Sznurowski - ale wnęki pzyznają za posiadanie dziecka, a nie za punkty. Bez dziecka cena jest tak absurdalnie wysoka, że aż nieosiągalna. Tym bardziej, że ciągle ulega podwyższeniu. Oczywiście mając dziecko też trzeba coś tam dopłacić, ale to grosze w porównaniu do innych dóbr. No i jest szansa, że urodzi się dziewczynka, która już po dwunastu latach będzie bezcenna. Tutaj zauważcie pewną prawidłowość. Zobaczcie jak wysoka dzietność jest utrzymana w Olbrzymie. My to szacowaliśmy. Jedna kobieta rodzi w modułach średnio czwórkę dzieci. Władza stymuluje rozmnażanie. Seks jest jedną z największych przyjemności w życiu modułowca, a Rada Olbrzyma wraz z kościołem zakazały jakiejkolwiek antykoncepcji. Wiele kobiet rodzi niemal co rok, nie tylko ze względu na przywileje, jakie dają dzieci – czyli mieszkanie, punkty za wychowanie dzieci, ale przede wszystkim prawdziwą opiekę lekarską podczas ciąży i kilka miesięcy po niej. Wiele kobiet mówiło, że choroby, na które umierali ich mężowie one, zachodząc w ciążę, przezwyciężyły w szpitalu dla ciężarnych w kilka dni. Tam dostawały diagnozę i leki. Żaden mężczyzna nie będzie tak traktowany. Niektórzy wysuwają również hipotezę, że tak zwane trzydniowe święta czy to kościelne, czy też państwowe, które zdarzają się co kilka miesięcy naraz we wszystkich modułach służą właśnie rozmnażaniu. Zauważcie, że wszystkie te święta poprzedza szeroka akcja konfiskaty alkoholu. Wiadomo, zawsze ludzie gdzieś trochę ukryją, ale to nie jest tyle, żeby wszyscy chodzili pijani przez trzy dni. A jak pierwszego dnia popiją i potańczą to drugiego i trzeciego kopulują. Widać to wyraźnie. Dzieci rodzą się w modułach falami. Tak właśnie falami. To jest niemal jak inseminacja krów…

Anna odwróciła głowę. Nie chciała już słuchać dalej perrorującego z zapamiętaniem Sznurowskiego. Zamknęła oczy próbując zasnąć. Rany pozostałe po ekstrakcji mięśni oraz miejsca gdzie zamocowano grafiksowe bolce przestały już być główną przyczyną bólu. Nie przeszkadzał już stan zapalny i świąd w miejscach gdzie bolce wystawały z ciała. Najbardziej uciążliwy stał się ból pochodzący znikąd. Pulsował nieustannie w dzień i w nocy wypełniając wszystko wewnątrz i na zewnątrz. Ułożyła się na wznak i skupiła się na oddechu.

 

*

 

Ochrypły, zwierzęcy ryk wyrwał Annę ze snu.  Otworzyła oczy i zobaczyła ciemność. Ból i zmęczenie sklejały jawę ze snem. Ale to nie ból ją obudził. To krzyk. Ustawał tylko na chwilę, gdy ktoś łapczywie nabierał oddechu. Olgierd?

Nagle białe światło zastąpiło ciemność. Anna zamknęła natychmiast ukłute blaskiem oczy. Gdy je znowu otworzyła zobaczyła Kasjańską. Siedziała na łóżku i szarpała się z krępującymi ją pasami. To Alicja zapaliła światło trącając włącznik stopą. Teraz wiła ze wściekłością, aby się wyswobodzić. Zdołała uwolnić prawą dłoń. W krótkiej przerwie od wrzasku Anna usłyszała potok przekleństw, którymi Kasjańska obrzucała wszystko i wszystkich wokół. Rozejrzała się po pokoju. Rot miał czerwoną twarz, zaciśnięte pięści i napięte całe ciało. Żyły na jego szyi były tak nabrzmiałe jakby miały zaraz pęknąć. Pozostali patrzyli na niego otępiałym wzrokiem, ale nie poruszali się, jakby nie mogli się zdecydować czy to sen czy jawa.

- Nie wychodź z łóżka - krzyknęła do Alicji, ale Kasjańska nie przestała się szamotać. Ostrzegano ich wiele razy, że to się może stać z każdym z nich. Dlatego przywiązywano ich na noc do łóżek. Ostrzegano, że mózg może różnie zareagować na przedłużenie rdzenia, a najczęstszą komplikacją jest dezorientacja graniczna. Profesor Por wyjaśnił, że jest to rodzaj zaburzenia, które przechodzą wszystkie dzieci w okolicy drugiego roku życia. Jeszcze niedawno mylono je z koszmarami sennymi, ale nie taka była prawdziwa natura tego zjawiska. Por sądził, że jest to uwięzienie na granicy snu i jawy, gdy zmysły odbierają część zniekształconych bodźców z rzeczywistości i odnoszą je do marzeń sennych. Efektem jest najczęściej uczucie bezgranicznego przerażenia. Wybudzenie z tego stanu nie jest możliwe, a każdy dodatkowy bodziec potęguje poczucie osaczenia, na które odpowiedzią jest agresja. Wszystko miało jednak ustąpić samoistnie po kilku godzinach.

- Alicja! - krzyknęła jeszcze raz, ale widziała na jej twarzy determinację graniczącą z szaleństwem. Zrozumiała, że nie powstrzyma jej słowami. Wyszarpnęła dłonie z pasów. Miała wąskie nadgarstki, a pielęgniarzowi nie chciało się nabijać dodatkowych dziurek, więc oswobodziła się prawie bez wysiłku. Szybko rozpięła pozostałe klamry i zsunęła się z łóżka. Koszula nocna podwinęła się. Zauważyła na nogach czarne łby grafiksowych bolców otoczone wyspami spuchniętej fioletowej skóry. Stanęła na gładkiej, zimnej posadzce równocześnie z Alicją. Nogi ugięły się pod nią. Poczuła okropny ból. Złapała się barierki łóżka, żeby nie upaść. Alicja dotarła już do Olgierda i szarpnęła go za ramię. Czy ona nie czuła tego bólu?

- Zbudź się Olgi! Zbudź! - krzyczała. - Zbudź się do kurwy nędzy! - Anna zauważyła, że Kasjańska też nie jest całkowicie przytomna, bo chwiała się na nogach.

Olgierd patrzył na twarz Alicji, szarpał się i krzyczał. Nie poznawał jej. Prześcieradło zsunęło się i Anna zobaczyła, że w niektórych miejscach bladoczerwone szwy na udach mężczyzny rozłażą się i cieknie z nich gęsta, czarna krew. Anna pokonała na chwiejnych nogach trzy metry dzielące ją od łóżka Olgierda i chwyciła Kasjańską za ramię. Próbowała odciągnąć Alicję, ale ta pchnęła ją na ścianę. Anna upadła na podłogę. Pas biodrowy zaskrobał o beton i zostawił na nim białą rysę. Uniosła się z wysiłkiem na łokciach.

Rot zaczął się szarpać gwałtowniej, a jego krzyk przeszedł w skowyt. Skórzane pasy trzeszczały. Przekrwione oczy były skierowane w stronę Alicji, ale patrzyły przez nią jakby jej nie widział. Anna wstała rozglądając się wokół. Wszyscy mieli podniesione głowy, ale nikt nie oswobodził się z pasów. Tylko Molle próbował. Hlaszke i Sznurowski wydawali się oszołomieni i niezdolni do reakcji. Znów przeniosła wzrok na Olgierda. Jego twarz była wykrzywiona i mokra od potu. W kącikach ust ślina zamieniła się w gęstą pianę, która spływała na szyję. Całe ciało było napięte. Alicja szarpała go, ale Rot nie reagował jakby był niewrażliwy na ból. W krzyk wkładał całą siłę.

Anna zaczepiła dłonie o pas biodrowy Alicji i pociągnęła najmocniej jak tylko umiała. Kasjańska chwyciła się łóżka. Metalowe kółka zapiszczały. Łóżko odjechało na metr i metalowa rama uderzyła Alicję tuż nad kolanami. Syknęła z bólu. Anna wcisnęła się między Kasjańską i łóżko. Chciała ją odepchnąć, ale wtedy pas okalający prawy nadgarstek Rota pękł. Dłoń wystrzeliła w jej stronę. Odchyliła tułów, ale było już za późno. Silne, grube palce zacisnęły się na jej szyi. Napięła mięśnie karku i przycisnęła podbródek do klatki piersiowej, ale chwyt był zbyt mocny. Rot zaczął ją dusić. Widziała jak Alicja łapie go za ramię, wbija paznokcie w ścięgna, zaciska zęby przelewając w dłonie wszystkie siły. Potem otworzyła usta, ale Anna nie słyszała już jej krzyku, słyszała już tylko własną krew pulsującą w uszach. Jasne światło w sali powoli bladło. Zanim wszystko oblekła ciemność zauważyła jeszcze jak Alicja puszcza krwawiące przedramię Rota i palcami zaciska mu skrzydełka nosa. Poczekała aż wykrzyczy z płuc całe powietrze i drugą dłonią zasłoniła mu usta. Za późno. Za późno…  Wszystko zgasło.

Anna chwyciła powietrze jak topielec, którego ktoś w ostatniej chwili wyciągnął na powierzchnię. Szyja pulsowała bólem. Przełknięcie śliny bolało tak, jakby przez gardło przeciskał się granitowy głaz. Otworzyła oczy. Leżała na betonowej podłodze. Zobaczyła metalowe pręty i łączące je wypukłe spawy. Od spodu łóżko szpitalne wyglądało jak kraty więzienia. Olgierd już nie krzyczał. Było przy nim dwóch ludzi w białych butach i sięgających kolan kitlach.

- Jak się nazywasz – usłyszała i przed oczami pojawiły się usta mężczyzny. Potem poczuła na twarzy jego palce. Powiedziała nazwisko, ale nic nie usłyszała. Spróbowała jeszcze raz. Gardło i szyja zabolały, gdy przeciskały się przez nie słowa. Usłyszała szept. Lekarz wydawał się zadowolony. Pomógł jej wstać. Zobaczyła, że jeden ze stojących przy łóżku Olgierda wyjmuje właśnie igłę z jego ramienia. Rot był już spokojny, ale żyły na skroniach nadal mu pulsowały. Lekarz poprowadził ją do łóżka.

- Dzisiaj dam ci wyjątkowo coś byś szybciej zasnęła – powiedział kiedy przypiął ją pasami. – Będziemy musieli sprawdzić, czy nic ci się nie stało. Zobaczyła jeszcze jak wciska igłę strzykawki w wenflon na nadgarstku. Zanim zgaszono światło zapadła w pozbawiony marzeń sen.

 

Rozdział 23

 

Pierwszy tydzień składał się dla Anny wyłącznie z bólu. Tydzień. Siedem dni. Każdy dzień po dwadzieścia cztery godziny. Ból zmienił ten tydzień w rok. Ból był w stanie dzielić jednostki czasu, które bez niego były elementarne i niepodzielne. Sekunda radości, sekunda smutku, sekunda uniesienia. Sekunda to chwila, mgnienie dla każdego innego uczucia, ale nie dla bólu. Ból dzieli sekundy, a rezultat tego dzielenia potrafi podzielić na coś jeszcze mniejszego. Czy ludzki mózg wtedy zwalnia, by przetwarzać każdą szpilkę bólu?

- Natura to zwykła kurwa - to było jedno z niewielu zdań, które wystękała Kasjańska, gdy przenieśli ich do nory. Anna zgadzała się z nią całkowicie.

Sekundy pełzły powoli, identyczne jak krople wody. Ból był nieuchwytny. Ćmił wszędzie równie silnie. Kilka pierwszych dni rozmawiali niewiele. Nawet Sznurowski zaniechał propagowania swoich teorii. W ciszy panującej w norze słychać było tylko stęknięcia, a w nocy tłumiony szloch. Nie wiedziała kto płakał. Pewnie każdy po trochu. Ona też.

Anna wstała z łóżka ósmego dnia. Miała dość kleiku, którym karmili ich od tygodnia. Chciała coś pogryźć. Mimo tego, że żołądek był pełen, czuła się głodna.

Z obrzydzeniem popatrzyła na krwistoczerwone mięśnie rozpięte między grafitowymi bolcami. Tkanka była pokryta mlecznobiałą błoną, która miała chronić przed zakażeniem patogenami. Była naga. Każdy z nich był nagi. Ich ciała pokrywały tylko te kawałki obcego mięsa. Tam gdzie wisiały tuż nad jej skórą czuła pulsujące ciepło, jak czyjś niecierpliwy oddech.

Junker pierwszego dnia powiedział im, że ból nie ma realnej podstawy. To ból podobny do fantomowego, ale niewywołany brakiem, tylko nadmiarem.

- Nowa tkanka - mówił - jest traktowana jak obca, odrzucona przez pierwotną niekontrolowaną przez was wystarczająco dobrze część móżdżka. Wiecie gdzie jest móżdżek. Tam szukajcie kontroli i ulgi w bólu. Szukajcie połączenia z nową tkanką, to męczące, ale im szybciej je osiągniecie, tym szybciej przyjdzie ulga. Nie łudźcie się jednak, że ból zniknie całkowicie, on tam zawsze będzie. Musicie z nim żyć.

- Jesteś świnia Junker… zwykła… niemiecka… świnia… - stwierdził Hlaszke. Anna z trudem rozpoznała jego głos. Po każdym słowie chwytał oddech jakby wspinał się po stromej drodze, a nie leżał bez ruchu na łóżku.

Heinz Junker nie odpowiedział. Po prostu wyszedł.

Próbowała się zastosować do rad Junkera. Szukała drogi do tych mięśni, ale po dziesiątkach godzinach starań pozostawały dla niej obcym ciałem, pasożytem, pijawką. Musiała walczyć z pragnieniem, by oderwać egzomięśnie od ciała. Por mówił, że to spowoduje jeszcze większy ból, ale czy można mu wierzyć? Skąd on mógł wiedzieć, co się stanie? Zresztą, nie miała zamiaru teraz wszystkiego zaprzepaścić. Coś się w niej zmieniło. Czasami zastanawiała się czy stała się żołnierzem. Czy może czuła się winna? Miała dług wobec Junkera, bo ją wzmocnił?

Ósmego dnia zwlekła się z pryczy i spojrzała na zegar. Za dwanaście pierwsza.

- Idę zjeść - powiedziała. - Ktoś idzie?

Nikt nie odpowiedział. Nikt się nie ruszył. Anna ściągnęła z szafki szmatę, którą kazano im się przykrywać, gdy wychodzili z nory. To był koc z wyciętą dziurą na głowę. Dostali też sznur by zawiązać go w pasie. Patrzyła z obrzydzeniem na zwisające z bolców egzomięśnie. Jak ugotowane mięso. Ciepłe, ale bezużyteczne. Jeden z nich drgnął i napiął się jakby doznał skurczu. Nic nie poczuła.

-Idzie ktoś? - powtórzyła.

Przed zabiegiem chodzili na posiłki razem. Podobało jej się to. Nie czuła się wtedy samotna. Rozmawiali. Śmiali się. Ale nikt nie będzie się teraz śmiał. Ból był za duży.

Wcisnęła głowę w dziurę na kocu. Przekręciła go na szyi tak, by swobodnie wychodziły ręce i ścisnęła sznurkiem w pasie. Jeszcze raz spojrzała na łóżka. Nikt się nie poruszył. Poszła sama.

Na stołówce patrzyli na nią jak na wybryk natury. Nikt nic nie powiedział. We wzroku większości dostrzegała mieszankę współczucia i obrzydzenia. Spod koca wystawał fragment egzomięśnia na łydce. Gapili się na niego nawet niczego nie ukrywając. Po co mieli się z tym kryć? Dlaczego mieli zerkać ukradkiem? Była dla nich nikim. Wcześniej była tylko obca. Teraz była obcym dziwadłem.

Usiadła przy stoliku, który zazwyczaj zajmowali. Dwóch żołnierzy, którzy tam siedzieli zabrało swoje tace i przesiadło się dalej. Może myśleli tylko, że za kilka chwil dojdą inni? Nie. Wiedziała, jaka była prawda. Jej widok odbierał im po prostu apetyt. Gdy nachyliła się nad blaszaną tacą zobaczyła odbicie swojej twarzy. Wargi miała zakrwawione, pełne rozerwanych strupów, czerwone oczy, twarz obwisłą jak u starca.

Jadła zupę powoli czując na sobie obojętne spojrzenia. Ból ćmił silniej, gdy się poruszała. Miała wrażenie, że natura bólu zmienia się. Zaczął koncentrować się w okolicach krzyża. Tam zbiegały się arterie i nerwy obsługujące egzoumięśnienie. Wolała gdy ból pochodził tylko z jednego miejsca. Wtedy mogła go od siebie odciąć. Ból był tam, a ona była tu. Czasami działało, krótko, ale działało. Sekundy ulgi. Długo żyła dla sekund ulgi. Teraz sobie to wszystko przypomniała.

Zgrzytnęło krzesło. To Molle. Usiadł obok przy stole. Rozpłakała się na jego widok. Nie rozumiała dlaczego. Szybko zdusiła szloch i otarła kocem łzy. Nic nie powiedział. Miał zaciśnięte szczęki. Nie patrzył jej w oczy. Wzrok wbił w stół.

Żołnierze przestali się na nią gapić. Molle traktowali jak swojego. On był jednym z nich. Gdy podszedł z tacą po jedzenie dwóch zaczęło z nim rozmawiać. Wskazywali na egzomięśnie. Molle kiwał głową. Odpowiadał krótko. Ucinał rozmowy. Szybko wrócił do niej.

Jedli w milczeniu. Zupa była smaczna. Pływały w niej ziemniaki, kartofle i kawałki mięsa. Barszcz. Na drugie danie był gulasz. Tłusty z ziemniakami, warzywami i mięsem. Jedzenie dla żołnierzy było o wiele lepsze niż dla modułowców. Musiało być. Żołnierze spali, jedli i chodzili na zewnątrz by przynosić fanty. Ich nie można było oszukać. Wiedzieli, co jest, a czego nie ma. Nawet małe zmniejszenie racji mogło skończyć się buntem. Raz na stołówce żołnierze zdjęli z talerzy i zważyli wszystkie porcje mięsa, które im nałożono. Któryś z nich przyniósł wagę z zewnątrz. Na wadze ze stołówki wszystko było w porządku, ale żaden z kawałków mięsa nie miał przepisowych trzystu gramów na drugiej wadze.

Wyciągnięto kucharza z kuchni. Każdy z żołnierzy przeżuł swój kawałek mięsa i wypluł go na tacę. Potem mięso podeptano butami i zmuszono kucharza do zjedzenia wszystkiego. Do ostatniego kawałka. Kucharz nie był żołnierzem. Cała kuchnia była cywilna. Żołnierz mógł mieć tylko stanowisko operacyjne. Żołnierz miał prawo do dobrego jedzenia i wysokiego żołdu, a ci na górze nie chcieli dawać takich konfitur tym, co nie nadstawiali karku na zewnątrz. W zwiadzie nie było magazynierów, kucharzy, lekarzy, kapelanów, prawników, psychologów, żandarmów, sztabowców, adiutantów, sekretarzy, księgowych, budowlańców, inżynierów i innych podobnych. Ciepłe posadki, bez dyszących nad głową degeneratów, zniknęły.

Kucharz miał szczęście, że na stołówce było tylko dziesięciu żołnierzy. Zdołał zjeść wszystko. Prawie trzy kilogramy przeżutej przez innych, zdeptanej butami paciai. Kucharz tłumaczył, że on dostał wszystko od aprowizatora: i wagę, i mięso. Żołnierzy to nie obchodziło, ale skorzystali z informacji. Udali się do aprowizatora.. Dwóch żołnierzy wojsk wewnętrznych pilnujących magazynu uciekło. Aprowizator mówił, że wydaje mięso na podstawie rozkazu. Drżącymi rękami podsunął papier. Przeczytali kto podpisał papier, kazali mu go zjeść i pobili do nieprzytomności. Poszli do kierownika magazynu, potem do głównego planisty zasobów. Jeżeli nikt by ich nie powstrzymał gotowi byli pójść na samą górę, aż do mitycznej Rady Olbrzyma i na każdym szczeblu hierarchii wyrażać niezadowolenie zadając ból i łamiąc kości. Czy tak dużo chcieli? Dobre jedzenie za narażanie życia na służbie?

Pochód gniewu mięsnego zatrzymał się na dyrektorze hodowli w modułach, bo interweniował dowódca kompanii. Żołnierze oszczędzili dyrektora, ale rozeszli się do nor dopiero jak zstąpił do nich generał Herra.

Anna przypomniała sobie tę historię, bo spojrzała na wagę. Ta waga, od której wszystko się zaczęło stała na honorowym miejscu na stoliku w rogu. Nikt nie miał prawa jej stamtąd ruszyć.

- I jak? - zapytał Molle, gdy skończył gulasz.

- Dobre całkiem.

- Nie pytam o gulasz szefowo - szepnął.

- Wiem.

- No to jak?

- Boli strasznie. A ciebie?

- Też. Nie pomaga mi ta Junkerowa magia. Jesteś w tym najlepsza. Próbujesz tego?

- Tak.

- I działa?

- Na razie nie.

Molle wzruszył ramionami.

- Junker nam wtedy na krzyżach obiecywał za ten ból tylko więcej bólu pamiętasz? - zapytała.

- Wierzyłem mu wtedy, ale to - uniósł ręce do góry. Wielkie jak mortadela kawały krwistoczerwonego mięsa zawieszonego na bolcach zakołysały się lekko. - To, to chyba kurwa przesada.

 

*

 

- Przestań, kurwa, Hlaszke, bo się wyrzygam - powiedziała Kasjańska patrząc jak Tomas kładzie na egzomięśniu kulkę ulepioną z chleba.

- Dlaczego wyrzygasz królowo? Nie pamiętasz, co mówił nasz Sensei? Mówił jeszcze, gdy wisieliśmy na krzyżu, że musimy kochać swoje ciała albowiem z nich zostaliśmy stworzeni - Hlaszke uniósł dłonie jak na kazaniu. - Zaprawdę ciała nasze są z ciała mego, a me ciało będziecie spożywać na moją pamiątkę. - Potem napiął gwałtownie egzomięsień przedramienny i kulka wystrzeliła w górę. Próbował ją złapać w usta, ale nie udało mu się i upadła na posadzkę. - Dwie godziny nie leżało - mruknął, podniósł chlebową kulkę i dmuchnął na nią mrugając do Kasjańskiej. Potem znowu położył sobie na egzomięśniu przedramiennym.

Anna odwróciła wzrok od błaznującego Hlaszke. Próbowała się skupić. Pogłębić kontrolę. Stało się tak jak mówił Junker. Ich mózgi stopniowo znalazły drogę do egzoumięśnienia. Pojawiło się czucie. Rozpięte na bolcach mięso zamieniło się w ciało. Na początku nie była w stanie kontrolować mięśni, po prostu je czuła. Fantomowy ból zelżał. Zaczęli się ruszać, myć, jeść, rozmawiać i żyć. Nie było tak jak dawniej, jak przed operacją, ból ciągle pozostawał silny, czasami fale bólu nakładały się na siebie i wtedy musiała usiąść lub położyć się. Ciało zalewał pot. Musiała walczyć, aby nie wrzeszczeć. Takie chwile zdarzały się jednak coraz rzadziej. Zadziałało. Wszyscy byli tym podekscytowani. Mieli teraz ciało zewnętrzne i wewnętrzne.

- Myślcie o nich jak o paznokciach albo włosach - przypomniała sobie tłumaczenia Pora. - Tylko takich, które czują. Jeśli zużyjecie mięsień do stanu, w którym nie będzie się do niczego nadawał, uszkodzicie go lub zerwiecie to damy wam nowy. Mózg nie powinien nawet tego zauważyć. Mięśnie jak części zamienne - taki mieliśmy cel i wszystko się udało. Ale zerwanie lub zużycie egzomięśni jest o wiele trudniejsze niż waszych mięśni wewnętrznych. Nie tylko dlatego, że egzotkanka jest gęściejsza, lepiej unerwiona i wytrzymalsza, ale dlatego że jest o wiele mniej uniwersalna niż mięśnie wewnętrzne. Egzomięśnie służą jedynie do amplifikacji podstawowych ruchów nóg i ramion. U nóg to bieg, a raczej trucht, a u ramion głównie zwiększenie siły ciosu zadawanego z góry. Wasza walka bronią białą to nie będzie fechtunek tylko raczej coś jak rąbanie siekierą.

Anna spojrzała na Hlaszke. Kolejna nieudana próba uchwycenia chlebowej kulki ustami. Kulka potoczyła się pod łóżko Kasjańskiej, a ta nadepnęła na nią i zgniotła butem. Anna miała wrażenie, że Alicja chce wetrzeć kulkę w podłogę.

- Dwie godziny nie leżała - powiedziała Kasjańska odsłaniając czarny od brudu, poszarpany placek. Pokazała drobne jak u piranii zęby w złośliwym uśmiechu i trąciła kulkę czubkiem buta.

Hlaszke podniósł chleb, wyjął z niego włosy i drobne kamienie, a potem włożył do ust i przełknął.

- Spod twojej nóżki i tak smakuje wybornie królowo śniegu.

- Ty to jesteś zdrowo pierdolnięty Hlaszke - Kasjańska pokręciła głową z niedowierzaniem.

Drzwi otworzyły się tuż przed tym jak Hlaszke otworzył usta do dalszych umizgów. Do środka wszedł Junker i Nawrocki.

- Sensei-san - westchnął Hlaszke i wyciągnął ramiona jakby chciał go przytulić. Junker go odsunął jak niesfornego, spragnionego pieszczot szczeniaka i przeszedł na środek pomieszczenia. Za nim przecisnął się Nawrocki.

Anna podniosła się ze swojej pryczy. Egzomięśnie napięły się blokując i spowalniając jej ruchy. Tak nie powinno być. Powinny się napinać tylko w tych momentach, kiedy są potrzebne. Niektóre, szczególnie te na ramionach, były ciągle czułe jak odsłonięta szyjka zębowa. Nadal odruchowo chroniła je przed dotykiem. Musiała z tym skończyć.

- Sądzę, że jesteście gotowi na montaż nieorganicznych części APE – powiedział Junker. - Najpierw dół, a potem góra. Nawrocki wszystkim się zajmie. Wszystko nastąpi w warsztacie. Pierwszy instruktaż też tam. Potem będziecie sami ćwiczyć. Osprzęt też wytłumaczy Nawrocki. Nie jest tego wiele, ale tym co jest, musicie posługiwać się instynktownie. APE ograniczy wasze ruchy, trzeba się do tego przyzwyczaić, poznać wszystkie kąty. Trening zaczynamy natychmiast zanim utrwalicie nieprawidłowe nawyki - Junker przerwał na chwilę, by zaczerpnąć tchu. - A teraz odpowiem na pytania, które zadacie Nawrockiemu. Pierwsze: Tak, nie zdejmujecie APE do snu. Macie nauczyć się w nim żyć, to wasza druga skóra. Wyjątkiem jest kask. Możecie go zdejmować przez pierwsze dwa tygodnie. APE jest zaprojektowany do tego żeby można było w nim spać. Drugie: Tak. Musicie trzymać broń podstawową zawsze przy sobie. Pierwszy tydzień to głównie chodzenie w pełnym APE i dalsza nauka używania egzoumięśnienia. Macie zapoznać się i przyzwyczaić do ciężaru pancerza, jego gabarytów i funkcji - to wszystko, co musicie zrobić. I cały czas umacniajcie kontrolę nad egzoumięśnieniem. To zmniejszy ból i pozwoli wam wykorzystać wszystko, co daje się wykorzystać. Trzy. Tak ból przy urynacji jest naturalny. Czasami mikroboty rdzeniowe opuszczają organizm w zbyt dużych grupach. Pieczenie, które możecie czuć, wynika z mikro uszkodzeń tkanki i stanu zapalnego. To minie.

- To pali Sensei, pali jak twarz po kpinie królowej śniegu - jęknął Hlaszke płaczliwym głosem.

- Cieszę się, że wrócił ci humor Hlaszke - Junker tym razem go nie zignorował. - Słyszałem, że przez pierwsze kilka dni płakałeś jak dziecko.

- Hej. Prawdziwi mężczyźni też płaczą. Ja się nie wstydzę ani jednej, ani jedniuśkiej łzy. Zresztą te łzy to na myśl bólu, który jakiś podły niemiecki prosiak, zadał naszej księżniczce i naszej królowej. Widziałeś je wtedy? Mnie dusza wtedy bolała. Rwała jak na żywca wyciągana ósemka.

Anna uniosła się wyżej, żeby zobaczyć twarz Junkera. Była bez wyrazu jak skała, ale głos był inny niż zwykle, kiedy odpowiadał. Był w nim smutek.

- Obiecałem wam ten ból. Uczciwie go obiecałem.

- Hej Sensei. Po co to wszystko? Będziemy ratować świat? W tych APE? Zabijemy Pokali? Wyzwolimy ludzi? Będziemy bohaterami?

- Nie Hlaszke. Świat ma w dupie, co zrobicie. To nie film, ani gra komputerowa. Nie uratujemy świata, będziecie robić zwykłą żołnierkę, tylko trudniejszą. Pójdziecie na robotę i zrobicie ją lub nie, przeżyjecie albo umrzecie. I tyle.

 

*

 

Anna usłyszała Kasjańską na długo przed tym jak ta otworzyła drzwi nory. Poznała jej głos, Alicja krzyczała coś, ale echo skał i zwykłe odgłosy toczącego się dnia nie pozwoliły Annie rozróżnić słów. Wszyscy na nią czekali.

- Chyba idzie - zupełnie niepotrzebnie stwierdził Sznurowski. Kiedy to powiedział wszyscy w norze już słyszeli ją doskonale. Spojrzeli w stronę drzwi. Molle i Rot usiedli na pryczy Hlaszke, żeby lepiej widzieć Kasjańską jak wejdzie. Łóżko trzeszczało jakby za chwilę miało się zarwać.

Kasjańska poszła pierwsza z Nawrockim na założenie APE. Nie było jej prawie cztery godziny.

Anna oblizała wargi. Kasjańska wykrzykiwała za drzwiami przekleństwa. Było ich o wiele więcej niż zwykle. Słychać było też drżący od gniewu głos Nawrockiego.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Do środka weszła Kasjańska. APE zakrywał całe ciało oprócz głowy. Kask trzymała w lewej dłoni, a w prawej parę czarnych rękawic.

Anna otworzyła bezwiednie usta. Skorupa pancerza nie przylegała do ciała. Przeciwnie. Pancerz wydawał się masywny i ciężki, szczególnie od pasa w dół. Nie był nawet człekokształtny. Z drobnej i zwinnej Kasjańskiej zrobił coś na podobieństwo dwunożnego czołgu.

- I co? - warknęła Kasjańska stając na wprost wszystkich. Jej ruchy były niezgrabne i nieskoordynowane jak u pijanego. - Jak jakiś pierdolony, kurwa, goryl, co?

-  Gorylica - sprostował usłużnie Sznurowski, który starał się zawsze każdą wypowiedź zamknąć na ostatni guzik. Kasjańska spojrzała na niego z gniewem, który potrafiłby stopić stal.

- Tak… Gorylica. Bez góry wyglądałam jak jakaś jebana tankietka. Dupa szeroka. Wolałam już włożyć wszystko.

- Musisz obciąć włosy - powiedział Nawrocki. Mogą się wkręcić w mechanizm…

- Zwiąże w koczek - przerwała mu Kasjańska. - Nic się nie wkręci.

- Musisz obciąć włosy - powtórzył Nawrocki.

- Tak, tak. Szkoda takich włosów – poparł ją Hlaszke. - Ja mogę zrobić też kłosa, albo frencza. Frencza też umiem.

Kasjańska spojrzała na niego przychylnie.

Wzruszył ramionami.

Kasjańska uniosła brwi.

- Warkocz królowo. I chciałem powiedzieć, że dla mnie jesteś nadal piękna. Jak ukochana, ciężarna żona.

- Wiem, że warkocz. Co ty myślisz, że głupia jestem?

Nawrocki westchnął. Kasjańska położyła się na łóżko. Wszyscy ciągle się na nią gapili.

- Kto następny? - zapytał Nawrocki.

 

*

 

Anna bała się, że APE będzie drażnił egzomięśnie, ale tak nie było. Na początku czuła pieczenie na lewym udzie, ale powiedziała o tym Grunowi a ten zabrał część pancerza do warsztatu, a gdy wrócił uczucie pieczenia ustąpiło.

-To przez pochwę na nadziak. Była przesunięta względem szyny przeznaczonej dla mięśnia i stąd to pieczenie - wytłumaczył. - Wiemy, że odczucia bólu mogą być różne. Niektórych piecze, innych kłuje, różnie bywa.

Anna wybrała nadziak na swoją drugą broń białą. Rewolwer kinetyczny powędrował na tylną część uda, tak jak zresztą jak u wszystkich. Nikt nie zdecydował się na kaburę w pochwie wewnętrznej. Dla Anny nadziak był naturalnym wyborem. Preferowała precyzyjne uderzenia w czułe punkty nad brutalną siłę. Kerinen doradzał jej tę broń, jako podstawową dla prawej, wiodącej ręki.

Chodzenie w apie nie było trudne, kiedy podłoże było równe. Ciężar pancerza nie przeszkadzał, przeciwnie Annie chodzenie wydawało się lżejsze niż kiedykolwiek. Było tak, jakby nagle zredukowano siłę ciążenia, jakby ktoś przeniósł ją na Księżyc. Tłumaczono im, że to efekt ułożenia mięśni w precyzyjnie dostosowanych szynach na apie, które zresztą były dodatkowo wypełnione nieorganicznym lubrykantem.

Wszystko oprócz chodzenia po równym podłożu stało się jednak piekielnie trudne. Ciało natrafiało niemal wszędzie na bariery, których wcześniej nie było. Mogła usiąść, biodra zginały się do stu stopni, mogła skręcać tułów, ale plecy i brzuch musiały być niemal cały czas wyprostowane. Tak samo głowa, ruch był tutaj mocno ograniczony, szczególnie w płaszczyźnie pionowej. Łączenie szyi z kaskiem działało w nienaturalny sposób. Musiała poruszać głową w kierunkach kardynalnych jak robot - najpierw w bok, potem do góry - tylko wtedy nanorurki nie stawiały oporu.  

Stawy ramienne i łokciowe były najbardziej ruchome, niemal tak samo jak u przeciętnego człowieka. One były potrzebne do walki i wspinaczki, więc konstruktorzy zrobili wszystko, by ich nie ograniczać. Tylko ruch nadgarstka był blokowany, gdy mankiety były nasunięte na dłonie.

Nogi w stawach biodrowych były jak wahadło - tylko przód i tył i minimalny ruch na boki. Bez zwolnienia blokady stopa poruszała się tylko w górę i w dół. Utrzymanie równowagi podczas biegu z tak ograniczonym ruchem w biodrach wymagało bardzo dużego doświadczenia. Wszystko, czego nauczyli się do tej pory, nie miało zastosowania. Równowaga musiała być uchwycona w całości na górze, tak jak u akrobaty balansującego na linie. Przez pierwsze dni przewracali się nawet biegnąc na równym betonie. Lewandowski miał ubaw.

- Sztuką nie jest upaść, tylko się szybko podnieść - powtarzał.

Najgorsze było jednak swędzenie. Dostali od Gruna elastyczny drapak, ale i tak w większości wypadków na nic się nie przydawał. Miało to swoje dobre strony. Mało jest zabawniejszych rzeczy niż Johan Molle czochrający się o ramę łóżka jak niedźwiedź.

Na początku Anna miała trudności ze zmieszczeniem się w drzwiach. Niemal za każdym razem zaczepiała o framugę. Jej ciało miało teraz dwukrotnie większą objętość. Szczególnie grube były uda i talia, gdzie mieścił się pas biodrowy. Wcześniej myślała, że będzie wyglądała trochę jak ci żołnierze na starych filmach, którzy zamknięci byli w futurystycznych egzopancerzach. Tylko że tamte egzopancerze, nie zaburzały proporcji i aktorzy nadal wyglądali ludzko i elegancko. APE taki nie był. Przekształcał ich w pochylone nieco do przodu, garbate goryle. Nanorurki wyglądały jakby ich ciała odarto ze skóry odsłaniając włókna mięśni, żyły i ścięgna. Do tego lśniły trochę, bo ciągle wypływał z nich lepki bezbarwny lubrykant. Byli więc jak oślizłe, garbate goryle. Do tego szyba kasku była nie do końca przezroczysta. Twarz żołnierza była widoczna z bliska i tylko pod nieostrym kątem. Szybę mogli unieść tylko od dołu do wysokości grzbietu nosa.

Annie to odczłowieczenie nie przeszkadzało. Była do tego przyzwyczajona w modułach. Tam zawsze patrzyli na nią jak na wybryk natury. Inni też wydawali sobie dawać radę. Najgorzej znosiła to Kasjańska. Próbowała nie dać tego po sobie poznać, ale stała się jeszcze bardziej pyskata i bezczelna. Pięknej kobiecie, przyzwyczajonej do zazdrosnych spojrzeń, trudno z dnia na dzień przekształcić się w gorylicę.

Anna czuła się jednak szczęśliwa. Wszystko zmierzało ku końcowi. Wszystko układało się w całość. To już nie może długo potrwać. Wiedziała, że będzie w stanie zabić Yokai i dotrzymać umowy z Pajęczycą. Wtedy wróci do Doroty. Miała nadzieję, że nie ukażą ją za dezercję. Jak wykonają zadanie nikt nie będzie karał przecież bohatera. Anna chciała wykonać zadanie, Junkerowi udało się z niej zrobić żołnierza - najpierw zadanie, potem przysięga złożona Pajęczycy.

 

Rozdział 24

 

Nawrocki siedział na drewnianej podłodze już dwie godziny. Nogi mu zdrętwiały więc wyprostował je i ściągnął jednocześnie łopatki. Chrupnęło w karku. Popatrzył na czterech mężczyzn siedzących w korytarzu za nim. To byli wypróbowani żołnierze: Ivo Filesz, Vlad Kiliński, Oleg Tomorow i Robert Tycki. Znał wszystkich dobrze. Wiedzieli, kiedy walczyć, a kiedy uciekać. Ta wiedza pozwoliła im przeżyć tak długo na zewnątrz. Teraz nimi dowodził, ale to były ćwiczenia. Tam, na górze, od każdego z nich mógłby się tylko uczyć. Nawet od Filesza, którym dowodził w parze.

Siedzieli w ciemnym korytarzu cuchnącym zbutwiałym drewnem i pleśnią. Czekali. Z ciemności za nimi, co kilka sekund, dobiegał lekki podmuch jakby przesiąknięte zgnilizną tunele żyły i oddychały.

Nawrocki odwrócił głowę w stronę mdłego światła. Siedział zaledwie metr od włazu prowadzącego na otwartą przestrzeń. Wyjrzał ostrożnie. Zawalone kamieniami, połamanymi pniami, śliskie od wilgoci i czarnego grzyba gruzowisko było puste. Nagle coś trzasnęło wysoko pod stropem i półmrok jeszcze bardziej zbliżył się do mroku. Jedna z lamp przepaliła się. Rozgrzany pręt żarzył się jeszcze przez ułamek sekundy i zgasł. Odwrócił się znowu w stronę żołnierzy, bo któryś dotknął jego ramienia.

- Niedługo będą - szepnął Ivo i podrapał się po brodzie. - Zaczynam być śpiący, a to pewny znak, że zaraz będą.

Gdzieś z tyłu, w głębi ciemnego korytarza jęknęły deski. Któryś z żołnierzy poruszył się zbyt gwałtownie. Nawrocki nie obawiał się, że przeciwnik ich usłyszy. Korytarze i tunele trzeszczały nieustannie. Mimo tego serce zaczęło mu bić szybciej.

Chciał zaskoczyć Junkera. Trzeci dzień próbował wygrać z Ałpami, ale w najlepszym razie eliminował z gry jedynie dwie. To prawda, że były szybkie, celnie strzelały, godzinami pozostawały uważne i że dowodził nimi Junker, ale przecież ich było sześć, a Nawrocki miał do dyspozycji czterdziestu pięciu żołnierzy. Czterdziestu pięciu! Czterdziestu było uzbrojonych jedynie w pałki i musieli atakować wroga, gdy tylko go usłyszeli lub zobaczyli tak jak degeneraci pierwotni w hormurycznym szale. Pozostałych pięciu, włącznie z nim, imitowało zachowanie degeneratów wtórnych – byli uzbrojeni w łuki i nie doznawali ataku hormurii na widok wroga. Mogli być przebiegli.

Ałpy używały laserowych markerów zamontowanych na karabinkach. Degenerat trafiony w pierś lub głowę słyszał w słuchawkach głośny pisk informujący go, by natychmiast się zatrzymał i położył na ziemi. To było bardzo ważne, bo kluczową umiejętnością, jaką Ałpy miały wynieść z gry, było budowanie trupich zatorów. Było to niezbędne, by przeżyć poza Olbrzymem. Ałpa była uznawana za martwą, gdy otrzymała uderzenie pałką w korpus lub głowę. Z gry wyłączały ją również trzy trafienia z łuku.

Gra toczyła się w plątaninie sztolni i wyrobisk. Żołnierze nazywali to miejsce Kamieniołomami. Wcześniej pozyskiwano stąd budulec do innych części Olbrzyma. Przed epidemią w halach kamieniołomów mieścił się ciężki sprzęt wojskowy, ale później hangary i magazyny oraz przyległą do nich plątaninę korytarzy technicznych, chodników i opuszczonych szybów zamieniono w poligon dla zwiadu. W wielopoziomowym labiryncie pomieszczeń z setkami drzwi, schodów, ślepych zaułków, pochylni i tuneli ćwiczono taktykę walki wewnątrz budynków. Oprócz tego w największym wyrobisku o powierzchni ponad ośmiu tysięcy metrów kwadratowych ćwiczono walkę i poruszanie w warunkach terenu otwartego. Nawieziono z powierzchni zwalone pnie drzew, gałęzie, mech i ziemię, a w nawiercone w skale otwory wpuszczono słupy, by imitowały drzewa. Wyrobisko przecięto również jeziorem i przerzucono przez nie kładkę. Utworzono też rozmyślnie kilka golizn, a kilka następnych utworzyło się samych, gdy przegniłe słupy łamały się pod własnym ciężarem lub ciężarem wdrapujących się na nie żołnierzy.

Gra Junkera była zmodyfikowanym scenariuszem ćwiczeń, które rutynowo wykonywały drużyny zwiadu. Zasady dla Ałp były jednak surowsze zarówno pod względem ilości przeciwników jak i warunków eliminacji z pola walki. Mimo tego wygrały wszystkie z kilkudziesięciu rozegranych dotychczas gier. Gert chciał zakończyć tę wstydliwą serię.

Ałpy były zorganizowane w typowym systemie zwiadu – podzielone na dwuosobowe pary o nazwach utworzonych z pierwszych sylab ich nazwisk. Pierwsza sylaba wskazywała dowódcę pary. Jastrzębska i Molle tworzyli JaMol. Nawrockiego nieco zdziwiło, że Junker powierzył Annie dowództwo. Dziewczyna wydawała się milcząca i wycofana, ale radziła sobie bardzo dobrze. Okazało się, że stary Niemiec miał rację. Jak zawsze. RoKa była kolejną parą wyznaczoną przez Junkera. Olgierd Rot był charyzmatyczny i rozważny. Jeżeli ktoś mógł zmusić do posłuszeństwa Alicję Kasjańską to tylko on. Ostatnia para miała kryptonim HlaSznu. Nawrocki wyczuwał, że błazeńska peleryna, którą się okrywał Tomas Hlaszke była na pokaz. Słusznie został dowódcą. Sznurowski zbyt wolno podejmował decyzje.

Scenariusz ćwiczeń był zawsze taki sam: Ałpy musiały przejść wytyczoną trasą i nie dać się zabić. Junker dowodził nimi przez radio. Błąd w nawigacji oznaczał wyłączenie z gry jednej Ałpy, ale w ciągu minionego miesiąca Ałpy zmyliły drogę tylko dwa razy. Nawrocki znał ich trasę wcześniej i miał dwie godziny na rozmieszczenie czterdziestu degeneratów pierwotnych. Degeneraci pierwotni zachowywali się na polu walki pasywnie. Musieli przebywać w wyznaczonym miejscu, nie kryjąc się i atakować natychmiast po zobaczeniu przeciwnika. Atakowali drewnianymi pałkami. Wystarczyło jedno uderzenie tej pałki, by wyeliminować Ałpę z walki. Każdy, kto tego dokonał miał obiecaną butelkę z kolekcji generała Herry. Po dwóch tygodniach ćwiczeń Herra stracił dopiero cztery butelki.

Zasady faworyzowały degeneratów. Nawrocki wiedział, że tam na zewnątrz strzała z łuku, ani nawet ostrzał z pistoletu lub karabinka nie zraniłby Ałpy. Uzbrojeni w kije, siekiery i pałki degeneraci zdołaliby zranić lub zabić Ałpę po powaleniu jej na ziemię i zerwaniu pancerza, a to nie było proste. Nawrocki znał siłę, wytrzymałość i uzbrojenie Ałp. By je przewrócić i zabić potrzebnych byłoby, co najmniej kilku pierwotniaków i to tylko pod warunkiem, że by się nie broniły.

Plan Nawrockiego nie był skomplikowany. Postanowił zaatakować na goliźnie, w miejscu, w którym Ałpy opuszczały korytarz. Tam, z powodu dronów, Ałpy nie mogły używać karabinków, zostawały jedynie kusze i pałki. To było dobre miejsce na atak i Heinz Junker na pewno się go tam spodziewał. Było jednak coś, o czym sierżant, mógł nie wiedzieć. Golizna była w rzeczywistości rozleglejsza niż wydawało się na pierwszy rzut oka. Kilka pierwszych rzędów pni było w rzeczywistości słabszych i pokrytych śliskim grzybem. Wielu żołnierzy bało się na nie wdrapywać i biegli dalej na pewniejsze i grubsze pnie. Junker mógł o tym nie wiedzieć i źle zaplanować trasę Ałp. Mógł kazać im zbyt szybko przeskoczyć goliznę i tym samym odciąć drogę ucieczki. Nawrocki umieścił wszystkich pierwotnych degeneratów w takim miejscu, by dostrzegli wroga w odpowiednim czasie i starli się z nim w walce wręcz tuż przed rzeczywistym końcem golizny.

Wyjrzał ponownie na otwartą przestrzeń. Pozieleniałe, drewniane drzwi, którymi miały wyjść Ałpy były nadal zamknięte. W zimnym powietrzu unosił się mdły zapach gnijącego drewna. Mrugnął kilkukrotnie powiekami. Drzwi drgnęły czy tylko mu się wydawało? Tak, uchyliły się. Dwie Ałpy wyszły na goliznę. Szły powoli. Ostrożnie stawiały stopy między kamieniami i gałęziami. Nawrocki je rozpoznał. Pancerze i kaski nie były w stanie ukryć charakterystycznych szczegółów sylwetek Anny Jastrzębskiej i Johana Molle. Ałpy rozłożyły szeroko ręce by utrzymać równowagę na gruzowisku. Uszły kilkanaście metrów i z tunelu wyłoniła się kolejna para. RoKa zajęła pozycję tuż za drzwiami.

Nawrocki dobrze przewidział ich taktykę. Tak działała każda drużyna zwiadu. Najważniejsze było, by nie dać się zaskoczyć na goliźnie. Walka powinna się toczyć albo we wnętrzu budynków gdzie można było użyć broni palnej, albo na drzewach, ale nigdy na goliźnie. Nawrocki wiedział, że trzecia para Ałp pozostała w tunelu. Utworzyła tam zapewne barykadę ze starych desek i ubezpieczała tyły. JaMol wciąż parł naprzód. Nawrocki wpatrywał się w nich uważnie przesuwając spoconą dłonią po majdanie łuku.

- Przygotować się - syknął i uniósł się na nogach. Usłyszał, że oddechy mężczyzn przyspieszają.

JaMol nagle, jakby po przekroczeniu niewidzialnej granicy zaczął biec starając się dopaść pierwszych słupów i wspiąć się na nie. RoKa ruszyła w tym samym kierunku. Przez drzwi wybiegła ostatnia para Ałp. Nawrocki uśmiechnął się. Perfekcyjna synchronizacja, ale nieco za wcześnie. Tak, Junker nie był nieomylny. Nie mógł wiedzieć o wszystkim.

Gert wybiegł na gruzowisko. Kucnął za wcześniej upatrzonym głazem. Jego żołnierze w kilka sekund zajęli wyznaczone pozycje. Wiedzieli co robić. Świsnęły strzały. Tomas Hlaszke był pierwszym celem. Chwilę po wypuszczeniu pierwszej strzały Nawrocki usłyszał ochrypły wrzask wydobywający się z kilkudziesięciu gardeł. To degeneraci pierwotni dostrzegli wroga i ruszyli do ataku. JaMol był już tuż przy pierwszej linii słupów, ale Ałpy nie zaczęły się na nie wspinać. Biegły dalej. Nawrocki zgrzytnął zębami. Liczył, że stracą nieco czasu przy próbie wspinaczki, ale Jastrzębska zorientowała się od razu, że słupy są za słabe, by utrzymać ich ciężar. Gert przeniósł wzrok na Ałpę z ostatniej pary i uniósł się nad głaz, by strzelić. Tomas Hlaszke biegł szybko, ale nie tak sprawnie jak inne Ałpy. Z poprzedniej salwy jedna strzała trafiła go w kask. Potrzebowali jeszcze dwóch trafień by wyeliminować go z gry. Gert napiął cięciwę łuku. Z całej piątki on strzelał najcelniej. Czekał na dogodny moment uspokajając oddech i obserwując Tomasa. Wypuścił strzałę, kiedy Hlaszke się poślizgnął i upadł. Strzała pomknęła nad kamieniami i trafiła Ałpę w pierś chwilę po tym jak ta podniosła się na nogi. Kilka innych strzał zaklekotało o głazy kilka metrów dalej.

Nawrocki kucnął i spojrzał w stronę JaMola. Ałpy nie próbowały wspinać się na słupy. Trzymały w rękach pałki. Szykowały się do starcia. Od tłumu atakujących degeneratów dzieliło ich zaledwie kilka metrów. Lawirowały między głazami, by zająć najdogodniejsze miejsce do obrony i jednocześnie oddalić się od granic golizny.

Nawrocki usłyszał przekleństwo. Spojrzał do tyłu. Robert Tycki, jeden z jego łuczników, usiadł na ziemi opierając się plecami o głaz. Został wyeliminowany. Rozcierał szyję palcami brudnymi od ziemi i potu. Tępy bełt z kuszy Sznurowskiego nie wbił się w ciało, ale zadał dotkliwy ból.

Rot i Kasjańska już nie strzelali w kierunku wtórniaków Nawrockiego. Ałpy pobiegły, by wesprzeć JaMola. Żadna ze strzał trzeciej salwy nie trafiła Hlaszki. HlaSznu kryli się za głazami odgryzając się natychmiast, gdy naładowali swoje kusze. Nawrocki nałożył następną strzałę na cięciwę i uniósł się nad osłonę. Kątem oka dostrzegł, że kolejny z jego łuczników odkłada broń i siada na ziemi. Zostało tylko trzech. Ałpy strzelały celnie.

Od strony gruzowiska doszedł go głuchy łomot kamieni, trzask pękającego drewna i wrzask atakujących mężczyzn. Bezkształtna jak ameba armia pseudo-degeneratów starła się z JaMolem. RoKa zdążyła zamknąć ich tyły i uniemożliwić okrążenie. HlaSznu również byli już blisko granicy golizny. Gert wiedział, że ma ostatnią szansę zanim Hlaszke zniknie w gęstwinie pni i gałęzi. Celował długo czekając na dogodny moment. Zauważył, że jedna ze strzał odbiła się od naplecznika Sznurowskiego, ale to było dopiero pierwsze trafienie i trzeba było jeszcze dwóch by wyłączyć go z walki. Gert wypuścił strzałę. Ta pomknęła płasko tuż nad głazami, ale minęła korpus Hlaszki o kilkanaście centymetrów. Czech nawet nie zwolnił. Tuż przed pierwszym rzędem słupów trafiła go jednak strzała Filesza. Czech zatrzymał się, a potem usiadł spokojnie na kamieniu. Sznurowski zniknął wśród poczerniałych, martwych pni sosen.

- W piczku pepiczku – wrzasnął Filesz i ryknął śmiechem

- Za mną - krzyknął Nawrocki i ruszył w stronę walczących Ałp. Wiedział, że Ałpy, nawet w piątkę, wybiją jego pierwotnych bez strat. RoKa już położyła trzech. Za chwilę będzie tam Sznurowski. Teraz liczyły się sekundy. Ałpy broniły się sprawnie przed oblewającymi ich ze wszystkich stron degeneratami. Czwarta część napastników leżała już lub siedziała na ziemi wyeliminowana uderzeniami pałek. Ałpy przesuwały się w stronę słupów mocnych na tyle, by utrzymały ciężar najlżejszej Jastrzębskiej. Potrzebowały chociaż jednej Ałpy na drzewie, by mogła osłaniać je przed strzałami pseudo-wtórniaków. Łucznicy Nawrockiego rozproszyli się. Mieli rozkaz strzelać z bliska. Tylko Jastrzębska i Molle mieli załadowane kusze, ale byli związani walką. Sznurowski dopadł już pierwszych przeciwników, by przebić się do walczących w okrążeniu Ałp. Nie zdążył. Dwie strzały niemal równoczesne uderzyły go w plecy i usiadł na ziemi. Plan Nawrockiego zakładał, że następnym celem miała być Ałpa wspinającą się na słup. Jeżeli takiej brakowało mieli słać strzały w stronę najłatwiejszego do trafienia celu. Liczba walczących degeneratów pierwotnych cały czas malała. Żaden z nich nie wyeliminował z walki Ałpy i z każdą sekundą prawdopodobieństwo tego było coraz mniejsze.

Nawrocki znalazł odpowiednie miejsce. Stanął na dużym głazie i oparł się barkiem o stojący tuż obok niego słup. Strzelał raz za razem nie celując długo. Był zaledwie kilkanaście metrów od walczących. Strzały zahaczały o słupy i degeneratów, ale był pewien, że Olgierd Rot został trafiony co najmniej dwa razy. Liczył, że strzały Filesza i Vlada również dosięgały celów. Nagle przez topniejący krąg degeneratów przebiła się Anna Jastrzębska, a kilka chwil potem Alicja Kasjańska. Nawrocki skierował łuk w stronę Anny. Ta umiejętnie wykorzystywała osłonę głazów i często zmieniała tempo i kierunek biegu. Poleciało w jej stronę kilka strzał, ale wszystkie chybiły. Nawrocki zorientował się, że Jastrzębska biegnie w jego stronę. Przeszedł go irracjonalny dreszcz jakby naprawdę groziła mu śmierć. Zerknął w kierunku bijących się Ałp. Tłum degeneratów stopniał do zaledwie kilku. Rot siedział oparty o drzewo. Został wyeliminowany. Molle walczył z ostatnimi przeciwnikami. Zostały już tylko trzy Ałpy.

Nawrocki nie miał już czasu. Gdy Molle upora się z pozostałymi pierwotnymi i dołączy do Anny i Kasjańskiej jego szanse na zwycięstwo zmniejszą się do zera. Zaryzykował i wychylił się poza słup. Napiął cięciwę i posłał strzałę tam gdzie spodziewał się Jastrzębskiej. Chybił, ale Anna była już zaledwie kilka metrów od niego. Strzelił szybko po raz drugi. Nie miała już czasu na unik. Strzała uderzyła ją w środek napierśnika, ześlizgnęła się po łuskach i zniknęła w kłębowisku gnijących gałęzi. Niemal natychmiast z boku trafił ją drugi pocisk. To Filesz. Anna odskoczyła i zniknęła za kamieniami.

Nawrocki zaczął uciekać. Anna nie została wyeliminowana. Zgodnie z zasadami nie mogłaby wtedy odskoczyć, ale musiała znieruchomieć. A więc, aby ją wyeliminować wystarczał jeden strzał. Obejrzał się. Jastrzębska poruszała się teraz o wiele wolniej wykorzystując do maksimum osłony. W prawej dłoni trzymała pałkę. Do Vlada biegł już Johan Molle. Ivo Filesz uciekał przed Kasjańską. Teraz zasady się zmieniły. Trzech na trzech. Każdy musiał się skupić na atakującej go Ałpie.

Nawrocki czekał na dogodne miejsce by się odwrócić i strzelić. Pot spływał mu po czole. Czuł metaliczny smak w ustach. Musiał uważać na Jastrzębską. Ona też mogła do niego strzelić w każdej chwili. Jej również wystarczało tylko jedno trafienie. Wystarczyło  tylko wyciągnąć  przedramię. To było łatwiejsze niż  strzelanie ze zwykłej kuszy pistoletowej w jaką wyposażeni  byli żołnierze zwiadu. Gert wiedział, że jeżeli jej szybko nie trafi, to przegrają. Pozostali łucznicy zdążą oddać do swoich wrogów po jednym strzale zanim tamci uderzą pałką. Kasjańska musiała być jeszcze trafiona dwa razy, a Molle pewnie trzy. Oznaczało to, że nawet, jeżeli on wyeliminuje Jastrzębską to będzie miał przeciwko sobie dwie Ałpy i przegra.

Anna zniknęła gdzieś za głazami. Chciała go zaskoczyć, ale taktyka, którą obrała miała poważną wadę - nie mogła go obserwować cały czas. Chciał to wykorzystać. Rzucił się w prawo, w kierunku Ivo. Biegł szybko. Nie krył się. Liczył, że minie kilka sekund zanim Jastrzębska zorientuje się, że zmienił kierunek biegu. Po kilkunastu krokach zobaczył Kasjańską. Węgier cały czas uciekał nawet się nie oglądając. Pogoń była bardzo blisko. Nawrocki strzelił w biegu i trafił Alicję w plecy. Nie spodziewała się tego. Poślizgnęła się i upadła na ziemię. Ivo zyskał kilka metrów. Nawrocki chciał strzelić jeszcze raz, ale wiedziony szóstym zmysłem rzucił się na ziemię. Bełt Jastrzębskiej furknął mu nad głową i uderzył w zbutwiały słup dwa metry dalej. Gert odwrócił głowę w kierunku, z którego nadleciał pocisk. Jastrzębska biegła i nie próbowała nawet ładować kuszy. Skoczyła na Gerta z pałką. Nawrocki przeturlał się po kamieniach i gdy tylko odzyskał równowagę błyskawicznie strzelił, ale Anna jeszcze szybciej skręciła tułów. Na kolejny strzał nie było czasu. Pobiegł przed siebie. Poruszał się po gruzowisku zwinniej niż Anna. Potykał się, przewracał, ale ciągle był krok przed nią. W Apie było bardzo trudno biec po takim terenie. Uciekał na goliznę. Liczył, że wyprzedzi ją na tyle, by się odwrócić i oddać skuteczny strzał. Wystarczyłby mu tylko jeden. Jastrzębska dyszała mu na plecach. Za blisko. Nie zdąży. Nagle dostrzegł przed sobą ruch. To Filesz. Dwa metry za nim Kasjańska. Nawrocki skierował się w stronę uciekającego Węgra. Ivo rzęził jakby ktoś mu nasypał do płuc gwoździ.

Nie było już czasu, by strzelić do Jastrzębskiej, ale na strzał w stronę Kasjańskiej już tak. To szansa na zwycięstwo. Kasjańska byłaby wyeliminowana. Zerwał się do sprintu. Deptał po zwalonych pniach i oślizłych głazach ryzykując poślizgnięcie i upadek. Widział jednak, że Ivo traci siły. Kasjańska była coraz bliżej. Napiął w biegu cięciwę, kucnął i wypuścił strzałę. Ułamek sekundy później poczuł na plecach uderzenie i w słuchawkach rozległ się pisk. Został wyeliminowany. Zgodnie z regulaminem gry usiadł na kamieniu. Jego strzała też dosięgła celu. Kasjańska krzyknęła ochryple i ze wściekłością rzuciła pałkę na ziemię.

Nawrocki nie mógł już nic zrobić. Mógł tylko obserwować. Zostało dwóch na dwóch, o ile Molle nie poradził już sobie z Vladem. Kiliński był jednak szybki. Mógł mu uciec. Teraz wszystko zależało od Ivo.

Jastrzębska kucnęła obok i wcisnęła bełt w rynnę na przedramieniu. Skinęła mu głową i ruszyła na Filesza. Gert pomyślał, że Węgier nie da jej rady. Strzelała celniej i biła się lepiej niż Ivo. Mógł wygrać tylko wtedy, gdy czymś ją zaskoczy.

Węgier postawił wszystko na jedną kartę. Stanął za dającym dobrą osłonę szerokim pniem i przygotował się do strzału. Czekał z napiętym łukiem. Anna balansowała ciałem wykorzystując osłonę głazów, gnijących słupów i gałęzi. Często unosiła przedramię zmuszając Iwo do chowania się za osłoną głazów. Była coraz bliżej, a Iwo miał coraz mniej czasu.

- Strzelaj - syknął Nawrocki widząc, że Jastrzębska jest jedynie kilka metrów od niego. Węgier wychylił się. Strzelił szybko, ale wykorzystała jego nerwowość. Błyskawicznie schyliła się i strzała przeleciała kilka centymetrów nad jej kaskiem. Kilka sekund później, po krótkim tańcu walki wręcz, uderzyła Węgra pałką w pierś. Nawrocki usłyszał w hełmie trzykrotny sygnał dźwiękowy. Gra była skończona. Przegrał po raz szósty.

 

*

 

Anna czuła się naga mijając żołnierzy w kiszce. Nie mogła się pozbyć tego wrażenia, mimo że tkwiła w Apie już dwa miesiące. Tak wszyscy mówili na pancerz - ap, ale na tych, co nosili apy mówiono różnie. W Kompleksie i w modułach ludzie zdawali się angażować wiele energii w nazywanie nowych zjawisk i rzeczy, a kiedy brakowało tych nowych, zmieniali nazwę starych. Początkowo żołnierzy w apach nazywano Apowcami, ale ta forma szybko zniknęła, gdyż nie można było utworzyć od niej eleganckiej żeńskiej formy. Wymyślono więc Apowników i Apownice, ale te nazwy były zbyt długie. Obecnie najczęściej stosowaną nazwą była Ałpa. Ałpa była uniwersalna, można ją było stosować zarówno dla mężczyzn jak i kobiet. Po drugie żołnierz w pancerzu, szczególnie gdy miał nałożony kaptur i wysunął osłony dłoni, przypominał małpę. Po trzecie APE znaczyło po angielsku małpa, a wielu żołnierzy nadal znało ten język. Kilku pamiętało również, że nazywano w ten sposób żołnierzy Mobile Infantry w Starship Troopers. W Olbrzymie był jeden egzemplarz tej książki, dopuszczony do użytku w oficjalnej bibliotece i wielu ją przeczytało.

Anna dotarła do oślizłych od wilgoci drzwi umywalni. Poruszała się pewnie, bo mózg osiągnął już pełną kontrolę nad egzoumięśnieniem. Czuła je nawet wyraźniej niż mięśnie wewnętrzne. Por mówił, że to dlatego, że ich ciała musiały się ich nauczyć od początku.

Po przekroczeniu progu umywalni poszła wprost do kabiny prysznicowej. Buty trzymały się pewnie podłoża. Po kilku tygodniach, kiedy to pianka przystosowała się do stopy, a inżynierowie Gruna wymodelowali śrubami podeszwę miała wrażenie, że idzie boso.

O tej porze nikt się nie kąpał. Woda kapała na obłożoną gumowymi matami posadzkę. Anna weszła do kabiny prysznicowej i zasunęła foliową zasłonkę. Potem wypięła klucz z pasa biodrowego i otworzyła zatrzaski nałokietników. Cztery szybkie ruchy pozwoliły jej zsunąć łuskowate osłony z przedramion. Pod nimi była tylko blada, poznaczona bliznami i wysypką skóra. Kilka następnych minut zajęło ściągnięcie osłony ramion. Położyła je na gumowych matach i zaczęła się przyglądać rękom. Wystające z kości zaczepy obciągnięte były białymi ścięgnami, które w miarę przesuwania się w górę rozszerzały się i przechodziły we włókna mięśniowe. Mięśnie miały nienaturalnie jasnoczerwony kolor. Nadal bała się ich dotykać. Były czułe jak sutki.  Por wielokrotnie zapewniał, że przezroczystą błonę otaczającą mięśnie bardzo trudno uszkodzić. Mówił, że jest wielokrotnie doskonalsza niż naturalna skóra, nie przepuszcza patogenów i skuteczniej chłodzi podczas pracy, ale Anna wolała dotykać jej tylko wtedy, gdy było to absolutnie konieczne. Ostrożnie zdemontowała obręcz barkową, a potem osiem płyt chroniących korpus.

Odkręciła kurek z wodą. Gorące krople przyjemnie uderzały w pokryte krostami plecy. Woda wpływała pod pas biodrowy i pędziła w dół wypłukując pot i bród. Skierowała strumień wody na udo. Grafiksowo-grafelowy materiał był chłonny jak gąbka. Woda wsiąkała w niezaspokojone paszcze nanorurek, bruzd, guzów i łusek, a po drugiej stronie zbierała się w krople, by chłodzić rozciągnięty w grafelowym leżu mięsień. Jeszcze nie przyzwyczaiła się do tego uczucia. Czuła każdą kroplę. Por mówił, że nadwrażliwość wkrótce minie, ale mówił tak od trzech tygodni i nic się nie zmieniało.

Zdjęła mydło z drucianej półki i zaczęła energicznie nacierać ciało. Powietrze zgęstniało od pary i przyjemnego kwiatowego zapachu. Mydliny pieniły się pod stopami. Potem stała kilka minut z pochyloną głową. Nadstawiła kark pod strumień wody. Skóra poczerwieniała od gorąca. Znowu sięgnęła po klucz i odpięła od pasa biodrowego elastyczne osłony pachwin i krocza. Potem usunęła pancerz na udach oraz goleniach. Para była tak gęsta, że ledwie widziała sploty jaskrawoczerwonych mięśni. Namydliła skórę uważając by omijać egzomięśnie, a potem spłukała wodę. Odsłonięte mięśnie bolały, ale Anna nie zabierała ich spod gorącego strumienia wody. Zakręciła kurek i zaczęła mocować pancerz dopiero, gdy para znikła.

W norze wszystkie prycze były puste. Usłyszała szum wody. Ktoś był w kabinie prysznicowej. Usiadła na łóżku, a potem powoli położyła się na plecach. Zamknęła oczy. Nie mieli już zajęć z Lewandowskim ani strzelania. Tylko wykłady, gry drużynowe, treningi wytrzymałościowe oraz kąpiele i ćwiczenia z Junkerem nad doskonaleniem kontroli nad egzoumięśnieniem. Zamknęła oczy i niemal natychmiast zapadła w trans. Poruszała się po swoim ciele tak sprawnie, jak po wnęce w modułach. Wiedziała gdzie co jest i do czego służy. Przeszła do egzomięśni i skoncentrowała wszystkie myśli na prawym egzoprostowniku uda. Każde włókno musiało się poddać jej woli i kontroli. Powoli i ostrożnie. Chciała uchwycić je dobrze. Miała czas.

Nagle poczuła niepokój, a potem szarpnięcie wewnątrz. Otworzyła oczy. W norze nadal nikogo nie było. Co się stało? Spojrzała na zegar nad wejściem. Trans trwał piętnaście minut. Zrozumiała. Woda nie przestawała szumieć, a przecież nie mogła być przez ten cały czas gorąca. Spojrzała na prycze. Na pryczy Hlaszki leżał kask.

- Tomas? - krzyknęła. - Tomas? Jesteś tam?

Odpowiedział jej słaby jęk. Może jej się zdawało?

Wstała, przecisnęła się między pryczami i odsłoniła plastikową folię zasłaniającą wnękę z kabiną prysznicową. Hlaszke siedział na podłodze ze zwieszoną głową. Usunięte płyty pancerza były upchnięte w kącie. Miał na sobie jedynie pas biodrowy. Brodzik był czerwony od krwi, która wyciekała jeszcze ciągnącym się jak kisiel strumieniem z rany na tętnicy udowej. W brodziku leżał nóż. Ciało Hlaszki stało się blade, ale spierzchnięte usta poruszały się jeszcze bezgłośnie. Chciał jej coś powiedzieć. Zakręciła lodowatą wodę i pochyliła się nad nim, by usłyszeć jego słowa. Zimne krople spadły na jej kark, przecisnęły się przez rurki grafiksu i spłynęły po plecach.

Hlaszke miał sine usta i gasnące oczy. Usta poruszały się, ale nie mogła nic usłyszeć. Nagle jej ciałem szarpnął ostry ból. Chciała zaczerpnąć powietrza, ale nie mogła. To Pajęczyca. Przyciągnęła Annę bliżej. Kazała klęknąć w wodzie. Anna uklękła. Hlaszke zamykał i otwierał usta, ale coraz wolniej. Zamknął oczy. Pajęczyca szarpnęła mocniej. Chciała zabijać. Anna opierała się. Zebrała wszystkie siły i nie pozwoliła jej zacisnąć dłoni na szyi Tomasa.

Oczy Hlaszki znowu otworzyły się, ale patrzyły na nią obojętnie. Jej ciało zastygło w bezruchu. Siły Anny i siły Pajęczycy zrównoważyły się na chwilę, ale Anna szybko słabła. Pajęczyca zamknęła jej usta, dusiła i wypychała ją wściekle z ciała, a Hlaszke umierał. Pajęczyca chciała poczuć jak jego serce zamiera, a oczy zachodzą mgłą. Chciała, tak bardzo chciała, ale Anna walczyła ze wszystkich sił. Nagle całe napięcie znikło. Pajęczycy już nie było. Anna otworzyła oczy. Obie dłonie miała zanurzone we krwi, która wypełniała brodzik. Jej twarz była nachylona nad ustami Hlaszki. Nie oddychał. Tomas Hlaszke nie żył.

Anna zaczęła płakać.

 

*

 

Nawrocki rozejrzał się po gabinecie generała Herry. Pomieszczenie ukończono jeszcze w latach trzydziestych. Skała była pokryta tynkiem i pomalowana białą farbą, która zdążyła już poszarzeć i popękać. Pod sufitem wisiała żarówka osłonięta kloszem. Pokój był czysty – żadnych kłębów kurzu i popiołu na podłodze. Jedynym zbytkiem, na który pozwolił sobie dobijający siedemdziesiątki Herra był duży skórzany fotel o wytartych bokach i trzęsąca się jak podczas napadu malarycznej gorączki mała lodówka. Herra wyjął z niej butelkę wódki oraz słoik kiszonych ogórków i postawił na okrągłym, drewnianym stole.

- Czym chata bogata - mruknął zapadając się w miękkim fotelu, który z sykiem wypuścił spomiędzy uklepanych gąbek zatęchłe powietrze. - Rocznik 2020 mruknął wskazując niedbałym gestem na stół. Nawrocki nie był pewien czy chodziło o wódkę czy o ogórki.

Resztę wyposażenia gabinetu stanowiła blaszana szafa, dwa krzesła i ciężki, zamykany na kłódkę kufer. W rogu we wnękę wciśnięto małą, blaszaną umywalkę. Nawrocki pomyślał, że generał musi spać albo na posadzce albo rozkładać fotel. Na ścianie wisiało zdjęcie kobiety z dwójką kilkuletnich dzieci. Obok, oparty o ścianę klocek sosnowego drewna, z którego jeszcze sączyła się żywica. To z tego kawałka drewna wydobywał się zapach lasu, który w pokoju łączył się z wonią pasty do butów i alkoholu.

- Siadajcie gdzie się da - powiedział generał. Heinz Junker i Arsen Zerkow usiedli na krzesłach. Nawrocki usiadł na kufrze pod ścianą. Arsen Zerkow. Nawrocki pierwszy raz widział tego wysokiego Rosjanina o kościstej, bladej twarzy. Mężczyzna był po pięćdziesiątce, ale miał szczupłe, wysportowane ciało. Od wejścia do Herry nie odezwał się ani słowem.

- W normalnych okolicznościach nie przyjmuję nikogo u siebie - mruknął generał stawiając na stoliku dwa blaszane kieliszki. Nie ma tutaj, jak panowie widzicie, warunków, ale dzisiaj nie jestem na służbie i zdążyłem nieco wypić. Nie chcę żeby moi żołnierze widzieli mnie pijanego. Kieruję się tą zasadą od ponad czterdziestu lat i nie będę jej zmieniał nawet, jeśli macie dla mnie ważne wieści. Generał odkręcił butelkę wódki i nalał do kieliszków.

- Napijesz się ze mną Heinz? - zapytał zakręcając butelkę i na powrót wstawiając ją do lodówki.

- Nie.

- Oczywiście, że nie - wycedził kwaśno generał - A gdzie jakieś wytłumaczenie? Może trochę szacunku dla odmiany? Dobrze, ja się zgadzam, że żołnierze nie muszą pić. Ja jestem człowiekiem z poprzedniego świata. Ale kiedyś do mnie przepijesz, pamiętasz szwabie, obiecałeś mi to.

- Pamiętam, że obiecałem – potwierdził Junker.

- To świetnie, bo mi już Junker, czuję to we flakach, zostało już niewiele czasu. A pan, panie Zerkow? - Herra przesunął kieliszek w stronę Rosjanina. - Tak tylko dla smaku. Przecież to prawie nic.

Rosjanin oblizał suche wargi i przełknął z wysiłkiem ślinę patrząc się na wódkę falującą jeszcze filuternie w kieliszku.

- Ślubowałem, że pić nie będę - wymamrotał po polsku, ale z wyraźnym wschodnim akcentem. - Od dwudziestu trzech lat jestem trzeźwiutki jak świnia, na Boga się kląłem...

- Dobrze, wiem, pamiętam - Herra uniósł mięsistą dłoń. - Wy Rosjanie w waszych ślubowaniach jesteście nieugięci. To siedzi w was głębiej niż ciąg do wódki. Dobrze... - westchnął i upił łyk z kieliszka. Przełknął powoli, a potem przejechał językiem po zębach jakby w przestrzeni między dziąsłami, a siekaczami szukał serca wódki. - A więc skąd ten pośpiech Junker? - zapytał. – To nie mogło czekać do jutra?

- Chciałbym przyspieszyć - powiedział Junker. - Trzeba reagować.

- Tak, reagować - odchrząknął generał zerkając na Rosjanina. - Zawsze powtarzałem, że to właśnie ty Arsenie Władimirowiczu byłeś najsłabszą częścią tego straceńczego planu. Dzięki tobie on powstał i ty jesteś jego najsłabszą częścią.

- Ja po prostu chcę mieć pewność, że tam pójdę - powiedział Zerkow poruszając się niespokojnie na krześle.

- I grozisz, że nie przekazałeś wszystkiego, co wiesz - powiedział Junker.

- Nie grożę - westchnął Zerkow. - Ponad dwadzieścia lat, myślałem o tych rakietach, obwodach, kodach i procedurach. Ponad dwadzieścia lat życia poświęciłem na to i chcę by się udało. To jedyna rzecz, dla której żyję. Jak się uda to umrę, a jak się nie uda, to też umrę. Moje śluby trzymają mnie przy życiu. Ja nie grożę. Ja spisałem i wyrysowałem wszystko, co wiem. Nie mogę jednak zapewnić, że to wszystko. Niektóre rzeczy mogą tkwić we mnie tak głęboko, że dopiero gdy usiądę przed konsolą to... to wtedy do mnie wróci.

- Dobra - powiedział generał. - Heinz, więc jednak go bierzesz tak?

- Biorę - skinął głową Junker. - Droga będzie trwać trzy dni dłużej, powrót też. Ale nie dlatego chcę przyspieszyć. Trzeba zareagować na to, co się dzieje u nas.

- Mówisz o Dawidowskim? - zapytał Herra.

- Tak. To, co się dzieje to nie przypadek. Wojska wewnętrzne już są liczniejsze niż zwiad. Niedawno Rada przegłosowała, że będą nosić na posterunkach broń automatyczną. Moduły nie będą już długo spokojne. Jeżeli ja to wiem, to wie to i Dawidowski. On ma szpiegów wszędzie.

- Rozumiem, że tego chłopca jesteś pewien? - Nawrocki poczuł na sobie ciepło wyblakłych oczu generała.

- To sprawdzony człowiek - odpowiedział Junker.

- W takim razie szeregowy - Herra przesunął kieliszek w stronę Nawrockiego. Ton jego głosu nie był ani rozkazujący ani proszący. Brzmiał tak jakby relacjonował to, co się stało a nie to, co miało się stać.

Gert podniósł się z kufra i tak jak generał upił wódki smakując trunek. Poczuł jedynie ostry smak alkoholu, a potem delikatne ciepło płynące falą od gardła do żołądka. Czuł, że sprane jak jego mundur oczy generała, nie przestają błądzić mu po twarzy.

- Niektóre smaki może odnaleźć jedynie gardło nieczułe na oczywistości - mruknął generał, a potem dodał już głośno. - Dobrze Junker. To jak to będzie teraz wyglądać?

- Trasa nie ulega zmianie. Będzie około ośmiuset kilometrów. Mamy ją rozpoznaną tylko do Modlina. Ze względu na Zerkowa do Modlina zejdzie nam dzień dłużej. Potem nierozpoznany teren. Straciliśmy tam dwie drużyny, doświadczeni ludzie, wiesz przecież o tym, zakazałeś przecież dalszego rozpoznania.

- Trzydziestu ludzi to za dużo - powiedział generał. - Stamtąd powinien ktoś wrócić.

- Trzydziestu w ciągu dwudziestu lat - przypomniał Junker. Nawrocki dostrzegł grymas irytacji na wąskich ustach sierżanta.

- Tym bardziej. Dobra rozumiem, że droga do Królewca zajmie wam więcej czasu. To tłumaczy obecność Zerkowa, ale co robi tu szeregowy Nawrocki. On też idzie?

- Nie – Junker pierwszy raz od wejścia do gabinetu spojrzał na Nawrockiego. Mięśnie pod skórą jego twarzy napięły się. - Sprawa jest bardziej złożona. Wydaje mi się, że Dawidowski zrozumiał, że modułowcy czekają na nas ze swoim buntem. Zrozumiał, że jeżeli wyłączymy parasol dronów to Olbrzyma czekają zmiany. Modułowcy będą mieli dodatkowy argument. Ci co się wahają podejmą ryzyko. Do niedawna był przeciwko nam jedynie poprzez personalną niechęć do mnie i do ciebie, i całego zwiadu, teraz jednak zrozumiał, że stoimy na drodze jego interesom. Dlatego zaczął zbierać siły, by nam przeszkodzić.

- Myślisz, że Hlaszke to nie było samobójstwo? – zapytał nagle generał.

- Tak. To nie było samobójstwo. Sądzę, że stoi za tym Dawidowski. Mógł to zrobić, więc to zrobił. Ja dobrze znałem tego chłopaka – Junker dotknął palcem wskazującym skroni. - Ta słabość, którą okazywał to była gra. On był od modułowców. Oni tu mają sieć informatorów. Wszędzie znajdą się ideowi ludzie, a w modułach wiedzą jak do nich dotrzeć.

- I myślisz, że tych działań Dawidowskiego będzie więcej?

- Tak. Dawidowski będzie chciał klęski Ałp. Nie musi wcale otwarcie walczyć. Może zaminować meliny, ściągnąć na nas drony lub napuścić degeneratów albo watahę. A nawet, jeśli wykonamy zadanie, to zadba o to, by tutaj nikt się o tym nie dowiedział. Gdy będzie trzeba wprowadzi w modułach nawet stan wyjątkowy. Wystarczy, że rozdzieli moduły na przesmykach silnymi posterunkami z bronią automatyczną i nic nie będą mogli zrobić. Dawidowski już rozumie konsekwencje naszego sukcesu i naszej porażki. Wie, że sukces oznacza dla niego odejście wielu modułowców, a pewnie również Białych. Może oznaczać dezintegrację Olbrzyma. On pragnie władzy - czystej władzy i gdy tylko Rudkowski straci swoje atuty to wyrwie władzę z jego rąk bezlitośnie. Zakończy rządy arystokracji i rozpocznie tu dyktaturę.

- To co zamierzasz zrobić? - zapytał Herra znowu sięgając do lodówki i napełniając kieliszki.

- Wyruszymy kilka tygodni wcześniej niż planowaliśmy. Wyprzedzimy Dawidowskiego i nie damy mu szansy się przygotować. O tym, że pierwsze wyjście na zewnątrz nie będzie zaplanowanym ćwiczeniem będziemy wiedzieć tylko my trzej. Chłopaki wyniosą wcześniej do melin nasz sprzęt. Będę potrzebował także twojego kodu ewakuacyjnego.

- Dobrze - Herra nie zastanawiał się długo. - Podam ci go jak zostaniemy sami. Ale do czego potrzebujesz tego chłopca?

- On wyjdzie z nami i będzie czekał, by poinformować moduły o sukcesie misji. Pierwsze wyjście Ałp według planu miało trwać piętnaście dni. Tyle właśnie powinno nam zająć dotarcie do Królewca i odpalenie pocisków. Nawrocki dostarczy dowody dla modułowców. Zanim Dawidowski zorientuje się co się stało, straci kontrolę nad modułami.

- I taki jest twój cel? Chcesz powstrzymać Dawidowskiego? Chcesz pomóc tym z modułów?

- Nie chcę im pomagać - powiedział Junker. Moduły to nie moja sprawa. Chodzi o moje Ałpy. Gdy będzie tutaj rządził Dawidowski, to nie będą mieli gdzie wrócić. A oni muszą tu wrócić, by żyć. Obiecałem im, że będą mogli wrócić i zamierzam dotrzymać słowa.

 

 

 

Rozdział 25

 

- Nie ma odwrotu - pomyślała Dorota patrząc na ostatniego z sześciu mężczyzn przeciskającego się przez uchylone drzwi jej wnęki mieszkalnej. Był śniady i wysoki. Miał brzydką niesymetryczną twarz kojarzącą się z kimś szalonym, zdolnym do okrucieństwa. Nazywał się Robert Wrelski i był jednym z najbardziej opanowanych ludzi jakich znała. Niektórzy mówili, że miał wycięte serce, a zamiast niego zainstalowaną wagę. Ale on też chciał wykorzystać okazję, a nie bezczynnie czekać. To ją podnosiło na duchu. To znaczyło, że to, co zaplanowali, nie było szaleństwem.

- Starcy tylko gadają - pomyślała ze złością. - Tylko gadają, roztrząsają i jeszcze trochę więcej gadają. Gadanie. Starczy już gadania i marzeń. Im to wystarcza, a nam nie. Dopóki gadają, dopóty rządzą. Jak to się w końcu stanie, to nie wiadomo, kto będzie rządzić i kto będzie żyć. Dlatego się wahają. A teraz trzeba działać.

Wrelski podał rękę mężczyznom w pokoju. Na końcu przywitał się z Jemajher. Wykrzywił twarz w uśmiechu. Przytulił ją jak siostrę. Potrzebowała tego.

Przez ostatnie tygodnie widzieli jak Biali wzmacniają posterunki porządkowych. W nocy znoszono skrzynki z bronią i amunicją. W hutach szeptali, że zaczynają walcować grube blachy na pancerne drzwi, które miały być zamontowane w przesmykach. Ale nie tylko to wskazywało, że wiele się zmieni. Wystarczyło spojrzeć na twarze porządkowych. Oni nie wiedzieli nic, ale czuli, że mogą więcej. Stali się bardziej brutalni i bezwzględni. Bili, wymuszali i wykorzystywali z niczym się nie kryjąc i nie zasłaniając się nawet prawem.

Spiskowcy czuli, że czasu jest coraz mniej. Starcy wiedzieli. Dorota również wiedziała. Tomas Hlaszke dostarczył im informacje o strzelaniach porządkowych z broni automatycznej, które wskazywały, że oddziały zostaną w nią wkrótce wyposażone. Obecnie broń automatyczną miał jedynie komendant główny modułu i dowódcy warty na przesmykach. To kilkadziesiąt sztuk na kilkuset buntowników. To nie była przeszkoda. Niech jednak tylko pięciu na posterunku ma broń automatyczną. To przekreśliłoby wszystko. Nawet gdyby wygrali, martwych byłoby więcej niż żywych. To wszystko uświadomiły Starcom raporty Hlaszki, ale oni nadal nie robili nic. Wszystko było gotowe. Plan był gotowy. Ludzie znali swoje zadania. Osiemnaście oddziałów uzbrojonych w ładunki wybuchowe, pałki, tarcze i kusze. Starcy jednak wszystko wstrzymywali. Mijała godzina za godziną, dzień za dniem, tydzień za tygodniem. Dorota wierzyła w ich mądrość, czekała i ufała im, w końcu oni to wszystko wymyślili, czekała i uspokajała innych, ale Starcy nic nie robili.

Wszystko zmieniło się, kiedy dowiedziała się o śmierci Tomasa Hlaszke. Starcy próbowali to przed nią ukryć. Bali się jej reakcji. Słusznie, bo Dorota przestała im ufać. Miała wystarczającą wiedzę o strukturze organizacji, by dać jej impuls do działania.

Na samej górze byli Starcy. Trzech Starców było mózgiem wszystkiego. Może było ich więcej, ale tylko trzech się odzywało. Nigdy nie widziała ich twarzy. Nie wiedziała nawet czy są Starcami. Nazywała ich tak dlatego, że ich zniekształcone przez głośniki głosy były ochrypłe i drżące jak głosy starych ludzi. Kontakt ze Starcami miało sześciu łączników. Dorota znała jednego z nich. Sama również była łącznikiem. Każdy łącznik przekazywał rozkazy do poruczników, którzy dowodzili oddziałami liczącymi od czterech do dwunastu ludzi. Dorota szacowała, że cała organizacja liczyła od dwustu pięćdziesięciu do pięciuset ludzi. W większości byli to młodzi, sprawni i silni mężczyźni. Zrekrutowała co najmniej czterdziestu z nich, łącznie z Robertem Wrelskim.

Spojrzała na zegarek i odwróciła się w stronę mężczyzn. Wypuściła powoli powietrze i uspokoiła oddech, by powstrzymać drżenie głosu. Nie chciała żeby wyczuli jej strach. Mężczyźni stali oparci o ścianę w niedbałych pozycjach. W kieszeniach i w rękawach brązowych drelichów chowali drewniane pałki i noże. Dwóch miało granaty. Wycierali ukradkiem spocone dłonie o nogawki.

Przez cały wieczór zbierali się we wnęce Jemajher jeden, po drugim, żeby nie budzić niczyich podejrzeń. Nie miała opinii bogobojnej dziewczyny, więc mężczyźni odwiedzający jej wnękę nikogo nie powinni dziwić.

Nie rozmawiali. Milczeli i unikali nawzajem swojego wzroku. Nie wiedzieli co ich czeka. Nie byli pewni czy wojskowi nie zaatakują i nie pozabijają wszystkich. Ale najbardziej bali się reakcji zwykłych ludzi. To od nich będzie zależało czy to, o czym marzyli się powiedzie. Bez ich poparcia nic się nie uda. A nikt przecież nie mógł przewidzieć czy powszechne narzekanie zmieni się w wolę działania. Czy może przestraszą się reakcji Białych i pochowają się we wnękach skazując ich na więzienie, wygnanie, a może nawet śmierć?

Dorota spojrzała jeszcze raz na zegarek i oblizała spierzchnięte wargi. Jeszcze piętnaście minut. Za piętnaście minut poruszy pierwszy kamień i runie lawina. Dorota wiedziała, że na niej spoczywa odpowiedzialność za życie wielu ludzi. Nie tylko tych chłopców tutaj, ale także zwykłych modułowców. Ta świadomość gniotła jak głaz. To ona, w porozumieniu z tylko jednym znanym jej łącznikiem ustaliła, że trzeba działać bez wiedzy Starców. Znała sześciu poruczników, a jej łącznik jeszcze trzech. O planowanym ataku wiedziało tylko sześćdziesięciu ludzi.

Na jej korzyść działał stan gotowości, który wprowadzili Starcy po śmierci Hlaszke. Stan gotowości oznaczał, że wszyscy porucznicy musieli być w stanie zebrać swoje oddziały i rozpocząć wykonywanie zadania w mniej niż dwadzieścia minut od otrzymania sygnału ataku. Oznaczało to, że wszyscy siedzieli od dwóch dni jak na szpilkach. Sygnałem miała być wiadomość przez radiowęzeł lub trzykrotne wyłączenie oświetlenia w ciągu minuty. Spiskowcy Doroty byli w stanie wygenerować oba z tych sygnałów. To ona według oryginalnego planu, wraz z oddziałem porucznika Wrelskiego, miała opanować biogazownię. Wszystkie pozostałe oddziały, które zostały powiadomione o nadchodzącym ataku wykonywały zadania w Łączniku. Buntownicy mieli tam przejąć kontrolę nad korytarzem łączącym Kompleks z modułami, opanować centrum łączności wewnętrznej i  posterunek porządkowych.

Dorota liczyła, że gdy nada sygnał, inne oddziały przystąpią do opanowywania strategicznych miejsc w modułach, czyli wartowni przy obu tunelach prowadzących na powierzchnię, insektarium, farm, studni i wszystkich centralnych posterunków porządkowych. To powinno spowodować, że nie będzie posiłków dla Łącznika z innych modułów. Wtedy się uda. Muszą jeszcze odciąć porządkowych od Kompleksu. Gdy będą odcięci, stracą motywację do walki.

Zostało dziesięć minut. Trzeba było ruszać. Dorota w końcu nic nie powiedziała chłopakom. Planowała, że coś powie, ale co to miało niby być? Miała zagrzewać do walki? Zagrzewać do poświęceń? Oni nie robili tego dla żadnych idei. Chcieli po prostu lepiej żyć. Chcieli zobaczyć ziemię i słońce, dotknąć kory drzew i wykąpać się w rzece - proste rzeczy, o których marzyli przez całe życie.

- Uważajcie na te granaty – mruknęła wskazując na niezgrabne paczki wykonane z kawałków stalowych rur. Mężczyźni skinęli głowami, wsunęli je w skarpety i zasłonili nogawkami. Byli gotowi.

Wyszła z wnęki. Trzymali się kilka metrów za nią. Prowadziła ich przez niemal puste korytarze. Specjalnie wybrali noc. Szli szybko, może nieco za szybko. Przed korytarzem prowadzącym do komór biogazowni Dorota podniosła rękę. Mężczyźni zatrzymali się. Dla przypomnienia uniosła trzy palce sygnalizując im, że muszą ruszyć za trzy minuty i poszła dalej sama. Teraz nie musiała przed nikim udawać. Przez jej ciało przeszedł dreszcz, a twarz wykrzywiła się jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. Mogła sobie teraz pozwolić na łzy, ale po policzkach nie spłynęła ani jedna. Wciągnęła w płuca zimne powietrze. Pył zdążył już opaść i poczuła w ustach jedynie zapach fekaliów. Była blisko biogazowni. Bała się.

Skręciła w prawo. Ostatnia prosta. Na ścianie zobaczyła wydrapany rysunek. Nie widziała go wcześniej. Zatrzymała się na kilka sekund. Ktoś za pomocą kawałka metalu wydrapał w skale drzewo, wielkie drzewo o rozłożystej koronie. Na samym szczycie, na najwyższej gałęzi siedziała dziewczynka. Poniżej osiem postaci o krótkich włosach. Wszyscy trzymali wzniesione miecze.

Już wiedziała czyje to dzieło, to Kreska, przywódczyni bandy dziewięciu. Banda dziewięciu – tak o sobie mówili. Ośmiu chłopców od czterech do dziewięciu lat i ośmioletnia dziewczynka. Wszyscy inni nazwali ich Bandą Kreski. Jedni mówili, że nazywają ją Kreską, bo umie tak dobrze rysować, a inni, że dlatego że była taka chuda. Chłopcy opiekowali się nią jak bracia i ubóstwiali ją za fantazję i odwagę. Inne bandy nie miały u siebie dziewczynek. Nie dlatego, że nie chcieli ich u siebie. Małe dziewczynki w modułach widywało się rzadko. A te, które już tam były, nieczęsto kręciły się po tunelach tak jak grupy kościstych i półnagich chłopców. Banda dziewięciu była najwierniejszymi słuchaczami opowieści Anny. Były też inne dzieci, czasem nawet kilkadziesiąt. Zawsze chciały słuchać o tym samym – o drzewach, trawie kwiatach, zwierzętach, rzekach i słońcu. Nawet teraz pukały czasem do Doroty i pytały kiedy wróci Anna i czy wróci w ogóle. Chciało jej się wtedy płakać.

- Nie, nie, nie teraz – wyszeptała i otarła łzę. Potrząsnęła głową i wycisnęła z siebie resztki strachu i niepewności. Mięśnie twarzy były jak z drewna. Nie chciały jej słuchać. W końcu jednak usta rozciągnęły się w uśmiechu trzeszcząc jak skóra na starym meblu. Uszczypnęła się w policzki, by zaróżowiły się zalotnie.

Uśmiech był przeznaczony dla porządkowych. Na wartowni w biogazowni powinno być teraz czterech wartowników. Dorota wszystkich znała. Tylko dwóch z nich było służbistami lubującymi się w biciu pałą, gdy tylko znaleźli pretekst. Reszta, to były bezmyślne młode chłopaki, których skusiły punkty i lekka praca. Stanęła przez stalowymi drzwiami. Na wysokości jej głowy widniała zadrutowana kratka. Po drugiej stronie było ciemno. Chwyciła za klamkę, ale drzwi były zamknięte.

- To by było za proste - pomyślała i kopnęła trzy razy. Jej buty były wzmocnione na czubku. Rozległ się głośny brzęk blachy uderzającej o blachę. Wiedziała, że strażnicy spali, chociaż powinni czuwać. Po minucie nadal nikt nie otwierał. Dorota kopnęła w drzwi jeszcze raz. Przez chwilę w uszach dzwoniła cisza, ale w końcu przez zadrutowany kwadracik w półmrok korytarza trysnęło światło. Zmrużyła oczy.

- Co jest? - usłyszała za drzwiami zaspany głos. Serca zabiło jej mocniej. Znała tego chłopaka. Nieco ponury i małomówny, ale nigdy otwarcie wrogi. Nie robił jej rewizji nawet, jeśli według przepisów musiał. Dorota położyła dłonie na biodrach, by bardziej uwidocznić kobiece kształty. Tydzień wcześniej oddała drelich do przeróbek, by usunąć zwisający na pośladkach materiał i by zwęzić go w talii. Teraz mocno przylegał do ciała. Wyglądała nie gorzej niż profesjonalistki z Rozkoszniaka.

- To ja... - powiedziała słodkim, ale nieco niecierpliwym głosem - Borys to ty? Otwórz mi proszę, bo muszę wejść - Dopiero po chwili zorientowała się jak to było idiotyczne.

- Bo muszę wejść? - pomyślała zagryzając wargę. - Bo muszę wejść?! Kurwa, ale ze mnie kretynka.

Cisza. Kolejne sekundy ciszy. Serce biło jej tak mocno, że poczuła mdłości. Może się pomyliła? Może nie miał na imię Borys? Pamiętała, by się uśmiechać. To było teraz najważniejsze.

- Po co? - burknął w końcu. Jest czwarta. Zmiana dopiero za dwie godziny.

- Zapomniałam z szafki kartki punktowej – zaszczebiotała z ulgą. To był już wcześniej obmyślony pretekst. Lepszy niż "bo muszę wejść".

- To odbierzesz sobie za dwie godziny! – rzucił chłopak i Dorota przeraziła się, że odejdzie. Byli na to przygotowani, mogli wysadzić drzwi, ale Dorota chciała tego uniknąć. Zbliżyła twarz do metalowej kratki. Ich usta dzieliło teraz kilka centymetrów i trochę pociętej w paski blachy.

- Borys – mruknęła. Starała się by zapach perfum dotarł do chłopaka. Zapach był w modułach często ważniejszy niż wygląd. – No proszę…

Czuła na policzkach jego ciepły oddech. Dyszał. Oczy zaszły mu mgłą.

- Z nimi to jest takie łatwe - pomyślała.

- Nie mogę otworzyć… - odpowiedział chłopak, teraz już jednak miękko, tonem, który dawał nadzieję. Dorota chciała nadal prosić, ale nagle szczęknął zamek. Chłopak uchylił drzwi.

- Dla ciebie zrobię wyjątek - dokończył szeptem. Gdy zobaczył ją w pełnym świetle otworzył usta. Widziała jak źrenice rozszerzają mu się.

- Daj klucz do szafki to… - wydukał i wyciągnął niepewnie rękę, ale Dorota położyła mu dłoń na brzuchu, popchnęła lekko i przekroczyła próg. Dłoń była zbyt nisko niż wynikałoby to z ergonomii ruchu i zdecydowanie za nisko pod względem obyczajności. Zatoczył się do tyłu jak pijany. Dorocie zrobiło mu się go żal. Zrobiła jeszcze jeden krok i była w środku.

- Ja sama - szepnęła patrząc mu w oczy. - Po co masz się trudzić, bo ja sama nie wiem, czy na szafce, czy pod szafką, czy gdzieś mi tam upadł jak się rozbierałam do mycia, ja tam zawsze bałagan robię. Dorota szybko rozejrzała się po korytarzu. Zerknęła szybko na zegarek. Jeszcze czterdzieści sekund.

- Byle nie zamknął na klucz - pomyślała i niemal naparła na mężczyznę odsuwając go od pancernych drzwi na krok. - O przepraszam - roześmiała się. Wydawało jej się, że to co robi jest tak czytelne, że chłopak zaraz zorientuje się, że coś jest nie tak. Zerknęła mu w oczy. Nie musiała się tego obawiać. Chłopak oddychał szybko, patrzył, ale nic nie widział. Nagle usłyszała ciężkie kroki w korytarzu. Borys odsunął się od niej gwałtownie. Chciał zatrzasnąć drzwi, ale Dorota zastąpiła mu drogę.

- Co tu się kurwa dzieje! – W korytarzu pojawił się stary strażnik o krzywym zgryzie i podobnych do rybiego pyska ustach. Mężczyzna miał tłuste włosy ściśnięte w kucyk i dziobatą twarz. Był krępy o szerokich ramionach i zaokrąglonym karku. Jego ręce były nienaturalnie długie i grube.

- Co ona tu robi? Jakie są, kurwa, przepisy? Nikogo nie wpuszczać! – darł się na chłopaka. - Czy nie potrafisz w tym tępym łbie tego zapamiętać? - Pchnął go na ścianę, a Borys rozpłaszczył się na niej i znieruchomiał. Gorylowaty strażnik wyciągnął włochate ramiona, by wypchnąć Dorotę za drzwi. Nie spodziewał się oporu. Dorota wyszarpnęła z drzwi klucz, a potem  uchyliła się, by wyminąć strażnika i uciec w głąb korytarza. Była szybka, ale korytarz był za wąski, a strażnik zbyt blisko niej. Pałka świsnęła w powietrzu i przed oczami eksplodowała jej biała kula światła. Potem ból. Wartownik nie trafił czysto. Bolały plecy. Gdyby trafił w głowę Dorota leżałaby nieprzytomna na podłodze, a tak tylko upadła na kolana. Na ramieniu poczuła palce silne jak obcęgi.

- Co robisz cipo? – zaklął gorylowaty strażnik. Szarpnął mocno i chciał ją wypchnąć przez uchylone drzwi, ale nie docenił jej szybkości. Jemajher wybiła się mocno w górę prostując jednocześnie kark. Trafiła go głową prosto w nos. Usłyszała chrupnięcie łamanej kości. Głowa odskoczyła strażnikowi do tyłu. Na szyję Jemajher chlusnęła krew. Takie uderzenie powinno go pozbawić przytomności, ale goryl tylko się zachwiał. Dorota chciała uciec w głąb korytarza, ale ktoś chwycił ją od tyłu.

- Borys? – pomyślała. – Ty głupi, mały…

To nie był Borys. Gorylowaty strażnik uderzył ją pięścią celując w głowę. Jemajher zasłoniła się ręką, ale to nie wystarczyło. Kolana ugięły się pod nią, a przed oczami na chwilę zrobiło się ciemno. Gdy je znowu otworzyła pałka wznosiła się do ciosu. Strażnik zaciskał zakrwawione zęby w złowieszczym grymasie. Cios jednak nie padł. Drzwi uderzyły z hukiem o ścianę i do pokoju wbiegło sześciu mężczyzn. W upiornej ciszy zaczęli okładać obu strażników. Słychać było tylko głuche uderzenia drewnianych pałek i jęki bitych strażników. Twarz siwego olbrzyma odkształciła się jak gnijące jabłko. Skulił się, by chronić głowę, a chmara młodych mężczyzn obsiadła go tłukąc bezlitośnie po całym ciele.

- Wystarczy! - krzyknęła Anna, gdy tylko oprzytomniała i podniosła się z podłogi. – Jej głos był ochrypły. Szczęka i ucho pulsowały bólem. Czuła jak po szyi cieknie krew. Starła ją spoconą dłonią. - Dalej - wrzasnęła szarpiąc Wrelskiego, który nadal tłukł bezlitośnie gorylowatego strażnika.

- Trzeba iść dalej! - krzyczała. - Dalej! Dalej!

Wrelski opanował wściekłość.

- Starczy – wrzasnął i mężczyźni przestali bić nieprzytomnych już porządkowych. - Zwiążcie ich i dołączcie do nas – wskazał na dwóch chłopaków, który jeszcze dyszeli z wysiłku. - I zamknijcie drzwi od środka. Reszta za Dorotą.

Poprowadziła ich przez ciemny korytarz. Minęli dwie wnęki i tunel do szatni. Po kilkunastu krokach stanęli przed drzwiami do wartowni. Szarpnęła za klamkę. Drewniane, obite blachą drzwi były zamknięte. Strażnicy zdążyli się zabarykadować od wewnątrz. Musieli usłyszeć odgłosy walki.

- Otwierać! - krzyknęła kopiąc w drzwi. – Mamy broń! Otwierać!

Nikt nie odpowiedział.

- Nic wam nie zrobimy. Otwierać, bo wysadzimy drzwi!

- To ty Dorota? – usłyszała znajomy głos. - Przylgnęła uchem do cienkiej blachy.

- Tak Tomek - potwierdziła. To był jeden z porządkowych, którego znała. – Otwórz to nic wam się nie stanie, obiecuję – czekała chwilę na odpowiedź, ale usłyszała tylko szamotanie. Skinęła głową dając znak Wrelskiemu.

- Wysadzamy drzwi! Granaty! - wrzasnął Wrelski, a Dorota wyrwała pałkę jednemu z żołnierzy porucznika i zaczęła nią wściekle walić w blaszane drzwi.

- Nie! Nie! – Usłyszała z wartowni. - Otwieramy! Poddajemy się! Słyszycie!? Poddajemy się!

Dorota przestała walić pałką w blachę. Szczęknął zamek i chłopaki z oddziału Wrelskiego wpadli do środka roztrącając wartowników. Ci unieśli wysoko dłonie pokazując, że są bezbronni. Byli rozczochrani i niekompletnie ubrani. Rebelianci wyrwali ich ze snu. Dorota podeszła do blaszanej szafy i zdjęła z gwoździa gruby pęk kluczy. Patrzyła przez chwilę jak ludzie Wrelskiego krępują strażników.

- Idźcie od razu do drzwi zewnętrznych – poradziła. - Tam najłatwiej się bronić. Zróbcie tam barykadę z tych szaf tutaj. Mi tu nie pomożecie.

Wybiegła na korytarz kierując się do sterowni. Stamtąd mogła dać sygnał, którego nikt by nie mógł zignorować. Włożyła klucz do kłódki, przekręciła go i naparła na drzwi. Otworzyły się ze zgrzytem. Ze środka dobiegał warkot aparatury. Podłoga trzęsła się lekko. Wcisnęła włącznik i na suficie zamigotało mdłe światło rtęciówek. Na każdej ze ścian znajdowało się kilkanaście blaszanych szaf z rozdzielnicami - jedna dla każdego z modułów. Aby bezpiecznie nadać sygnał dla wszystkich modułów musiałaby w każdej rozdzielni obniżyć oddzielnie napięcie. Nie miała na to czasu.

Odnalazła szafę dla modułu łącznikowego i otworzyła ją uniwersalnym kluczem. Tam chciała nadać sygnał w bezpieczny i pewny sposób. Ukazała się przed nią plątanina różnokolorowych kabli, taśm, dźwigni, przełączników i bezpieczników. Kilka miesięcy pracy w biogazowni opłaciło się jednak. Główny inżynier nauczył ją jak działają rozdzielnice i cała sterownia. Wciągnęła głęboko powietrze i położyła spoconą dłoń na jednej z czerwonych dźwigni. Nacisnęła na drążek całym ciężarem ciała. Po pięciu sekundach uniosła go i znowu opuściła na pięć sekund. Głośno liczyła, by przerwy między kolejnymi spadkami napięcia były takie same. Gdy skończyła otarła pot z czoła. Zamarła na chwilę, ale nic nie usłyszała. Tylko ciągły pomruk pracującej aparatury.

Teraz czekało ją trudniejsze zadanie. Chciała nadać sygnał jednocześnie do wszystkich innych modułów. Nie można było tego zrobić bezpiecznie i szybko, ale sposób który znała minimalizował ryzyko awarii, a nawet jeśli by się zdarzyła, to była pewna, że uda jej się zidentyfikować problem i szybko go usunąć. Wiedziała, że prąd modułom będzie bardzo potrzebny. Awaria biogazowni byłaby katastrofą. Bez prądu zapadłaby ciemność. Nikt nigdzie nie miał innego źródła światła. Ponadto przestałyby być ogrzewane insektaria i farmy, co szybko doprowadziłoby do głodu. Pompy przestałyby oczyszczać i dostarczać wodę. Jeżeli brak prądu byłby dłuższy niż tydzień to, w modułach zaczęliby umierać ludzie.

Przecisnęła się między szafami do wąskiego korytarza. Na jego końcu była tablica elektryczna i awaryjne zawory dla każdego z trzech fermentatorów. Były rzadko używane. Proces był stabilny i wahania ciśnienia gazów w zbiornikach były na tyle małe, że nie wymagały reakcji. Poprzez awaryjne zawory można jednak było zmniejszyć ciśnienie gazu i zakłócić proces jego przesyłu, co powodowało spadek napięcia prądu.

Położyła mokre od potu dłonie na pierwszym pokrętle. Nabrała powietrz, wytarła dłonie o nogawki spodni i znowu położyła na pokrętle. Bała się. Wzięła kilka krótkich oddechów, zebrała siły i naparła na metal całym ciężarem ciała. Plomba została zerwana. Nie wiedziała ile obrotów powinna zrobić. Na początek obróciła pokrętło o sto osiemdziesiąt stopni i powtórzyła operację na dwóch kolejnych zaworach. Czerwona lampa ciągle pozostawała ciemna. Zielona zaczęła migotać. Następne pół obrotu. Odczekała chwilę i powtórzyła obrót na każdym z trzech zaworów. Zapaliła się czerwona lampa, a głośniki zatrzeszczały przenikliwym ostrzegawczym piskiem. Światło rtęciówek zbladło i wtedy natychmiast zaczęła kręcić w drugą stronę stabilizując ciśnienie biogazu. Mruczenie w sterowni stało się nieregularne, a ściany i podłoga rezonowały konwulsyjnie. Rtęciówki niemal zgasły, ale potem przestały blednąć i powoli rozświetliły się na nowo. Dorota wypuściła powietrze. Mdłości nieco zelżały. Kiedy uspokoiła oddech upuściła biogaz z instalacji jeszcze dwa razy. Rtęciówki zbladły i rozświetliły się przy akompaniamencie pomrukującej złowrogo aparatury. Miała nadzieję, że sygnał został zauważony przynajmniej w części modułów. Była wyczerpana. Usiadła w kącie sterowni. Czuła strach, ale również ulgę. Już nie mogła tego powstrzymać. Zaczęło się.

 

*

 

Żołnierze Wrelskiego siedzieli na przytaszczonych z wartowni metalowych skrzyniach. W jednej z nich znaleźli stary pistolet MAG-08 wraz z pasem, kaburą i dwoma magazynkami. Wrelski oglądał broń sprawdzając umiejscowienie bezpiecznika i ćwicząc wymianę magazynka. Pozostali mężczyźni ściskali w dłoniach pałki i przyglądali się porucznikowi. Dorota dotknęła policzka i zdrapała z niego zakrzepłą krew. W głowie nadal pulsował ból. W ustach czuła znajomy żelazisty posmak.

Strażnicy siedzieli związani pod ścianą. Patrzyli martwym wzrokiem na podłogę. O nic nie pytali jakby wiedzieli dokładnie, co się stało. To się czuło w powietrzu od tygodni. Każdy wiedział, że coś nadchodzi i niczemu się teraz nie dziwili. Siwy strażnik, pobity i okrwawiony na przemian budził się i tracił przytomność. Charczał i stękał, ale również nie powiedział słowa.

- Musimy iść Robert – zdecydowała w końcu. - Nie ma po co tu siedzieć. Nie trzeba nas tu aż tyle.

- Myślisz, że sobie nie poradzą w Łączniku? – Wrelski nie wydawał się być zaskoczony zmianą planów. Zmrużył oczy. Dorota zawahała się na ułamek sekundy. Czy ona była tutaj od podejmowania decyzji? Była przecież łącznikiem. Ona miała jedynie przekazywać rozkazy. Wiedziała jednak, że już dawno powinien dotrzeć do nich goniec, że wszystko w porządku.

- Nie wiem – odpowiedziała, ale jej głos brzmiał zaskakująco silnie - ale nie wiadomo czy sygnał dotarł do wszystkich modułów. Dla pewności trzeba przejąć centrum szczekaczek i nadać przez nie komunikat. Do tego jeszcze wiadomość o Filtraku dla Kompleksu. Mamy o tym niewiele, ale wystarczająco, by powstrzymać ich natychmiastowy szturm na moduły. No i masz broń, to możesz się przydać w Łączniku. Żołnierze oddziału porucznik Flasik mają tylko granaty. Jeżeli ci tutaj mieli pistolet to co mają tamci na posterunku w Łączniku? Tam jest obsada piętnastu porządkowych.

Wrelski wstał ze skrzyni i włożył pistolet do kabury na pasie zanim skończyła mówić.

- Karol i Maciek zostajecie tutaj – rozkazał. – Pilnujcie żeby żaden się nie uwolnił i zabarykadujcie te drzwi na stałe. I tak przez kilka następnych godzin nikt nie będzie tutaj musiał wchodzić. Zrozumiano? Mężczyźni skinęli głowami. - Sprawdzajcie czy są dobrze związani co jakich czas. Nie chcę niespodzianek.

- Zrobi się poruczniku - powiedział Maciek.

Żołnierze odsunęli łóżko i otworzyli drzwi na korytarz. Dorota i czterech mężczyzn ruszyło w stronę Łącznika lekkim truchtem. Biogazownia znajdowała się w jednym z najrzadziej zamieszkałych modułów. Było tutaj niewiele wnęk mieszkalnych, a mieszkańcy, jeżeli tylko mogli, woleli spędzać czas w innych modułach. Nie spotkali nikogo. Zwolnili dopiero, gdy zbliżali się do Grzybni. O tej porze na wartowni przy przesmyku strażnicy zazwyczaj spali. Przeszli chyłkiem przez komorę dekontaminacyjną. Skrzydła bram po obu stronach były rozsunięte. Minęli wartownię nawet nie zaglądając do środka.

Po wejściu na korytarz obwodowy w Grzybni Dorota poczuła charakterystyczny smród pracujących bezustannie owocników. Już kilka metrów za komorą na ścianach dostrzegli czarny nalot, który w miarę posuwania się w głąb modułu przekształcał się w kilkucentymetrową lśniącą powłokę. Szli szybko. Powietrze stało się wkrótce tak gęste od zarodników, że drapało w gardle. Dorota od kilku miesięcy nie odwiedzała Grzybni. Specjalnie omijała ją nadkładając drogi. Nie robiła jednak tego z powodu zarodników, ale strachu. Bała się wspomnień. Nawet teraz mijając zakręt prowadzący do wnęki Anny zacisnęła mimowolnie usta. Po Annie została pustka, której nic nie zdołało wypełnić. Nie słyszała od niej słowa od momentu, kiedy opuściła moduły. Ale nie miała do niej pretensji. Listy? Po co to komu? Tylko pogarszają sprawę. Tak się umówiły. Listy odciągają od ważnych spraw. Były przyjaciółkami. Przyjaźń ponad wszystko. Ich przyjaźń przetrwa. Wierzyła w to.

Ziemia zadrżała od potężnego wybuchu. Ze ścian i sufitu sypnęły się drobne kamienie i pył. Dorota zachwiała się i zakaszlała, gdy wciągnęła pył do płuc. Mieli już niewiele czasu. Zaczęli biec. W wartowni między Łącznikiem, a Grzybnią nie było nikogo.

- Biegniemy obwodowym, aż do korytarza łącznikowego – krzyknęła. Wrelski skinął głową. Słyszeli krzyki i pojedyncze strzały. Nie było kolejnych eksplozji. Na ścianach pełzało pomarańczowe światło. Pod nogami kłębiły się chmury coraz ciemniejszego dymu. Ogień. Gdy byli już naprawdę blisko usłyszeli ochrypły okrzyk:

- Stać, bo będziemy strzelać!

- Ziemia – Dorota wrzasnęła hasło.

- Kto wy?

- Wrelski – odkrzyknął Robert i znowu zaczęli biec. Dorota zakaszlała od dymu. Wartownia przed Łącznikiem była opanowana przez buntowników. W drzwiach stało dwóch ludzi. To oni krzyczeli. Nagle przez stalowe wrota, od których gęstymi kłębami płynął czarny dym, wyszła niska i drobna blondynka w ognioodpornym hutniczym drelichu. Dorota ją znała, to była Olga Krawczenko - Porucznik dowodząca jednym z oddziałów szturmujących wartownię w korytarzu łącznikowym. Miała czerwoną, spoconą i brudną twarz. Podchodząc do nich wytarła pot rysując przedramieniem na czole ciemną smugę.

- Musieliśmy wysadzić korytarz - wytłumaczyła zwracając się do Doroty. – W jej słowach nie było słychać wschodnich, melodyjnych nut. Mówiła czystą, odartą ze wszelkich regionalizmów polszczyzną. – Z Kompleksu nadbiegali niebiescy. Od razu zaczęli strzelać. Musieliśmy wysadzić korytarz. Wybuchł pożar. Jakaś instalacja nad korytarzem. Coś tam zaczęło się palić. Teraz już zamknęliśmy wewnętrzne drzwi, ale na początku trzeba było sprawdzić, czy się z Kompleksu do nas nie przebiją. Nie przebiją się. Wszystko zawalone. Zajmie im to na pewno kilka godzin, jak nie dni.

- Masz tylko tych dwóch? – wskazał Wrelski. – Co z resztą?

- Atakowaliśmy tutaj w czternastu ludzi, ale oddział porucznik Flasik i moich trzech żołnierzy posłałam, by pomogli zająć szczekaczki. Tam jest ciężko. Lepiej tam idźcie, macie czym strzelać – wskazała na pistolet wiszący u pasa Wrelskiego.

- Strażnicy zamknięci w wartowni? – zapytała Dorota.

- Tak.

- Związani?

- Tak.

- Przeszukajcie metalowe skrzynie w środku – powiedziała Dorota chwytając Krawczenko za ramię. - Ten pistolet znaleźliśmy w wartowni w biogazowni. Jak tam dostali jeden to tutaj mają tego więcej.

Krawczenko skinęła głową i wydała rozkazy.

- Biegniemy na krzyż - Jemajher machnęła ręką na Wrelskiego i jego żołnierzy.

Mieli do pokonania kilkaset metrów. Po kilkunastu usłyszeli krzyki i strzały. Biegli dalej, aż w mdłym świetle ukazała się barykada ze stołów i krzeseł. Blokowała korytarz krzyżowy na całej szerokości przed głównym skrzyżowaniem modułu. Kilku żołnierzy leżało między krzesłami i strzelało co kilkanaście sekund w stronę posterunku porządkowych. Dorota odetchnęła z ulgą. Barykada była tuż za drzwiami sali socjalnej i centrali łączności. Musiało to oznaczać, że te są już pod kontrolą buntowników.

- Ziemia, ziemia – krzyczała z daleka. Wreski i jego żołnierze też zaczęli krzyczeć, gdy niektórzy z żołnierzy zaczęli kierować w ich stronę broń. W nozdrza uderzył zapach dymu, prochu i krwi. Przy Dorocie zaraz znalazł się jeden z poruczników, który miał koordynować atak na posterunek porządkowych.

- Musieliśmy się wycofać. Oni mieli tam dużo broni. Mamy zabitych – mówił spokojnie, ale usta miał rozedrgane jakby zaraz miał się rozpłakać. Jedna ręka zwisała mu bezwładnie. Rękaw kombinezonu był przesiąknięty krwią.

- Ale przejęliście szczekaczki tak? – zapytał Wrelski.

Dorota weszła do sali socjalnej. Leżało tam siedmiu żołnierzy. Skręcali się z bólu. Wszyscy z zaimprowizowanymi opatrunkami z brudnych szmat, przez które przesiąkała krew. Porucznik Flasik siedziała pod ścianą blada, z twarzą ukrytą w dłoniach. Gdy zobaczyła Dorotę zerwała się z podłogi i chwyciła ją za kołnierz kombinezonu. Miała usta wykrzywione wściekłą rozpaczą. Zaczęła krzyczeć i płakać jednocześnie:

- Musimy to przerwać! Zabili ich. Zabili ich po prostu. Czterech moich! Zabili ich, a ja uciekłam. Boże! Ja uciekłam. Boże! – krzyczała. Z ust czuć było wymiocinami, źrenice były rozszerzone, rozbieganie, niewidzące. Nagle oderwała się od Doroty, umilkła i kucnęła jakby opadła z sił.

Dorota poczuła, że ktoś ciągnie ją za rękę i wyprowadza z socjalki na korytarz. To był Wrelski.

- Nie przejęli kontroli nad głównym nadajnikiem w centrum szczekaczek, nasi są w środku, ale nie mają głównego nadajnika. Ta aparatura znajduje się w wewnętrznej komorze poziom niżej. Stamtąd porządkowym na pewno udało się skontaktować z Białymi. Biali już wszystko wiedzą, mogą porządkowym w innych modułach kazać zniszczyć sprzęt.

- Możemy nadać komunikat na głośniki? – zapytała Dorota.

- Tak, teraz tak, ale oni też mogą. Mogą nam zakłócać sygnał, a może nawet uniemożliwić nadawanie.

- Trzeba ich, trzeba… - zaczęła Dorota.

- Słuchaj - przerwał jej Wrelski. - Jeden z moich budował to centrum. Zna ściany. Mówi, że jedna jest na tyle cienka, że kilka naszych granatów zrobi wyrwę. Zrobili tam wnękę na szafę. Tylko, że jak któryś z tamtych tam będzie to…

- Zróbcie to! Zróbcie!

- Już kują... - przerwał, bo nagle z drugiej strony barykady usłyszeli serię z karabinu maszynowego.

- Szturmują! Porządkowi! Szturmują! Na ziemię!

Kule odbijały się od aluminiowych blatów i krzeseł tworzących barykadę. Krzesały iskry na ścianach. Padli na ziemię.

- Idź - wrzasnęła Dorota Wrelskiemu w ucho. - Nadajcie sygnał do innych modułów, a potem o Filtraku do Kompleksu.

Wrelski skinął głową, wcisnął jej w rękę pistolet i pobiegł chyłkiem do wejścia do centrali szczekaczek zanim zdążyła zaprotestować. Dorota popatrzyła na pistolet. Co ma z tym robić? Nigdy nie strzelała. Zaczęła czołgać się w stronę barykady. Jakiś żołnierz obok leżał z karabinkiem, ale nie strzelał.

- Seriami – wrzeszczał. – Seriami walą!

- Co robią? - wrzasnęła.

Żołnierz nie usłyszał jej pytania albo rozmyślanie je zignorował.

- Nie podejdą, tchórze, nie podejdą! Nie podejdą tchórze, pierdoleni mordercy – chłopak miał w oczach łzy i wykrzywioną szaleńczo twarz. - Każdego zabiję. Zabiję! Popatrz pod ścianami i tam na środku. Trzech zabiłem - zaczął się śmiać. - To za naszych chłopaków. Oni zaczęli na Boga przysięgam oni! My mamy mało amunicji, ale umiemy zabijać. Oni już nie będą szturmować. Szturmowali tylko raz, bo myśleli, że mamy tylko pałki. Tylko dlatego...

Nagle, z centrum szczekaczek wybiegło trzech żołnierzy. Nastąpiła eksplozja. Ze ścian posypał się gruz i pył, a przez korytarz przetoczyła się fala gorącego dymu.

Dorota zerwała się z ziemi i razem z Wrelskim oraz jego ludźmi wdarła się do środka. Wstrzymała oddech. W powietrzu było tyle dymu i kurzu, że nie próbowała oddychać. Przebiegła przez salę operatorów i wpadła do korytarza prowadzącego do drzwi z głównym nadajnikiem. W murze zauważyła wyrwę. Była nieco większa niż studzienka kanalizacyjna, ale bez namysłu wczołgała się do środka. Czuła, że ostre, skalne krawędzie rozdzierają jej kombinezon i skórę. Po drugiej stronie korytarz był ciemny i zadymiony. Wstała na nogi niepewna, w którą stronę biec. Za sobą dostrzegła już głowę Wrelskiego. Ruszyła w prawo. Napotkała na drewniane drzwi. Naparła na nie barkiem. Ustąpiły i wpadła do środka przewracając się. Zobaczyła mężczyznę w uniformie porządkowego starającego się wyrwać jakiś kabel. Rzuciła się w jego stronę, ale w tej samej chwili poczuła mocne uderzenie w głowę. Eksplozja kolorów i kształtów. Upadła na beton. Pulsująca czerwień zamieniła się w ciemność.

 

 

 

 

Rozdział 26

 

 - Osiemnaście minut dwadzieścia dwie sekundy – krzyknął Junker. - Okrążenie szóste. Za wolno!

Anna pobiegła do stanowiska strzeleckiego starając się uspokoić oddech. Chwyciła prawą dłonią za uchwyt karabinka zamontowanego na piersi. Wypięła broń i położyła się. Przyjęła pozycję i spojrzała w celownik kolimatorowy. Egzomięśnie napięły się gwałtownie. Czuła jak ślizgają się w wyszlifowanych grafiksowych rynnach.

Kilkanaście metrów dalej zaczęły pojawiać się cele. Nacisnęła spust. Huk strzału był jak kopnięcie w głowę. Było dziesięć celów do trafienia. Cztery, trzy, dwa, jeden… koniec.

- Osiem! - krzyknął stojący obok Junker. - Osiem trafień. Za nerwowo! Za wolno! Chcę dziesiątek i dziewiątek!

Wstała, wcisnęła karabin w uchwyt na piersi i wbiegła w ciemny tunel za strzelnicą. Trenowali w starych sztolniach wydrążonych jeszcze przez Hitlerowców w latach czterdziestych dwudziestego wieku. Plątanina korytarzy, częściowo zawalonych, w kilku miejscach wychodziła na naturalne jaskinie.

Miała w nogach dopiero sześć trzykilometrowych okrążeń i mimo pięćdziesięciokilogramowego plecaka nie była zmęczona. Trening dopiero się rozpoczął. Biegła lekko i pewnie. Przyzwyczaiła się już do dziwnego wrażenia lekkości, jakie dawały egzomięśnie. Płynęła w powietrzu, jakby była na powierzchni Księżyca, nie Ziemi. Podobnie czuła się na siłowni, jeszcze przed Apem, kiedy robiła przysiady z obciążeniem. Po odłożeniu ciężaru przez kilka sekund odczuwała lekkość jakby unosiła się w nieważkości. Mózg dopiero po kilku sekundach zwalniał włókna mięśniowe z niepotrzebnie wykonywanej pracy i efekt lekkości zanikał. Tłumaczono im, że mózg inaczej interpretuje napięcie mięśni wewnętrznych i zewnętrznych i używa zbyt dużej ilości włókien tych pierwszych. Efekt ten miał być coraz mniej odczuwalny, ale podobno nigdy nie ustąpi zupełnie. Tak mówił Por, ale skąd do cholery on mógł to wiedzieć?

Zapaliła latarkę wbudowaną w kask. Białe światło liznęło wilgotne, szare skały i rozproszyło ciemność za zakrętem. Grafel był elastyczny i pozwalał stopie odczuwać różnice w podłożu, ale jednocześnie tak mocny, że uderzenia o kamienie nie sprawiały bólu. Za plecami usłyszała wystrzał, a po chwili dwa następne. To Kasjańska. Z każdym okrążeniem była bliżej. Biegła szybciej. Ona zawsze dawała z siebie najwięcej.

Anna poczuła jak rozgrzane mięśnie owiewa tunelowy chłód. Zaczęła biec pod górę. Lubiła tę część trasy. Mogła łatwo wybrać miejsce gdzie postawić stopę. Uczucie lekkości straciło na sile. Mózg zaprzągł do pracy znaczną część włókien mięśni wewnętrznych.

Po kilkudziesięciu metrach korytarz zaczął stromo opadać w dół. Pojawiły się kałuże czarnej jak węgiel wody. Zwolniła. Zimna woda zalała stopy. Rozstawiła ręce, by złapać równowagę, a potem brnęła przez kałużę powolnym truchtem. Nagle nogi zapadły się w smolistą kipiel po kolana. Biegła dalej. Stopy wyginały się, ślizgały na niewidocznych pod wodą kamieniach. Potknęła się i zamachała rękami próbując złapać równowagę, ale plecak pociągnął ją w dół. Na powierzchni zdołała utrzymać jedynie głowę. Wbiła palce w skały, wstała i zaczęła biec dalej. Woda szybko wylała się z Apa i wkrótce znowu poczuła ciepło od rozgrzanych mięśni.

Korytarz zaczął się rozszerzać. Wyciągnęła nóż z pasa na biodrze. Czas na karmienie. Pod ścianą jaskini stało wiadro z jabłkami. Nie czuła, że słabnie, ale wiedziała, że proces przenikania glukozy do krwi jest powolny. Trening będzie trwał na pewno kilka godzin, więc potrzebowała energii. Wzięła owoc z wiadra i zatrzymała się, by go obrać. Potem przecięła jabłko na pół, wydłubała pestki i pocięła owoc w dłoni. Ruszyła znowu korytarzem wolnym truchtem. Sięgnęła do pasa biodrowego i otworzyła szczęki rozdrabniacza. Syknęło sprężone powietrze. Wepchnęła do środka miąższ owocu i mocno zacisnęła wieko.

Ałpy nazywały rozdrabniacz gębą, bo taka była funkcja urządzenia. Służyło ono do rozdrabniania pokarmu przeznaczonego do zasilenia egzomięśni. Na pasie biodrowym znajdowały się trzy rozdrabniacze. Jeden przeznaczony był na miazgę owocową, drugi na skrobię, a trzeci na celulozę. Najszybszą energię dawał pierwszy. Profesor Por podkreślał, że jest on najwydajniejszy i najbezpieczniejszy i to właśnie jego Ałpy powinny używać w pierwszej kolejności. Sięgnęła po niewielką składaną korbę i zakręciła kilkukrotnie. Noże w rozdrabniaczu posiekały jabłko na drobne kawałki. Z każdym krokiem w pojemniku rosło ciśnienie i spychało sok do egzożołądka. Wiedziała, że znajdują się tam odpowiednie substancje, które pozwolą wyciągnąć z jabłka energię potrzebną dla jej mięśni, a mikroboty rozprowadzą ją we krwi.

Wbiegła znowu w wąski korytarz. W powietrzu poczuła duszący smród chemikaliów. Korytarz opadał w dół. Biegła kilkadziesiąt metrów, a potem wskoczyła w głęboką cuchnącą wodę. Na powierzchni wirowały tłuste plamy. Ap miał zbiorniki wypornościowe, więc gdy straciła kontakt z dnem zaczęła płynąć. Skóra na dłoniach posiniała od chłodu. Gdy wyszła z wody szczękała zębami. Przyspieszyła, by szybciej się rozgrzać.

Korytarz zaczął wznosić się gwałtownie w górę. Po kilkuset metrach tunel rozszerzył się, a potem zmienił się w obszerną podziemną halę. Naziści poszerzyli ją materiałami wybuchowymi i miała teraz regularny kształt. W podłodze tkwiły nadal stare, zardzewiałe szyny kolejowe, a w głębi rdzewiały maszyny fabryczne. Zatrzymała się przy jednym z przykręconych do podłogi słupów obsypanych u podstawy wiórami i kawałkami kory.

Zapachy żywicy i drewna był przyjemną odmianą od trupiego smrodu korytarzy. Sosnowy pień o wysokości niemal pięciu metrów mogła ledwo objąć ramionami. Sięgnęła do łydek i przesunęła obie dźwignie. Na dolnej, wewnętrznej części goleni pojawiły się kolce. Naciągnęła mankiety na dłonie i zacisnęła palce na rękojeściach. Wystrzeliły kilkucentymetrowe szpikulce. Wspinaczka była trudna. Pracowały przy nich głównie mięśnie wewnętrzne. Zewnętrzne były zaprojektowane do biegu i walki wręcz. Użycie ich przy bardziej skomplikowanych ruchach wymagało dużej zręczności i uwagi. Łatwo było coś naciągnąć lub naderwać.

Dotarła do szczytu i zdjęła z niego kilkunastokilogramowy pieniek. Przycisnęła ciężar do piersi i zeszła używając tylko jednej ręki. Schowała kolce na łydkach i wsunęła z powrotem mankiety w przedramiona.

Wybiegła z jaskini. Korytarz prowadził stromo w dół. Ze stropu kapała woda. By się nie poślizgnąć musiała umiejętnie hamować i kontrolować ciężar na plecach. Dla utrzymania równowagi rozłożyła ręce. Potem korytarz znowu wyrównał się. Pokonała dwumetrową przeszkodę znowu wykorzystując szpikulce w mankietach. Tak to nazywali między sobą – szpikulce, mimo że Grun uparł się, żeby nazywać je pazurami. Służyły do wspinaczki, walki, wydłubywania brudu z bruzd pancerza, dłubania w zębach i tysiąca innych rzeczy. Ałpy lubiły swoje szpikulce.

Na końcu korytarza wisiała lina, po której musiała wspiąć się na skalną półkę cztery metry wyżej. Wpięła linę w urządzenie umieszczone na pasie biodrowym i rozwinęła repsznury. Zrobiła pętle na nogę i zawiązała prusiki. Wchodzenie po linie zmęczyło ją. Mózg nie był w stanie optymalnie wykorzystać egzomięśni w takiej konfiguracji. Pracowały głównie mięśnie wewnętrzne i dlatego kiedy wdrapała się na półkę ciężko dyszała. Uda i ramiona spuchły od wysiłku. Ruszyła znowu biegiem. Niemal całą pracę przejęły znowu mięśnie zewnętrzne, więc Anna uspokoiła oddech po niecałej minucie.

Korytarz zwężał się w coraz ciaśniejszy tunel. Musiała iść na kolanach, a potem się czołgać. Jeszcze niedaleko. Kilkanaście metrów. Zaczęła już myśleć o strzelaniu. Musiała obracać biodra tak mówił Dressler. Nogi i biodra też strzelają.

Nagle skała pod stopami zadrżała. Ze stropu posypał się pył i przylepił się do wilgotnej szyby kasku. Starła go przedramieniem. Wybuch? Nim doczłapała do końca trzydziestometrowego odcinka nastąpiły kolejne dwie eksplozje.

- Zaczęło się – pomyślała. Zaczęła łapać powietrze jak topielec. Zakręciło jej się w głowie. - Dorota, Dorota, Dorota - imię zaczęło pulsować jej w uszach. Te wybuchy znaczyły coś złego dla Jemajher i modułów. Czuła to. Wiedziała. Zostało jej tylko kilkaset metrów. Trening już się nie liczył. Zignorowała dwa zadania i biegła wprost na strzelnicę.

Skała znów zadrżała kilka razy. Kamienie zagrzechotały o pancerz. Przewróciła się, gdy kawałek odłupanej skały uderzył ją w ramię. Gdy wstawała zrzuciła z siebie plecak. Pięćdziesiąt kilogramów balastu z łoskotem uderzyło o ziemię. Nie będzie tego potrzebować. Korytarz był ciasny i kręty. Drobne kamienie pod stopami zgrzytały przy każdym kroku jakby miażdżyły je gąsienice czołgu. Wybiegła na strzelnicę. Zrobiła zaledwie dwa kroki i usłyszała rozkaz:

- Rzuć broń!

Mężczyzna w błękitnym mundurze stał przed Junkerem. Wyciągnął w stronę Anny pistolet w urękawiczonej dłoni. Za oficerem wojsk wewnętrznych stała drużyna kilkunastu zamaskowanych podkomendnych z bronią automatyczną. Nosili kamizelki grafelowe i hełmy. Obok Junkera piętrzyli się Johan Molle i Olgierd Rot. Obaj byli bez broni. Mieli zdjęte kaski. Karabinki leżały u stóp oficera mierzącego do Anny. Blondyn o kanciastej twarzy i krzywym, złośliwym uśmiechu powtórzył głośniej swój rozkaz.

- Rzuć broń! Liczę do trzech i otwieram ogień.

Anna popatrzyła na Junkera, a ten skinął głową. Oficer najwyraźniej nie wiedział, z kim ma tu do czynienia i że nawet kilkadziesiąt kul nie przebije pancerza Ałpy. Jednak rozkaz Junkera był jasny. Miała posłuchać. Wyszarpnęła broń i karabinek po krótkim locie zaklekotał na kamieniach pod stopami oficera.

- Grzeczny chłopiec... - pochwalił blondyn i wskazał jej miejsce obok Junkera. Anna przeszła spokojnie kilka kroków. - Zdjąć kask – polecił, a kiedy to zrobiła znowu roześmiał się rechotliwie.

- Pardon madame - dodał. - Powinni nieco różnicować te wasze puszki, żeby można było rozpoznać dziewczynkę. Albo chociaż dupkę przewiązać jakąś różową wstążką. Enchantee.

- Panie kapitanie - zagrzmiał Junker. – Ponownie proszę o wyjaśnienia...

- Niczego nie muszę tłumaczyć - przerwał mu opryskliwie blondyn. – Podczas stanu wyjątkowego dowódca wojsk wewnętrznych rządzi dekretami. Mamy stan wyjątkowy. Nie potrzebuje niczyjej zgody - wycedził. - A pułkownik Kot rozkazał odprowadzić te twoje dziwolągi w bezpieczne miejsce. Ciebie też.

- Nie mogę się na to zgodzić... - odparł Junker.

- I mogę strzelać, jeżeli napotkam na opór! – przerwał mu nie bez satysfakcji blondyn. – Stawia pan opór sierżancie?

Ziemia zadrżała od następnego wybuchu. Z sufitu posypały się kamienie i pył. Niebieski oficer ugiął kolana i z obawą spojrzał na sklepienie jaskini.

- Ci na górze - syknął kierując lufę pistoletu w stronę stropu – ta brudna hołota chce tutaj rządzić. Ale zrobimy z nimi porządek. Ręką, która ich karmiła teraz wymierzy klapsa – krzywe usta oficera wygięły się jeszcze bardziej w parodii uśmiechu. - Pasożyty!

Nastała cisza. Junker zaciskał i rozluźniał szczęki nie spuszczając wzroku ze stojącego przed nim kapitana. Anna spojrzała na Olgierda Rota i Johana Molle. Połączyła kciuk z palcem wskazującym u prawej dłoni i lewą wskazała na Junkera. Powtórzyła to dwa razy. Zrozumieli. Potwierdzili to skinieniami głowy. Anna nabrała powietrza w płuca szykując się do skoku. I wtedy do korytarza z impetem wbiegła Alicja.

- Rzuć broń - wrzasnął oficer.

Kasjańska zatrzymała się.

- Kto to kurwa jest? – zapytała Junkera wskazując na blondyna.

- Rzuć broń, liczę do trzech i otwieram ogień – oficer miał widocznie swoją kwestię przygotowaną i wyuczoną.

- Ty se możesz rozporek otworzyć co najwyżej kmiocie, a nie kurwa ogień, zamknij ryja, nie do ciebie mówię… – wrzasnęła kładąc dłoń na wpięty w uchwyt piersiowy karabinek.

Niebieski oficer zakrztusił się jakby ktoś mu w usta wepchnął kartofla. Poczerwieniał na twarzy.

– …albo chapę, kurwa, możesz otworzyć - kontynuowała Kasjańska po sekundzie przerwy na oddech - jak kawał gołej dupy zobaczysz, kmiocie!

- Rzuć broń, liczę do… - oficer przerwał i cofnął się, bo dostrzegł jak Anna skoczyła na niego z wrzaskiem uwalniając szpikulce. Nawet nie próbował strzelać. Olgierd i Johan osłonili ciałami Junkera nim niebiescy zdążyli przenieść na nich wzrok. Utworzyli ze swoich Apów osłonę przed kulami.

Niebieski oficer odskoczył i zaczął uciekać. Anna nie goniła go. Uderzyła po prostu łokciem w pierś najbliższego ze zdezorientowanych żołnierzy. Przewrócił się. Dopiero wtedy pozostali rozbiegli się i zaczęli strzelać. Kule z kilkunastu karabinków i pistoletów maszynowych poleciały we wszystkich kierunkach. Jedni strzelali do Anny, inni w stronę Rota i Molle, a cała reszta do Kasjańskiej. Pogrążona w półmroku jaskinia roziskrzyła się światłem.

Kule świszczały, odbijały się od ścian i podłogi. Kilkanaście uderzyło w Ap Anny. Były jak silne kopnięcia. Przewróciła się na ziemię i uniosła ręce, by osłonić głowę. Jej kask był kilka kroków dalej. Przetoczyła się w jego kierunku. Kule cały czas biły w Apa nie pozwalając jej utrzymać równowagi. Namacała kask i wcisnęła go na głowę. Teraz była bezpieczna.

Spojrzała w stronę wyjścia. Niebiescy podzielili się na dwie grupy. Jedna uciekała ostrzeliwując się chaotycznie, a druga ukryła się za głazami i zasypywała kulami Ałpy. Widziała jak od pleców Rota odpadają drobne kawałki grafiksu. Niektórzy musieli mieć przeciwpancerną amunicję.

Niebieski kapitan biegł w stronę wyjścia z jaskini, ale Kasjańska szybko go doganiała. Nagle jednak zatrzymała się, wyszarpnęła karabinek z uchwytu piersiowego i wypuściła dwie krótkie serie w stronę żołnierzy strzelających do osłaniających Junkera Ałp. Twarz jednego eksplodowała w fontannie czerwieni, drugi upadł trzymając się na nieosłonięte grafiksem kolano. Reszta zaczęła się wycofywać, ale nie przestawali strzelać.

Anna zacisnęła zęby i pobiegła sprintem w stronę wycofujących się niebieskich. Chciała powstrzymać grad kul sypiących się na plecy Rota i Molle. Któraś z nich mogła trafić w głowę lub przebić w końcu grafiksowo-grafelowe sploty pancerza.

Żołnierze zauważyli ją późno, a gdy już zauważyli, to strzelali niecelnie. Mieli poważniejszy problem. Alicja zabiegła ich od flanki i eliminowała bezlitosnymi strzałami w nieosłoniętą grafiksem twarz. Niebiescy bali się zatrzymywać, by przyjąć jakąkolwiek przyzwoitą pozycję strzelecką. Strzelali w biegu zmierzając w stronę wyjścia. Zostało już tylko ośmiu. Reszta była albo martwa lub niezdolna do walki.

Kule szarpały Anną na wszystkie strony, ale żadna nie zdołała powalić jej na ziemię. Któryś z niebieskich strzelał pociskami z uranowym płaszczem. Grafiks ukruszył się przy pasie biodrowym, zakłuł egzomięsień prawego ramienia, nagle dwie kule trafiły w kask. Głowa odskoczyła do tyłu. Po lewej stronie szyby osłaniającej twarz pojawiła się pajęczyna. Zachwiała się i niemal upadła, ale w ostatniej chwili wsparła się na ręce. Niebiescy zyskali znowu kilka metrów.

Wstała i znowu zaczęła biec. Niebiescy musieli dojść do wniosku, że Alicja była dla nich groźniejsza i na Annę zostawili jedynie dwóch. Opuściła mankiety i wypuściła szpikulce. Przestała czuć ból, czuła jedynie wściekłość. Jeden przeładowywał broń, a drugi opróżniał magazynek celując w pierś. Ołowiane kule nie mogły uszkodzić grafiksu i tym bardziej przebić pancerza. Zaatakowała tego, który przeładowywał. Magazynek maźnięty czerwoną farbą. Tak żołnierze oznaczali przeciwpancerną amunicję. Z tej odległości, gdyby trafił w szybę kasku, mógłby ją zabić. Osłonił się karabinkiem, ale cios Anny był zbyt silny i zbyt precyzyjny. Szpikulec przebił szyję. Rzucił broń próbując obiema dłońmi zahamować upływ krwi. Musiał wiedzieć, że wkrótce umrze.

Zanim się odwróciła poczuła jakby ktoś wskoczył jej na plecy z młotem pneumatycznym. Kule przycisnęły ją do ziemi i pogruchotały grafelowy kaptur osłaniający kark. Anna poczuła ukłucie w okolicach łopatki.

-Przybił się? Ołowiem? - pomyślała, zacisnęła zęby i ćwierć sekundy po ostatniej kuli z długiej, trzydziestopociskowej serii skoczyła w stronę atakującego ją żołnierza. Strzelec nie próbował zmienić magazynka, rzucił broń i uciekał. Był kilka metrów przed nią. Już nikt z niebieskich nie odwracał się, by strzelać. Nie mieli amunicji. Zostało trzech.

Kątem oka zauważyła jak kapitan pada na ziemię. Kasjańska trafiła go w kolano. Czołgał się w stronę stalowych drzwi prowadzących na klatkę schodową. Żaden z jego żołnierzy nie zatrzymał się by mu pomóc.

Strzelała już tylko Kasjańska. Klęczała i w dwusekundowych odstępach przestrzeliwała niebieskim kolana. Krótkie serie po trzy pociski. Żaden nie dotarł na klatkę schodową. Ranni nawet nie próbowali się czołgać do wyjścia. Leżeli bez ruchu albo krzyczeli, żeby nie strzelać, że się poddają.

- Osłaniać wejście – usłyszała ochrypły krzyk Junkera. Odwróciła się w stronę dowódcy. Junker wyglądał jakby wyszedł ze wszystkiego bez jednego draśnięcia.

- Jak ktoś się ruszy to łeb rozwalę – krzyknęła w stronę rannych Kasjańska. Anna zauważyła, że Alicja wpięła swój karabinek w uchwyt piersiowy i pobiegła w stronę wrzeszczącego kapitana niebieskich. Chwyciła go z nogawkę i powlekła w stronę Junkera malując na kamiennej posadzce krwawy zygzak.

Anna wycelowała karabinek w stronę drzwi na klatkę schodową. Po chwili ukląkł przy niej Molle.

- Nic mi nie jest szefowo – mruknął uprzedzając jej pytanie a potem dodał. – Głupio zrobiłaś tak szarżując jak degenerat. Mało brakowało - stuknął palcem w szybę jej kasku w miejscu, w którym pojawiły się pęknięcia. Idź do Rota to cię opatrzy.

Chciała zapytać, co ma niby Rot opatrzyć, ale gdy zmarszczyła brwi poczuła, że skóra na czole lepi się od tężejącej krwi. To, co płynęło po policzku, to nie był pot. Musiał ją zranić jakiś odłamek albo odprysk skały zanim założyła na głowę kask.

Poszła w stronę Rota. Kasjańska zaciągnęła już oficera przed Junkera.

- Zostaw go tu – powiedział sierżant. Był spokojny i miał taki wyraz twarzy jakby planował, co będą robić za tydzień. - Zatamuj mu ten krwotok na nodze. Jeszcze się wykrwawi.

Alicja rzuciła w stronę dowódcy wściekłe spojrzenie, ale przesunęła dźwignię na kwadracie z apteczką i wyciągnęła opaskę uciskową. Junker kucnął przy oficerze, który bełkotał coś ciągle o konsekwencjach i dotknął na kilka sekund jego szyi. Mężczyzna zwiotczał jakby zapadł w sen.

Anna poczuła, że musi usiąść. Wszystko na ciele zaczęło boleć, szczególnie plecy między łopatkami.

- Zdejmiesz kask czy ja mam to zrobić – usłyszała głos Olgierda Rota, który stał już obok z gotowym opatrunkiem. – Jego głos wyrwał ją z maligny. Poczuła mdłości. Zdjęła kask. Rot widocznie zobaczył coś w jej oczach.

- Tak wygląda zabijanie – powiedział. - Skup się na rozkazach. Nie myśl za dużo. To ważne. Nie myśl za dużo.

Rot oczyścił jej twarz i przyłożył opatrunek.

- Nic ci nie będzie – mruknął. – Czujesz coś jeszcze. Ból?

Skinęła głową.

- No pewnie. Ból jest wszędzie.

Rot uśmiechnął się i klepnął ją w plecy. Grafiks wydał dźwięk jakby uderzały o siebie dwie plastikowe miski.

- Dobry tekst.

Radio zatrzeszczało w uszach. Usłyszała znajomy głos Junkera.

- Ranni?

Anna zerknęła w stronę sierżanta. Miał na głowie hełm. Ałpy po kolei zgłaszali brak obrażeń. Na końcu zameldowała się i ona.

Do korytarza wbiegł Sznurowski. Zatrzymał się, gdy zobaczył ciała. Anna zauważyła, że jego usta poruszają się. Wyczytała z nich krótkie i najsoczystsze z polskich przekleństw.  Junker przywołał go nakazując jednocześnie ciszę.

- Pozabierać wszystkim broń i opatrzyć tych, co mają szansę przeżyć. Nie chcemy żeby tu pomarli – rozkazał. Po kilkunastu minutach, kiedy już uporali się z rannymi znowu przywołał ich do siebie. Stanęli tuż przed stalowymi drzwiami na klatkę schodową.

- Opuszczamy Olbrzyma – powiedział. – To, co się stało… mogłem przewidzieć. Nie doceniłem Dawidowskiego.  Wielu ludziom zależy, byśmy nie osiągnęli celu, ale my zrobimy to, co do nas należy. To nie pójdzie na marne – wskazał na leżące wokół trupy. - Wszystko jest przygotowane. Wychodzimy dzisiaj. Wasz ból też nie pójdzie na marne.

 

*

 

Junker potrącił butem jeden z piętrzących się wysoko stosów książek. Anna dojrzała na okładkach niezrozumiałe dla niej litery. W pokoju pachniało czosnkiem i cebulą – towarami luksusowymi w Olbrzymie. Na podłodze obok łóżka leżał bochenek starego chleba i półmisek niedojedzonej kaszy gryczanej. W pokoju był jeszcze stół kreślarski, którego blat przykryty był szczelnie kilkoma warstwami kartek z technicznymi rysunkami.  Jeszcze więcej rysunków leżało pogiętych pod odrapanym krzesłem.

Z łóżka wstał chudy i wysoki mężczyzna. Miał przekrwione oczy i zmęczoną twarz. Uśmiechał się. Był ubrany w wypłowiały mundur wojsk rakietowych Federacji Rosyjskiej. Głowę miał ogoloną tuż przy skórze jak skazaniec.

- Zaczęło się? - bardziej stwierdził niż zapytał.

Anna miała wrażenie, że zamiast wypowiadać słowa – wyśpiewywał je. Potem dowiedziała się, że taki sposób mówienia nazywa się wschodnim akcentem. Mężczyzna patrzył ze zdziwieniem na Ałpy. Musiał widzieć je pierwszy raz. W tej części Kompleksu Ałpy nie pojawiały się często.

- Idziemy Zerkow – powiedział Junker ucinając dłonią wszelkie pytania. – Zabierz wszystko, czego potrzebujesz.

- Tak, już tylko… - mężczyzna klęknął i sięgnął pod łóżko. Wyciągnął stamtąd kolorowy plecak.

- Tu mam wszystko gotowe - powiedział. - Jestem gotowy od tygodnia, tak jak się umawialiśmy.

Wybiegli z pokoju. Junker prowadził korytarzami technicznymi. Była wczesna godzina. Nie napotykali wielu ludzi i tylko kilku żołnierzy. Salutowali Junkerowi i z ciekawością zerkali na Ałpy. Od opuszczenia kompleksu treningowego nie napotkali nikogo z wojsk wewnętrznych.

Anna nie wiedziała gdzie biegną. Bała się, ale próbowała o niczym nie myśleć, a jedynie wykonywać rozkazy. Ważne było, że biegli i zbliżali się do celu, gdziekolwiek on był.

Skręcili w szeroki, dobrze oświetlony korytarz. Tutaj pojawili się niebiescy, ale nie próbowali ich zatrzymać. Nie słychać już było eksplozji, ale Anna czuła jak skała drżała od kolejnych wybuchów. Nagle w korytarzu zawyła syrena alarmowa. Zacisnęła szczęki. Wycie syreny, zwielokrotnione w ciasnym korytarzu wwiercało się w głowę potęgując ból. Junker przyspieszył. To nie był już szybki trucht, ale bieg.

- Stać! - usłyszeli z tyłu okrzyk. Junker nie zatrzymał się. Nie obejrzał się nawet. Ałpy zrobiły to samo. Minęło pięć sekund, dziesięć piętnaście i nic się nie stało. Ktoś nie zdecydował się działać lub okrzyk nie był skierowany do nich.

Spoza zakrzywionego korytarza wyłoniły się stalowe drzwi. Anna domyśliła się, że to ich cel. Przed drzwiami stało dwóch wartowników w mundurach zwiadu. Obok otworem stały drzwi do wartowni.

- Biały Kieł - powiedział Junker podchodząc do starszego stopniem podoficera i chciał przejść dalej.

Kapral chwycił Junkera za ramię. – Panie sierżancie – powiedział i wskazał czerwoną lampę. Po alarmie hasła tracą…

- Biały Kieł – powtórzył Junker.

Kapral pokręcił głową jakby tłumaczył coś trzyletniemu dziecku.

- Hasło jest… - zaczął, ale zachłysnął się resztą słów. Junker błyskawicznie smagnął go pięścią w podbródek. Cios był precyzyjny i silny. Żołnierz sflaczał jak przekłuty balon. Drugi wartownik był tak zaskoczony, że nie próbował nawet unieść broni do strzału. Junker wyrwał mu karabin i uderzył w szyję. Żołnierz upadł na podłogę. Junker kazał ich wciągnąć do wartowni i położyć na boku, żeby się nie udusili.

W wartowni było jeszcze dwóch ludzi. Jeden spał skulony na polowym łóżku, a dowódca warty siedział przy stole z blaszanym blatem. Nosił niebieski mundur wojsk wewnętrznych. Gdy ich zobaczył wstał i zmarszczył brwi, ale nie zdążył zaprotestować. Dwa szybkie ciosy Junkera zwaliły go z nóg. Anna skierowała lufę karabinka na żołnierza, który zdezorientowany poderwał się z łóżka.

- Zaknebluj go - polecił sierżant i przeszukał mundur obezwładnionego oficera. Anna wpięła karabinek w uchwyt i podeszła do łóżka. Żołnierz oddychał szybko. Na czoło wstąpił mu pot.

- Siedź cicho, a nic ci się nie stanie – powiedziała uspokajająco zanim wsadziła mu w usta kawał szmaty. Z wiszącego na krześle pasa zdjęła kajdanki i przykuła go do żelaznej ramy łóżka.

Z tyłu usłyszała przekleństwa. Odwróciła się. Junker skończył już obszukiwać oficera. Rozejrzała się po wartowni. W pomieszczeniu, oprócz łóżka i krzesła, był tylko odrapany stojak na broń, guzik do odblokowania grodzi i guzik interkomu. Junker nacisnął oba guziki naraz. Zgrzytnął metal, gdy gródź zaczęła się otwierać. Anna na wszelki wypadek położyła zakneblowanemu żołnierzowi dłoń na ustach i przycisnęła mocno. Junker zbliżył usta do mikrofonu.

- Tu Sierżant Heinz Junker - krzyknął nie czekając na meldunek dowódcy warty po drugiej stronie komory dekontaminacyjnej. - Mam rozkaz opuszczenia Kompleksu. Biały Kieł. Zwolnić blokadę.

- Tu Kapral Zieliński – zacharczał głośnik. - Proszę o potwierdzenie dowódcy warty.

- Dowódca warty przekazał mi dowodzenie. Zwolnijcie blokadę żołnierzu. Mam rozkaz opuszczenia Kompleksu – powiedział Junker.

- Został ogłoszony alarm sierżancie Junker. Potrzebuję nowe hasło i potwierdzenie dowódcy war... - żołnierz przerwał i usłyszeli odgłosy szamotaniny i przekleństwa. Po chwili rozległ się niski głos.

- Melduje się kapral Dressler. Jest piąta pięćdziesiąt trzy i właśnie nastąpiła zmiana dowódcy warty. Hasło „lipa-pipa”, proszę o hasło.

- Lipa-pipa – powiedział z westchnieniem Junker.

- Przepraszam, jakieś trzaski na linii, powiedział pan: lipa-cipa?

- Lipa-pipa – powtórzył Junker spokojnie. Na twarzy Niemca pojawił się uśmiech.

- Zgadza się. Lipa-pipa. Blokada zwolniona.

Wyszli z wartowni, Molle i Rot chwycili za dwa metalowe, okrągłe uchwyty i zaczęli kręcić. Drzwi odsłoniły wnętrze komory dekontaminacyjnej. Było to pięciometrowy sześcian wyłożony stalą podziurkowaną otworami o średnicy małych monet. Weszli do środka i dopiero, gdy domknęli za sobą gródź, ta po drugiej stronie zaczęła się rozwierać. Za grodzią stał Karl Dressler.

- Teraz musisz nas zabrać sierżancie – powiedział – wskazując na leżącego obok żołnierza wojsk wewnętrznych. - Musieliśmy dwóch niebieskich mocno zbić. Za to nas z Gunkiem rozstrzelają. Regulamin mówi, że to niebiescy biją innych do nieprzytomności, a nie odwrotnie.

Anna dostrzegła, że sierżant Heinz Junker uśmiechnął się jeszcze szerzej niż przy interkomie. To był rzadki widok. Chwilę potem usta Junkera zamieniły się jednak na nowo w cienką kreskę.

- Idziecie z nami DreGu – potwierdził i pobiegli w głąb ciemnego tunelu ewakuacyjnego.

 

Rozdział 27

 

Dorota Jemajher opadła na krzesło. Metalowe nogi zazgrzytały na betonowej posadzce. Położyła dłonie na biurku rozsuwając stos papierów i nachyliła się do przodu tak, by oprzeć czoło o krawędź chłodnego blatu. Oczy piekły ze zmęczenia.

Popatrzyła w dół, na podłogę. W pęknięciach betonu nadal tkwiła zakrzepła krew, która wypłynęła z rozszarpanych kulami ciał porządkowych. Wycierała ją przez kilka godzin. Nie chciała pomocy. Wrzeszczała, gdy Wrelski próbował ją odciągnąć. Niewiele pamiętała z tamtych chwil. Tylu ludzi umarło. Nie żyli przez nią. Wrelski nie pozwolił, żeby ktokolwiek widział, co robiła, chociaż trwało to, co najmniej kilka godzin. Była wtedy potrzebna gdzie indziej, ale wiedział, że trzeba ją zostawić samą. Tak dobrze ją znał? Gdy zmywała krew często zatrzymywała się wpół ruchu i zastygała tak na długie chwile. Budziła się z odrętwienia dopiero, gdy przychodził z miską świeżej wody. Pilnował jej. Obserwował. Nic nie mówił, jakby wszystko rozumiał. Była mu za to wdzięczna.

Gdzie radość? Powinna się cieszyć. Udało się. Moduły były pod kontrolą modułowców. O tym przecież marzyła. Zablokowali korytarz łącznikowy i tunele prowadzące na powierzchnię. Niemal wszystkie posterunki porządkowych zostały przejęte. Sukces. Zagryzła dolną wargę. Zwycięstwo. Ale zwycięstwo miało swoją cenę. Porządkowi okazali się uzbrojeni i czuli się na tyle silni, że strzelali, by zabić. Niewielu się wahało. Kilkunastu ludzi zginęło, a kilkudziesięciu było rannych. W Słoneczniaku, gdy porządkowi poddali się po wystrzeleniu wszystkich kul, dokonano linczu. Pobito ich na śmierć. Po wszystkim ich ciała przypominały rzadką mięsną papkę. Nie sposób było odróżnić jednego od drugiego.

Wstała z krzesła i obeszła metalowe biurko. Wyciągnęła rękę i zgasiła upiornie białe światło lampy. W ciemności było jej trochę lżej. Miała ochotę usiąść w kącie, objąć kolana ramionami i płakać. Odetchnęła głęboko i znowu zapaliła lampę. Nie może tu siedzieć i płakać. Płakała już wiele razy i wcale nie było przez to łatwiej.

Tutaj ich nie słyszała, ale wiedziała, że są tam, na górze. Leżeli na betonowej podłodze lub na deskach z rozbitych pryczy i stołów. W modułach mieszkalnych nie było szpitali, ani lekarzy. Tylko jeden stary medyk krzątał się wokół rannych, ale jedyne co mógł zrobić to tamować krwotok, przemywać rany i pocieszać. Ona była temu winna. Była naiwna i głupia.

Wytarła łzy i wciągnęła w płuca zimne powietrze. Ktoś nadchodził. Poznała kroki Wrelskiego zanim jeszcze otworzył drzwi gabinetu. Wytarła łzy z policzków. Po co? I tak widział, że płakała. Głowę miał obwiązaną świeżym bandażem. Usta wykrzywiał mu ten sam kwaśny grymas co zawsze. Trzymał w ręku karabinek.

- Zgodzili się - powiedział zanim zdążyła o cokolwiek zapytać. Odwrócił się i oparł broń o ścianę.

To była jej pierwsza i jedyna decyzja od kiedy opanowali Łącznik. Kazała operatorom prosić Białych o przyjęcie rannych do szpitala w Kompleksie. Wszystkich rannych. Nie tylko porządkowych, ale wszystkich.

- Ale potem nie oddadzą naszych – kontynuował Wrelski. - Wyleczą ich pewnie, ale już tam zostaną. Zamkną w więzieniach… - Wrelski mówił coś jeszcze, ale Dorota przestała go słuchać. Jej ciało rozluźniło się jakby ktoś jednym ruchem rozwiązał jakiś piekielny węzeł. Ręce przestały drżeć, myśli stały się lżejsze.

- Kto o tym wie? - przerwała Wrelskiemu niecierpliwie, ale ten nie odpowiedział tylko popatrzył na nią w osłupieniu. Nie wiedział, o co pyta.

- O tym, że nie wrócą tutaj po leczeniu. Kto o tym wie? - powtórzyła.

- Tylko Sobolewski, ten operator Sobolewski i ja - Wrelski musiał usłyszeć jakąś dodatkową nutę jej w głosie albo dostrzec zmianę na jej twarzy, bo się uśmiechnął. - Przyszedłem od razu. Przed chwilą to nadali.

- Zgadzamy się, zgadzamy – Dorota ruszyła do drzwi. - Szybko! Nie ma się co zastanawiać. Tam będą żyć, a tutaj umrą. Chodź za mną do nadajnika - Szarpnęła za klamkę. Poszli szybko ciemnym korytarzem.

- Nikt nie może wiedzieć, że nie wrócą – szepnęła, gdy zatrzymali się przed drzwiami, za którymi znajdował się tylko operator nadajnika pozwalającego na komunikację z Białymi. To był jedyny taki nadajnik w modułach. - Niektórzy woleliby zamiast tego umrzeć. To młodzi głupcy. Trzeba żyć. My musimy żyć.

Wrelski skinął głową, ale w jego oczach nie dostrzegła zrozumienia. Ale ona decydowała. Jeszcze ona. Sam o to zadbał. Czterech gońców, których rozesłała, żeby znaleźli Starców jeszcze nie wróciło. Dopóki ich nie znajdą to Jemajher musiała podejmować decyzje. Wrelski zaakceptował to wcześniej i nie mógł teraz złamać słowa. Jemajher wiedziała, że nie złamie. To nie był człowiek, który łamał przyrzeczenia.

- Kto rozmawiał z ich strony? – Złapała go za nadgarstek zanim nacisnął klamkę.

- Pułkownik Kot. On tam rządzi.

- Nie Rada?

- Nie. Stan wyjątkowy. To on przejął dowodzenie.

Puściła jego rękę i otworzył drzwi. Operator siedział z pałąkiem od słuchawek zsuniętym na szyję. Chudy chłopak o zmęczonej, szarej twarzy.

Dorota podeszła do niego i położyła mu rękę na ramieniu.

- Powiedz, że akceptujemy ich propozycję. Rannych będziemy zostawiać w korytarzu łącznikowym. Stamtąd będą ich zabierać. W pierwszej kolejności najciężej rannych.

Odeszła z Wrelskim na stronę, podczas gdy operator zaczął wywoływać kogoś po drugiej stronie. Dała znak porucznikowi, a on nachylił ucho do jej ust. Poczuła od niego nikotynę i kwaśny zapach pustego od wielu godzin żołądka.

- Idź na górę i zorganizuj to - szepnęła. - Posegreguj rannych. Najlżej rannych zostaw u nas. Skonsultuj z Zyglewskim, kogo można zostawić. Idź teraz, idź.

Wrelski wybiegł z pomieszczenia. Dorota podeszła z powrotem do operatora i położyła mu rękę na ramieniu.

- Akceptujemy warunki – powiedział operator, który uzyskał w końcu połączenie. - Ranni będą znoszeni do korytarza łącznikowego…

- Chcemy rozmawiać z dowodzącym – wycharczał głośnik przerywając operatorowi. Chłopak spojrzał pytająco na Dorotę, ale ona pokręciła głową. Dopóki Starcy nie zostaną odnalezieni nie chciała by Biali wiedzieli, że ona wydaje tu rozkazy.

- Brak dowodzącego – odpowiedział Sobolewski. - Decyzje podejmowane kolektywnie przez poruczników. W przeciągu kilku godzin nastąpi wybór głównodowodzącego i wtedy nastąpi kontakt - operator powtórzył trzy zdania, które mówił od pierwszej rozmowy z Białymi.

Przez chwilę w głośniku słychać było jedynie zakłócenia.

- Można znosić rannych – usłyszeli odpowiedź. - Sanitariusze i lekarze są gotowi.

Dorota poklepała chłopaka po ramieniu. Wąskimi schodami wspięła się piętro wyżej, do sali operatorów obsługujących szczekaczki w modułach. Było tam dwanaście stanowisk, ale wszystkie obsługiwali tylko trzej żołnierze. Spojrzeli na nią podbiegłymi krwią oczami. Skinęła im głową. Odpowiedzieli tym samym. W jednym z nich poznała tego, który na barykadzie krzyczał, że wszystkich pozabija.

Zanim weszła do pomieszczenia z rannymi, zamknęła oczy, nabrała powietrza i zatrzymała je na chwilę w płucach. Ma dobre wieści, da radę. Wypuściła powietrze. Nacisnęła klamkę. Ze środka napłynęła intensywna woń potu i ekskrementów. Wokół leżących na podłodze rannych krzątały się starsze kobiety. Poiły wodą, karmiły, przykrywały i poprawiały poduszki. Mężczyźni łamali łóżka w koszarach porządkowych i konstruowali prowizoryczne nosze. Okrzyki bólu były rzadkie – ranni raczej jęczeli z zębami zaciśniętymi na drewnianych gryzakach.

Nikt nie zwrócił na nią uwagi. Wrelski i zasuszony jak laska wanilii doktor Zyglewski segregowali rannych. Nagle do Wrelskiego podbiegł zziajany chłopak. Powiedział kilka słów. Wrelski spojrzał odruchowo w stronę korytarza prowadzącego do biura centrali. Był zaskoczony, gdy zobaczył Jemajher. Ruszył w jej kierunku. Dorota przeczuwała, co chce powiedzieć. Jego twarz była spięta, brwi zmarszczone jakby roztrząsał problem, który nie miał rozwiązania.

- Powiedz to po prostu – powiedziała, gdy zbliżył się na tyle, by mógł ją usłyszeć.

Stanął przed nią, ale nadal milczał.

- Starcy nie chcą mieć z tym nic wspólnego - powiedział w końcu. - Nie oni to zaczęli i nie oni będą to kończyć. Oferują doradztwo, ale nie chcą odpowiadać za to, co się stało i co się jeszcze stanie.

Dorota nie była zaskoczona. Od początku sądziła, że tak właśnie się stanie. Nie pragnęła już jednak kucnąć gdzieś w kącie, płakać i siedzieć tam aż wszystko się skończy. Miała zadanie do wykonania.

- Nikt nie może o tym wiedzieć – szepnęła. Wrelski wydawał się zaskoczony. – Dowodzą nami nadal Starcy - to mają wszyscy usłyszeć i wszyscy mają w to wierzyć. Ja jestem tylko organem wykonawczym, naczelnikiem. To, co się stało, było częścią planu. Zbierz tych gońców i upewnij się, że nie zaczną rozsiewać plotek. Zamknij Starców gdzieś pod strażą. Niech pilnują ich naprawdę zaufani ludzie. Masz takich?

- Mam.

- A i jeszcze jedno – zatrzymała Wrelskiego, który ruszał już wykonać polecenie. Nie szeptała już. Żołnierze patrzyli na nią ukradkiem. Musieli mieć poczucie, że ich dowódca wie, co robi. - W korytarzu łącznikowym pokaż Białym kilku naszych najlepszych chłopców. Z karabinami i granatami, tak żeby Bielcy wiedzieli, że szturm będzie oznaczał zabitych po ich stronie. Zbierz też kilku ludzi od materiałów wybuchowych. Jak nie ma takich wśród naszych to poszukaj wśród tych, co budowali moduły. Oni tam często robili wszystko za inżynierów, więc wiedzą co i jak. Niech zaminują korytarz łącznikowy aż do komory dekontaminacyjnej i kilka odcinków korytarza południowego i zachodniego. To wszystko.

- Tak jest pani naczelnik! - powiedział Wrelski. W jego ustach nie brzmiało to śmiesznie. Potem skinął głową i popatrzył na nią. Nie w oczy, ale na usta. Drugi raz tego dnia uśmiechnął się.

Zanim zdążyła coś odpowiedzieć już przepychał się w tłumie. Dorota usłyszała jak gwizdnął i wezwał dwóch żołnierzy ze swojego oddziału. Odwróciła się i przeszła przez salę operatorów modułowych kierując się do nadajnika głównego. Trzymała wysoko głowę, ale gdy zniknęła w ciemnym korytarzu wcisnęła dłonie w kieszenie. Zaczęły się trząść. Nie chciała, by ktoś to zobaczył.

- Ty decydujesz – szepnęła. - Od początku wiedziałaś, że tak będzie. Wiedziałaś, że tak będzie. Nic się nie zmienia. Wiesz co zrobić. Wiesz, co robić Jemajher. Wiesz, co robić.

 

*

 

 - Pani naczelnik – operator zdjął słuchawki i spojrzał na Dorotę. – Dowódca posterunku przy korytarzu południowym. Mówi, że to pilne. Dać na głośnik?

- Tak – powiedziała rozcierając czoło. Przesiadywała już w pomieszczeniu nadajnika głównego drugą godzinę. Potrzebowała snu. Od momentu, kiedy sanitariusze Białych przyjęli ostatnią grupę rannych adrenalina opadła i zmęczenie sprawiało, że czasem plątał jej się język.

Obróciła się twarzą w stronę przejścia do wartowni głównej. Właśnie wynoszono ostatnią grupę rannych. Tak jak przewidywała Biali nie zaryzykowali szturmu.

- Tu Flasik. Słyszycie mnie? – odezwał się wysoki głos w słuchawce.

- Jestem i słucham cię Ewa.

- W zewnętrznej wartowni pojawił się oddział zwiadu – kontynuowała Flasik służbistym tonem. - Nie obsadzaliśmy zewnętrznej wartowni, bo było tam czterech silnie uzbrojonych ludzi z wojsk wewnętrznych. Nie było sensu ryzykować, odcięliśmy ich tylko… - zaczęła tłumaczyć, ale Dorota jej przerwała.

- Wiem o tym. Dobrze zrobiłaś Ewa. Mów o tym oddziale.

Przez kilka sekund słuchać było tylko trzaski i szum. Dorota spojrzała na operatora, ale ten skinął uspokajająco głową.

- …minuty temu – usłyszała znowu Flasik. - Ci żołnierze ze zwiadu włączyli obie kamery z wartowni zewnętrznej. Dają czarno-biały obraz, ale widać ich i widać, co zrobili. Rozbroili i związali żołnierzy wojsk wewnętrznych. Nie atakują. Chcą z nami rozmawiać.

- Kto to jest? – Dorota poczuła, że serce zaczyna bić mocniej. Zmęczenie odpłynęło natychmiast.

– Dowodzi nimi sierżant Heinz Junker – Flasik na chwilę przerwała. - Mówi, że jest dowódcą drużyny ekspedycyjnej i nie akceptuje ani nie przyjmuje rozkazów od dyktatury w Kompleksie. Skład oddziału to: kapral Karl Dressler, kapral Hans Gunk, szeregowy Olgierd Rot, szeregowa Alicja Kasjańska, szeregowa Anna Jastrzębska, szeregowy Johan Molle, szeregowy Henryk Sznurowski. Jest z nimi również major Arsen Zerkow z artylerii rakietowej Federacji Rosyjskiej.

Dorota poczuła jak krew napłynęła jej do twarzy. Zakręciło jej się w głowie. Anna. Anna była tak blisko.

- Pani naczelnik? – usłyszała zaniepokojony głos Flasik. - Nie słyszę pani. Odbiór?

- Tak. Jestem. Ewa… Ewa, ilu masz żołnierzy? - zapytała. Zdołała stłumić w sobie wzruszenie. To mógł być podstęp. Oni mieli tu szpiegów, a ona i Anna nie kryły się ze swoją przyjaźnią.

- Czterech - odpowiedziała Flasik. - Ale zdążyliśmy zaminować tunel. Gdyby wysadzali gródź to wycofamy się za wartownię. Mamy tam dobrą barykadę. Do tego jesteśmy w stanie zawalić tunel gdyby zaszła taka potrzeba.

Dorota dotknęła ramienia operatora. Chłopak spojrzał na nią ze zdziwieniem.

- Jesteś w stanie łączyć z wartownią zewnętrzną w korytarzu południowym? – zapytała. – Bezpośrednio?

Mężczyzna pokręcił przecząco głową.

- Nie stąd - odpowiedział. - Trzeba by przez nadajnik główny. On ma inne linie. Sobolewski powinien umieć to zrobić. On się na tym lepiej zna…

Dorota znowu nacisnęła guzik mikrofonu, by przekazać rozkazy dla Flasik.

 - Wycofaj przynajmniej jednego człowieka za komorę. Nie podejmuj prób obrony. Od razu zawalcie tunel jak tamci wysadzą drzwi. Ten Junker to jeden z ich najlepszych ludzi. Musisz uważać. Zrozumiałaś?

- Zrozumiałam. Wycofać jednego człowieka. W razie szturmu zawalić tunel.

- Dobrze. Robisz dobrą robotę Ewa. Bez odbioru.

Dorota przeszła do pomieszczenia nadajnika głównego. Milczący Wrelski ciągnął się za nią jak cień. Drzemiący Sobolewski zerwał się na nogi. Słuchawki spadły mu z kolan na wybetonowaną posadzkę. Chłopak miał przekrwione oczy, a twarz poszarzałą ze zmęczenia. Wrelski kazał mu łączyć z wartownią zewnętrzną korytarza południowego. Dorota stuknęła palcem w ekran jednego z monitorów wiszących pod sufitem.

 - Możesz przerzucić na nie obraz z kamer z wartowni? - zapytała.

Sobolewski bez słowa pochylił się nad aparaturą. Wypisał kilka komend i ekrany zamigotały. Obraz był ostry. Dorota zmrużyła oczy. Kamera wychodząca na korytarz pokazywała tylko nagie ściany. Spojrzała na drugi monitor. Wartownia. Wszyscy żołnierze zwiadu tam byli. Ciała pięciu z nich pokrywał ciemnoszary gruby pancerz. Żaden z nich nie zdjął hełmu, więc Dorota nie była w stanie dostrzec ich twarzy. Większość siedziała na pryczach przeznaczonych dla wartowników lub na własnych plecakach. Przy pulpicie dowódcy wartowni stało dwóch mężczyzn. Jednym z nich musiał być Heinz Junker.

- Połącz mnie – poleciła i nałożyła słuchawki. Przez chwilę słyszała jedynie trzaski i piski, a potem ciągły sygnał. Jeden z mężczyzn na monitorze, ten niższy i krótko ostrzyżony nacisnął guzik interkomu.

- Sierżant Heinz Junker - ochrypły męski głos był zakłócany przez trzaski, ale słyszała go wyraźnie - dowódca trzeciej drużyny ekspedycyjnej zwiadu.

- Naczelnik Dorota Jemajher – odpowiedziała.

- Naczelnik Dorota Jemajher - powtórzył powoli i obrócił się w stronę kamery jakby wyczuł, że na niego patrzy. - Pani jest osobą, która tu decyduje?

- Decyduje komitet, ale ja przekażę informacje komitetowi. Sierżancie Junker gdzie są wartownicy?

- Rozbroiliśmy ich i puściliśmy wolno - odpowiedział. - Broń i amunicja została tutaj – wskazał pod ścianę. - Ci chłopcy nie byli winni temu, co się stało.

- Nie winimy ich za to, co się stało.

- Słusznie.

Przez chwilę w słuchawkach dźwięczała tylko cisza.

- Po co pan tu jest sierżancie Junker?

- Chcę żebyście mi pomogli, potrzebuję waszej pomocy. Pani naczelnik, ja też mogę wam pomóc. Mamy wspólne interesy.

- My mamy pomóc wam?

- Tak – odparł krótko.

- Dlaczego miałabym w to uwierzyć?

- Wejdziemy nieuzbrojeni, zdejmiemy kamizelki, a nawet ubrania, jeśli tak zadecydujecie. Nie możemy stwarzać wtedy zagrożenia. Każdy nasz ruch będziecie widzieli przez kamery. Niczym nie ryzykujecie. Wiem, że celem buntu jest wyjście na zewnątrz. Potrzebujecie do tego sprzętu, zapasów, broni i przede wszystkim informacji. Ja wam w tym pomogę. Bez nas wam się nie uda.

Dorota oblizała spierzchnięte usta. Starcy tak chcieli kontaktu z tym Junkerem. I teraz sam do nich przyszedł.

- Nawet nieuzbrojeni są groźni – pomyślała, ale nie mogła wypuścić z rąk takiej okazji. Tam była Anna. Ostrzegłaby ją gdyby to była pułapka. Łączyła je przecież przyjaźń.

- Anna? Czy on mówi prawdę? – zapytała.

Jeden z zamaskowanych żołnierzy drgnął, wstał i ściągnął hełm. Jastrzębska bez słowa skinęła głową.

- Tak - dodała po chwili niepewna czy Dorota zauważyła jej skinienie.

Jemajher poczuła, że gardło ściska jej się ze wzruszenia. Potrzebowała kilkunastu sekund, żeby być w stanie mówić dalej.

- Będziecie przechodzić przez śluzę pojedynczo. Nieuzbrojeni, nago i pojedynczo - wykrztusiła w końcu i poleciła operatorowi przerwać połączenie.

 

*

 

Heinz Junker miał napiętą twarz. Wąskie usta zastygły w bezruchu w oczekiwaniu na odpowiedź Doroty. Schował dłonie za plecy. Stał wyprostowany. Wydawało się jej, że jego ciało drży jak trącona struna gitary. Było naelektryzowane i gotowe eksplodować.

- Nadal nie rozumiem, dlaczego to robicie - powiedziała rozchylając tylko nieco usta jakby nie miała już sił, żeby mówić wyraźnie. Stalowe oczy Junkera patrzyły uważnie i życzliwie, ale gdy padał na nią jego wzrok, czuła się jak mała dziewczynka.

- Pytania o przyczyny są najtrudniejszymi ze wszystkich pytań pani naczelnik - jego głos brzmiał zdumiewająco spokojnie, wręcz kojąco jakby chciał uspokoić dziecko.

- Proszę mnie tak nie nazywać…

- Wszyscy tak tu panią nazywają.

- Tak, ale jak jesteśmy sami, to proszę tego nie robić.

Junker skinął głową.

- Dobrze. Zapewniam cię Jemajher, że jedynym moim celem jest sprawa w Zatoce Gdańskiej. Dla mnie to ważne też osobiście. Mieliśmy wyruszyć za sześć tygodni, ale przez was musiałem wszystko przyspieszyć. Dawidowski wykorzystał zamieszanie do przejęcia władzy. Chcieli nas zatrzymać siłą, ale nie mogłem na to pozwolić. Zbyt wielu ludzi oddało życie, żeby to teraz wszystko porzucić. Uciekliśmy. Zabiliśmy przy tym kilku niebieskich, więc nie ma dla nas powrotu. Z waszą pomocą będziemy mogli jednak przygotować się i wykonać zadanie. Potrzebujemy żywności i dwóch dni odpoczynku.

- Rozumiem, ja wszystko rozumiem sierżancie, ale nie sądzę, by wasze zadanie mogło zostać wykonane. A nawet, jeśli trafią wszystkie cztery pociski, to nie ma gwarancji, że to zniszczycie.

- Gwarancji nie ma, ale to wszystko, co możemy zrobić – powiedział Junker.

- Tylko co to da? Rozwścieczycie ich a potem Pokale zniszczą tu wszystko.

- Oni o nas wiedzą - odpowiedział Junker. - Jakby chcieli nas zniszczyć, to już dawno, by to zrobili.

- Wiedzą o istnieniu Olbrzyma?

- Wiedzą – powiedział Junker. – Nie mogą nie wiedzieć. To pewnie kwestia ergonomii. Z jakiegoś powodu nie chcą marnować zasobów, a atakując nas w sposób konwencjonalny musieliby ponieść straty. Ich drony w pewnych warunkach da się zniszczyć.

Dorota nadal kręciła głową. Nie chciała słuchać.

- Unieszkodliwienie dronów to jedyna szansa na przetrwanie dla was, jeżeli uda wam się opuścić Olbrzyma – ciągnął Junker. - Drony nie potrzebują powodu, by zabijać. Są ich tysiące może nawet dziesiątki tysięcy. Już w pierwszej godzinie was zlokalizują. To nieuniknione. Przy tylu ludziach zawsze ktoś popełni błąd. Ktoś włączy latarkę, ktoś wystrzeli z pistoletu, ktoś zrobi tysiąc innych rzeczy, które przywołują drony. I w dziesięć minut drony zabiją wszystkich. Plotki o tym, że nie ma zagrożenia na zewnątrz i że ktoś trzyma ludzi pod ziemią, bo chce nad nimi władzy to kłamstwo szerzone przez głupców. Nawet żołnierze zwiadu bardzo rzadko wracają, by opowiedzieć o starciu z dronami.

- A pan je widział sierżancie? Widział pan drony?

- Widziałem – skinął głową. - Dron zabrał mi nogę i ramię. Przeżyłem, kilku z nas przeżyło i teraz wiemy jak je unieszkodliwić. To nie jest niemożliwe. Obiekt Alfa to źródło energii dla dronów patrolujących naszą część Europy. W promieniu co najmniej sześciuset kilometrów od Olbrzyma nie ma drugiej instalacji tego typu. Według naszych inżynierów wszystkie drony są zasilane w energię bezpośrednio lub pośrednio z tej instalacji – tłumaczył cierpliwie Junker. - Każdy z dronów służy za przekaźnik energii do następnego. Jeżeli odetnie im się źródło energii to walka z nimi będzie łatwiejsza. To będzie walka. Trudna, nierówna, ale walka, a nie rzeź.

- A co to da Olbrzymowi? Przecież nie planowaliście zaatakować ich tylko po to, by unieszkodliwić drony. W odpowiedzi mogą zabić wszystkich.

- To prawda - przyznał sierżant ponuro – ale jestem przekonany, i nie tylko ja, że nie mamy wyjścia. Bez względu na wysiłki Rady będziemy wymierać, śmiertelność będzie rosnąć. Grypa, ospa, gruźlica, tyfus. To dziwne, że do tej pory nic takiego się nie wydarzyło. Ale przede wszystkim będziemy wymierać, bo nie mamy po co żyć. Nikt nie wierzy, że coś się może zmienić.

- A pan wierzy sierżancie?

Junker skinął głową.

- Ja wierzę. Chcemy im pokazać, że z ludźmi należy się liczyć. Może to coś zmieni w ich planach, tych obcych. Nie liczę na litość, ale na chłodną kalkulację. Może zrozumieją, że mogą mniejszym kosztem pozwolić nam żyć. Może przestaną nas tępić i wyznaczą nam rezerwat. Może dojdziemy do jakiegoś porozumienia? Wiele scenariuszy jest możliwych.

- Do tej pory nie chcieli się porozumieć.

- Nikt nie chce porozumienia ze stroną, która nie ma żadnych argumentów. Ostatnie kilka dni powinno cię tego nauczyć - twarz Junkera stała się ponura. - Nikt nie odda niczego za darmo.

Milczeli przez chwilę. Ciszę przerwała Dorota.

- Ale przecież takiego ataku nie da się powtórzyć.

- Tak, ale oni mogą o tym nie wiedzieć.

- I Biali tego nie chcą? Nie chcą, żeby Pokale przestały nas tępić?

- Nie chcą kierując się identyczną logiką, jaką wy kierujecie się opuszczając Olbrzyma. Ważniejsi są ci, co żyją, a nie ci, co będą po nich. Pogodzili się, że świat się skończył i ważne jest tylko, by przeżyć swoje życie tak, jak sobie zaplanowali. Mówią wam zupełnie odwrotnie, ale taki jest ich cel. Chcą mieć władzę. Tylko to się dla nich liczy.

- A więc jeżeli atak się powiedzie to nasza ucieczka ma szanse powodzenia, a bez niej nie ma żadnych.

- Tak to wygląda – potwierdził Junker.

- A co potem? Jak już zniszczycie ten obiekt Alfa?

- Ja wrócę do Olbrzyma z tymi, którzy będą chcieli wrócić. Pomożemy wam wymusić na Radzie wypuszczenie na zewnątrz tych, którzy tego chcą. Również ludzi z Kompleksu. Tam wielu myśli tak jak wy, ale się do tego nie przyznaje.

Dorota odwróciła się na chwilę od sierżanta i popatrzyła na ścianę. Miała jeszcze inną propozycję. Tuż po zjawieniu się drużyny ekspedycyjnej Junkera przy zewnętrznej wartowni korytarza południowego odbyła rozmowę z pułkownikiem Kotem. Obiecywał wszystko, o co prosili: zapasy żywności, narzędzia, ubrania i gwarancje bezpieczeństwa po opuszczeniu Olbrzyma, jeżeli tylko wydadzą im Junkera i jego żołnierzy. Dorota nie ufała jednak temu człowiekowi. Proponował to wszystko półgębkiem i drwiącym uśmiechem. Czuła ten uśmiech w jego głosie.

- A dlaczego ty to robisz sierżancie? – zapytała odwracając się nagle do Junkera. - Co w tym jest dla ciebie?

- Jestem żołnierzem i nienawidzę wroga – powiedział i Dorota obserwując jego twarz nie miała wątpliwości, że mówi prawdę. - To nienawiść. Wszystko co robię, robię z nienawiści.

 

*

 

Tłum wznosił się nad Dorotą ze wszystkich stron. Gnietli się i przepychali. Słyszała okrzyki i przekleństwa. Nawet podczas najważniejszych walk nie widziała w Wannie tylu ludzi. Za Jemajher stał Junker z Ałpami. Ludzie z ciekawością patrzyli na uzbrojone, szare, człekokształtne potwory trzymające dłonie na wpiętych w uchwyty karabinach.

Dorota spojrzała w stronę wejść do Wanny. Kilkunastu mężczyzn zablokowało korytarze powstrzymując kolejnych wchodzących. Zaczęły wybuchać bójki. Dostrzegła uniesioną pięść Wrelskiego. To był znak. Musiała się spieszyć. Tłum nie mógł już czekać. Ścisnęła palcami rękojeść megafonu i przytknęła go do twarzy. Gwar nieco ucichł.

- Modułowcy! Stało się to, co musiało się stać - rozpoczęła. Nie poznała swego głosu. Był niższy niż dawniej, zmęczony. Myślała, że będzie musiała czekać aż tłum stopniowo ucichnie, ale jakimś sposobem wszyscy umilkli w jednej chwili. Chcieli jej wysłuchać.

- Naciskali, gnietli nas tak długo… To było nie do wytrzymania. I stało się, są zabici i ranni. Po obu stronach - kontynuowała oblizując wargi. Poczuła gorzki metaliczny smak w ustach. - Ale walczyliśmy o to, o co warto umierać - o godne życie. Oni umarli po to byśmy tu, teraz, mogli zdecydować o swoim losie. Umarli, bo tamci z dołu - wskazała na podłogę między swoimi stopami - chcieli nas trzymać na smyczy! - Już nie mówiła tylko krzyczała. Jej głos stał się chrapliwy, twarz poczerwieniała. Tłum rozumiał jej emocje lepiej niż słowa. - Chcieli decydować za nas, ale nami nie trzeba sterować. Jesteśmy ludźmi! Ludźmi! Ludźmi, nie bydłem, nie czernią, nie pulą genów. Jesteśmy ludźmi i mamy prawo decydować jak będziemy żyć i jak będziemy umierać! Nawet jakby z nami miała umrzeć cała ludzkość, to i tak mamy prawo decydować jak będziemy żyć i jak będziemy umierać. Mamy prawo! - przerwała i oblizała obolałe usta. Oddychała ciężko jakby miała za sobą kilkusetmetrowy sprint, a nie kilkanaście wykrzyczanych zdań. Ludzie zaciskali pięści. Podłoga i ściany drżały jakby nadciągała burza. Gniew tłumu wziął początek z jej gniewu i był odbiciem jej gniewu. Tego chciała.

- Chcemy by ci, którzy chcą żyć i umierać na powierzchni mogli to zrobić. Wiemy, że to śmierć i pewnie umrzemy tam szybko. Tam nikt nam nie pomoże, ale tego chcemy! Wolimy kilka lat tam, niż powolne zdychanie tutaj na dole. Tego chcemy. My tego chcemy tak bardzo, że niektórzy z nas za to umarli. - Całe jej ciało drżało, gdy to mówiła, czuła że usta wykrzywiają jej się od płaczu. Miała wrażenie, że bełkocze, ale i tak ludzie ją rozumieli. - Jest nas niewielu i żeby nam się udało potrzebujemy waszej pomocy. Potrzebujemy narzędzi, nasion, map i broni. Wszystko to mają Biali, w nadmiarze. Olbrzym to nasze dzieło, przedtem własność Polaków, ale teraz to już własność ludzkości. To nie jest ich! Nam się to należy! Nie jesteśmy tutaj gośćmi, ale jesteśmy u siebie i możemy o sobie decydować - przerwała, by nabrać tchu. Ludzie krzyczeli, zgadzali się, rozumieli to, co mówiła.

- Baliśmy się. Baliśmy się długo, a oni wiedzieli jak ten strach podsycać. Mówią nam, że żyjemy tylko dzięki ich łasce. To nieprawda. Żyjemy dlatego, że oddaliśmy im naszą pracę, nasze zdrowie i naszą siłę. Umieraliśmy i umieramy za nich. A teraz chcemy opuścić Olbrzyma. To nasze prawo. Wiemy, że jeżeli wyjdziemy z gołymi rękami, czeka nas śmierć. Biali mówią, że dadzą nam wszystko za kilka dni i o tyle was prosimy. Chcemy byście wytrzymali te kilka dni. Wsparli nas jak człowiek może wesprzeć człowieka. Poczekali. Gdy już odejdziemy nic się dla was nie zmieni… - przerwała, bo dosłyszała krzyki z tłumu o tym, że Biali zaatakują.

- Biali nie wejdą tutaj - odpowiedziała. - Prawdziwy żołnierze, żołnierze zwiadu, nie będą do nas strzelać, nie będą strzelać do ludzi, którzy walczą o godność. Reszta to tchórze. Niebiescy to śmierdzące tchórze. Porządkowi to tchórze!

Tłum zaczął krzyczeć. Uniosła ręce, żeby ich uciszyć i wskazała na stojące za nią Ałpy.

- Za mną stoją  żołnierze zwiadu. Oni są z nami. Są z nami! - zacisnęła dłoń w pięść i potrząsnęła nią w powietrzu. 

Odpowiedział jej ryk tłumu.

- Ale to nie o ich pomoc prosimy – kontynuowała Jemajher, gdy modułowcy ucichli - ale o waszą! Będziecie głosować. Przy wejściu każdy z was dostał kamień. Gdy będziecie wychodzić proszę wrzućcie go do białego worka. Biały worek oznacza, że chcecie nas wesprzeć. Wtedy będziemy bronić modułów i czekać na sprzęt, który obiecali Biali. Będziemy też pilnować porządku, zapewniać żywność i energię. Rozdamy produkty z farm specjalnych. Są tam warzywa i mięso. Każdy będzie jadł jak Biały. Starczy tylko na kilka dni, ale starczy dla wszystkich. Będziecie mieli czas na odpoczynek lub pracę, pracę, której produkt będzie dla was. Szyjcie ubrania, naprawiajcie meble róbcie to żeby polepszyć wasze życie. Nie będziecie pracować na punkty. Będziecie pracować na siebie.

Słowa Doroty przerywane były okrzykami i oklaskami, szczególnie w momencie, gdy wspomniała o mięsie. Poczekała chwilę by tłum się uspokoił.

- Czarny worek oznacza, że nie chcecie nas wspierać. Wtedy rozminujemy korytarze, złożymy broń i poddamy się Białym już jutro. Będziecie żyć jak żyliście dotychczas. Nic się dla was nie zmieni. To my poniesiemy karę, ale wiedzieliśmy o tym od samego początku. Myślcie o sobie, a nie o nas. Musicie jednak wiedzieć, że jak nas nie wesprzecie, to już nigdy więcej nikt nie pozwoli wam o niczym decydować. Już nikt nigdy nie zrobi tego, co my. Biali o to zadbają. Dadzą porządkowym broń, podzielą moduły, skłócą ludzi  i to, co zrobiliśmy, nie będzie już nigdy możliwe. To ostatnia szansa. Decydujcie! - odjęła megafon od ust i patrzyła na tłum, który zaczął się rozchodzić. Oddychała ciężko. Była wyczerpana tak bardzo, że ledwo trzymała się na nogach. Bała się, bała się teraz bardziej niż kiedykolwiek w życiu.

 

*

 

- Wyruszamy jutro - powiedział Junker. Dorota poczuła dreszcz, gdy zatrzymał na niej wzrok.

- Musicie utrzymać się tutaj co najmniej dwadzieścia dni - kontynuował Junker. - Tyle powinno nam zająć dotarcie do Królewca i wystrzelenie pocisków. Nie patrzcie w niebo. Krzywizna Ziemi nie pozwoli wam niczego dostrzec. Tamci na dole będą jednak wiedzieć. Mają aparaturę. Jak macie tam szpiegów to może się dowiecie od nich.

Stali nad biurkiem w wartowni łącznikowej. Na blacie rozłożony był plan modułów mieszkalnych oraz korytarzy i pomieszczeń technicznych. Byli sami. Dorota patrzyła na płachtę szarego, posklejanego taśmą samoprzylepną papieru i zacisnęła zęby.

- Najważniejsze jest to, byście wiedzieli gdzie kopią - powtórzył po raz kolejny Junker. - Nie możecie dopuścić do sytuacji, że będą gotowi na szturm. Zaatakują, gdy będą mieli trzy tunele szturmowe. To konieczne minimum. Nikt nie będzie atakował przez zaminowane wartownie i przesmyki. Niebieskich nie jest tak dużo i nie chcą umierać, a już na pewno nie chcą umierać głupio.

- Ale będą lepiej uzbrojeni i opancerzeni tak jak twoi... - szepnęła Dorota nie odrywając wzroku od stołu.

- Zwiad nie będzie atakował. Znajdzie się kilku, może kilkunastu, ale większość odmówi wykonania takiego rozkazu. Generał Herra ataku na moduły nie wyda tak samo jak każdy z jego poruczników. Dawidowski musiałby wymienić oficerów, a nie ma kadr. Składaliśmy przysięgę. Jestem pewien, że szturm będzie prowadzony siłami wojsk wewnętrznych, a to daje wam szansę. Będą dobrze uzbrojeni, może nawet opancerzeni, ale będzie brakować im woli. Ci ludzie potrafią tylko tłuc pałkami bezbronnych. Dlatego użyją bezzałogowych tankietek, by zminimalizować straty, a te łatwo zablokujecie, a potem zawalicie tunele i zyskacie kolejnych kilka dni - pokręcił głową i westchnął. - Ale nie myśl o szturmie. Szturm nie nastąpi. Nie będzie tu żadnej walki. Nie możesz dopuścić do szturmu. Twoim zadaniem nie jest walka. Unikaj walki, gdy wiesz, że nie jesteś wystarczająco silna. Masz uniknąć walki co najmniej przez dwadzieścia dni. Kiedy zobaczą, że udało się zniszczyć obiekt Alfa sytuacja się zmieni. Usuną Dawidowskiego. Myślę, że nie utrzyma się wtedy, ale to nie ma znaczenia. Pamiętaj co mówiłem: jeden tunel będą kopać kilka dni. Modułowcy są na razie po twojej stronie. Twoje zadanie to powstrzymanie rozkazu o szturmie. Każdy zewnętrzny korytarz musi być patrolowany dzień i noc - szczególnie te blisko huty, warsztatów, biogazowni, insektariów, farm i miejsc gdzie jest głośno. Masz wiedzieć gdzie kopią i z chwilą gdy przestaną, najpóźniej jak się tylko da nadać im wiadomość o precyzyjnej lokalizacji każdego tunelu z informacją, że zaminowaliście jego okolice. Oprócz tego, to ważne, musicie detonować kilka ładunków w pobliżu tuneli szturmowych, żeby niebiescy zorientowali się, że tam jesteście. Dawidowski może próbować specjalnie ich puścić na miny, albo może sądzić, że blefujecie z materiałami wybuchowymi. Krew niebieskich utrudni twoją sytuację.

Dorota kiwała głową. Pamiętała wszystko. Pamiętała każdą wskazówkę, którą przekazał jej Junker. Przez ostatnie osiem godzin sierżant tłumaczył jej, co ma robić, a czego ma nie robić. Już po pierwszych kilkunastu zdaniach Niemca zorientowała się, że wszystko co planowała przed wejściem jego oddziału, doprowadziłoby do śmierci wielu ludzi i całkowitej klęski sprawy, o którą walczyła. Jej pewność siebie, którą tak cieszyła się jeszcze wieczorem, zniknęła. Dorota była zmęczona. Coraz trudniej było jej się skupić. Junker to wyczuł.

- I pamiętaj o najważniejszym – powiedział takim tonem jakby miał kończyć. – Nie wierz im. Niczego, co obiecują nie dotrzymają. Wiedzą, że jeżeli wy wyjdziecie, nawet mała grupa, jeżeli wyjdziecie i przeżyjecie, to moduły staną się martwe w przeciągu roku. Inni pójdą za wami. Obrośniecie legendą, jeśli nie pokażą im waszych trupów.

 - Wydaje się, że nie mamy wyboru.

- Nie macie wyboru - potwierdził Junker. - Ale my zrobimy wszystko, by wrócić tutaj przed ich atakiem. Uda się zapobiec szturmowi. Tam na dole też nie wszystkim będzie się podobać ta bratobójcza walka. Zwiad odmówi wykonania rozkazów. Ale przygotowujcie się do walki. Budujcie zwężenia, minujcie strategiczne punkty i ustawiajcie obronę tak, by móc się zawsze wycofać. Już teraz poblokujcie lub wysadźcie obwodowe tunele w modułach i wydrążcie własne dla szybszego przerzucania sił i łatwego odwrotu. Wyrabiajcie granaty, kusze i stalowe osłony dla strzelców. Jesteście w stanie to zrobić. Tunele szturmowe przebija się wolno, szczególnie takie, którymi mają jechać tankietki. Macie czas, znacie swój teren. Przygotujcie się i wytrzymajcie dwadzieścia dni. Jeżeli nie wrócimy do tego czasu będziesz decydować co robić, wskazałem wam wasze opcje, ale nie wychodźcie na zewnątrz przed upływem dwudziestu dni.

- Dobrze - skinęła głowa Dorota. - Czekamy dwadzieścia dni.

Heinz Junker popatrzył jej w oczy, a potem chwycił ją za ramię.

- Musisz uwierzyć by pociągnąć za sobą innych. Nie możesz wyjść z tego pokoju nie będąc pewna, że się uda. Naczelnik Jemajher. Władza powinna być w jednym ręku. Po drugiej stronie masz kogoś, kto rządzi wszystkim. Dobrze się stało. Tutaj jesteś ty, a tam jest Ryszard Dawidowski. Pojedynek trwa dwadzieścia dni. On cię nie docenia. Wytrzymaj dwadzieścia dni. Potem wszystko stanie się prostsze. Tylko dwadzieścia dni.

- Uda się - Dorota skinęła głową i przełknęła ślinę. - Dwadzieścia dni.

- Co się uda? – zapytał cedząc powoli każde z trzech słów pytania.

- Będziemy tu czekać dwadzieścia dni. Nie będzie walki. Nie będzie zabitych.

- Dobrze - odpowiedział Junker i objął ją. Na chwilę wszystko od niej zabrał, na tę krótką chwilę to było tylko na jego barkach. Przełknęła ślinę i zamknęła oczy. Myślała, że zacznie płakać, ale tak się nie stało. W gardle i w żołądku rozlało się ciepło jakby napiła się mocnej wódki. Gdy odsunął ją na odległość ramion była już skoncentrowana i skupiona.

- Dwadzieścia dni i wszystko się skończy – powtórzył, a potem puścił ją i zrobił krok w tył jakby chciał objąć ją całą wzrokiem. Dorota patrzyła jak wąskie usta Heinza Junkera rozciągnęły się w uśmiechu odsłaniając drobne jak u kota zęby. Pomyślała, że uśmiech nie pasuje do jego twarzy.

- Wychodzimy o zmroku - powiedział. - Mamy już wszystko. Jutro pierwszy dzień z dwudziestu. Do zobaczenia pani naczelnik.

- Do zobaczenia sierżancie Junker.

 

Rozdział 28

 

W bunkrze cuchnęło pleśnią i zgnilizną. Anna otworzyła oczy, a potem powoli rozprostowała nogi. Zbyt długo tkwiła w bezruchu. Mięśnie stały się sztywne i obolałe. W półmroku dojrzała resztę Ałp. Siedziały pod ścianami na grafelowych workach. Obierały w ciszy małe, twarde jabłka, które zebrali przed kilkoma godzinami w zdziczałym sadzie. Chrzęściły gęby rozcierające miąższ owoców. Tylko Henryk i Alicja wymieniali krótkie sykliwe zdania, ale Anna nie zamierzała słuchać ich kłótni.

Wróciła myślą do spotkania z Dorotą. Kilka ostatnich miesięcy oddaliło je od siebie i nie wiedziały czy się objąć czy poprzestać na słowach powitania. W końcu uścisnęły się. Były same, Anna mogła się wypłakać w ramionach Doroty, ale tego nie zrobiła. Na twarzy Jemajher dostrzegła czerwone plamy. Dorota wydawała się starsza i szczuplejsza, niemal chuda. Jej włosy nie pachniały już kwiatami. Było od niej czuć tylko potem i dymem. Milczały kilka minut. Anna nie była zawiedziona. Rozumiała i wiedziała, że Dorota zrozumie. Słowa by wszystko popsuły. Siedziały obok siebie trzymając się za ręce. Obie musiały jeszcze zachować odpowiedni turgor umysłu i ciała. Już niedługo.

Anna wcisnęła palce między cegły nad głową i uniosła się na nogi. Mury były zimne i śliskie. Wciągnęła w płuca zatęchłe powietrze bunkra. Spojrzała na zegarek umieszczony na kwadracie obok kompasu. Wskazywał 20.23. Popatrzyła w stronę Junkera. Mężczyzna leżał pod ścianą na wznak z zamkniętymi oczami. Dłonie spoczywały wzdłuż ciała. Tylko klatka piersiowa sierżanta wolno unosiła się i jeszcze wolniej opadała.

Junker, tak jak każda Ałpa, miał w nogach około dwustu kilometrów. Może nawet trochę więcej. Tyle pokonali w ciągu trzech pierwszych dób od opuszczenia modułów. Nie korzystał z pomocy Ałp jak Zerkow, Gunk i Dressler. Nie potrzebował tego. Po przekroczeniu linii Wisły kilometraż dzienny miał wzrosnąć dwukrotnie, planowali pokonywać ponad sto kilometrów dziennie w lesistym terenie. Czekały ich tylko dzikie meliny, jeżeli zdołają takie znaleźć. Musieli być przygotowani do spania na z drzewach lub na ziemi. Anna była jednak pewna, że Junker poradzi sobie na równi z Ałpami.

Zrobiła kilka przysiadów, poprawiła grafelowy worek i ponownie usiadła. Zrobiło jej się cieplej. Znowu spojrzała na zegarek. Niedługo odprawa. Znała już wszystko na pamięć, ale i tak w odprawie musieli brać udział wszyscy. Nie przeszkadzało jej to. Nie była przecież w stanie przespać całych czternastu godzin. Napięła kolejno mięśnie ciała poczynając od nóg, a potem rozluźniła je. Nie czuła zmęczenia. Czekała, patrzyła przed siebie i starała się o niczym nie myśleć.

Nagle powróciły obrazy i zapachy z przeszłości. Wszystko było owinięte w mdłe uczucie bólu i strachu. Pajęczyca chciała w niej rozbudzić na nowo gorącą nienawiść. Wiedziała, że Yokai jest bliżej niż kiedykolwiek. Wspomnienia napływały falami i były coraz intensywniejsze, ale Anna nie była już wystraszoną, wypełnioną nienawiścią dziewczyną. Teraz było inaczej.

Dwudziesta pierwsza. Junker otworzył oczy i uniósł się na łokciach. Spojrzał na Zerkowa, który jak inni siedział pod ścianą. Nie mógł być zmęczony, bo całą drogę pokonywał na plecach Ałp. Arsen Zerkow wstał i usiadł na środku bunkra tak, by był dobrze widoczny dla każdego.

- Wyjmijcie schemat numer jeden - powiedział bez słowa wstępu.

Dressler i Gunk niechętnie odsunęli się od przygotowywanego przez siebie ogniska. Kasjańska i Sznurowski przerwali kłótnię. Anna sięgnęła do lewego przedramienia i wysunęła pierwszy kwadrat. Przesunęła metalowe spinacze i na kolanach rozsypało się siedemnaście blaszanych arkuszy pokrytych drobnym pismem i rysunkami. Na tych siedemnastu arkuszach blachy Arsen Zerkow zgromadził całą, dostępną mu wiedzę o wyrzutniach rakiet rodziny Iskander.

Rosjanin każde słowo wypowiadał głośno i wyraźnie. Skupiał się tylko na szczegółach technicznych, ale pierwszego dnia wyjaśnił wszystkim, dlaczego powinni uwierzyć, że to, co mówi jest ważne i warte zapamiętania. Arsen Zerkow służył ponad dziesięć lat w jednostce rakietowej stacjonującej w obwodzie kaliningradzkim. Zaczął od stopnia zwykłego działonowego, a skończył na dowódcy baterii. Obsługiwał wszystkie typy Iskanderów. Wystrzelił kilkadziesiąt pocisków na poligonach i w warunkach bojowych. To jego wyrzutnie, a później baterie wybierano, by pochwalić się skutecznością. Znał wiele tajemnic tej broni. Kilku sztuczek nauczył się sam, kilku nauczyli go koledzy, ale najlepsze przysłali sami konstruktorzy. Wszystkim zależało, by szczególnie na ćwiczeniach, wszystko szło zgodnie z planem.

Anna, zgodnie z poleceniem Zerkowa, przenosiła wzrok na kolejne arkusze blachy. Jej myśli odpłynęły w nicość. Znała schematy i słowa Zerkowa na pamięć. Kolejne zdania Rosjanina nakładały się na słowa powtarzane przez nią w myślach.

- Głowice taktyczne na 9M723 mają moc dziesięciu lub pięćdziesięciu kiloton trotylu. Takie głowice znajdziemy na pewno. Mówiło się też o setkach, ale ja takich tam nie widziałem, więc nie biorę ich pod uwagę. Dziesiątki może samodzielnie uzbroić dowódca pułku. Do pięćdziesiątek trzeba kodu z dywizjonu, ale te kody nam niepotrzebne. Kody dziesiątek można obejść. Robiłem to już wcześniej. Mój komandir je zapominał. Ciągle zapomniał, a kartki gubił. Nie był w stanie zapamiętać ośmiu znaków, a rakiety trzeba było przecież wystrzelić. Dlatego musiałem nauczyć się obchodzić zabezpieczenia.

Nasze mobilne wyrzutnie to nie strategiczne pociski. Nie trzeba nam było zgody władz. To broń jądrowa, ale taktyczna - musiała być używana szybko żeby zniszczyć wroga. Co do pięćdziesiątek to nigdy nie obchodziłem kodowania, ale jestem niemal pewien, że to, co robiłem z dziesiątkami, zadziała.

Rosjanin tłumaczył jak obejść zabezpieczenia, jak wyznaczyć cel i jak naprowadzać rakietę w ostatniej fazie lotu. Anna mechanicznie sunęła wzrokiem po blaszanych arkuszach poruszając bezgłośnie ustami jednocześnie ze słowami Rosjanina.  Kiedy skończył zebrała arkusze, spięła je i wsunęła kwadrat na przedramienię. Odprawa się skończyła. Teraz odpoczynek aż do świtu.

Uniosła głowę i wbiła wzrok w okopcony dymem strop meliny. To był stary bunkier pośrodku lasu. Miał dwie kondygnacje - naziemną z kilkoma otworami strzelniczymi i wpuszczonymi w podłogę wąskimi szynami oraz podziemną, odseparowaną od powierzchni grubymi pancernymi drzwiami. To właśnie pod ziemią zwiad urządził melinę.

Westchnęła i zaczęła słuchać Sznurowskiego, który niezmiennie starał się wciągnąć innych w erystyczną dyskusję. W każdej melinie siedzieli po kilkanaście godzin. Junker nie chciał ich zbyt szybko pozbawiać sił. Odejmując półgodzinny wykład Zerkowa i odprawę Junkera zostawało im ponad pięć godzin w trakcie, których nie sposób było spać. Sznurowski był z tego bardzo zadowolony.

- Zrobiliśmy bardzo szczegółowy przegląd powodów, dla których obce cywilizacje dokonują inwazji na inne, mniej zaawansowane cywilizacje - ciągnął z upodobaniem uprzednio przerwany wątek. Był podekscytowany, bo wszyscy zdawali się go słuchać bardziej uważnie niż zwykle. - Oczywiście rozpoczęliśmy od literatury. Ponad sto pięćdziesiąt lat temu rozpoczął Wells wizją wojny totalnej. Inwazja i powolna eksterminacja siły żywej i sprzętu była absurdalna. Oczywiście potrzebował on tego dla swojego bakteryjnego finale, ale i tak wizja takiej inwazji wydaje się naciągana. Przez całą historię literatury i filmu fantastyczno-naukowego, a teraz powiedzielibyśmy prognostyczno-naukowego - Sznurowski parsknął śmiechem, ale tylko jego ten żart rozbawił - oprócz klasycznej wellsowskiej woli zniszczenia nie ma wiele. Wola zniszczenia może mieć milion powodów i w tamtą stronę przesunęła się cała aktywność twórców. Albo to oni są źli, a my dobrzy. Albo to my dobrzy, a oni źli. Albo toczymy równorzędną walkę, albo jesteśmy zmiatani z powierzchni ziemi jak karaluchy. Tak czy inaczej rozwiązaniem jest zniszczenie ludzkości lub wykorzystanie jej w postaci surowca, siły roboczej lub mięsa armatniego.

- Ale oni nas przecież, kurwa, chcą zniszczyć idioto - warknęła Kasjańska. – Wersja klasyczna jest rzeczywistością.

- No nie do końca - westchnął Sznurowski. - Jakby chcieli to ten wirus by nas po prostu zabił. A stało się przecież coś innego. Część przeżyła niezmieniona a część przeżyła zmieniona.

- Przecież nie muszą być, do kurwy nędzy, nieomylni. Może nie potrafili wymyślić czegoś takiego, co nas wszystkich na raz wytłucze – powiedziała Kasjańska.

- Albo to, co tu robią na Ziemi, to dla nich coś pobocznego i się nie postarali - wspomógł Alicje Rot.

- Doskonale argumenty - pochwalił ich Henryk. - Nie jestem w stanie ich obalić. Może nawet macie rację. To, że rzucili teraz te drony i bezlitośnie nas tłuką może dowodzić ich czysto morderczych instynktów - Sznurowski zawiesił głos - ale umyka wam chyba coś fundamentalnego. Czy drony polują na nas? Nie. Wiszą sobie w powietrzu i atakują tylko jak wyczują pole elektromagnetyczne silników, spaliny, gazy prochowe czy tam jeszcze coś innego. Jak siedzimy cichutko to nas nie tkną. Dlaczego?

- Tylko tak mogą nas rozpoznać. - warknęła Alicja. Sznurowski działał jej na nerwy i wszyscy dawno to zauważyli. - Poznać, że my to my, a nie degeneraci.

- A po co mają nas rozróżniać? Aby oszczędzić na amunicji? Mogliby zabijać i nas i dege. Nie, nie kochani, one chronią degeneratów – powiedział Sznurowski. - Zauważcie, że oni nas biją za używanie techniki, czyli tego, co pozwoliłoby nam dokonać eksterminacji dege. Z czołgami, śmigłowcami i karabinami maszynowymi trzystu żołnierzy z Olbrzyma powoli oczyściłoby Polskę z dege. Nie. Oni nie chcą nas zniszczyć, tylko chronią swój twór.

- Czyli degeneraci to nie jest ich klęska tylko tak właśnie miało być? - zapytał Olgierd.

- To jest najbardziej logiczna konkluzja. Moim zdaniem wirus nie został stworzony żeby zabić. To był wirus zmiany. O tak. Nie tylko ja tak myślę. Spędziliśmy na tym tygodnie, zebraliśmy relacje kilkuset osób. Każdy miał jakiś element do naszej układanki. Wydaje mi się, że nasze wnioski są bez zarzutu. Zobaczcie jak to się wszystko dobrze składa – Sznurowski wstał i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Robił tak zawsze, kiedy mówił o czymś, co go naprawdę interesowało.

- Pierwsze fala hormurii była najpotężniejsza i ona praktycznie załatwiła wszystko. To o tej fali mówimy trzy sigma. Nie zostali zarażeni wszyscy tylko jakieś 99,7% czyli trzy odchylenia od średniej w rozkładzie normalnym. Myślę, że to dowód, że matematyka to uniwersalny język wszechświata. I co ciekawe u wszystkich zarażonych pierwszy atak hormuryczny nastąpił w ciągu kilku godzin na całym świecie. Ja to pamiętam. To musiało wymagać od Pokali nieludzkiej precyzji i koordynacji. Albo musieli spowodować, by wirus wniknął do organizmów w tym samym czasie, albo wirusy wnikały w różnym czasie, ale musiały mieć jakiś zewnętrzny czynnik, który je aktywował. Tego nigdy się nie dowiemy. Moim zdaniem to była kombinacja jednego i drugiego. Wirus wnikał najprawdopodobniej poprzez zatrucie źródeł wody lub upraw i był w nim jakiś mechanizm odliczający, ale był również uaktywniany czynnikiem zewnętrznym, najprawdopodobniej jakimś rodzajem promieniowania. Tak to sobie wyobrażam. W każdym razie w czasie pierwszej fali niemal każdy doznał hormurycznego ataku. Pewnie wielu z was miało okazję obserwować atak hormurii. Ja też go widziałem, ale wtedy nie byłem zainteresowany w jego analizowaniu tylko spierdalałem przed siebie tak szybko jak potrafiłem – Sznurowski zamilkł na chwilę. - Dopiero kilkanaście lat później dotarliśmy do nagrania ze wczesnych badań nad hormurykami. Atak trwa około sześciu godzin. Organizm zaczyna produkować w takich ilościach hormony stresu i walki, że człowiek zamienia się w rozszalałe zwierzę. Tak jak doktor Jeckyl i mister Hyde. Nie jak Hulk, tego chyba znacie lepiej. Tylko Dege nie robią się zieloni. Ale i tak degenerat to taki człowiek zepchnięty jeden stopień na drabinie ewolucji. Te ataki dziennikarze nazwali hormurią. To połączenie słów hormony i furia. Chwytna nazwa bardzo szybko zastąpiła nazwę naukową. Dzisiaj nikt już nie mówi o hormonalnie indukowanym zespole agresywnych zachowań, w skrócie hizaz, tylko o hormurii. Ja też wolę tę nazwę. Naprawdę dobrze brzmi. Po kilku godzinach atak mija. Zostawia człowieka w najlepszym razie wyczerpanym, zużytym do cna, a w najgorszym martwym. Wysiłek organizmu podczas ataku jest tak duży, że starsi, chorzy i niedostatecznie wytrzymali fizycznie giną już w pierwszych minutach. Pamiętam jak ulice były zasłane ciałami. Przyczyną śmierci była najczęściej niewydolność krążeniowo-oddechowa, wylew lub uszkodzenie ważnych organów wewnętrznych w tym mózgu. Co ciekawe hormurycy rzadko atakowali się nawzajem. Ich wściekłość jest zwrócona wobec tych, którzy nie są zarażeni wirusem. Tego to już zupełnie nie da się wyjaśnić prawda? Ataki powtarzają się w kilkugodzinnych odstępach i każdy niszczy korę mózgową. Zanika pamięć, wrażliwość na piękno, rozwaga i empatia, słowem wszystko, co czyni nas ludźmi. Człowiek zamienia się w zwierzę. Każdy kolejny atak jest coraz słabszy, a człowiek coraz mniej pamięta i czuje. Hormurycy zaczynają łączyć się w grupy. Skłania je do tego instynkt i silna potrzeba przebywania z innymi. Początkowo porozumiewają się prostymi słowami. Potem i one zostają zastąpione przez pochrząkiwania i okrzyki. Tyle im starcza by wyznaczyć hierarchię. Po kilku tygodniach ataki zanikają. Proces przemiany zostaje zakończony. Potem człowiek nie jest już człowiekiem. To dzikol, zombi, hrokacz, thug – różnie go nazywano. Teraz najczęściej mówi się degenerat albo dege.

- Czyli co? – sarknęła Kasjańska. – Czyli tak miało być?

- To właśnie mówię – skinął głową Sznurowski. – Tak miało być. Zauważcie jeszcze jedno. Pamiętacie pewnie chaos, jaki nastąpił po atakach? Rosjanie myśleli, że to atak na ich kraj. Komuś puściły nerwy i wystrzelili rakiety. Strategiczne i taktyczne. Wszystkie. Kilka spadło na Polskę, jedna doleciała do Berlina. A Amerykanie? Amerykanie wystrzelili swoje. Chińczycy swoje. Pakistańczycy swoje. Hindusi swoje. RPA swoje. Francja swoje. Angole swoje. Kilka uderzyło w cele, ale niemal wszystkie, pewnie trzy sigma, zostały zestrzelone wysoko nad ziemią. Wiemy to na pewno. Widziałem wtedy niebo. Jeśli ludzie przetrwają to nazwą tamtą noc białą. Tak. Prawdziwe nuklearne rozbrojenie. I dlaczego to zrobili?

- Chcieli ocalić planetę to oczywiste – mruknął Rot. – Zniszczonej nie potrzebują.

- Może tak, może nie – kontynuował Sznurowski. Mówił szybko jakby bał się, że ktoś mu przerwie. - Po czterech tygodniach było po wszystkim. Szacujemy, że siedemdziesiąt procent zarażonych zmarło podczas ataków hormurii, z głodu lub od poniesionych ran. To oznacza, że zostało około trzech miliardów degeneratów. Nie jesteśmy w stanie oszacować ilu przeżyło niezarażonych ludzi. Z tych trzystu milionów pewnie przeżyło kilka procent. Optymistycznie możemy założyć, że obecnie na ziemi jest około pięćdziesięciu milionów ludzi żyjących w małych osadach lub podziemnych bazach. Zupełnie niegroźnych dla Pokali.

- No i co z tego – zapytała Kasjańska. - Do czego to prowadzi. Ten twój wywód?

- To był test jakości – powiedział Sznurowski. Powrót selekcji naturalnej. Taki jest wniosek. Wirus miał oddzielić najsilniejszych fizycznie od najsłabszych. Wiemy na pewno, że przeżyły najsilniejsze fizycznie jednostki. A może były jakieś dodatkowe kryteria? Może jakieś mentalne. A może jeszcze inne? Tego nie wiemy. Sądzę, że to nie był wirus destrukcji, to był wirus przesiewowy. Odrzucił tych, którzy się nie nadawali.

- A my? – zapytał Olgierd.

- My jesteśmy tym, co zostaje po trzy sigma – powiedział Sznurowski. - My jesteśmy resztką, którą nie warto się zajmować. Resztką, przewidzianą, zaakceptowaną i zarządzaną. Resztką, która zniknie z powierzchni Ziemi. Cel został dla nich osiągnięty. Po co się nami zajmować? To strata zasobów i strata czasu.

- Poczekajcie, kurwa, chwilunię - powiedziała Alicja. - Przecież to bzdura. Znamy jedynie kawałek lasu wokół olbrzyma. Ty Sznurowski z tymi swoim kółkiem kretynistycznym zebrałeś jeszcze kilka gazet i wspomnień, ale i tak gówno wiesz! Może gdzieś indziej jest inaczej. Może tam Pokale coś robią. Nas zostawiają w spokoju, bo ten kawałek ich nie obchodzi.

- Tak też może być - zgodził się Sznurowski uśmiechając się kwaśno. – Zobaczymy. Może dożyjemy czasów, które pozwolą powiedzieć, kto ma rację.

 

*

 

Noc. Anna obudziła się. Usłyszała ich tak jak wszyscy. Wyli jak zwierzęta. Zapaliła latarkę. Nikt nie spał. Patrzyli w stronę pancernych drzwi. Od uderzeń pałek, siekier i drągów stalowa płyta drżała i odpadały od niej płaty rdzy. Junker rozkazał spać i zakazał rozmów do świtu. Anna zgasiła latarkę. Inni też. W bunkrze zapadła ciemność. Usłyszała jak Zerkow przesuwa swoje posłanie jak najdalej od drzwi. Chciała odpocząć, ale nie mogła zasnąć. Czuła podniecenie. To były emocje Pajęczycy, które przeniknęły do jej świadomości. Pajęczyca świętowała. Czuła krew. Anna pozwoliła się zepchnąć na bok. Umyślnie. Nie walczyła z nią. Obserwowała.

Godziny mijały powoli. Uderzenia i okrzyki dege nie ustawały. O piątej Junker rozkazał im ustawić się za ciasnym korytarzem, który prowadził do wyjścia z piwnicy. W każdej melinie budowano z worków z ziemią podobny korytarz. Miał on ułatwić zrobienie trupiego zatoru.

Zwiad miał procedury na takie sytuacje jak ta. Ustawiano się z karabinami naprzeciwko otwieranych drzwi. Kluczowe było kilka pierwszych sekund. Potem rozszarpywane kulami ciała tarasowały przejście. Napastnicy przedzierali się przez plątaninę stygnących ciał coraz wolniej, pozwalając na spokojne celowanie. Łatwo było bez strat zabić wszystkich nawet, jeśli horda liczyła setki osobników.

Junker zmienił jednak standardowe podejście. Chciał oszczędzić amunicję i przetestować Ałpy w walce. Strzelać mieli tylko Dressler i Gunk. Ustawili się pod ścianą naprzeciwko drzwi i oparli karabinki o wypełnione ziemią plastikowe worki. Sznurowski, stanowił dla nich osłonę w wypadku gdyby degeneraci przedarli się przez szpaler Ałp.

Anna w prawej ręce trzymała nadziak. Na drugą nasunęła mankiet i wysunęła szpikulec. Pajęczyca chciała zabijać. Chciała wypchnąć Annę całkowicie z ciała, ale Anna nie pozwoliła zabrać sobie wzroku. Pajęczyca zabrała ból. Anna unosiła się w cudownej nieważkości. Oglądała to, co działo się przed nią, jak film. Rozkosz. Czy tak wyglądał raj?

Junker wybił rygle i pancerne drzwi ustąpiły. Serie z karabinków Niemców rozświetliły mrok bunkra. Tłum degeneratów wlał się bezładnie do środka jak woda po przerwaniu tamy. Anna poczuła drżenie. To Pajęczyca chciała ją wypchnąć całkowicie. Chciała wszystko dla siebie, ale napotkała na opór i nie próbowała ponownie. Nie było na to czasu. Pierwszy z degeneratów wybiegł z korytarza. Można było zabijać. Anna pozwoliła Pajęczycy wznieść nadziak nad głową dege.

Czas zwolnił. Ułamek sekundy rozciągnął się na minuty. Ramię rozpoczęło ruch w dół, aby przebić czaszkę napastnika. Egzomięśnie wzmocniły ruch. Ramię przyspieszało. Wtedy Anna szarpnęła, by wyrwać ciało spod władzy Pajęczycy. Nie spodziewała się, że uda się tak łatwo. Czy była aż tak silna? Odzyskała wszystko od razu.

Uderzenie dźwięku, bólu i smrodu oszołomiło ją. Huk karabinów Dresslera i Gunka mieszał się z wrzaskiem degeneratów. Betonowa podłoga bunkra drżała. Od wlewających się do piwnicy ciał bił fetor odchodów i zepsucia.

Czas znowu przyspieszył. Nadziak opadł, ale nie trafił w czaszkę dege. Wbił się w bark. Degenerat zawył, ale zaraz umilkł, bo miecz Kasjańskiej pogruchotał mu kręgi szyjne. Anna zauważyła, że usta Alicji wykrzywiają się, ale w ułamku sekundy zasłonili ją kolejni degeneraci. Anna zaczęła zabijać. Nadziak wbijał się w czaszki. Degeneraci padali na beton. Trupy piętrzyły się i spychały Ałpy coraz dalej na ściany bunkra. Degeneraci płynęli coraz szerszym strumieniem. Wyczołgiwali się spod masy ciał umoczeni we krwi jak demony. Anna zabijała nieprzerwanie, tak jak inni. Nadziak rozłupywał czaszki, szpikulec rozrywał szyje. Degeneraci nie znali strachu, nie czuli bólu, walczyli i umierali. Nadchodzili następni, następni, wciąż nadchodzili następni.

Rzeka martwych i żywych ciał rozdzieliła Ałpy. Każda walczyła teraz sama. Anna widziała jeszcze tylko Johana Molle. Był trzy metry dalej wymachując ramionami grubymi jak pnie drzew.

Zabijała dalej. Zabiła kobietę, która doczołgała się do niej, złapała jedną ręką z łydkę i próbowała wcisnąć ostrze noża między skręty grafiksowego pancerza. Zabiła zwalistego mężczyznę w wciśniętym na głowę motocyklowym kasku, zabiła wytatuowanego trzydziestolatka i żylastego starca. Zabijała dalej.

Molle został otoczony przez czterech dege. Walili w niego pałkami tak silnie, że stracił równowagę. Klęknął na jedno kolano odsłaniając plecy. Głowa odskakiwała mu na boki od uderzeń nabijanych gwoździami pałek i metalowych prętów. Anna nie mogła mu pomóc. Nadchodzili kolejni, kolejni i kolejni. Wielu degeneratów miało kaski i blaszany pancerz chroniący korpus. Zabicie takich trwało kilka sekund dłużej. Zobaczyła, że Johan stanął znowu na nogach. Poradził sobie. Zabijał dalej.

W każdej sekundzie umierał degenerat, ale było ich zbyt wielu. Traciła koncentrację. Z całej siły opuściła nadziak na środek kasku, który osłaniał głowę wysokiego degenerata. To był błąd. Stal przebiła plastik i piankę, a potem zagłębiła się w istocie szarej mózgu. Cios był zbyt silny i nadziak zakleszczył się. Jeden z degeneratów rzucił się na jej wyciągnięte ramię, ścisnął je całym ciałem jak wąż i wbił zęby w grafiks. Nie poczuła bólu, ale upadła na brudny od krwi i błota beton. Dziurawiła dege szpikulcem, ale tamten nie puszczał jej ramienia. Skoczyli kolejni przyciskając ją do ziemi. Czuła jak przez otwory w grafiksie przesącza się pot, krew i ślina degeneratów. Jej lewa ręka została odciągnięta od ciała. Pancerzem wstrząsały kolejne uderzenia pałek i siekier. Jeden z mężczyzn ścisnął udami jej głowę. Wierzgała wściekle, ale nie mogła go z siebie strząsnąć. Uderzeń było coraz więcej i więcej. Jej myśli były w rozsypce. Próbowała odczołgać się gdzieś dalej, ale nie mogła ruszyć się z miejsca. Dwóch degeneratów przytrzymało jej głowę, a jeden wzniósł wysoko siekierę celując w szybę jej kasku. Zamknęła odruchowo oczy, ale cios nie nastąpił. Podniosła powieki. Degenerat stał tam gdzie poprzednio. Struga krwi lała się przez przerżnięte gardło. Nim upadł dostrzegła jak Junker zabija nożem kolejnych dwóch, którzy unieruchamiali jej prawe ramię. Przetoczyła się na lewy bok i kopnięciem zrzuciła z siebie ostatniego napastnika. Wstała i zabijała dalej.

Junker wbiegł na splątaną górę zakrwawionych ciał i zniknął jej z oczu. Spojrzała pod nogi. Podłogę pokrywało lepkie błoto z moczu, krwi, kału i treści pokarmowej. Od drzwi płynęła leniwie gęsta, smrodliwa, czerwona rzeka. Wrzask degeneratów nie ustawał. Dressler i Gunk przestali strzelać.

Zabijała dalej. Wzmocnione egzoumięśnieniem ramię podnosiło i opuszczało nadziak. Celowała w czoło lub kark i zabijała. Ramię nie męczyło się. Ręka podnosiła się i opadała. Krew płynęła.

Nagle strumień degeneratów się urwał. W żadnym momencie, ani na chwilę nie osłabł, tylko nagle, po prostu, przestali nadchodzić następni. Nastała cisza. Nienaturalna cisza przerywana jedynie westchnieniami, mlaskaniem i klęśnięciami jakby górę ociekających krwią ciał pożerało jakieś wygłodniałe zwierzę. Anna starła krew z szyby kasku. Oddychała szybko jak po wyczerpującym sprincie.

- Wychodzimy natychmiast – usłyszała gdzieś nad głową. Głos Junkera był stłumiony jakby coś ściskało mu gardło. - RoKa, zróbcie ścieżkę w tych trupach. Reszta zbierać rzeczy. Za godzinę przekraczamy rzekę. Wtedy zmyjecie krew.

 

Rozdział 29

 

Anna patrzyła przed siebie wciągając przez otwarte usta upalne powietrze. Alicja kucnęła metr dalej wśród kołyszących się lekko, wysokich do pasa paproci. Anna widziała cały czas jej hełm i plecy.

 - Kurwa, zawsze się obszczam, no kurwa zawsze - gderała Kasjańska. – I później śmierdzę od tych szczyn, jak jakaś latryna, pieprzone gówno, to się u mnie nie otwiera jak trzeba…

Anna nie usłyszała kolejnych przekleństw, które Kasjańska wypluwała przez zaciśnięte zęby. Spojrzała w górę w korony drzew. Las był młody i gęsty. Nieruchomy od upału. Wysokie drzewa rosły rzadko, ale w podszyciu trwała walka o słońce i wodę. Anna czuła jak pot spływa po nagiej skórze pod Apem. Powietrze wlewało się w płuca jak rozgrzany olej. Otworzyła usta i wysunęła język.

- Krzywo szczasz, bo masz zdezelowany sprzęt - Dressler zarechotał gdzieś z boku. Anna dostrzegła jego rude włosy między mięsistymi liśćmi. - Lata roboty robią swoje. Ja mam na przykład odciski na palcu od cyngla. Wszystko się psuje. W takim wieku…

- Pochwa i cewka moczowa to dwie różne rzeczy idioto - warknęła Kasjańska. - Ty szczasz pewnie prosto jak strzała, bo twój pipitek był rzadko w robocie.

Anna usłyszała jak Kasjańska zamyka klapę pod pasem biodrowym i wstaje. Dołączyły do reszty. Anna zajęła pozycję po lewej. W środku formacji znajdowali się Dressler, Gunk i Zerkow. Ałpy osłaniały tę trójkę z każdej strony. Oni byli najsłabsi. Junker szedł wysunięty z przodu. Taki szyk w zwiadzie nazywali diamentem.

Wąskie, leśne ścieżki, którymi prowadził ich Junker nie miały końca. Ciągnęły się kilometr za kilometrem, metr za metrem, centymetr za centymetrem. Stopy grzęzły w podmokłej ziemi. Lewa noga. Prawa noga. Znowu lewa.

Anna sięgnęła po manierkę i zwilżyła usta. W środku było już wody tylko na kilka łyków, musiała ją oszczędzać. Oczyściła głowę z myśli. Krok za krokiem. Lewa. Prawa. Lewa. Trans pozwalał dłużej wytrzymać. Oddech. Ruch. Oddech. Ruch. Pot spływał po plecach i brzuchu. Na biodrach i stopach piekła otarta skóra.

Junker zwolnił. W powietrzu poczuła wilgoć. Zbliżali się do rzeki. Piekące promienie słońca zmieniły ją w gęstą zupę, ale rzeka oznaczała wodę: brudną, mętną, ale wodę, chłodniejszą niż powietrze i ich rozgrzane ciała. Anna spojrzała na Rota. Biegł dwa metry od niej. Po twarzy, pod szybą hełmu, płynął mu pot. Widziała nawet przez szybę hełmu. Stróżki zaczynały się na czole tuż nad okiem, okalały oczodoły, płynęły przez zapadnięte policzki i tworzyły krople na podbródku. Dostrzegł jej spojrzenie i uśmiechnął się. Strumyki potu zafalowały skonfundowane i krople oderwały się od podbródka. Ktoś stęknął. Odwróciła głowę i spojrzała na Zerkowa.

- Niedługo trzeba go będzie wziąć na plecy - pomyślała. - Ledwo idzie. Teraz kolej Kasjańskiej… - uniesiona dłoń Junkera ucięła bieg jej myśli. Zatrzymała się. Odczytała z ułożenia palców, że mają ustawić się w kolumnę. Anna zajęła swoje miejsce. Za nią był tylko Johan Molle.

Junker wprowadził ich na popękany asfalt dawnej drogi. Roztopione, czarne kałuże ziały gorącem jak wulkany. Las był tutaj rzadszy. Między drzewami zamajaczył most. Był kilkadziesiąt metrów przed nimi. Zardzewiałe łuki wznosiły się wysoko. Łuszczyły się z nich resztki niebieskiej farby.

Uczyli ich, że stare mosty były pewniejsze niż te nowe. Ten zbudowano w czasach, gdy nie żałowano stali i betonu. Inżynierowie chcieli mieć pewność, że most będzie służyć im, ich dzieciom i wnukom. Wtedy to było ważniejsze niż zysk.

Poczuła ucisk tuż pod sercem. Pajęczyca. Dlaczego teraz? Od masakry degeneratów w melinie zniknęła. Kilka dni bez znaku życia. Teraz drżała z podniecenia jak szykujący się do skoku kot. Anna zrozumiała wszystko po kolejnej minucie biegu. Zapach był podobny do smrodu gnijących ryb, ale nieco słodszy. Smród ludzkich ciał najbardziej dotkliwy jest właśnie dla ludzi. Junker podniósł w górę zaciśniętą pięść. Zatrzymali się.

Na przęsłach mostu, głową w dół, wisieli ludzie. Nagie ciała szkliły się czerwienią poparzonej skóry. Nie poruszały się, nie uciekały przed słońcem i pazurami ptaków. Kilka kruków, dla których widok wiszących ludzi nie był nowy, zaczęło już wydziobywać ochłapy mięsa. Nad mostem krążyły zaciekawione gawrony. Anna próbowała przełknąć ślinę, ale język miała suchy jak piasek. Gardło ścisnęło się tylko w bolesnym skurczu.

Junker obejrzał teren za mostem przez lunetę i dał sygnał do marszu. Weszli na most. Ofiarom obwiązano drutem kostki i zawieszono na przęsłach, by zmarli z pragnienia. W ten sposób haremiarze postępowali z mężczyznami, którzy walczyli o swoje żony, matki i córki. To była bardzo powolna i bolesna śmierć. Haremiarze. Anna pamiętała dobrze nienawiść w oczach Kerinena, gdy o nich mówił podczas jednego z wykładów.

Junker przyspieszył. Anna patrzyła pod nogi. Nie chciała pamiętać wykręconych bólem, spalonych przez słońce twarzy i czerwonych od krwi ptasich dziobów. Na moście panowała cisza. Trupów było tak dużo, że ptaki nie musiały walczyć o posiłek.

- Junker. Ten tutaj żyje - szepnęła Kasjańska szarpiąc dowódcę za ramię. Sierżant zatrzymał kolumnę.

Anna przeniosła wzrok na wiszącego mężczyznę. Był nagi jak inni. Na skórze krwawe bąble. Miał zamknięte oczy, ale usta rozchylały się i zamykały jak u ryby wyrzuconej na piasek. Kasjańska nie myliła się. Żył.

Junker podszedł do mężczyzny. Oględziny trwały kilka sekund.

- Zajmij się tym Dressler - powiedział. - Robimy jak zawsze. Będziemy czekać za mostem. JaMol zostań z Dresslerem. Załatwcie to szybko. Reszta za mną.

Anna podeszła do barierki, by przepuścić resztę drużyny. Nie wiedziała, co robić. Johan patrzył w stronę lasu, z którego wyszli. Dressler wyjął z plecaka rękawice i zakładał je w milczeniu.

Od stalowych przęseł bił żar. Duszny smród śniętych ryb i ludzkich zwłok nie pozwalał oddychać.

- Trzymaj się chłopie - stęknął Dressler wspinając się na przęsło. Anna zrozumiała teraz, dlaczego mężczyzna przeżył. Wisiał pomiędzy dwiema belkami, które dawały przez większość dnia osłonę przed słońcem. Dressler przeciął drut i mężczyzna upadł na roztopione resztki asfaltu. Na zardzewiałym przęśle zostało kilka krwawych kawałków skóry. Anna spojrzała na Johana. Niemiec cały czas patrzył w stronę lasu. Falowało tam jedynie rozgrzane przez słońce powietrze. Na brzegach rzeki leżał kożuch zabitych przez przyduchę ryb.

Spojrzała na nagiego mężczyznę. Leżał bez ruchu. Miał otwarte oczy. Źrenice były mętne. Pokryte bąblami, popękane usta otwierały się i zamykały.

- Zabijesz go? - zapytała Dresslera, kiedy ten unosił nieszczęśnika. Oparł go rozgrzaną barierkę mostu.

- Nie - odpowiedział, a potem schował nożyce do drutu w plecaku i wyjął apteczkę. - Tutaj, na zewnątrz, szanujemy cierpienie. Tu panują inne prawa niż w Olbrzymie.

Dressler wyjął strzykawkę i nasadził na nią igłę z metalowego puzderka. Potem nabrał przezroczystego płynu i wbił w udo leżącego nieruchomo mężczyzny. Nachylił się nad jego uchem. Anna zbliżyła się by usłyszeć, co mówi.

- Za kilkanaście minut ból zniknie i będziesz w stanie wstać – powiedział Dressler. - Wtedy zdecydujesz co robić.

Anna odkręciła korek manierki i chciała przytknąć ją do ust mężczyzny, ale Dressler chwycił ją za nadgarstek. Odrobina wody chlapnęła na rozgrzany asfalt.

- Krew - powiedział krótko. – On może być już chory. - Zdjął igłę i podał jej metalową strzykawkę. Anna nabrała nią wody z manierki i wstrzyknęła w uchylone usta cienki strumień wody. Oczy mężczyzny stawały się coraz mniej mętne. Dressler kucnął szukając jego wzroku.

- Rozumiesz mnie? Skiń głową, jeżeli tak – powiedział kierując na siebie jego twarz. Mężczyzna wycharczał coś niezrozumiałego.

- Skiń wyraźnie głową, bo nie będę powtarzał tego, co mówię.

Mężczyzna ruszył głową.

- Dobrze - pochwalił Dressler. - Skiń jeszcze raz, żebym miał pewność.

Mężczyzna skinął.

- Dobrze. Słuchaj uważnie. Dałem ci narkotyk. Za kilkanaście minut ból zniknie i będzie tak przez kilka następnych godzin. Tutaj jest dwanaście tabletek, które pozbawią cię bólu przez kolejne dwadzieścia cztery godziny - położył przed nim foliową torebkę z kwadratowymi sześcianami wyglądającymi jak kostki cukru. - Jedna tabletka na dwie godziny. Pamiętaj żeby zejść do rzeki i się napić, bo po tabletkach przestaniesz czuć pragnienie. Bez wody stracisz przytomność i już jej nie odzyskasz. Umrzesz. Rozumiesz? Popatrz na te tabletki. Popatrz na nie. Jeśli weźmiesz cztery na raz to umrzesz szybko i bezboleśnie. Twój wybór.

Anna patrzyła w oczy mężczyzny, które z każdą chwilą stawały się coraz bardziej przytomne. Poruszał też głową i uczynił ruch jakby prosił o wodę. Wlała mu w usta kolejną strzykawkę.

- Wiem, że haremowcy wracają by zebrać głowy – kontynuował Dressler. - Niedługo tu będą. Na tą okazję zostawiam ci to - Dressler z drapieżnym uśmiechem zbliżył do oczu poparzonego jajowaty przedmiot. - To granat odłamkowy. Wystarczy wyciągnąć zawleczkę i po pięciu sekundach następuje eksplozja. Nawet, jeśli nie zabijesz żadnego, to pojawią się drony. One zabiją wszystkich w promieniu kilku kilometrów. Granat położę na środku mostu dwadzieścia metrów stąd. To po to, żebyś nie zrobił czegoś głupiego. Jak odzyskasz kontrolę nad ciałem to zdecydujesz, co z nim zrobić. Za kilkanaście minut, najpóźniej za pół godziny będziesz już w stanie chodzić. Co zrobisz z tym granatem to twoja sprawa. Zrozumiałeś? Skiń głową, jeżeli tak.

Mężczyzna skinął powoli głową. Jego oczy wydawały się już przytomne. Poruszył ustami, ale wydobyło się z nich tylko ochrypłe westchnięcie.

- My mamy swoje sprawy – dodał Dressler. – To, co zrobiliśmy, to wszystko, na co możesz liczyć.

Dressler wstał, odebrał Annie strzykawkę i schował puzderko do plecaka. Mężczyzna zaczął charczeć i kaszleć, ale Dressler nie reagował. Anna widziała jak poparzony rozchyla usta jak do krzyku. Skóra w kącikach ust naprężyła się, a potem pękła. Była tak sucha, że z ran nie pociekła krew.

- Idziemy - powiedział Dressler i założył plecak. Anna ruszyła natychmiast za nim i pociągnęła za ramię Johana. Dwadzieścia metrów dalej, Karl Dressler, zgodnie z przyrzeczeniem, schylił się i położył na asfalcie granat.

- Po co te cyrki - warknął Molle. - Nie lepiej było go po prostu dobić? Jemu można tylko oszczędzić bólu. Nic więcej.

Dressler początkowo zignorował pytanie Johana i zaczął biec truchtem, potem jednak zmienił zdanie.

- Czy ty jesteś Bogiem Molle? Skąd ty wiesz co się stanie idioto? Ten człowiek może żyć, może umrzeć, może się tylko zemścić, albo zemścić się i uciec, może nawet uratować tych, których kocha, a to wszystko zależy od tego - wskazał palcem na skroń. - Tego i tylko, kurwa, tego.

 

*

 

Snop światła z latarki nie sięgał krańców piwnicy, więc woda wydawała się bezkresną jak morze. Kwaśny zapach pleśni i zgnilizny przywołał wspomnienia. Anna wstrzymała oddech, zawróciła i zaczęła wspinać się po omszałych stopniach z powrotem do magazynu. Nogi bolały przy każdym kroku. Tempo biegu nie pozwalało na całkowitą regenerację uszkodzonych egzomięśni.

Na górze czekał Johan Molle.

- Zalane całkowicie - powiedziała i z ulgą wciągnęła w płuca rozgrzane powietrze. Blaszany dach hali magazynowej zawalił się w kilku miejscach. Tylko dzięki temu w pozbawionym okien budynku nie było ciemno. Podłogę pokrywały suche igły i liście naniesione przez wiatr. W kątach rosły już młode drzewa, w zacienionych miejscach podłogę pokrywały porosty i mech.

Szli między regałami dźwigającymi plastikowe skrzynie, przegnile kartony, przez które przezierał brudny styropian. Słyszała za sobą ciężkie kroki Johana. Na kilkumetrowych regałach piętrzyły się tysiące lodówek, telewizorów, pralek, mikserów i innego sprzętu AGD. Kluczyli w labiryncie korytarzy kilka minut zanim wrócili na miejsce zbiórki przy rampach dla tirów.

- Wszystkie piwnice zalane - zameldowała Junkerowi. Sierżant skinął głową, spojrzał w niebo, a potem na zegarek. Słońce zachodziło. Zastanawiał się.

- Może spać na regałach? - zaproponował uprzejmie Dressler drapiąc się po policzku. - Zanim znajdziemy odpowiednie drzewa będzie noc. Na tych regałach, będzie nam wygodniej i bezpieczniej.

Anna spojrzała na Karla Dresslera. Miał podkrążone oczy i szarą jak beton skórę na twarzy. Przestał się golić. Biegli już jedenaście dni i chociaż większość dystansu pokonał na plecach Ałp musiał był wyczerpany.

Junker skinął głową.

- Dobry pomysł kapralu. Wybierzcie regał i usuńcie z niego skrzynie. Ma być pusty aż do samej góry. Za trzydzieści minut odprawa. Potem odpoczynek.

Anna poszła za resztą Ałp, do upatrzonego przez Dresslera regału. Stało na nim mniej pudeł niż na pozostałych. Dach nie był w tym miejscu uszkodzony. Czekała ich sucha noc. Ałpy wspięły się na samą górę, a potem zrzucały na podłogę skrzynie i pudła. Niektóre kartony rozrywały się. Na posadzkę sypało się szkło i plastik z połamanych telewizorów, zmywarek i komputerów. Kurz i brud wirował w powietrzu.

Anna patrzyła bezczynnie na pracę innych Ałp podobnie jak Zerkow i Dressler. Wokół nie było miejsca, by mogli pomóc nie przeszkadzając sobie nawzajem. Wróciła do punktu zbiórki przy rampie i stanęła na wybetonowanym placu. Niebo było czarne i bezchmurne. Powietrze ochłodziło się i nasiąkło nocą. Las był spokojny. W oddali słyszała jedynie wycie psów. Słyszeli je każdej nocy i z wielu kierunków. Teraz wydawało się jednak odleglejsze niż zwykle. Odwróciła się by wejść znowu do magazynu i wtedy zauważyła Heinza Junkera. Siedział ze skrzyżowanymi nogami na dachu tuż przy drabince. Obserwował niebo przez lunetę.

- Mamy bezchmurną noc - powiedział, gdy wdrapała się na dach. Nie odrywał lunety od twarzy. Usiadła obok.

- Dobrze je teraz widać - dodał.

Anna spojrzała w niebo, które było gęsto usiane gwiazdami.

- Co widać? - zapytała. Była pewna, że sierżant nie mówi o gwiazdach.

- Drony. Są przed nami. Szukaj nisko nad horyzontem. Albo lepiej weź od razu lunetę. Widać je dobrze.

Anna odpięła klamry na szyi i zdjęła kask. Poczuła na policzkach chłodne powietrze. Wzięła od Junkera lunetę i przytknęła okular do lewego oczodołu. Po chwili zaczęła dostrzegać drobne jasnoniebieskie punkty.

- Emitują niebieskie światło co pięć i pół sekundy – tłumaczył Junker. - Wiszą niżej niż patrolowe i są o wiele bliżej sobie. Tworzą pierścień o średnicy około dwustu kilometrów. Już jutro znajdziemy się wewnątrz tego pierścienia.

- Dlaczego tam są? - zapytała.

- Nie wiem, ale tam musi być dla nich coś ważnego. Może jakaś instalacja inna niż obiekt Alfa. Nie wiem, ale sądzę, że z ich powodu poprzednie drużyny nie wróciły.

- Nie możemy ich ominąć?

- Po pierwsze nie mamy czasu, a po drugie nie mamy gwarancji, że podobny pierścień nie obejmuje Królewca. Nie. Nie możemy.

Anna przekręciła gałkę na lunecie uzyskując maksymalne zbliżenie. - Na dronach... - szepnęła. - Tam coś jest do nich przyczepione. Co to jest?

- To sensory. Są co najmniej cztery razy większe niż na dronach, które przywlekliśmy do Olbrzyma. To jakiś inny typ drona. Pewnie czulszy niż tamte.

Drony wydawały się tak blisko, że Anna poczuła lodowate zimno na karku. Przypomniała sobie świst silników maszyny, gdy ta zaklinowała się w piwnicy w leśniczówce. Odjęła lunetę od oka. Nie była jej już potrzebna, by dostrzec świetlisty krąg nad horyzontem.

- Jutro zostajemy tutaj - powiedział Junker. - Blisko jest rzeka i sad. Odpoczniecie. Chcę żebyście byli wypoczęci zanim tam wejdziemy - spojrzał w stronę rozbłyskującego niebieskim światłem kordonu. - Nie wiem, co tam jest, ale to zabiło wielu świetnych żołnierzy.

Junker odebrał Annie lunetę, a potem złożył ją i schował do pokrowca.

 

*

 

Anna otworzyła usta i wciągnęła nosem powietrze. Intensywny zapach żywicy i liści mieszał się z mdlącym smrodem padliny. Ałpy utworzyły wokół Junkera pierścień i uważnie obserwowały las wypatrując niebezpieczeństwa. Niemiec badał ostrożnie kikut złamanej sosny wystającej z gęstwiny podszycia. Z pnia sterczały poczerniałe zęby potrzaskanego drewna. Inne drzewa wokół były nietknięte, więc tej sosny nie mógł złamać wiatr. Było to młode, zdrowe i silne drzewo. Anna zmarszczyła nos. Smród rozkładu tutaj nie pasował.

Junker posuwał się powoli wzdłuż powalonego drzewa, a pierścień Ałp przesuwał się wraz z nim.  Nawet Anna z odległości kilku metrów zauważyła, że kora tuż nad ziemią była zdarta na całym obwodzie. Wyglądało to tak jakby ktoś obwiązał pień grubą stalową liną, a potem ścisnął z wielką siłą.

Anna wpatrywała się w gęstwinę drzew. Od momentu, kiedy weszli w ten las, czuła niepokój. Las był zbyt cichy i zbyt pusty, jakby sparaliżowany mrozem w środku lata. Szli w nim już pięć godzin, a ona nadal nie napotkała tropów zwierząt. Żadnych kości, żadnej padliny, mijała tylko opuszczone nory i stare gniazda. W koronach drzew latały tylko ptaki, ale i one milczały jakby bały się przywołać coś z gęstwiny. Tylko komary. Te atakowały wściekle i bez przerwy. Twarze Dresslera i Gunka były spuchnięte i czerwone od ukąszeń.

Junker powoli kontynuował oględziny. Anna śledziła jego ruchy. Nagle znieruchomiał jakby coś zauważył, a potem wyprostował się gwałtownie. Podniósł w górę dłoń i dał znak, by ruszali. Rozpoczęły się kolejne godziny nużącego truchtu.

 

*

 

Usłyszała je równocześnie z innymi. To, co nadciągało nie miało nóg, nie miało rąk, głowy, ani tułowia, chociaż składało się z  kości i mięśni. Gdy poruszało się wydawało dźwięki przypominające ćlamanie stóp grzęznących w gęstym błocie. Później nazwali je worami. Człowiek mniej się boi czegoś, co posiada jakąś nazwę.

Po chwili do mlaskania dołączył świst przygniatanych do ziemi krzaków i trzask łamanych gałęzi. Jeszcze zanim wór wyłonił się spomiędzy drzew w Ałpy uderzyła fala smrodu. Stwór był pokryty brązową, ociekającą mlecznym śluzem, pofałdowaną powłoką, do której lepiły się igły, liście, suche gałęzie i robactwo. Toczył się niespiesznie jak ściekająca ze zbocza wulkanu lawa, pewny swej potęgi i siły. Zmiennokształtna masa kierowała się wprost na nich. Nie przyspieszała i nie zwalniała jakby była pewna, że nic jej nie powstrzyma, że nie trzeba się spieszyć, że śmierć ofiary jest nieuchronna.

Anna spojrzała na Junkera. Mięśnie na twarzy sierżanta nie zadrżały, nie napięły się ani nie rozluźniły. Walczyć czy uciekać? Ałpy były zmęczone po dziesięciu godzinach biegu. Mogło się skończyć tak, że uciekaliby jeszcze kilka godzin, a potem i tak musieliby walczyć o wiele słabsi i wyczerpani. Co zrobiły poprzednie drużyny? Jakąkolwiek podjęły decyzję nie była ona słuszna. Nikt nie wrócił. Nie wrócili, bo podjęli złą decyzję.

- Przygotujcie się do walki - powiedział Junker. - Dresser i Gunk weźcie Zerkowa i wycofajcie się.

Anna wyciągnęła nadziak i miecz. Za wcześnie, ale przyjemnie było poczuć je w dłoniach. Usłyszała metaliczne szczęknięcia, gdy inne Ałpy wysunęły broń z pochew udowych. Nasunęła na dłonie mankiety. Zamknęły się z chrzęstem. Wszyscy czuli, że bełty i kule nie zrobią worom krzywdy. Żeby je zabić potrzeba było czegoś cięższego. Trzeba było ciąć.

Była gotowa. Spojrzała na Johana. Niemiec, który zazwyczaj korzystał jedynie ze szpikulców wyjął oba miecze. Miecze Johana były masywniejsze i dłuższe niż ten Anny. Wzmocniony egzoumięśnieniem cios taką klingą mógłby odrąbać bykowi głowę.

Popatrzyła na resztę Ałp. Junker ustawił je w linii. Po kilkunastu dniach w lesie ich pancerze straciły pierwotną barwę. W zagłębienia między skręconymi wiązkami grafelu naszło ziemi i piachu. Matową, grafitową elegancję zastąpił brudny brąz i zgniła zieleń.

Przeniosła wzrok na pełznącego w ich stronę wora. Nie miał przodu ani tyłu, tylko wysokie na dwa metry bezkształtne cielsko. Dyszał. Liście wokół fruwały poruszane wyciskanym ze środka smrodliwym powietrzem.

- Czekajcie tutaj – usłyszała rozkaz Junkera. Sierżant zrzucił plecak, położył na nim swój karabin i ruszył w kierunku wora uzbrojony jedynie w kukri. Szybko oddalał się od stojących w linii Ałp. Próbował zajść przeciwnika z boku, ale wór płynnie zmieniał kierunek i zawsze toczył się wprost na niego nie zważając na resztę oddziału.

Anna była pewna, że Niemiec chce tylko obejrzeć stwora, ale sierżant nagle skoczył w jego kierunku. Wbił nóż w bok stwora. Ostrze weszło głęboko. Anna zauważyła, że sierżant musiał zaprzeć się drugą ręką, by wyszarpnąć broń z powrotem. Błyskawicznie odskoczył od przeciwnika przygotowany na kontratak, ale bezkształtna masa wciąż parła naprzód. Cios nie przyspieszył ani nie spowolnił jej ruchów. Junker nie atakował ponownie. Wyprzedził przeciwnika i wrócił do nich sprintem.

- Otoczyć i zaatakować jednocześnie - krzyknął.

Anna i Johan czekali na drodze stwora. Pozostali zrzucili plecaki i rozeszli się na boki. Wór syczał i charczał, zasysał i wyrzucał z siebie powietrze. Zaczął zmieniać kształt. Stawał się bardziej zwarty. Rósł. Gruba skorupa zaschniętego błota zaczęła odpadać odsłaniając pokrytą mlecznym śluzem brązową skórę.

- Jeden… jeden… jeden… – odliczała monotonnie Anna. Cofali się z Johanem krok za krokiem wciągając wór w pierścień otaczających go coraz ciaśniej Ałp. JaMol był przynętą. Anna trzymała broń opuszczoną, ale wątpiła czy miało to znaczenie. Wór zdawał się nie mieć oczu, nosa, otworu gębowego, niczego stałego, był jak pełznąca kula gęstego błota. Zostało tylko kilka metrów.

- Stój - rozkazała. Musiała krzyczeć. Miarowe sapanie sunącego na nich cielska zagłuszało wszystko wokół. Johan podniósł ręce i oparł brzeszczoty mieczy o ramiona. Mógł je teraz w ułamku sekundy opuścić z ogromną siłą. Wór zbliżał się niespiesznie.

Pozostałe Ałpy zmniejszały dystans utrzymując go tylko trochę większym niż ten dzielący JaMola i przeciwnika. Czekały na jej sygnał. Gdy wór był dwa metry od Anny, a pierścień Ałp zamknął się, Jastrzębska zaatakowała. Włożyła w cios całą siłę i cięła samym końcem klingi. Ciało wora okazało się gęste jak smoła. W powietrze wytrysnął z sykiem mleczny płyn. W twarz uderzyło ją gorące, smrodliwe powietrze. Odskoczyła. Rana na skórze wora powoli wypełniała się gęstym śluzem, który pienił się i bulgotał jak wrzące mleko. Skóra marszczyła się, wybrzuszała, formowały się na niej pęcherze i guzy.

Ciosy Johana powodowały większe obrażenia. Klinga jego miecza zagłębiała się niemal w jednej trzeciej, a wychodząc wyrywała fragmenty skóry i czarnej tkanki mięśniowej. Po każdym uderzeniu słyszała głośne mlaśnięcie. Biały śluz wytryskiwał z rany tworząc kałuże na mchu i trawie. Niemiec celował w jedno miejsce nie pozwalając ranom się zabliźniać.

Anna schowała nadziak w pochwie udowej. Usłyszała metaliczne kliknięcie, gdy broń zablokowała się unieruchomiona w uścisku grafiksowych szczęk. Nadziak był tu bezużyteczny. Nie było żadnego pancerza do przebicia, czaszki, w której mogłaby wybić otwór tylko falująca brązowa skóra przykrywająca sploty czarnych mięśni. Chwyciła oburącz rękojeść miecza. Uderzała bez przerwy próbując, tak jak Johan, trafiać w jedno miejsce, ale skóra twardniała, gęstniała i zaciskała się tworząc niemożliwy do przecięcia szef. Wór, który wydawał się początkowo zdezorientowany atakiem ze wszystkich stron i przyjmował jedynie razy zaczął reagować. Na jego cielsku zaczęły formować się tłuste, grube, czarne ramiona. Anna odrąbała koniuszek jednego z nich. Opadł na ściółkę. Zauważyła, że wór przesunął się kilkanaście centymetrów i nakrył cielskiem wierzgającą jak pędrak tkankę. Na początku ramiona były bezwładne jak włosy, ale bardzo szybko wydłużały się i zwiększały średnicę. Początkowo miały rozmiary ludzkiego kciuka, potem ręki, w końcu nogi mężczyzny i ciągle potężniały. Na początku było ich kilkanaście, potem kilkadziesiąt. Ramiona zaczęły oddawać ciosy, próbowały oplątywać i dusić Ałpy. Odcinali je, ale były zbyt twarde i było ich zbyt wiele.

Kątem oka zauważyła, że Johan nie zdążył odskoczyć przed kolejnym ciosem. Jedno z ramion opadło na jego wysunięte w wykroku kolano. Przylgnęło do grafiksu. Rozlało się jak płynny ołów. Zaczęło oplatać udo i jednocześnie schodzić do łydki. Niemiec uderzył dwa razy. Klingi spadły z ogromną siła, ale nie zdołały odrąbać macki. Wór pompował tkankę w trzymające Ałpę ramię. Puchło z każdą sekundą. Ramię szarpnęło, Molle stracił równowagę i upadł.

Anna skoczyła mu na pomoc. Uderzyła oburącz wkładając w cios wszystkie siły. Jej uderzenie nastąpiło zaraz po dwóch silnych cięciach Niemca i odrąbało ramię wora. Trysnęła biała ciecz. Johan odskoczył. Za nim Anna. Zauważyła, że w miejscu odciętego ramienia ranę zaczęły zasklepiać drobne włókna. Wyglądały jak mrówki.

- Do tyłu, do tyłu – krzyknęła.

Odrąbane ramię wiło się po ziemi bez celu. Anna nabiła ją na sztych miecza.

- Do tyłu, do tyłu – krzyczała. Widziała, że pozostałe Ałpy też się cofały. Ramion było zbyt wiele. Początkowo stwór próbował ich sięgnąć, ale w końcu zaprzestał tych prób. W pewnym momencie wszystkie ramiona przestały się wydłużać.

- Brać plecaki i do mnie – usłyszała krzyk Junkera. – Pobiegła w kierunku dowódcy podnosząc po drodze swój plecak. Popatrzyła na nabite na sztych miecza ramię wora. Zwisało bezwładnie jak zwiędły kwiat. Zrzuciła je na pokrytą mchem ziemię. Odbiegli kilkanaście metrów od wora. Junker zebrał ich w szyk.

Stwór wznosił się sycząc jak silnik parowy. Ramiona zlewały się z jego brudnym ciałem. Znowu urósł i zamienił się w zwartą bryłę. Ruszył w ich stronę bez pośpiechu.

 

*

 

Świt. Przystanęli na skraju polany. Nad ziemią unosiła się mgła oblepiając bielą wypalone kikuty drzew. Anna uklękła. Rozłożyła grafelowy worek. Była otępiona zmęczeniem. Usiadła. Po wyjściu z transu poczuła mdłości. Uda i łydki pulsowały jakby serce nie przetaczało przez nie krwi, ale smołę. Usłyszała, że ktoś wymiotuje. To Sznurowski. Opierał się o pień drzewa. Gdy odwrócił się do niej miał twarz bladą jak kreda. Zostało im jeszcze kilkanaście minut, a one pojawią się na skraju lasu z drugiej strony polany.

Ałpy rozciągały obolałe mięśnie. Rot i Molle upychali w żuwaczki pastę węglowodanową. Reszta milczała i patrzyła w las. Z rozgrzanych ciał buchały kłęby pary. Gunk i Dressler położyli się i oparli nogi o pień drzewa. Zdjęli buty. Ich stopy krwawiły. Byli bladzi, patrzyli w korony drzew mętnym wzrokiem.

Mogła jeszcze biec, ale Junker zdecydował, że tutaj wszystko się rozstrzygnie. Do pogoni za Ałpami dołączyły kolejne wory. Mieli teraz przeciwko sobie trzy albo cztery, może więcej. Ostatnie dwadzieścia kilometrów uciekali nie oglądając się za siebie. Chcieli mieć trochę czasu, by odpocząć przed walką. Dressler, Gunk i Zerkow byli kompletnie wyczerpani. Ałpy niosły ich przez ostatnie pięć godzin.

Junker próbował kilku rozwiązań. Rozdzielił ich na grupy, ale wtedy rozdzielały się także wory. Próbowali przyspieszać, albo zgubić je przepływając jezioro, ale wory nie gubiły tropu, nie zaprzestawały pogoni, parły przez jezioro jak amfibie. W dodatku, jakimś sposobem, na kolejnych kilometrach przywoływały inne wory, które dołączyły do pogoni.

Dalsza ucieczka nie miała sensu. Wory poruszały się zbyt szybko, by mogli pozwolić sobie na odpoczynek dla zregenerowania sił. Według Junkera zostało pięćdziesiąt kilometrów by dotrzeć do kordonu dronów. Nawet Ałpy nie były w stanie tego zrobić. Zostało im sił najwyżej na dziesięć, może dwadzieścia kilometrów.

- Będziemy walczyć? - zapytał Olgierd.

- Tak - Junker wydawał się najmniej zmęczony ze wszystkich Ałp z wyjątkiem Kasjańskiej, która wydawała się mieć oddzielne płuca do oddychania i do krzyku.

- One są jak w chuj jebane góry - wrzasnęła Alicja podbiegając do Junkera - Nie ma, kurwa, szans. Rozjebią nas. Rozpierdolą nas. Boże to, kurwa, koniec.

Anna popatrzyła na Niemca. Wyraz twarzy dowódcy nie zmienił się. Żuł powoli w ustach suszoną śliwkę i patrzył na drugą stronę polany. Zignorował uwagę Kasjańskiej. Ta odeszła na bok i również wpakowała do ust garść suszonych jabłek. Zerkała gniewnie na Junkera.

Odpoczywali w milczeniu. Anna czuła jak mięśnie stygną i sztywnieją. Mdłości minęły. Starała się kierować szczupłe zasoby tam gdzie ciało potrzebowało ich najbardziej.

- Szeregowi Rot i Sznurowski, Zerkow, sierżant Dressler i kapral Gunk ruszacie za pięć minut w kierunku Królewca trasą A2 - powiedział nagle Junker. Odpocznijcie za godzinę, aż przyjdą wory, a potem biegniecie poza kordon dronów. My zatrzymamy je tu najdłużej jak się da, a później idziemy trasą A1. Spotkamy się na przedmieściach Królewca w punkcie P3. Czekacie tam na nas do dnia czternastego do 7.00. Jeżeli nie przyjdziemy do tego czasu załóżcie, że już nie przyjdziemy i realizujcie plan.

- Samych?! – warknęła Alicja. – Puszczasz ich samych? Umrą tam.

Junker nic nie odpowiedział. Podszedł do Dresslera i zaczął mu coś szeptem tłumaczyć. Alicja stała przy nich przez chwilę przygryzając dolną wargę, a potem odeszła do swojego plecaka. Anna obserwowała ją ukradkiem. Kasjańska schowała do kieszeni na pasie biodrowym cztery okrągłe przedmioty. To były granaty odłamkowe. Alicja odwróciła się nagle i Anna napotkała jej wzrok. Przez chwilę patrzyły sobie w oczy, a potem Kasjańska podeszła do szykującego się do drogi Rota. Opuszczał właśnie siedzisko dla Zerkowa. Wymienili szeptem kilka zdań. Olgierd wyglądał jakby się przed czymś wzbraniał, ale w końcu skinął głową.

 

*

 

Plan Junkera nie był skomplikowany. Nie mieli walczyć, ale  zatrzymać wory przez dwie, trzy, może cztery godziny. W najgorszym wypadku da to cztery godziny na odpoczynek grupie Zerowa w najlepszym wory zupełnie stracą nimi zainteresowanie. Potem mieli uciekać. Każdy w swoim tempie, gdy zmęczenie nie pozwoli już na nic innego. Anna wiedziała, że ostatni będzie uciekał Junker. Jego ciało wydawało się niezniszczalne.

Wytoczyły się z lasu osiem minut po odejściu grupy z Zerkowem. Trzy. Mniejsze krążyły wokół olbrzymiego wora jak eskorta niszczycieli wokół lotniskowca. Pełzły w jednostajnym tempie. Wypalone, czarne pnie drzew pękały pod naporem ich cielsk jak purchawki pod żołnierskim butem.

Anna i Kasjańska ruszyły na flanki, by odciągnąć najmniejsze. Udało się, odpełzły na boki ścigając Annę i Alicję. Wielki wór parł w stronę Junkera i Molle osamotniony. Dwumetrowa góra zbitych jak beton mięśni sunęła, żeby ich zmiażdżyć i pochłonąć.

Nagle Kasjańska wbrew rozkazom zmieniła kierunek biegu. Przyspieszyła i przebiegła przez środek polany ściągając na siebie wszystkie wory.  Potem odwróciła się w kierunku Junkera i wyjęła granat. Wyszarpnęła zawleczkę. Wory ciągle sunęły w jej stronę.

- Spierdalać wszyscy! - wrzasnęła. - Spierdalać kurwa, bo wszyscy zginiemy. Zrobię to, kurwa, Heinz! Zrobię! – krzyczała unosząc w górę rękę z granatem.

Anna popatrzyła na Junkera. Ten nie wahał się. Uniósł dłoń i wydał rozkaz. Anna posłuchała. Zanim opuściła polanę odwróciła się i zobaczyła, że Kasjańska wymyka się napierającym na nią worom i wbiega z powrotem w ten przeklęty las. Na polanie pojawiły się kolejne wory. Czwarty, piąty i szósty. Wszystkie sunęły teraz za Alicją Kasjańską.

 

Rozdział 30

 

Alicji nie mogło się udać, nie w pojedynkę, cuda się nie zdarzają. Nie żyła. To było pewne. Anna nie chciała o tym myśleć. Przeglądała listę audiobooków na odtwarzaczu. Nie chciała myśleć o niczym. Trzeba znowu uciec gdzieś daleko. Po kilku godzinach słuchania będzie lżej. Lubiła Kasjańską. Każdy ją lubił. W końcu była jedną z nich. Ałpa. Dziwoląg tak jak oni wszyscy.

Dogonili grupę biegnącą trasą A2 po godzinie, a potem biegli jeszcze następne